[NZ] [T] Stąpając wąską ścieżką (20/55)

Sequel "Wiary"

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez monalo4 » 28 sty 2015, o 01:06

Rozdział dwunasty

Harry i Severus



Gdy Harry i Draco ponownie pojawili się w posiadłości Malfoyów, znaleźli się twarzą w twarz z dwoma bardzo zirytowanymi czarodziejami.

Lucjusz Malfoy wydawał się być wyrzeźbiony z lodu i stali, a profesor Snape był tak wściekły, że aż się trząsł.

- Gdzie wy się podziewaliście? – rozbrzmiał głos Mistrza Eliksirów.

Harry miał niewiele czasu na przejmowanie się ich gniewem. Gdy tylko się pojawili, ugięły się pod nim nogi. Świat rozmył się na brzegach jego pola widzenia. W klatce piersiowej czuł ucisk i ból, i wydawało mu się, że brakuje mu powietrza.

- Harry?
- Potter?
- Draco, co to ma znaczyć?
- Harry!

Silne ręce podźwignęły go z podłogi.

- Później sobie z tobą porozmawiam, Draco. – Snape nie oszczędził chłopakowi kolejnego spojrzenia, gdy szedł do Manor z ciężarem w ramionach.

Harry czuł, że świat wokół niego wiruje.

- Nic mi nie jest – sapnął. – To tylko szok. – Próbował odepchnąć trzymającego go mężczyznę. – Mogę iść, profesorze. Naprawdę.
- Nie gadaj takich bzdur, Potter. Upadłeś. Byłeś na zewnątrz, choć kazałem ci wrócić do łóżka. Myślałeś o tym, jak zamierzasz wrócić? Eliksiry dopiero zaczęły działać. – Warknięcie profesora sprawiło, że Harry chciał zwinąć się gdzieś i ukryć.
- Przepraszam, proszę pana – zaczął znowu.
- Zachowaj swoje protesty i przeprosiny na inną okazję, Potter. Obecnie nie jestem zainteresowany.
- Ale… – Dotarli do Manor, zanim Harry zdążył powiedzieć jeszcze choć słowo. Ciśnienie w klatce piersiowej wypchnęło mu powietrze z płuc. Próbował się obrócić, by starszy mężczyzna go postawił.
- Natychmiast przestań się wiercić, Potter.

Harry mógł jednak tylko pokręcić głową. Snape musiał dostrzec coś w wyrazie jego twarzy, bo zatrzymał się, uklęknął i położył go.

Harry przekręcił się na brzuch. Jego plecy wygięły się, gdy się zakrztusił, próbując przeczyścić przełyk. Chciał kaszlnąć. Chciał uderzyć rękami o podłogę. Nie mógł oddychać. Nie mógł oddychać.

Ku jego zdziwieniu, druga próba zwymiotowania zadziałała. Z jego ust popłynęła krew, rozpryskując się na wiekowej, drewnianej podłodze z ohydnym dźwiękiem. Harry wciągnął w płuca zbawienne powietrze. Potem zwymiotował ponownie; wróciło jego śniadanie. Zaraz za nim pojawił się lunch spożyty z boginią macierzyństwa. Zwracał dalej, aż był przekonany, że zaraz wypluje też wątrobę, żołądek i wszystkie pobliskie organy.

Był świadom poruszenia wokół niego. Zaklęć, które uprzątnęły krwawy bałagan, który spowodował. Zmartwione skrzaty domowe biegały dookoła, przynosząc miski profesorowi, a ręcznik Draconowi, który siedział u boku Harry'ego. Harry nie wiedział, skąd blondyn się tam wziął, ale oparł się o ugięte kolana i próbował odzyskać oddech.

- Potter – odezwał się Snape. Harry skrzywił się wewnętrznie. Chciał, żeby profesor nazywał go Harrym. Ale wyszedłem i spieprzyłem to. Zamknął oczy.
Nastąpiła przerwa, a potem…
- Harry. – Profesor zaczekał, aż zielone oczy się otworzą. – Wypij to.

Harry próbował wziąć fiolkę z ręki mężczyzny. To był eliksir, którego nie znosił, ale który działał najlepiej. Próbowali odzwyczaić od niego jego organizm, ale ilość uszkodzeń, jakie wyrządził swoim organom wewnętrznym, musiała być tego warta.

Nie udało mu się utrzymać fiolki bez ochlapania się. Draco chwycił jego dłoń i razem udało im się go napoić. Harry był zadowolony tym, że blondyn tak po prostu mu jej nie odebrał. To dawało mu złudzenie, że zdołał zrobić to samemu.

Harry czuł, jak eliksir rozprzestrzenia się po jego organizmie. To sprawiało, że robił się senny, przy każdym przyjęciu go, ale nie był pewien dlaczego. Jego dłoń wysunęła się z uchwytu Dracona. Czuł, że jego oczy zaczynają się zamykać.

- Trzymam go. – Harry nie był pewien, ale głos profesora brzmiał podejrzanie miękko. Jak gdyby… Jak gdyby się troszczył, pojawiła się niewyraźna myśl. Ale to nie jest prawda. Profesor Snape mnie toleruje. Niepokoi się. Nie troszczy. Myśli krążyły w kółko, gdy świat wokół niego wirował. Silne ręce znów znalazły się pod nim, unosząc go z łatwością. Otworzono drzwi do jego pokoju. Ubrania, które miał na sobie, zniknęły, a kilka czyszczących zaklęć usunęło przestarzały zapach jego zakłopotania.

Muszę pamiętać, by przeprosić pana Malfoya, próbował zapamiętać Harry. Mam nadzieję, że skrzaty domowe nie są na mnie złe. Nie chciałem sprawić kłopotu. Mogłem to posprzątać. Wiem, gdzie są wiadra… Zsunął z siebie przykrycie.

- Panie Potter. Harry. Zostań w łóżku.
- …w porządku. Mogę to posprzątać…
- Panie Potter?
- Nie chciałem… – Świat oddalał się coraz bardziej. – …st spory bałagan. Przepraszam, ciociu Petunio. Ja… posprzątam… to… – Ale kołdra była za ciężka dla jego rąk. Grawitacja ściągnęła w dół jego powieki. Zanim zdążył usłyszeć ciętą odpowiedź, zapadł w sen.


~~~~~~


Niewiele było momentów, w których Severus Snape żałował opuszczenia szeregów śmierciożerców. Ale to nie myśl o służeniu Czarnemu Panu sprawiała, że żałował, o nie. To była kwestia swobody, jaką mieli w zarzynaniu cholernych mugoli, których kiedyś tak nienawidził.

Nieprzytomny bełkot chłopaka rozniecił jego wściekłość do niespotykanego raczej poziomu. Odwrócił się do drugiego winowajcy. Draco poświęcał mu niewiele uwagi – skupiał się całkowicie na chłopaku leżącym w łóżku.

- Na imię Merlina, co niby wydawało wam się, że robicie?!
- Nie krzycz – miał czelność rzucić chłopak. – Obudzisz go.
- Chór tańczących wil nie byłby w stanie obudzić tego chłopaka!
- Cóż, oczywiście, że nie. Nie podobają mu się.*

Severus ucisnął grzbiet swego nosa.

- Wyjdź. Stąd.
- Nie, ty stąd wyjdź.

Poczuł, jak skacze mu ciśnienie.

- Słucham? – Wiedział, że brzmi śmiertelnie spokojnie.

Szare oczy Dracona spojrzały w jego stronę, gdy chłopak układał się na brzegu łóżka.

- Wyraźnie nie jesteś w stanie z kimkolwiek rozmawiać, więc odejdź. Wróć, kiedy się uspokoisz, a Harry się trochę prześpi. Wtedy porozmawiamy.
- Młody człowieku, ty i ja porozmawiamy w tej chwili!
- Nie, nie porozmawiamy. – Draco odwrócił się do niego, luźno i spokojnie opierając ręce na kolanach, ale coś w jego postawie sprawiło, że Severus chciał się cofnąć. W oczach chłopaka zapłonęło światło. Niebezpieczne światło, które wysłało dreszcze wzdłuż kręgosłupa Severusa. – Harry musiał wyjść na zewnątrz. – Podniósł rękę, uprzedzając warknięcie Severusa. – Harry nienawidzi bycia zamykanym. Proszę to przemyśleć, profesorze. – Tytuł zabrzmiał jak zniewaga. – Pokój może i jest duży, a nawet wielki jak pałac, ale gdy jest się w nim uwięzionym każdego dnia, zaczyna się kurczyć. Powiedziałbym, że do rozmiarów schowka na miotły. Albo nawet komórki pod schodami.

Severus zakołysał się na piętach.

- Powiedział ci o tym?
- Nie musiał. – Błysk stał się mocniejszy. Severus mógłby przysiąc, że światło pochodziło z oczu Dracona. – Plotki krążyły od czwartego roku. Wszyscy o tym wiemy, ale nikt nic nie mówi.
- Dlaczego?

Pełne wdzięku wzruszenie ramionami było jego odpowiedzią.

- Nadal mamy przed sobą rozmowę o twojej głupocie. – Severus próbował odzyskać część swego poprzedniego zdenerwowania.
- Nie, nie mamy.
- Draco – odezwał się Lucjusz z progu. – Maniery.
- Moje maniery – blondyn uniósł brew – są poprawne w porównaniu z twoimi. Jak już próbowałem wyjaśnić, Harry musiał wyjść na zewnątrz. Musiał też – spojrzał ponuro na dorosłych – trochę poćwiczyć.
- Poćwiczyć? W jego stanie?! Draco, czy ty postradałeś rozum?
- Myślałem, że on postradał. – Chłopak pokręcił głową. – Ale miał rację. Powinieneś był go zobaczyć. – Światło przygasło. Chłopak, którego Severus znał od niemowlęcia, zdawał się na chwilę powrócić. – W Innym Świecie nic mu nie było. Był cały i zdrowy.

Severus zamarł.

- Zdrowy? – Postąpił w kierunku chłopaka. – Ale jemu się gwałtownie pogorszyło!
- Wiem. – Draco westchnął. – Nie wiem dlaczego. Ale gdy tam był, wyglądał lepiej niż pamiętam od dłuższego czasu.
- Co dokładnie widzieliście podczas swej przygody? – Chłodny ton Lucjusza przeciął pokój.
- Boginię. – Severus zacisnął dłonie w pięści. – Boginię macierzyństwa, by być dokładnym.

Mistrz Eliksirów wymienił spojrzenie pełne niepokoju ze swym kochankiem.

- I co powiedziała ta bogini?
- Była całkiem pomocna. – Draco uniósł brodę. – Właściwie to myślę, że dała nam bardzo duży kawałek układanki, który przegapiliśmy.
- To nie usprawiedliwia tego, co zrobiliście.
- To prawda. Ale to musiało być zrobione.
- Ale nie teraz!
- Więc kiedy? – dopytywał Draco. – Gdy Blackowie zaczną walić do naszych drzwi, domagając się powrotu Harry'ego? Gdy zacznie się szkoła i wszyscy będą nas obserwować? Kiedy?

Severus zauważył z niejakim rozbawieniem, że Lucjusz również nie miał odpowiedzi na to pytanie – zamiast tego zacisnął wargi w cienką linię.

- Doskonale ślizgońska idea.
- Zgadza się. – Syn i ojciec wpatrywali się w siebie. Ojciec złamał się pierwszy. Patriarcha rodu Malfoyów wszedł do pokoju, zajmując miejsce w jednym z przeładowanych foteli stojących obok łóżka.
- Czy to było bolesne? – Ciekawość zastąpiła gniew. Severus nadal dostrzegał zmartwienie i złość w oczach kochanka. Wiedział, że Draco również je widzi. Zajął fotel obok Lucjusza, poruszając się sztywno.
- Przejście? – Severus również stwierdził, że jest zainteresowany, choć jego wściekłość nie była nawet bliska tej, którą z pewnością odczuwał Lucjusz. – Nie, przejście nie było ani trochę bolesne.
- Spowodowało jakieś skutki uboczne?
- Pomijając bardzo sycący lunch? Nie.

Severus wbił palce w swoje uda.

- Jadłeś tam? – Chciał potrząsnąć chłopakiem. – Co cię opętało, że zrobiłeś coś tak głupiego? Mogłeś zostać uwięziony.

Przewrócenie oczami sprawiło, że Draco znów zaczął wyglądać jak nastolatek.

- Wziąłem już Eliksir Wizji. – Przypomnienie o nocy, podczas której Lucjusz prawie stracił swego syna, sprawiło, że starszy blondyn zesztywniał. – Z tego powodu mogę tam jeść. Chociaż Gwenn…
- Gwenn?
- Bogini. – Draco machnął ręką. – Powiedziała, że światy tak bardzo się do siebie zbliżyły, że śmiertelnicy mogą bezkarnie tam jeść.
- Nie zjesz tam ponownie. – Komenda Lucjusza była podszyta nutą strachu. Ostrym spojrzeniem Draco dał do zrozumienia ojcu, że również ją usłyszał.
- Nie, przypuszczam, że nie – przytaknął młodzieniec z wdziękiem. – Ale będziemy musieli wrócić.
- Wcale nie.
- Jesteśmy do tego zobowiązani. Pytia dała nam zadanie. Musimy je wykonać.

Szczęka Severusa zaczynała go boleć od zaciskania.

- Nie musicie.

Szare oczy, lśniące od światła, spojrzały na niego.

- I jak niby, cytując ją, zamierzacie nas powstrzymać?

Severus odchylił się w fotelu, zszokowany.

- Słucham?
- Harry jest Wieszczem. Bogini nazwała go Marzycielem, gdy tam byliśmy, ale zaczynam myśleć, że to może oznaczać to samo. Inny Świat jest dla Harry'ego równie rzeczywisty jak ten. Jak cholerny świat mugoli. – Draco pochylił się naprzód, przyszpilając ich spojrzeniem. – To teraz również mój świat – z wyboru, zbiegu okoliczności czy jakkolwiek wolicie to nazywać. Ale gdziekolwiek pójdzie Harry, zobowiązałem się za nim podążać. I jeśli nie chcecie, byśmy błądzili w sytuacjach, nad którymi nie mamy kontroli, radziłbym wam, byście pozwolili nam ćwiczyć tak często jak to możliwe, by ta umiejętność, którą wy postrzegacie jako przeszkodę, stała się naszą bronią.

Severus znów był w stanie oddychać.

- Słuszny argument – udało mu się wydusić przez zęby.
- A czy pomyślałeś o tym, jak to wpłynie na twoje życie, Draco? – Lucjusz nadal był temu przeciwny.
- W jaki sposób? – Młodzieniec miał czelność wyglądać na opanowanego i spokojnego. Nerwy Severusa były gotowe, by wyrwać się spod jego skóry.
- Na twoją przyszłość i karierę, jeśli będziesz chciał do czegoś dążyć. Dziedzic, Draco. Jak chcesz to zrealizować?

Draco przechylił głowę na bok.

- A kiedy powiedziałem, że chcę którejś z tych rzeczy?

Lucjusz zacisnął dłonie na swojej lasce.

- Linia Malfoyów…
- Będzie kontynuowana również wtedy, jeśli adoptujemy dziedzica. Zaklęcie Familiusa się tym zajmie.

Severus zamrugał. A potem zrobił to ponownie.

- Więc myślałeś o tym.
- Przeszło mi to przez myśl.
- A jednak nadal jesteś zdeterminowany, by być blisko tego chłopaka, nie zważając na koszta.

Pełne gracji kiwnięcie głową było ich jedyną odpowiedzią.

- On może umrzeć, Draco! I co wtedy?
- On nie umrze. – Chłodny ton sprawił, że Severus się cofnął. – Nie pozwolę mu umrzeć.
- Nawet ty nie jesteś w stanie temu zapobiec.

Severus aż za dobrze znał ten gest z podbródkiem.

- Jeszcze zobaczymy.

Starszy Malfoy milcząco poprosił Severusa o pomoc. Ten pochylił się do przodu.

- Jeśli odpowiedzią na wasze przebywanie w Innym Świecie jest tak gwałtowna reakcja Pottera…
- On ma na imię Harry.
- Dobra. Jeśli taka gwałtowna reakcja jest jedyną alternatywą dla Harry'ego…
- Tego nie wiemy.
- Słucham?
- Nie wiemy, czy gwałtowna reakcja jest sposobem, w jaki Harry będzie zawsze reagował, wracając z Innego Świata. Tym razem mogła na to wpłynąć spora ilość rzeczy. Odstawił eliksir uzdrawiający, prawda? Tej reakcji można by uniknąć. Eliksir zawiera w sobie jakiś narkotyk.

Severus zmarszczył brwi.

- Owszem, ale…
- I nie wiemy, co te wszystkie eliksiry robią z jego ciałem. Wciskamy mu je do gardła z nadzieją – nadzieją – na to, że naprawią jego system nerwowy. Czy któreś z nich rzeczywiście były testowane?
- Owszem, w granicach rozsądku…
- A poza tym… – Nowy błysk zagościł w oczach chłopaka. – Który z was wymyślił, że najlepiej będzie poinformować Scrimgeoura, że Harry jest u nas?!

Dorośli wymienili pełne winy spojrzenia.

- Obaj, Draco – powiedział Lucjusz.
- Czemu?
- Ponieważ – Lucjusz spojrzał z góry na syna – Scrimgeour jest naszą najlepszą i jedyną opcją na to, by zrzucić Knota ze stołka. Gdybyś poświęcał trochę uwagi polityce – starszy mężczyzna prychnął – zauważyłbyś, że drugi kandydat opiera swój program wyborczy na prawdzie.
- A on, chcąc być prawdomównym – bo wszem i wobec wiadomo, że poszliście do niego, by sprowadzić Rayne’a dla Harry'ego – wypapla miejsce przebywania chłopaka, którego połowa czarodziejskiego świata chce zabić, a druga połowa planuje wtrącić do Azkabanu!
- Uspokój się, Draco.
- Jestem spokojny, dziękuję. Jestem tak spokojny jak tylko mogę, myśląc o tej godnej pożałowania dziurze w waszym rozumowaniu.
- To nie jest dziura. Nie wiesz wszystkiego, młody człowieku.
- Więc proszę, za wszelką cenę mi to wyjaśnij.

Ale Lucjusz nic nie powiedział, odchylając się tylko w fotelu i opierając ręce na lasce. Severus nie był pewien, którego Malfoya bardziej chce przekląć.

- Ach, więc tak będziemy grać.
- Życie – powiedział Lucjusz lodowym tonem – nie jest grą. Nie taką.
- Być może dla ciebie.
- Jesteś moim synem!
- Tak, jestem.

Lucjusz zamrugał kilkukrotnie.

- A jednak mnie nie słuchasz.
- Słucham, od czasu do czasu. Większość młodych ludzi tak robi, dorastając.
- To jest mój dom!
- Więc chcesz, żebym go opuścił? Właśnie wtedy, gdy zacząłem się trochę usamodzielniać?
- Draco! – Starszy Malfoy wyglądał na oburzonego. – Nigdy bym…
- Więc jesteśmy w impasie. – Draco zmarszczył brwi i obrócił się przodem do śpiącego na łóżku chłopaka. Gdy to zrobił, Harry jęknął i zaczął mamrotać. Draco położył dłoń na piersi chłopaka, a ten z powrotem zasnął.

Severus obserwował tę przemianę. Dzieciak, którego prawie pomagał wychowywać, dorastał. Wybrał ścieżkę, której się po nim nie spodziewali. Lucjusz wychwycił jego spojrzenie i zmrużył oczy, ale gniew zniknął z wyrazu jego twarzy. Oni również wiedzieli, co oznacza wybranie ścieżki, która mogła sprowadzić na nich niebezpieczeństwo, choć z różnych powodów.

- Nie będziecie ćwiczyć bez nadzoru – powiedział Severus po chwili milczenia.
- Chcesz pójść z nami?

Zamrugał, spoglądając na chłopaka.

- Co?

Draco obrócił się.

- Możemy zabrać cię ze sobą, choć nie jestem pewien, czy damy radę cię tam obronić.
- Wy, broniący mnie?

Draco uśmiechnął się i błysnął białymi zębami pomiędzy bladymi wargami.

- Razem, Harry i ja, jesteśmy potężni. Silni. Jesteśmy mocą, z którą trzeba się liczyć. Nie wiem jednak, jak poradzilibyśmy sobie z pasażerem.

Severus splótł palce na kolanach. Negocjacje trwały.

- To ważna kwestia. – Chłopak miał czelność wyglądać na zadowolonego z siebie. – Niemniej jednak… – Miał więcej asów w rękawie niż chłopak miał lat. Wygra tę bitwę, bez względu na wszystko.


~~~~~~


Świat był w zdecydowanie lepszym stanie, gdy Harry się obudził. Było już po zmroku i choć jego ciało było bardziej niż chętne, by wrócić do spania, jego pęcherz chciał czegoś innego.

Tym razem udało mu się zepchnąć okrycie ze swojego ciała i zsunąć nogi na podłogę. Mała część niego była zła z powodu tego, że nie znalazł w pokoju Dracona. Zdusił ten głos silnym, mentalnym tupnięciem. Zupełnie jak dziecko. Spojrzał na drzwi do łazienki. Nie były tak daleko od łóżka. Mógł to zrobić. Przechodziłeś przez gorsze rzeczy. Rusz się.

Wstawanie było łatwe. Pierwszy krok był bolesny. W połowie drogi był zgarbiony i prawie czołgał się do toalety.

Załatwienie swoich spraw było ciekawym doświadczeniem, które szybko wyciął z pamięci. Zaparł się w drzwiach, dysząc i próbując zdecydować, czy uda mu się dostać do łóżka bez upadku i zaalarmowania skrzatów domowych, a tym samym gospodarzy.

Zanim zdążył zebrać odwagę, by zrobić pierwszy krok, drzwi do pokoju otworzyły się. Zamiast Dracona, którego miał nadzieję zobaczyć, do środka wszedł Severus Snape, trzymając w ręku tacę.

Stanął, wzdrygając się lekko na widok pustego łóżka. Zanim zdążył wszcząć alarm, Harry powiedział:

- Witam, profesorze.

Mistrz Eliksirów prawie upuścił trzymaną tacę. Ogarnięcie się było pełne wdzięku, co Harry docenił w swym obecnym stanie.

- Potter. – Powrócił przepełniony strachem ton głosu. Harry odwrócił głowę, by starszy mężczyzna nie mógł odczytać wyrazu jego twarzy.
- Przepraszam, proszę pana. Musiałem skorzystać z toalety. – Wciąż jeszcze musiał puścić futrynę. Nie był pewien, czy jego nogi go utrzymają. Cholerne duże dziecko. Wredny głos powrócił. Zawsze jest ciężarem. Zawsze chce zwrócić na siebie uwagę. Zrób to sam, dasz radę. Harry przełknął odpowiedź i poddał nogi próbie. Powinny wytrzymać. – Po prostu wrócę do łóżka. – Spróbował zrobić krok. Profesor był przy nim, bez tacy, by złapać go, zanim upadł. – No cóż – próbował zażartować Harry. – Przepraszam, proszę pana.
- Potter… – Warknięcie Snape'a sprawiło, że serce Harry'ego wywróciło się na drugą stronę. – Chodź. – Zamiast zgryźliwej zniewagi czy nawet ostrej dezaprobaty, których się spodziewał, mężczyzna pomógł mu dotrzeć do łóżka i położyć się. Powstrzymał się przed otuleniem Harry'ego kołdrą, za co chłopak był mu dozgonnie wdzięczny. Snape? Roztkliwiający się nade mną? Nie sądzę.

Gdy tylko się ułożył, Snape podał mu tacę. Albo raczej umieścił ją na jego kolanach, bo Harry by jej nie utrzymał.

Wyciągnął przed siebie ręce i obserwował ich drżenie.

- Dziś jest lepiej – zauważył.
- Nie może pan utrzymać tacy, panie Potter. Jak to może być lepsze?
- Tak, cóż, bez problemu utrzymywałem się w drzwiach. A więc jest lepiej. Poza tym widzi pan? – Wyciągnął jedną rękę. – Ledwie się rusza. A to oznacza, że jest lepiej.
- Zadziwia mnie pański niekończący się zapas optymizmu.

Jedzenie na jego kolanach było w większość papką; mieszanką ryżu, warzyw i czegoś, czego nie mógł zidentyfikować.

- Cóż, ktoś musi być optymistą. Inaczej pokonałoby nas przygnębienie.
- Bardzo nie-ślizgońsko.
- Cóż, staram się.
- Stara się pan co?
- Być nieprzygnębionym, optymistycznym byłym Gryfonem, który teraz jest Ślizgonem.
- Są chwile, panie Potter, kiedy zastanawiam się nad pańskim zdrowiem psychicznym.
- Jestem pewien, że reszta świata również. – Harry wciąż nie patrzył mężczyźnie w oczy. Wiedział, że profesor jest na niego wściekły. Nie chciał tego usłyszeć. Miał wystarczająco dużo problemów ze zdradzieckim głosem w swojej głowie. Nabrał na widelec ryżu i spróbował go.
- Proszę zjeść wszystko, panie Potter. Na dole mamy to samo.
- Więc to pora obiadu? – Harry posłał mężczyźnie szybkie spojrzenie.
- Jeśli pyta pan, dlaczego nie ma tu pana stałego towarzysza, wtedy owszem, jest to pora obiadowa i Malfoyowie mieli zobowiązania, których nie mogli przełożyć.
- Och. – Harry wiedział, że Draco musiał uczestniczyć w niektórych przyjęciach ze względu na swe nazwisko. I tak miał szczęście, że blondyn miał choć trochę wolnego czasu.
- Panie Potter. – Straszliwe nazwisko. Harry nie lubił, gdy profesor tak go nazywał. Miał nadzieję, że przeskoczyli nad tym. Ale wtedy zniknąłeś i znów wszystko schrzaniłeś. Powrót tej myśli sprawił, że zniknęły resztki jego apetytu.
- Tak, proszę pana?
- Co ty sobie myślałeś, wcześniej dzisiejszego dnia?
- Kiedy wcześniej? Ponieważ kilka minut temu myślałem o tym, że muszę iść do toalety.
- Potter.
- Tak, proszę pana?
- Odpowiedz na pytanie, jeśli możesz.

Harry odłożył widelec na talerz.

- Jeśli chce mnie pan odesłać do Dursleyów, proszę bardzo. Wiem, że jestem ciężarem, proszę pana. Nie miałem zamiaru. – Zebrał to, co zostało z jego odwagi, i spojrzał mężczyźnie w oczy.

Zaskoczyło go to, co zobaczył.

- O czym ty bełkoczesz, na imię Merlina?
- Stałem się problemem, prawda? Wpędziłem Dracona w tarapaty, sprawiłem, że poszedł pan do biura Aurorów. Nie potrzebuje pan tego rodzaju…
- Proszę przestać, panie Potter.
- Ale jeśli mnie pan odeśle, Minister po prostu stwierdzi, że byłem tam przez cały czas…
- Przestań.

Harry urwał, przygryzając dolną wargę i wpatrując się w mężczyznę.

Mistrz Eliksirów – Harry naprawdę nie umiał myśleć o nazywaniu mężczyzny po imieniu – pochylił się w fotelu.

- Panie Potter. Harry. W żadnym wypadku nie odeślemy cię do Dursleyów. Nigdy więcej. A jeśli chodzi o szanownego Aurora Rayne’a… – Machnął palcami. – To był tylko sposób, by upomnieć się o dawną przysługę, z której nigdy nie sądziłem, że skorzystam.
- Nadal jednak nie musiał pan…
- Chciałem, Potter. – To uciszyło Harry'ego.
- Ale dlaczego? – Słowa wyrwały się w jego ust, zanim zdołał je zatrzymać. – Przepraszam. To nie ma znaczenia. Zrobiłby pan to samo dla każdego Ślizgona. Już się zamykam. – Harry pochylił głowę i wbił wzrok w talerz.
- To takie zaskakujące, panie Potter, że niektórzy ludzie, pomijając pańskiego błaznowatego ojca chrzestnego, wykazują zainteresowanie pańskim życiem?
- Nie jest, gdy nazywa mnie pan panem Potterem.
- Słucham?

Harry milczał.

- Harry. – Podniósł wzrok, słysząc swoje imię. – Czy przeszkadza ci, gdy używam twojego nazwiska?
- Nie, oczywiście, że nie.
- Kłamanie, Harry, jest darem, którym Draco powinien się z tobą podzielić.

Harry odwrócił wzrok.

- Po prostu… nazywa mnie pan panem Potterem, gdy jest pan na mnie zły. I przypuszczam, że ma pan ku temu wszelkie prawo.
- Tak przypuszczasz?

Harry westchnął.

- Szczerze mówiąc, proszę pana, Malfoy Manor jest ładna i w ogóle, ale naprawdę chciałbym czasem wyjść na zewnątrz.
- I to wystarczyłoby, żebyś mógł to zrobić, Harry.

Chłopak zmarszczył brwi i spojrzał na mężczyznę.

- Słucham?

Snape splótł ze sobą długie palce.

- Nie jesteś przyzwyczajony do tego, że prosisz o coś i to dostajesz, prawda?

Harry zapragnął odsunąć się od mężczyzny.

- Czy nie jest to coś, o czym powinienem rozmawiać z Aurorem Rayne’em?
- Prawdopodobnie.

Wpatrywali się w siebie.

- Czy to wszystko, proszę pana? – Spojrzenie mężczyzny stawało się niepokojące.
- Nie.

Do licha. Harry wrócił do posiłku. Jedzenie było przyzwoite, choć miękkie. Ryż miał niezły smak.

- Draco przedstawił argument za tym, byście obaj praktykowali, jak to nazwał, chodzenie po Innym Świecie.
- Naprawdę? – Jego widelec zatrzymał się w połowie drogi do ust.
- Tak. Na tyle dobry argument, że Lucjusz i ja zgodziliśmy się, że powinniście to kontynuować. Jednak – słowo sprawiło, że uśmiech Harry'ego znacząco się zmniejszył – są pewne warunki.
- Warunki?
- Tak. Po pierwsze: żaden z was nie wyruszy ani nie będzie praktykował bez tego drugiego.
- Okej.
- Nie skończyłem. Jedzenie w tym czasie, Harry, będzie dobrym pomysłem.
- Tak, proszę pana.
- Pozostałe warunki są równie ważne. Gdy ty i Draco zdecydujecie się ćwiczyć, Lucjusz albo ja będziemy przy was, gdy będziecie wyruszać i wracać. Natychmiast odstawisz eliksir, którego tak nie cierpisz – i choć może być pan szczęśliwy na tę chwilę, panie Potter, pański organizm z pewnością taki nie będzie przez kilka dni.

Harry poczuł ucisk w żołądku.

- Będzie źle?
- Nie mam pojęcia. Jednakże, jeśli pojawią się problemy, pokonamy je. Nie chcę kolejnej reakcji takiej jak dzisiejsza.
- Ja również.
- Proszę jeść, panie Potter.
- Tak, proszę pana.

Profesor Snape wziął głęboki wdech, zamknął na chwilę oczy, a potem kontynuował.

- Harry. – Odchrząknął. – Będziesz nas informował, jeśli będziesz czegoś potrzebował, czy to jasne?
- Słucham?
- Nie jesteś naszym więźniem, Harry. Masz wolny dostęp do posiadłości i terenów wokół niej, oczywiście w granicach rozsądku. Martwi mnie jednak twoja niesprawność. Chciałbym, żebyś miał kogoś przy sobie przez cały czas, dzięki czemu mógłbyś spacerować.
- Naprawdę? Mogę opuścić pokój?
- Nigdy nie chcieliśmy, byś odniósł wrażenie, że jest inaczej.

Harry uśmiechnął się szeroko do mężczyzny.

- Dziękuję panu.
- Proszę, Harry, nazywaj mnie inaczej.
- Dobrze, profesorze.

Jakaś emocja przemknęła przez twarz czarodzieja zbyt szybko, by Harry był w stanie ją odczytać.

- A jeśli chodzi o resztę warunków…
- Jest ich więcej?
- Tak, a teraz jedz. Oto reszta: ty i Draco będziecie uczyć się o Innym Świecie, zanim którykolwiek z was do niego wejdzie. W bibliotece Malfoyów jest wiele starych ksiąg, które z pewnością będą pomocne. Za każdym razem, gdy wrócicie z Innego Świata, spiszecie wszystko, co z niego zapamiętaliście.
- A co z używaniem Myślodsiewni?
- Pomyśleliśmy, że lepiej będzie, jeśli zachowacie swe wspomnienia, Harry, ponieważ znajomość nazw miejsc, które odwiedzacie, może wam się przydać.
- Tak, proszę pana. – Harry z powrotem skierował swą uwagę na talerz, mentalnie nakazując sobie siedzenie cicho i jedzenie. Nie mógł wiecznie wystawiać cierpliwości mężczyzny na próbę.
- Przez cały czas będziecie unikać niebezpiecznych sytuacji. Jeśli coś się stanie, macie natychmiast wrócić.
- Ale… – Harry zdusił w sobie protest.
- Ale co?
- Ale co, jeśli nie będziemy w stanie?
- Uciekajcie. – Oczy Snape lśniły jak rozdrobniony obsydian. – Wasza śmierć nie przyniesie światu nic dobrego, panie Potter. I macie uciekać od, a nie w kierunku niebezpieczeństwa. Jest pan teraz Ślizgonem, proszę to zapamiętać. Nie pakujemy się w sytuacje, których nie rozumiemy.
- Postaram się, proszę pana.
- Spróbuj zrobić coś więcej niż tylko się starać.
- Tak, proszę pana.
- Dobrze. to wszystko. – Snape odchylił się w fotelu.

Harry spojrzał na mężczyznę, na swój talerz, i z powrotem na niego.

- Jest coś jeszcze?
- Nie.
- Więc czemu pan zostaje?
- Bo tego chcę, Harry.

Harry'emu udało się zjeść jeszcze trochę, zanim odsunął od siebie talerz.

- Nie musi pan. Jestem pewien, że ma pan wiele rzeczy do zrobienia.
- Nie, nie w tej chwili.
- Ale ja już skończyłem. Przepraszam, że nie zjadłem więcej…
- Moim celem nie było pilnowanie, czy pan je, panie Potter.

To zbiło Harry'ego z tropu.

- Nic mi nie jest, proszę pana. Patrzenie na to, jak ktoś gapi się w ścianę, jest naprawdę nudne. Nie musi pan zostawać.
- Owszem, ale jak już słyszałeś, Harry, ja chcę tu zostać.
- Zostać i co dalej?
- Masz ochotę na jakąś grę?

Powiedz mu, że chcesz zagrać w Eksplodującego Durnia, odezwała się diaboliczna myśl. Harry próbował nie okazać po sobie zaskoczenia.

- Cóż, ja… – Zamyślił się. Nie wydawało mu się, by Snape lubił grać w karty, a jedyną grą, jaką znał Harry, był remik. – Szachy? – zaproponował.
- Lubisz tę grę?
- Nie całkiem, proszę pana. Ron… – Jego głos się załamał. – Ron zawsze był ode mnie lepszy. Ciągłe przegrywanie z nim sprawiło, że to przestało być zabawne.

Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć, ale zmienił zdanie.

- Na dole jest spory wybór. Chyba że wolisz zostać w łóżku?
- Mogę wyjść?
- Jeśli dasz radę.

Harry zepchnął z siebie przykrycie i wstał. Jego piżama podwinęła się i było mu zimno w nogi. Rozejrzał się w poszukiwaniu skarpetek. Znalazł parę w nocnej szafce i wciągnął je. Było mu trochę chłodno, ale zbył to wzruszeniem ramion. Bywało gorzej.

Snape stał w drzwiach, trzymając w ręku szatę.

- Żebyś nie zmarzł, Harry. Wychłodzenie, zwłaszcza na tym etapie zdrowienia, mogłoby być szybką droga powrotną.
- Tak, proszę pana. – Wślizgnął się w ciężką szatę. Opadała mu na stopy i była całkiem gruba. Przewiązał ją w pasie i spojrzał na swojego nauczyciela.
- Tędy – powiedział Severus i wyszedł z pokoju. Harry ruszył za nim na drżących nogach, ale udało mu się samemu pokonać schody, przejść przez hall i wejść do salonu.

To był idealny sposób na spędzenie wieczoru.


* „Wake up” - "obudzić", ale również „pobudzić”. Niestety nie dało się zachować tej gry słów przy tłumaczeniu.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez Księżniczka Mary » 28 sty 2015, o 22:09

Ja generalnie NIE komentuję. Ale raz zrobię wyjątek. Na "Wiarę" natknęłam się kilka dni temu (od początku tego roku moja miłość do Drarry odrodziła się na nowo i nie robię nic poza czytaniem) i byłam zdołowana, kiedy skończyłam. Ale tak patrzę, patrzę, i co? Znajduję sequel! Choć zazwyczaj je sobie odpuszczam, nie mogłam się oprzeć. Całe szczęście, bo to podoba mi się chyba jeszcze bardziej. W ogóle, ja mam tu miłość do Snape'a. Ale jakoś nie sympatyzuję z Draconem (dziwne, on jest miłością mego życia). Generalnie to ja nie komentuję i nie potrafię, więc zostawię tu tak ten chaos, okej? Życzę szczęscia, weny i wiele czasu wolnego, bo ten zawsze się przydaje.
Zjadam brokat na śniadanie.
Księżniczka Mary Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2
Dołączył(a): 11 sty 2015, o 19:59

Postprzez Fjuka » 16 lut 2015, o 11:20

Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział. Przeczytałam dziś również pierwszą część. Opowiadanie jest wciągające, sposób prowadzenia narracji zaś silnie kojarzy mi się z "Trylogią kręgu" Nory Roberts (z serca polecam tę jedną jej serię, szczególnie ludziom, którzy zazwyczaj z nią nie sympatyzują, jak ja), co wyjątkowo jawi mi się jako zaleta. Oczywiście uważam, że można było tę historię poprowadzić zgrabniej - przykładowo nie mam pojęcia, dlaczego tak wielu autorów lubi rozmiękczać i rozwadniać charakter bohaterów, okazyjnie przekraczając granicę i sprowadzając ich do sentymentalnej papki z groszkiem i marchewką - jednak tym razem nie oddawano się tej skłonności w nadmiarze. Wielką zaletą jest wyobraźnia - a może umiejętne czerpanie z dotychczasowych dokonań powieściopisarzy - oraz konsekwentne poprowadzenie historii do końca. Tłumaczom dziękuję za ich niesamowitą pracę. :diablo:
Fjuka Offline


 
Posty: 3
Dołączył(a): 15 lut 2015, o 00:03

Postprzez monalo4 » 22 lut 2015, o 23:56

Rozdział trzynasty

Los się odwraca


Gdy Hermiona była młodsza, jej rodzice często żartowali, że ich córka zostanie adwokatem. Hermiona sprawdziła to słowo, gdy tylko je usłyszała. Wzbudziło jej zainteresowanie na kilka miesięcy przed tym, jak dostała list z Hogwartu. Wtedy odłożyła marzenia na bok.

Jej lektury, prawie zapomniane pod stosami łacińskich zaklęć i tajemnych magicznych praktyk, pomogły jej przekonać rodziców. Nie rozumieli, dlaczego chciała wrócić do czarodziejskiego świata tak wcześnie. Błagali. Kazali. W końcu jednak poddali się, przypominając stanowczo, że ma pisać do nich codziennie i wrócić do domu, gdy tylko skończy ze swą „kampanią”, jak to nazwali.

Tak właśnie znalazła się w wynajętym pokoju nad Dziurawym Kotłem, ze spakowanym do szkoły kufrem i bez planu dalszego działania.

Powinnam była to dokładniej przemyśleć. Pociągnęła się za końcówki włosów. Teraz najlepiej będzie zacząć tak jak zamierzałam. Z tą myślą skinęła głową, otworzyła kufer i wyciągnęła arkusz papieru.

Plan rozpadł się na kawałki, gdy próbowała nakreślić swe idee. Muszę oczyścić nazwisko Harry'ego. Przygryzła końcówkę pióra. Ale Prorok Codzienny robi co może… A jednak… Zmrużyła oczy.

Na dole Tom polerował czyste szklanki przed popołudniowym szczytem.

- Witaj, Tom – powiedziała Hermiona, wślizgując się na wysoki stołek, który przed nim stał.
- Witam, panienko! – Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – Co mogę dla ciebie zrobić?
- Nic, po prostu… – Hermiona wymownie rozejrzała się na boki i pochyliła się w przód. – Chciałabym zadać kilka pytać, jeśli nie masz nic przeciwko.
- Pytań. – Jego uśmiech zbladł. – A o co chciałaby pytać taka miła, młoda dama?
- O Harry'ego Pottera.

Uśmiech zniknął.

- Co z nim?
- Wierzysz w te bzdury, które o nim opowiadają?

Dłonie Toma przestały poruszać się na szklankach.

- Być może młoda dama wolałaby porozmawiać na bardziej… prywatnym gruncie?

Pochyliła się nad barem.

- Jeśli nie stanie mi się krzywda.

Na jego twarzy pojawił się smutek.

- Jesteś o wiele za młoda, by martwić się o takie rzeczy – powiedział z westchnieniem. – Ale wojny zbyt szybko zmieniają dzieci w dorosłych. – Skinął głową w kierunku drzwi znajdujących się w ścianie, którą miał za sobą. – Chodź. Nie skrzywdzę cię, panienko. Słowo czarodzieja.*

Zsunęła się z siedziska i ruszyła za nim w cień. Jej żołądek zacisnął się z obawy i… ekscytacji. To jest całkowicie absurdalne, twierdził jej umysł. Nie pójdziesz w nieznane miejsce z obcym mężczyzną! Hermiono, powinnaś wiedzieć lepiej!

Ale wtedy drzwi się zamknęły, a barman Tom usadowił się na krześle blisko trzaskającego ognia.

- Herbaty, panienko?
- Tak, poproszę.

Machnął ręką w stronę krzesła stojącego naprzeciw niego.

- No dobrze. To jest o wiele lepsze miejsce do zadawania pytań. Nikt nie będzie podsłuchiwać.
- To prawda. – Przyjęła od niego herbatę, ale się nie napiła.
- Możesz zaczynać.

Wpatrywała się w ciemną ciecz, zbierając myśli.

- Dlaczego wszyscy tak bardzo skupili się na Harrym? On nie mógł spowodować tej rzezi w Irlandii.
- Jesteś tego pewna?
- Oczywiście, że tak! – Podniosła wzrok z determinacją. – Ledwie chodził, gdy opuścił Hogwart! On umarł, by ocalić nas, nas, cały czarodziejski świat! Myślisz, że tak po prostu wypiąłby się na to wszystko i zaczął zabijać przypadkowe osoby?

Tom uniósł ręce.

- Spokojnie, panienko, nie miałem na myśli nic złego. Lubiłem chłopaka. Nie wierzę też w plotki, jakie o nim krążą.
- Więc dlaczego nie zrobisz nic, by im zapobiec?

Zamrugał, patrząc na nią.

- Straciłbym swój interes, dziewczyno. Ludzie wybieraliby strony. Mam do zapłacenia czynsz oraz żonę i dziecko do nakarmienia.

Hermiona zacisnęła wargi, powstrzymując się przed palnięciem kazania.

- Ale to nie pomaga Harry'emu. Jeśli my – ludzie, dla których poświęcił wszystko – nie spróbujemy powstrzymać tych kłamstw, jak możemy nazywać się dobrymi?
- Krucjaty są dla młodych – powiedział Tom. – Jestem za stary i odpowiedzialny za zbyt wiele rzeczy, by teraz zaczynać coś nowego.
- W porządku. – Hermiona odstawiła filiżankę. – Znajdę więc innych, którzy nie będą tak starzy.
- Chwileczkę. – Zatrzymał ją, zanim zdążyła wypaść z irytacją z pokoju. – Masz jakiekolwiek pojęcie o tym, w co się pakujesz?
- Cóż… – Wzruszyła ramionami. – Myślałam, że zacznę chodzić od drzwi do drzwi. Byłam tam, Tom. –Poruszyła rękoma na kolanach. – To nawet ja zapoczątkowałam petycję, by wykopać go z Gryffindoru. Jeśli ja mogę dostrzec w tym wszystkim prawdę, wszyscy inni też mogą!
- Niektórzy ludzie – pochylił się naprzód – są zaślepieni swoimi własnymi wyborami. Nie wiesz o połowie z tego, co się dzieje, a powinnaś, zanim zaczniesz pukać do drzwi.
- Co masz na myśli?
- Cóż… – Westchnął. – Wszystko zaczęło się od plotki w Ministerstwie, po tym jak Scrimgeour zadeklarował swój sprzeciw wobec Knota.
- Jakiej plotki?
- O młodym Harrym parającym się czarną magią.

Hermiona przełknęła ciężko.

- Powiedziano mi, że ktoś powiedział komuś jeszcze, że przepytywali całą rodzinę Ślizgonów – po tym jak Sama-Wiesz-Kto został zniszczony – choć nie wiemy, po co tam byli. Jedno z dzieci powiedziało jednak, że Harry przyjmował mroczny eliksir.
- Co masz na myśli? – Głos Hermiony nie był już tak silny jak wcześniej. Znała prawdę. Sprawy zaczynały wyglądać o wiele gorzej niż to sobie na początku wyobrażała.

Tom rozłożył ręce i wzruszył ramionami.

- Podali dziecku Veritaserum. To nie zostało usankcjonowane, o nie. Nie wiem, czy stare rody o tym słyszały. Nie sądzę, bo jeszcze się to nie rozeszło. A ten mały Ślizgon był pierwszorocznym z mugolskiej rodziny. Ich powiązania z którąś z politycznych stron naszego świata nie zostały jeszcze określone.
- Podali serum prawdy dziecku?
- Tak mówią.
- Ale dlaczego nic z tym nie zrobiono?
- Bo to plotka. – Tom odwrócił wzrok. – Nie jestem pewien, czy ktokolwiek w ogóle się temu przyjrzał. Jednak gdy tylko pojawiła się ta plotka, ludzie zaczęli mieć podejrzenia.
- Podejrzenia?
- Na temat młodego Harry'ego. Na temat tego, co naprawdę wydarzyło się w Hogwarcie.
- Co masz na myśli?
- Niektórzy ludzie… – Wygięcie warg starszego mężczyzny było zdecydowanym szyderstwem. – Niektórzy ludzie wierzą, że ponowne sprowadzenie na ten świat starych bóstw było najgorszą rzeczą, jaka w ogóle mogła się stać. Że gdyby Harry Potter wykonał swą gryfońską robotę, powinien być w stanie pokonać… Sama-Wiesz-Kogo bez pomocy bogów, o których wszyscy zapomnieli.
- Co?!
- Ja w to nie wierzę. Moja rodzina była częścią starych porządków od bardzo dawna. – Skinął głową w kierunku ściany, którą miała za sobą. Hermiona odwróciła się, by zobaczyć ochronny urok na wpół ukryty w cieniu. – Wszyscy byliśmy barmanami: mój ojciec, jego ojciec, a przed nim jego ojciec; wszystko to sięga do czasów, gdy powstała Aleja Pokątna.
- To… – Hermiona zamrugała. – To długi czas.
- A Dziurawy Kocioł zawsze tu był. Nawet wtedy, gdy żyli tu Rzymianie, choć pod inna nazwą. – Mrugnął do niej. – Ich wojska lubiły sobie wypić. Byli też bardziej otwarci na ideę, że istnieją dziwniejsze rzeczy niż wymachujący patykami ludzie.

Hermiona przygryzła wargę.

- Więc… jak te plotki mają wpłynąć na to, co chcę zrobić? – Przywróciła konwersację na właściwy tor.
- Cóż, panienko, szczerze mówiąc, sporo nowych wierzeń zawisło nad Pokątną. – Tom przesunął dłonią po ustach. – Duża grupa mugolaków wróciła do prawienia kazań, by wyjść naprzeciw powrotowi bogów – i naprawdę mam na myśli prawienie kazań.
- Nie rozumiem.
- Idea jednego boga pochodzi od mugolaków, panno Hermiono. Rody… cóż, nie lubię słowa „czystokrwiści”, ale wiesz, co mam na myśli… Nie mamy zbyt wielu potomków. Naprawdę. Więc gdy mugolacy zaczęli wchodzić w ten świat, pojawiali się tu tłumnie, a wraz z nimi ich przekonania.
- No i?
- No i wiele starych kultur zniknęło. Ludzie mają skłonności do zapominania. Nie stare rody – pokręcił głową – ale te rodziny, które dawno temu zostały założone przez mugolaków. Skłaniają się ku opinii, że zawsze tak było.
- W porządku, myślę, że wiem, o co chodzi.
- Ale plotki, panienko, są częścią tego świata. Jesteśmy niewielką społecznością połączoną z mugolskim światem. Chronimy to, co mamy, bo kiedyś możemy zniknąć, a tego nikt nie chce.
- Więc…?
- Więc… z tymi nowymi morderstwami, a także z faktem, że wszyscy byli mugolami, ludzi zaczynają mamrotać. Zaczynają się zastanawiać, czy ten inny świat, mugolski świat, zaczął nas pochłaniać.
- Przecież to nie byłoby takie złe! – Pochyliła się naprzód. – Pomyśl o rzeczach, które moglibyśmy razem zrobić!
- Pomyśl o tym, jak szybko byliby w stanie nas zabić – zripostował. – Mugole boją się tego, czego nie rozumieją. To lekcja, którą ten świat dostaje raz po raz.
- Ale to nie jest fair! Nie dostają nawet szansy!
- To też jest prawda.
- Ale… – Oparła się ponownie. – Jeśli obalę plotki, które krążą na temat Harry'ego, ludzie mogą zmienić o nim zdanie. A jeśli podrzucę pomysł, że odkrycie…
- Znajdziesz się w Azkabanie szybciej niż zdążysz zamrugać.
- Co?
- Ministerialne prawo. Nie mieszamy się. Dla nich nawet nie istniejemy. Ci, którzy próbowali, zostali wygnani z Alei Pokątnej, a jeśli kontynuowali, wtrącano ich do Azkabanu.
- Wygnani?
- Mnóstwo ludzi próbowało oswoić mugolski świat z faktem, że tu jesteśmy, zaraz po pierwszej wojnie. Knot wygnał wielu z nich. Nie mogą wejść na Aleję Pokątną ani na żaden typowo czarodziejski obszar. Większość z nich od lat mieszka w Londynie.
- A pozostali?
- Próbowali ciągnąć sprawę dalej. Zniknęli, jeden po drugim.
- To okropne!

Skinął głową, wpatrując się z nią.

- Owszem. Zwłaszcza że niektórzy z nich byli niewiele starsi od ciebie.

Jej dłoń powędrowała do ust.

- Ale co z ich rodzinami?
- To w większości mugole, no i nie zadawali pytań, gdy przyszli do nich Niewymowni.

Hermiona wyrzuciła ręce w górę.

- Właśnie o tym mówię! Zaklęcia pamięci! Dlaczego wykorzystujemy je do czegoś tak…
- Dzięki temu ludzie są spokojni. – Tom wstał ze swego miejsca i podszedł do okna.
- To jest okłamywanie ludzi!
- Owszem, jest.
- To nie jest w porządku!
- Nie, nie jest.
- I jest niesprawiedliwe!
- To również jest prawda.

Hermiona zacisnęła dłonie w pięści tak mocno, że poczuła, jak paznokcie wbijają się w jej skórę.

- Chcę coś z tym zrobić!
- Z czym? Myślałem, że skupiasz się na młodym panu Potterze.
- Bo tak jest! Ale, ale, ale wszystko musi się zmienić! – Zerwała się na nogi. – Sposób, w jaki funkcjonuje cały czarodziejski świat!
- A nie sądzisz, że tak się stanie dzięki powrotowi dawnych bogów?
- Nie, jeśli ludzie, których opisałeś, będą nadal rozpuszczać swoje destrukcyjne plotki! I dlaczego Knot nic z tym nie zrobi? Albo Scrimgeour?

Tom obrócił się z różdżką w ręku. Hermiona cofnęła się o kilka kroków.

- Knot nic nie robi, bo chce, żeby ludzie byli zdezorientowani. To sprawia, że łatwiej ich kontrolować. Scrimgeour nic nie robi, bo jeśli zdezorientuje ich bardziej, przegra wybory.
- Co robisz? – Hermiona puściła jego słowa mimo uszu, ale nie mogła oderwać wzroku od jego różdżki. – Powiedziałeś mi to wszystko tylko po to, by wymazać mi pamięć?

Uśmiechnął się krzywo.

- Oczywiście, że nie. – Wyciągnął wolną rękę. – Chodź, młoda damo. Krucjaty są dla młodych. Starzy ludzie tacy jak ja… – Zachichotał sucho. – Cóż, kiedyś również byliśmy młodzi.
- Nie rozumiem.

Jego ręka nadal nie opadła.

- Chodź, panienko. Myślę, że już czas, byś poznała kilku innych ludzi, którzy mogą ci pomóc lepiej ode mnie.

Zrobiła niewielki krok w jego stronę.

- Czy oni mnie skrzywdzą?**
- Słowo czarodzieja, że nie stanie ci się krzywda. – Jego ramiona uniosły się i opadły. – Nie zrobiłbym tego, gdybym uważał, że celowo narażam cię na niebezpieczeństwo.

Wciąż wyciągał rękę w jej stronę. Przeszła przez pokój i chwyciła ją. Machnął różdżką na dół, a potem w bok. Świat zniknął z cichym pop.


~~~~~~


Harry najbardziej lubił późne poranki w posiadłości Malfoyów.

On i profesor Snape siedzieli do późna, grając między innymi w czarodziejską wersję Ryzyka.*** Pionki poruszały się samodzielnie, każda ze stron lubiła drwić sobie z tej drugiej, a wielkie bitwy były dość niepokojące. Było to jednak zabawne, a strona Harry'ego znała dość sprośnych dowcipów, by rozbawiać chłopaka przez długie godziny.

Malfoyowie wrócili do domu późno, obaj z wyrazami niezadowolenia na twarzach. Snape zniknął po jednym spojrzeniu na Lucjusza, ale Harry nie był w stanie wyciągnąć z Dracona żadnych informacji. Młodszy blondyn tylko pokręcił głową i powiedział, że powie Harry'emu później.

Harry stwierdził, że późny poranek był szczytem jego wytrzymałości w tej kwestii.

Draco wciąż był w nastroju z poprzedniego wieczora. Harry nie naciskał na niego podczas śniadania – w którym to wydarzeniu Harry brał udział, na dole, siedząc na prawdziwym krześle. Był wystarczająco dumny z siebie, by wybuchnąć, bo Draco prawie dostał ataku, gdy Harry pokonywał drogę na dół, drżąc.

Teraz byli na zewnątrz po stanowczym przypomnieniu Snape'a, by nie odchodzić daleko. Harry po południu miał spotkanie z Rayne’em, jak mu powiedziano. Nie mógł się go doczekać; w końcu nie każdego dnia czarodziej poznaje Monty Pythona. Lubił poczucie humoru starszego mężczyzny.

Harry zaprowadził ich w stronę szklarni. Letni wietrzyk był na tyle rześki, że chłopak czuł dreszcze. Parne ciepło pomogło, gdy zaczął przesłuchiwać Dracona w kwestii tego, co się stało.

Już myślę jak Ślizgon. Nie umiał powiedzieć, czy głosik wyrażał dumę czy drwinę. Uznał, że zamierza być z tego dumny. Drzwi do szklarni zamknęły się za nimi. Harry poczuł, jak jego ramiona rozluźniają się w chwili, gdy tam weszli. Lubił to miejsce. Było tam takie uspokajające powietrze, którego Draco według niego mógł potrzebować.

- Harry?

Zaprowadził blondyna na jedną z ławek. Oficjalne ścieżki wiły się przez zarośla, prowadząc na niewielki teren, gdzie rosły drzewa owocowe.

- Chciałem z tobą porozmawiać. – Harry usiadł na twardym kamieniu.
- O czym? – Twarz Dracona wyrażała ostrożność.
- O poprzedniej nocy.

Blondyn odwrócił wzrok.

- Powiedziałem, że powiem ci później.
- Teraz jest później, Draco.
- Dużo później.
- Teraz.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Tak. Mogę pokonać cię w uporze, Draco. Wiesz, że mogę.

Cienkie linie pojawiły się wokół ust chłopaka, ale Harry nie umiał powiedzieć, czy były spowodowane skrzywieniem się czy próbą powstrzymania śmiechu.

- Naprawdę nie chcę o tym mówić.
- To niedobrze, a skoro nie chcesz mi powiedzieć, o co chodzi, musi to mieć coś wspólnego ze mną.
- Bardzo egoistycznie.

Nie chwycił przynęty.

- Bardzo mądrze – odparł. – Draco, no dalej. Powiedz mi. Lepiej będzie, jeśli dowiem się teraz, a nie później. – Pozwolił, by tęskna nuta pojawiła się w jego głosie. – A poza tym nienawidzę nie wiedzieć. Ludzie zawsze próbowali trzymać mnie z dala od wiedzy. Dursleyowie, Dumbledore – do pewnego stopnia. – Wzruszył ramionami i uświadomił sobie, że ta tęsknota nie była udawana. Naprawdę nienawidził nie wiedzieć. To doprowadzało go do szału, uświadomił sobie, krzywiąc się.

Draco westchnął, ucisnął grzbiet nosa i zamknął oczy.

- Powodem, dla którego nie chcę ci powiedzieć, jest to, że nie jesteśmy pewni, czy jest się czym martwić.
- Ale ty już się martwisz.
- To tylko… plotki.
- Plotki o czym?
- Ktoś w Slytherinie mógł wygadać prawdę o tym, że brałeś Eliksir Wizji.

Pięści Harry'ego zacisnęły się na skraju siedzenia.

- Cóż – powiedział. – Teraz widzę, czemu to może być problemem. Jak się o tym dowiedziałeś?
- Ktoś usłyszał plotkę na ulicy.
- Martwisz się plotką?
- To plotka, która krąży wszędzie. To mroczny eliksir, Harry. Możesz trafić do Azkabanu, jeśli udowodnią, że go przyjmowałeś.
- Tak mówi Knot.
- Tak mówi ministerialne prawo.

Harry przełknął.

- Który Ślizgon to powiedział?

Draco otworzył oczy i pochylił się naprzód.

- To jest ta zła część.
- Ktoś, kogo znamy?

Pokręcił głową.

- Z tego, co byłem w stanie się dowiedzieć, dorwali pierwszorocznego wraz z rodziną. Przesłuchiwali ich.
- Kogo?
- Nie wiemy.
- Ale, ale… – Harry pokręcił głową. – Czy cały dom o tym wie?
- Po tym jak upadłeś i miałeś tę wizję na oczach wszystkich? Ludzie umieją dodać dwa do dwóch.
- Ale Eliksir Wizji? Ludzie tak po prostu myślą o takich rzeczach?
- Jestem pewien, że to nie stało się od razu. Starsze roczniki to poskładały. Młodsi musieli podsłuchać.
- Czy wszyscy…
- Nikt się nie gniewa, Harry. Nie martw się.
- Ale jeśli pierwszoroczny…
- Sprowadzili tam całą rodzinę, bo dzieciak został oskarżony o używanie magii podczas wakacji. Knot ciągle nawijał o prawidłowych wartościach rodzinnych. Musiał się przyłożyć, by wszystko było zrobione wręcz książkowo. Wtedy… – Mięśnie szczęki blondyna spięły się. – Wtedy ktoś podał dzieciakowi Veritaserum i wszystko się pogorszyło.
- Kiedy to się stało?
- Tygodnie temu.
- Ale… w takim razie czemu Knot jeszcze tego nie poruszył?

Draco odwrócił się i wbił w niego wzrok.

- To właśnie sedno sprawy.

Harry uniósł brew.

- Widzisz, w czymś jestem dobry.

Draco drgnął.

- Jesteś dobry w wielu rzeczach – powiedział. Harry zaczerwienił się, speszył, a potem odwrócił wzrok.
- To nadal nie wyjaśnia, czemu Knot jeszcze nic z tym nie zrobił.
- To prawda. – Draco odchylił się w tył. – A może… – Cienka linia pojawiła się między jego brwiami. – Cóż, może chodzi o to.
- O co?
- Gdybyś próbował zająć miejsce Ministra Magii, Harry, i miałbyś cholerny dowód na coś, co może utrzymać cię przy władzy, kiedy wyłożyłbyś karty?

Harry jęknął.

- Tuż przed wyborami.
- Dokładnie.
- Cholera.
- Zgadzam się.
- Które są jesienią.
- Tak.
- Co daje mu czas na weryfikację tego.
- Co masz na myśli? On już to zweryfikował.

Harry pokręcił głową.

- Ma słowo jedenastoletniego dziecka – dziecka, któremu nie powinien był podać serum prawdy. Co się stało z rodziną?
- Nie wiemy.
- Draco, to dziecko mogło doznać poważnych obrażeń przez ten eliksir!
- Wiem.
- On jest przeznaczony wyłącznie dla dorosłych! A nawet wtedy może on im zaszkodzić! Powinien być używany jako ostatnia deska ratunku.
- Wiem. Wiemy. Wszyscy wiedzą.
- I właśnie dlatego Knot nie chce pokazać, że wie, aż nie będzie wiedział czegoś na pewno, ze źródła, które nie jest nielegalne.
- Tak.
- Co mówi Scrimgeour?
- Milczy. Przemawia bardziej do ludzi niż do starych rodów. Chce być niezależny, w przeciwieństwie do Knota.
- Cholera.
- Tak.

Harry westchnął przeciągle, a jego dobry nastrój zniknął.

- Co teraz zrobimy?
- Teraz? – Draco wzruszył ramionami. – Szukamy rodziny. Jeśli będziemy pewni, że Knot to zrobił, będziemy mieć kartę przetargową.
- Ale… – Coś przyszło na myśl Harry'emu. – Jeśli krążą plotki o tym, że brałem mroczny eliksir, czy nie ma możliwości, że ujawni się również osoba, która o tym wie?

Drugi chłopak skrzywił się.

- Nie jestem pewien. Jeśli tak, mogą krążyć dwie plotki. Jedna za tobą, a druga przeciwko.
- Świetnie. Walczące ze sobą plotki.
- Mogło być gorzej. Obie mogłyby walczyć przeciw tobie w tandemie.
- Nie przypominaj mi.

Przez jakiś czas siedzieli w ciszy, każdy zajęty własnymi myślami. Później Draco odwrócił się do Harry'ego.

- Dlaczego chciałeś odbyć tę rozmowę tutaj?

Harry zamrugał, wracając myślami do teraźniejszości.

- Lubię to miejsce.

Błysk w oku blondyna wyrażał już zupełnie coś innego.

- Zabrałem cię tutaj zeszłej zimy.
- Tak. – Harry poczuł, jak robi mu się cieplej w twarz.

Draco pochylił się naprzód, dotykając czerwieniejących policzków.

- Każde słowo było całkowitą prawdą.
- Wiem.

Draco przysunął się jeszcze bliżej.

- Podobało mi się zwłaszcza zakończenie tamtej rozmowy.
- Które? – Harry owinął palce wokół nadgarstków chłopaka, ale nie po to, by go odepchnąć, lecz by go przytrzymać.
- Wiesz które.

Uśmieszek wykrzywił usta Harry'ego.

- Może powinieneś mi przypomnieć, co się wydarzyło. Mogłem zapomnieć. Nie wiesz tego.


~~~~~~


Ich śmiech był przeplatany momentami długotrwałej ciszy. Adrianna Malfoy puściła gałąź, zasłaniając chłopców przed swym wzrokiem. Duch odwrócił się, dołączając do cienia swego męża w ciepłym świetle przenikającym przez szyby. Była zadowolona z tego, że chłopak powrócił. Był dokładnie tym, czego jej Draco potrzebował.


~~~~~~


Podróż przez spieniona fale sprawiła, że kapłanowi zrobiło się niedobrze. Przywarł do skraju burty, ubrany w pstrokaty strój zgodny z aktualną modą, i zwymiotował tym, co miał w żołądku.

Ból był jednak tego wart. Stanął na wybrzeżu ziemi, którą niegdyś nazywał wrogą, i opuścił ręce. Wezwanie jego boga było blisko. Bardzo blisko. Głodna, ciepła obecność była kotwicą dla jego duszy. Odwrócił się i ruszył przez plażę, zaskakując rodziny, które pojawiły się na wybrzeżu, by odpocząć.

Kręta ścieżka przeprowadziła go przez wąskie klify i wysokie do piersi fale, które z całej siły starały się cisnąć nim o ostre skały. Każdy krok przybliżał go do jego boga, jedynego ośrodka jego uwagi. Już prawie tam był.

Czarna chmura eteru oddzieliła się od jaskini, która cuchnęła zgnilizną i zarazą. To był zapach tak znajomy dla kapłana jak jego własna skóra. Chmura przekształciła się w mglisty zarys człowieka. Obraz był krótkotrwały, ale kapłan i tak opadł na kolano, błagalnie przyciskając ręce do mokrego piasku.

Umiłowany. Głos rozbrzmiał w jego kościach. Sprawił, że chciał zawyć, ale dawno temu zapomniał, jak to zrobić. Eteryczna dłoń prześlizgnęła się po jego czole. Słyszałem krzyki pierworodnych. Dobrze zacząłeś swą pracę.

- Mój panie. – Pozostał pochylony, prawie drżąc.

Musimy dostać więcej, dziecię Masraige’ów.

- Tak, mój panie.
Twoje imię. Bóg zadrżał. Twoje imię zostało zapomniane na tych zielonych ziemiach.

- Tak, mój panie. Tak samo jak twoje.

Musimy to naprawić. Bóg podciągnął go do pionu. Wargi, które smakowały jak zgniłe mięso, przywarły do jego własnych. Kapłan otworzył usta i zaciągnął się swym bogiem, błagalnie, służalczo i z rozkoszą. Przełknął gorzki posmak swego boga, modląc się tak, jak umiał tylko jego Zakon.

A teraz chodź. Bóg pociągnął go dalej przez plażę. Minie wiele czasu, zanim odbudujemy świat na nasze podobieństwo.

Kapłan podążał za swym panem, a jego umysł wibrował od wiedzy, że jego bóg wsączył się w niego. Tam było miasto, czarodziejskie miasto, gdzieś za plażą. Nie zatrzyma się, dopóki go nie znajdzie. Nie zatrzymają się, dopóki świat nie przypomni sobie imienia jego boga.

Crom Cruach i jego kapłan ponownie się połączyli.



* Ta scena jest niedorzeczna…
** Czy ona ma jakiś fetysz…? A zresztą – na pewno jej powie, nawet gdyby chcieli…
*** Ryzyko jest grą turową przeznaczoną dla młodzieży i dorosłych, a może w nią grać równocześnie od dwóch do sześciu osób. Plansza, na której toczy się rozgrywka, jest polityczną mapą świata podzieloną na czterdzieści dwa terytoria, które składają się na sześć kontynentów. Każdy gracz otrzymuje na początku gry armię w wybranym kolorze, którą ma zdobywać terytoria pozostałych graczy tak, by mieć pod swoją kontrolą cały świat lub - w innym wariancie gry - by spełnić otrzymane na początku gry tajne zadanie.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 23 lut 2015, o 00:15

OSTRZEŻENIE OD AUTORKI: Opisy przemocy i mnóstwo krwi.


Rozdział czternasty

Krew i pierworodny


Maleńka, czarodziejska wioska leżąca tuż przy Brighton była pogrążona we śnie. Mnóstwo rodzin spędzało tam wakacje i żadna z nich nie zdała sobie sprawy z okropieństw, jakie nadchodziły, aż było już o wiele za późno.

Hotel, w którym rodzina Blacków przebywała na początku wakacji, poszedł na pierwszy ogień. Moc, jaką dał mu jego bóg, wystarczyła kapłanowi do tego, by otoczyć starożytnymi zaklęciami cały teren. Nic nie ostrzegło czarownic i czarodziejów, którzy byli w środku, o tym, co ma się wydarzyć.

Gardło nocnego stróża zostało rozcięte zaostrzonym kamieniem, który kiedyś był ceremonialnym sztyletem. Krew trysnęła z rany, zabarwiając twarz i szyję kapłana. Oblizał wargi i przełknął, a miedziany smak obudził zmysły, które od dawna były martwe.

Pierwsze piętro było prawdziwą ucztą. Rodzice zostali związani magią, a ich różdżki zabrane i połamane z drwiną. Czarodzieje. Kapłan niewiele wiedział o tych istotach, poza faktem, że miały gardła. Ale moc, jaka w nich płynęła… To wiedział na pewno. Prawie wibrowali od esencji, która mogła ponownie uczynić jego boga silnym i uzdrowić jego rozpadające się ciało.

Dzieci zostały zapędzone na niewielki teren za budynkiem. Ukryte za wysokimi zaroślami i zasłoną milczenia, pochlipujące bachory zostały ustawione w szeregu przy płocie. Kilkoro starszych próbowało walczyć. Kapłan przytrzymał je i rozdarł ich gardła zębami, ku wielkiej uciesze jego boga, który zawisł nad tym terenem, pławiąc się w ich rozpaczy.

Ognisko było idealne, ale kapłan wykorzystał krzesła i inne przedmioty, które mogły spłonąć. Rodzice, których zmuszono do posłuszeństwa, przynieśli wszystko, co było niezbędne dla jego ognia. Dzieci błagały. Ich rodzice nadal jednak poruszali się sztywno, nie wahając się.

Ogień strzelał ponad jego głową, gdy przyprowadził pierwsze dziecko. Śliczną dziewczynkę z jasnymi włosami i ciemnymi oczami. Położył ją na stole, umieszczając silną dłoń na środku jej klatki piersiowej, by powstrzymać ją przed ucieczką. Łzy i smarki spływały jej po twarzy. Jej rodzice wystąpili naprzód, gdy zachęcił ich kiwnięciem palcem.

- Wasz nowy bóg was wita – wyszeptał do nich. Zwolnili kroku. Kapłan zmarszczył brwi i zacisnął wargi. Są silni, stwierdził. Będzie potrzebować również innych. Nie można było z nim walczyć. Był kapłanem. Jego bóg będzie jego i tylko jego.

Rodzice stanęli u jego boku. Wepchnął nóż w ręce kobiety. Pokręciła głową. Mając teraz wolną rękę, chwycił tył jej głowy. Moc jego boga przepłynęła przez niego, unosząc jej rękę. Ostrze zabarwiło się na czerwono, żółto i pomarańczowo od ognia, a potem opadło.

Dziecko krzyknęło. Ostrze unosiło się i opadało, unosiło i opadało, unosiło i opadało. Krzyki słabły z każdym machnięciem zakrwawionego już ostrza.

Gdy dziecko umarło, odepchnął kobietę. Zebrawszy wypływające wnętrzności, obrócił się do ognia i uniósł je wysoko. Przysunął soczyste narządy do ust.

A potem rozpoczął ucztę.


~~~~~~


Harry spał. Wiedział, że śpi. Pamiętał wślizgiwanie się pod kołdrę i ignorowanie chrapiącego blondyna, który osunął się w nogach jego łóżka. To był dobry dzień. Spokojny dzień. I… Zaczerwienił się. Bardzo dobry dzień. Pomyślał o pocałunkach w szklarni. Lubił Dracona. Bardzo go lubił. Ale przez większość czasu sam pomysł tego, że blondyn również go lubił – w ten sposób – wystarczył, by przyprawić go o rumieniec, który nie słabł godzinami.

Wiedział więc, że śpi, i to miała być wymówka dla zirytowanych dorosłych, którzy – był tego pewien – będą przy nim, gdy się obudzi.

Nie był na Ścieżce. Pojawił się w ciemności, nie wiedząc, gdzie jest góra, a gdzie dół, wyłącznie ze świadomością, że jest tam.

- Draco? – Próbował ruszyć naprzód, ale poczuł, że utknął w miejscu. Spojrzał na swoje stopy. Pomyślał, że mógłby zgiąć kolano. Poruszyć nogą. Ale nie stało się nic; nie było niczego, co powiedziałoby mu, czy rzeczywiście wykonał ruch.

Żadna odpowiedź nie nadeszła. Potarł swą twarz, próbując postanowić, co robić dalej. Biegnij. Wspomnienie słów profesora wróciło do niego. Ślizgoni nie pakują się w niebezpieczeństwo, którego nie rozumieją, panie Potter.

Skrzywił się na ten ton, ale zgodził się z wypowiedzią. Problemem było to, że nie mógł się ruszyć. Nie było tam Drzwi, przez które mógł wyjść, ani Ścieżki, po której mógł się stamtąd wydostać.

Myślę, że jestem w otchłani. Nie był zdezorientowany przez ciemność, która go otaczała. Strach, który kiedyś odczuwał w tym miejscu, zniknął. Teraz odczuwał ostrożność, prawie… niepokój.

Dlaczego to się niepokoi? Raz jeszcze spróbował się ruszyć. Tym razem świat zawirował wokół niego, zniekształcając światło i dźwięki. Uniósł ręce, by osłonić głowę.

Stał nad plażą. Za wszystkich domów strzelały płomienie. Ciężki odór unosił się w powietrzu, skręcając mu żołądek. Chciał zwymiotować. Próbował zwymiotować. Nie udało mu się.

Jego bezcielesna dusza przysunęła się bliżej, choć nie z jego woli. Ciemność panowała nad nim i chciała, by to zobaczył.

Ciała zaścielały piasek. Niektóre były całe, a niektóre… nie. Dorośli w różnych stadiach nieładu znajdowali się w czerwonym od krwi piasku. A to, co robili…

Jakiś mężczyzna wyrwał sobie język i zakopywał go w piasku. Inni wyłupiali sobie oczy. Jakaś kobieta grzebała rękami we własnym brzuchu, który był rozcięty, a brzegi rany rozwierały się niczym obrzydliwe usta. Garściami wyciągała na zewnątrz żołądek i inne organy, i wrzucała je w piasek. Płakała przez cały czas.

Całkowita obrzydliwość tej sceny wypaliła się w pamięci Harry'ego. Z przerażeniem pchnął niewidzialnymi rękami, jak gdyby mógł odepchnąć od siebie rzeczywistość samą siłą woli.

Nie, krzyknął, ale nie usłyszał dźwięku. Och proszę, Merlinie, nie. Nie znowu. To nie może się znowu dziać!

- Dziecię snów?

Głos Morrigan wystarczył, by wyrwać go z szoku, jaki zawładnął jego umysłem. Odwrócił się do niej i rzucił swą duszę w jej ramiona.

- Dziecko, co ty tutaj robisz?
- Ja… ja… – Nie mógł zaczerpnąć dość powietrza, by odpowiedzieć.
- Podążałam za zapachem mego wroga aż do tego miejsca. Zamiast mojej ofiary znalazłam ten koszmar, a potem ciebie. Dziecko, co ty tutaj robisz? – Harry nie wiedział, jak znalazła się z nim w Ciemności, ale był wdzięczny za jej obecność.
- Nie wiem. Spałem! To przyniosło mnie tu…
- Co cię tu przyniosło? – Ciepłe, silne ramiona objęły go mocno.
- Ciemność.

Ręce na jego plecach znieruchomiały.

- Interesujący rozwój wydarzeń.

Odsunął się, by spojrzeć jej w twarz. Jej alabastrowa skóra odbijała światło księżyca. Jej ciemne włosy były tak nieujarzmione jak zawsze, ale jej oczy… W jej oczach walczyły ze sobą zmęczenie i wściekłość.

- Co się stało?

Zamrugała i wściekłość zniknęła.

- Nie wiem, senny pisklaku. Choć chciałabym wiedzieć.
- Kto mógł zrobić coś takiego? – Harry zadrżał. – Voldemort to zrobił, ale on jest martwy! On musi być martwy!
- Człowiek, z którym byłeś związany… – Dotknęła zanikającej blizny na jego czole. – Jego obecności tu nie ma. Ale jest inna. – Cienka linia pojawiła się między jej brwiami. – Muszę już iść. Zanim zapach ponownie zniknie.
- Ale…
- Śpij, moje dziecię. – Pochyliła się i musnęła wargami jego czoło. – Wracaj do swojego ciała i śpij.
- Ale… – Ale wola Morrigan wystarczyła. Ciemność wypuściła go ze swych objęć. Świat Harry'ego wypełniła biel.


~~~~~~


Ciało chłopaka wygięło się w łuk na łóżku. Draco trzymał głowę Harry'ego na swych kolanach, wyglądając na zagubionego. Severus trzymał nogi chłopaka. Lucjusz z całych sił starał się utrzymać wąską klatkę piersiową płasko przy łóżku, ale wszystko to zostało udaremnione przez magię płynącą w żyłach chłopaka.

Obudziły ich krzyki Harry'ego. Przez jedną, długą, przerażającą chwilę, Severus leżał w swym łóżku i zastanawiał się nad tym, czy wszystkie te lata były tylko snem, a on z powrotem był na usługach Voldemorta, w środku obławy, a na dodatek trafiony oszałamiaczem.

Ale ciepłe ciało Lucjusza obok niego sprowadziło go z powrotem do właściwego miejsca i czasu. Nie kłopocząc się czymś więcej poza szatami, zbiegli na dół do sypialni chłopaka, znajdując tam Dracona.

Krew wsiąkła w pościel. Gdzie ten chłopak ją trzyma? Severus wiedział, że są granice tego, ile ciało może pomieścić. Martwił się, że Potter był bliski wykrwawienia się.

Część pochodziła z ust chłopaka. Harry ugryzł się w język podczas szarpaniny. Krwawił również z oczu. Reszta… Severus szukał, ale nie mógł znaleźć źródła. Nie chciał przyznać, że ten fakt napawa go lękiem.

Chłopak zwiotczał z ostatnim, przerażającym okrzykiem. Draco drgnął, obracając się i trzymając głowę Harry'ego w rękach.

- Harry? – Pochylił się bliżej. – Harry, no dalej. Obudź się. – Severus zauważył, że starszy chłopak się trzęsie. – Proszę? – Drżący głos sprawił, że odwrócił głowę.

Ciało pod ich rękami zakaszlało. Wilgotny, terkotliwy dźwięk wyrwał się z jego piersi. Lucjusz odsunął się od chłopaka, a Severus puścił jego nogi. Harry obrócił się na brzuch i próbował zwymiotować. Pojawiła się wodnista strużka tego, co jedli na kolację.

- Harry! – Draco znalazł się poza łóżkiem i u jego boku. Harry chwycił rękę blondyna i próbował się odezwać.
- Potrzebuję… p-p-prof…sora…
- Jest tutaj, Harry.
- Twój… tata…
- Harry, co… – Draco pomógł chłopakowi podnieść się do siadu.
- Plaża… – Harry odwrócił głowę i udało mu się nie uderzyć blondyna, gdy jego żołądek próbował wyrzucić z siebie jakiegoś urojonego intruza. Albo wspomnienie, wyszeptał umysł Severusa.
- Harry? – Lucjusz uklęknął obok chłopaka. Severus natychmiast tam podszedł.
- Krew… – Harry wyciągnął rękę i złapał Severusa. Moje serce nie drgnęło, warknął do głosów szepczących w jego głowie. On tylko potrzebuje… – Masakra. – Harry wtulił twarz w tors profesora. – Na… południu. Przepraszam. Przepraszam.
- Harry?
- Ja… – Odwrócił głowę, by spojrzeć na Dracona. – Nie… zamierzałem tam iść. Ciemność… – Oczy Harry'ego zaczęły błyszczeć. – Ciemność mnie zabrała. Przepraszam…
- W porządku, Harry. – Draco znalazł się bliżej, by wyciągnąć chłopaka z jego objęć. Severus odmówił wypuszczenia go. W końcu sam mnie złapał. Nie znał uczucia, które rozprzestrzeniało się w jego piersi. Zgonił to na ciepło łez Pottera.
- Krew… na… plaży… – To była ostatnia rzecz, jaką powiedział Harry, zanim stracił świadomość. Severus trzymał go kilka sekund dłużej, a potem podniósł ciało chłopaka z podłogi, kołysząc go w ramionach.
- Musimy posprzątać pokój – powiedział jako pierwsze. Nie wiedział dlaczego.
- Pokój? Pokój! Kogo obchodzi pokój?! Niech skrzaty domowe się tym zajmą. – Draco przeskakiwał z nogi na nogę. – Krew na plaży. Dlaczego bredził o… – Oczy Dracona otworzyły się szerzej. Severus zobaczył, jak Lucjusz sięga po swego syna.
- Musiał mieć miejsce kolejny atak. – Draco przechylił głowę o kilka cali. – Ale dlaczego… – Zmrużył oczy. – Ciemność. – Pstryknięcie palcami sprawiło, że obaj mężczyźni drgnęli. Draco wyciągnął ręce po Harry'ego. – Proszę. Potrzebuję go. Musimy iść.
- Nigdzie nie idziecie. – Lucjusz zacisnął dłoń na przedramieniu syna.
- Musimy. – Draco pokręcił głową. – Wiem, dokąd musimy się udać. Musimy znaleźć Pytię. Potrzebujemy jej.
- Nie pójdziecie sami.
- Więc jak… – wybuchnął Draco. Potem spojrzał przeciągle na twarz ojca. – Dobra. Ale nie wolno wam przesadnie reagować. Nie wiem, czy w ogóle do niej dotrzemy. Ale jest miejsce, w które możemy się udać na początek.
- Gdzie?

Oczy Dracona błysnęły siłą, której Severus nie umiał nazwać.

- Cnoc an aon Chriann. – Fala magii przeszła przez pokój. Domowe skrzaty, które sprzątały bałagan, zaskomlały i zniknęły. Zarys drzwi prowadzących na korytarz rozbłysnął srebrzystym światłem.
- Draco, jak ty…
- Nie ma na to czasu. – Wziął Harry'ego z rąk Severusa. Mistrz Eliksirów prawie pociągnął go z powrotem. Potem blondyn odsunął się, zmierzając w stronę drzwi.

Severus zerknął na swego kochanka, ale Lucjusz wpatrywał się w syna. Ruszyli tuż za nim, z szatami przesiąkniętymi krwią i innymi płynami, przechodząc przez Drzwi, przez które żaden z nich nigdy w życiu nie przechodził.

Severus miał tylko chwilę na to, by być przerażonym. W następnej świat uległ zmianie.


~~~~~~


Ostatnie tygodnie pozycji Scrimgeoura jako Głównego Aurora okazały się być cholernie ciężkie. Wciąż był przeświadczony o tym, że zajmie biuro Ministra, ale nie zamierzał rezygnować ze swej pozycji Aurora przed nadejściem wyborów. Na wszelki wypadek.

Rufus myślał, że widział horror w Irlandii. Scena, którą miał przed sobą, przekraczała granice wszystkiego, co mógłby sobie wyobrazić.

Uzdrowiciele biegali po plaży, próbując ocalić tych, których mogli. Większość dorosłych zmarła przed ich dotarciem na miejsce. Jedna z kobiet, której wnętrzności leżały na złoto-czerwonym piasku wokół niej, wydała ostatnie tchnienie, gdy Rufus chwycił ją za rękę. To było wspomnienie, którego nie mógł się pozbyć.

Był tam ten sam Niewymowny, którego spotkał w Irlandii. Mężczyzna – Rufus nadal nie znał jego imienia – chodził od jednego ciała do drugiego, rzucając zaklęcie, którego Auror nigdy wcześniej nie słyszał. Z każdym kolejnym razem mężczyzna stawał się coraz bardziej zdenerwowany.

Zatrzymał się przed mężczyzną, którego Rufus znalazł niedaleko skał. Był w średnim wieku, a z przodu głowy miał przerzedzone włosy. Miał też wyłupione oczy. Jego nogi były połamane w wielu miejscach. Nie było dla niego wielkich nadziei – Rufus usłyszał, jak powiedział to jeden z Uzdrowicieli.

- Jak się nazywa? – Niewymowny nawet nie spojrzał na Rufusa.
- Nie wiem.

Mężczyzna przykucnął obok ofiary. Różdżka wycelowana w głowę mężczyzny strzeliła zaklęciem, zanim Rufus zdążył zareagować. Mężczyzna zesztywniał, a jego uścisk zgniótł Aurorowi dłoń.

- Proszę się przedstawić.
- William Maxwell.
- Jest pan czarodziejem, panie Maxwell?
- Tak.
- Co tu się wydarzyło?
- Ja… ja… – Mężczyzna próbował pokręcić głową. Krew zaczęła sączyć się z jego oczodołów. – On przybył. Nie usłyszeliśmy barier. Nie zniknęły tak, jak powinny.
- Kto przybył?
- Mężczyzna.
- Jaki mężczyzna?
- Mężczyzna! – Pan Maxwell skrzywił się. – Rzucał zaklęciami! Nie mogliśmy nic zrobić! Och Cindy, Cindy, Cindy…
- Kim jest Cindy, panie Maxwell?
- Moją… moją córką.
- Co się stało pańskiej córce?
- On… on ją zabił!
- Zabił ją?
- Sprawił, że my ją zabiliśmy! Miał nóż! Unosił się i opadał, unosił i opadał… – Mężczyzna urwał, szlochając.
- Skończ to – syknął Rufus do Niewymownego.
- Proszę zamilknąć, Aurorze. – Spojrzenie drugiego mężczyzny było pozbawione emocji. – Dostanę swoje odpowiedzi. Panie Maxwell, czy wie pan, kto to zrobił?
- Nie.
- Czy rozpoznał pan kogokolwiek, kogo pan zobaczył?
- Tylko pozostałych… i chłopaka.

Rufus poczuł, jak chłodny dreszcz przebiega mu po kręgosłupie. Oczy Niewymownego błysnęły.

- Jakiego chłopaka? – zapytał mężczyzna.
- Chłopaka… on był w powietrzu! I kruka! Obserwowali nas! Nic nie zrobili!
- Kim był ten chłopak?
- Nie wiem! – Głos Maxwella zaczął zanikać. – Nie wiem, nie wiem, nie wiem…
- Czy to był pan Potter, panie Maxwell? Maxwell? – Niewymowny chwycił twarz mężczyzny. Jego kciuki wbiły się w jego policzki. – Maxwell, odpowiadaj!
- On odszedł, człowieku! – Rufus próbował rozluźnić uścisk mężczyzny. – Ty i ja dobrze wiemy, że to nie mógł być pan Potter. Jak śmiesz mówić coś takiego…

Niewymowny odwrócił się do niego. Rufus zorientował się, że odlatuje na kilka stóp w tył, a szczęka boli go od uderzenia. Mężczyzna dyszał, zaciskając dłonie w pięści.

- To nie jest robota śmierciożerców, Scrimgeour. To robota Czarnego Pana; pokręconego, przeżartego złem umysłu. Wykorzystuje bogów, by nas oszukać. – Wąska klatka piersiowa unosiła się i opadała z każdym sapnięciem. – Nie widzisz tego? Wszyscy zgrzeszyliśmy. Wszyscy odwróciliśmy się plecami od prawdy. To wina tych, którzy sprowadzili dawnych bogów z powrotem. A to oznacza, że Harry Potter jest tym, który to zrobił. – Niewymowny wyprostował się. – Zakończę to, Scrimgeour, w ten czy inny sposób. Nie wchodź mi w drogę.

Rufus z przerażeniem patrzył, jak mężczyzna odchodzi. To się wymyka spod kontroli. Przekręcił się na ręce i kolana, wciąż czując się słabo. Muszę ich wszystkich ostrzec. Trzeba to powstrzymać. Poruszył szczęką, krzywiąc się, gdy poczuł tworzącego się siniaka. Być może spędziłem w biurze wystarczająco dużo czasu. Muszę stawić temu czoła. Czarodziejski świat musi wiedzieć, co się dzieje. Wstał, strzepując drobne ziarenka piasku ze swoich szat.

- Masz rację – wymamrotał do oddalających się pleców mężczyzny. – W ten czy inny sposób, to się zakończy.


~~~~~~


Draco mocno trzymał Harry'ego w ramionach. Czuł, że jego ojciec i Severus przechodzą przez Drzwi za jego plecami. Czekał wystarczająco długo, by go zlokalizowali, a potem odszedł, ruszając błotnistą drogą, która prowadziła w stronę rzędu chat.

- Gwenn? – Chatka, którą zapamiętał, była cicha. Kopnął w drzwi jedną nogą. – Gwenn?

Drzwi otworzyły się. Merle stanął przed nim zamiast bogini, której się spodziewał. Draco przełknął jęknięcie ze strachu.

- Witaj, Merle – powiedział. Pokryty mchem mężczyzna wpatrywał się w niego nieokreślonym spojrzeniem. – Muszę porozmawiać z Gwenn. To ważne. Proszę?

Merle mruknął na niego. Draco starał się, by nie podskoczyć. Wtedy mężczyzna sięgnął w przód i chwycił Dracona, wciągając go do środka. Potem stanął pomiędzy nim i dwoma dorosłymi, którzy zostali na zewnątrz.

- Draco? Draco! – Słyszał głos swego ojca.
- Nic mi nie jest – rzucił ponad cielskiem, które przesłaniało mu pole widzenia. – Merle, to jest mój ojciec. Jest dobrym człowiekiem. Jest z nim Severus. Obaj są dobrymi ludźmi. Wpuścisz ich? Proszę?

Merle nawet nie drgnął.

- Proszę? – Nie przejmował się tym, że był o włos od błagania. Harry obojętnie leżał w jego ramionach. – Merle, Harry jest ranny. Potrzebuję pomocy Gwenn, by zabrać go do Pytii. Oni również muszą wejść. Więc proszę
- Draco?

Na dźwięk głosu bogini w jego oczach prawie pojawiły się łzy. Odwrócił się z Harrym wciąż bezwładnym w jego objęciach.

- Gwenn, potrzebuję twojej pomocy.

Bogini podeszła do niego, wycierając ręce w szorstki ręcznik.

- Połóż go tutaj, chłopcze. Merle, rusz się. Wpuść tych miłych panów. – Jej silne ręce przejęły Harry'ego tak, jakby nic nie ważył. Merle przesunął się z niskim pomrukiem, tyko na tyle, by Lucjusz i Severus mogli się przecisnąć. – Co się stało? – zapytała Gwenn. Draco uklęknął obok niej. Delikatnie położyła Harry'ego na ziemi.
- Powiedział, że Ciemność zabrała go, by coś zobaczył. – Draco otarł krew ze swoich rąk. – Powiedział, że na plaży była krew. Coś się stało albo stanie, tego nie wiem. Musimy dostać się do Pytii. Ona może nam pomóc.
- Grecy – wymamrotała Gwenn. Kosz pełen niepodpisanych słoików pojawił się przy jej boku, jak gdyby go przywołała. Zerknęła na pozostałych. – Kim oni są, młodzieńcze?
- Mój ojciec, Lucjusz. A to mój… ojciec chrzestny, Severus. – Nie zamierzał przedstawiać zawiłych relacji pomiędzy dwoma mężczyznami. Zachowa to na później. – Co się z nim stało? Możesz nam pomóc? Wszystko było z nim w porządku, gdy szedł tam wcześniej…
- Wszystko będzie dobrze, mój drogi. – Odkręciła niewielki słoik i machnęła nim pod nosem Harry'ego. Mniejszy chłopak skrzywił się i jęknął. – No i proszę. Przez jakiś czas będzie trochę chory. Tak działa na ciało Ciemność.
- Więc wiesz, co się stało?

Pokręciła głową i usiadła na piętach.

- Nie całkiem. Minęły tysiąclecia, od kiedy mieliśmy tak potężnego Marzyciela jak on. Ciemność jest dziwna, chłopcze. Jest żywa, ale nie żyje. Jestem pewna, że wasza nauczycielka powie wam o tym więcej.
- Możesz nas tam zabrać?

Spojrzała na niego ostro, a potem skinęła głową.

- Tak. Choć to będzie wymagać przygotowań, ostrzegam cię. – Wstała i wytarła ręce w spódnicę. – Zabierz Marzyciela, chłopcze. – Wy dwaj – zwróciła się do dorosłych – pójdziecie ze mną.

Przecisnęła się za Merle’em i wyszła na zakurzoną ulicę. Draco podążał tuż za nią. Severus i Lucjusz nie odezwali się ani słowem, za co Draco był wdzięczny. Wiedział, że sytuacja była daleka od ich pojęcia komfortu. Obaj byli w złym humorze. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowali, była zirytowana bogini macierzyństwa besztająca jego ojca i jego kochanka.

Minęli kolejne chaty, które stały wzdłuż krótkiej drogi. Draco nie mógł nic poradzić na to, że zerkał na nie, próbując nadążyć. Ale drzwi pozostały zamknięte, a okna ciemne, nie okazując żadnych oznak życia.

- Tutaj. – Gwenn zatrzymała się na skraju małej wioski. – Tu Ścieżka się rozdwaja. Prawa odnoga zaprowadzi was na Rynek. Lewa prowadzi w Ciemność i tam się kończy. – Odwróciła się i położyła dłonie na ramionach Dracona. – Idź w lewo do samego końca. Gdy się tam znajdziesz, stwórz Drzwi, rozumiesz?
- Nie. – Pokręcił głową. – Nie damy rady…
- Użyj swych ojców jako kotwicy. Będziesz potrzebował ich siły. Gdyby twój Marzyciel był przytomny, razem dalibyście radę to zrobić. Ale on jest zbyt zmęczony, by próbować, a Ciemność może to zakończyć, zabierając go ponownie. Zakotwicz w nich swój umysł. – Spojrzała mu w oczy. – Użyj ich mocy, by odnaleźć miejsce, w które chcesz się udać. Rozumiesz?
- Ja… tak sądzę. – Przełknął. – Nie możesz nam pomóc?
- Nie, dziecko. Nie mogę. – Pochyliła się i pocałowała go w czoło. – Idź już, zanim Ciemność stanie się świadoma tego, że tu jesteście. Jeśli zabrała go raz, będzie w stanie zrobić to ponownie. Będziecie bezpieczni z tą swoją Greczynką, dopóki nie nauczy was, jak się przed tym bronić. Idź już. – Pchnęła go lekko w stronę ścieżki. – A wy dwaj… – pogroziła palcem dorosłym. – Róbcie to, co mówi, i nie sprzeciwiajcie mu się.

Draco nie usłyszał, czy odpowiedzieli. Pospieszył lewą Ścieżką w Ciemność. Z każdym stawianym krokiem wokół niego pojawiało się coraz więcej szarej mgły. Świetliste ślady bladły, im dalej się przesuwał.

- Draco. – Severus położył rękę na jego ramieniu. – Mogę go ponieść.
- Nie. – Draco mocniej przyciągnął Harry'ego do piersi. – Słyszałeś Gwenn. Ciemność mogłaby go zabrać.
- Jestem silniejszy od ciebie, Draco.
- Nie w tej chwili. – Nie miał czasu, by walczyć z Mistrzem Eliksirów. – Ojcze? – Dotarli do końca Ścieżki. Draco czuł, jak obecność Ciemności zaczyna narastać.
- Tak? – Lucjusz pojawił się przy nim.
- Chwyć moje drugie ramię. – Drugi blondyn nie sprzeciwił się. Z dwoma czarodziejami trzymającymi jego ciało, Draco zamknął oczy i powoli wypuścił powietrze.

Muszę znaleźć jaskinię. Pozwolił swemu umysłowi sięgnąć naprzód. Ciemność zaczęła wirować wokół nich. Słyszał, jak oddechy dorosłych przyspieszyły. Wiedział, że nie ma zbyt wiele czasu.

Jaskinia, jaskinia, jaskinia. Myśl monotonnie krążyła w jego głowie. Jaskinia z ogniem. Homer. Pytia i jej krzesło z białego kamienia. Jaskinia. Nie miała nazwy. A może miała? Otworzył oczy na tę myśl. Wpatrywał się w krążącą falę Ciemności, która podążała za nimi. Skończył im się czas.

- Delfy – powiedział. Drzwi rozbłysły przed nimi. Dorośli przeciągnęli go przez nie, zanim zdążył choćby mrugnąć.

Ciemność rozbiła się w pustym miejscu, tracąc obecność Marzyciela.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez Violette Laurent » 17 mar 2015, o 19:06

Zachwycona. Jak zwykle jestem zachwycona. To opowiadanie jest bajeczne! Tak bajeczne, że za każdym razem, gdy przeczytam nowy wpis, wprost nie mogę się doczekać kolejnego. Muszę zaznaczać, że przeczytałam całą Wiarę? Chyba raczej nie muszę.

Tak w ogóle to cieszę, że nadal tłumaczysz to opowiadanie droga monalo4 i robisz to konsekwentnie, niezależnie od tego ile czasu zajmie ci przetłumaczenie rozdziału. Wbrew pozorom, nie zamierzam teraz marudzić, że kolejne rozdziały pojawiają się zbyt rzadko, gdyż wiem, ile pracy wymaga przetłumaczenie jednego takiego rozdziału (aczkolwiek sama tłumaczem nie jestem). Z tego też względu szanuję Cię niezmiernie jako tłumacza i człowieka. Nie każdy potrafiłby pogodzić codzienne obowiązki z pracą tłumacza, która poza satysfakcją nie przynosi żadnych materialnych profitów. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, ile winni Ci jesteśmy (jako wierni czytelnicy) za te hektolitry łez i potu, które wylałaś podczas tłumaczenia każdego rozdziału.

Co zaś się tyczy samego rozdziału, to.. pamiętam, że ostatnio czytałam od razu dwa naraz, ponieważ jakimś cudem przegapiłam "premierę" rozdziału 13 i musiałam nadrobić. (Cholerne studia, odbierają mój cenny czas na czytanie fanficków.) Było to już jakiś czas temu, kiedy nie miałam jeszcze konta na drarry.pl, ale postaram się cokolwiek powiedzieć. Cokolwiek co pamiętam. Tylko się zastanowię...

Chociaż może lepiej zacznę od początku.

"Wiara" jest wspaniałym opowiadaniem, które w bardzo zmyślny sposób pozostawia niedosyt, przez co z niecierpliwością wyczekuje się później jakiegoś sequelu. Nie każde opowiadanie ma takowy, dlatego tym większą ulgę odczułam, gdy dowiedziałam się, czym jest "Stąpając wąską ścieżką". Nie mówiąc już o ogromnej radości. Osobiście jako fanka motywów "biedny Harry" w każdym kolejnym rozdziale czekałam na moment, w którym zostaną nam przybliżone nowe, tajemnicze objawy schorzenia Harry'ego. I nie zawiodłam się, z czego także bardzo się cieszę, chociaż pewnie zakrawa to na lekki sadyzm. Tak czy inaczej Harry cierpi, a gdy Harry cierpi wszystko robi się ciekawsze. (Brzmi strasznie, ale tak to już jest.)

Bardzo spodobała mi się postać aurora Rayne'a. Jest dokładnie kimś takim, kogo chciałam zobaczyć wtedy w ogrodzie domu przy Privet Drive. Taki niekoniecznie przypadkowy przechodzień, że tak to ujmę. I szczerze przyznam się, że widzę w nim siebie. Ta postać odzwierciedla pomoc, której (pomimo fascynacji bólem i cierpieniem Harry'ego) zawsze chciałam mu udzielić. Od razu miałam wewnętrzny zaciesz, gdy go zobaczyłam. Niemal tak samo zachowywałam się, gdy WRESZCIE zabrano Harry'ego z tego domu i przeniesiono do Malfoy Manor. Być może trochę późno, ale Malfoyowie i Snape przynajmniej się starali. Nie to co Syriusz. (Mam ochotę kopnąć go w dupę od jakichś 10 rozdziałów. O drapaniu po twarzy pazurami i zrzuceniu z Wieży Astronomicznej już nie wspominając.) Swoją drogą, jak wielkim idiotą trzeba być, żeby dwa razy zaufać w sprawie Harry'ego komuś takiemu jak Dumbledore? Serio Syriuszu? Serio? (W tym temacie ewidentnie nie uważam pragnień Harry'ego za egoistyczne. Ginny i Bill wychowali się w miejscu pełnym miłości. To, że Ronowi odbiło i skrzywdził siostrę oczywiście nie jest nieważne, ale tak czy inaczej wychodzi na to, że nie dość, że mieli kiedyś rodzinę, to teraz odebrali jedyną rodzinę Harry'emu. Mam ochotę rzucić w nich garnkami pani Weasley, która zresztą też się nie popisała. Kretynka. Oczywiście nie kwestionuję tego, że zasłużyli na Syriusza, ale żeby tak od razu mieli zapomnieć o Harrym? No ludzie! Kto tak postępuje?! Jedynym co ich ratuje jest tak po prawdzie tylko to, że Draco, Severus i Lucjusz są z Harrym. W innym przypadku już szukałabym sposobu na to jakby tu wejść do opowiadania w celu przemeblowania im twarzy.)

Dalej robi się oczywiście jeszcze ciekawiej. Sesje z aurorem Raynem. Pogaduszki z Morrigan. Chodzenie po ścieżkach. Ciągłe osłabienie Harry'ego. Ciągłe omdlenia i krwotoki. Serio, tego opowiadania nie da się czytać tak, żeby się nim znudzić. To jest po prostu niemożliwe. Jest idealnie wyważone. Pomimo ilości sytuacji kryzysowych wcale nie sprawia wrażenia ani przeładowanego ani sztucznego. Wszystko jest takie, takie... naturalne. Jakby takie rzeczy działy się ludziom na co dzień. A przynajmniej Harry'emu.

Strasznie mi się to wszystko podoba. A gdy mówię wszystko naprawdę mam na myśli wszystko (Chociaż gdy widzę te kawałki o tym bożku co zabija pierworodne dzieci rękami ich rodziców, to mam ochotę uciec. To jest chyba jedyna rzecz, jaką z chęcią odpuściłabym sobie. Biedne dzieci. Jednak mimo iż jest to straszne, to jest to także ciekawy motyw, który tylko dodaje pikanterii.), nawet te momenty gdy cały świat oskarża Harry'ego o nie wiadomo co. (Świat Czarodziejów nie byłby taki sam, gdyby co 5 minut nie zmieniał zdania o Wybrańcu.) Ale to pewnie tylko dlatego, że nie dość, że jako czytelnik wiem co się naprawdę stało, to jednocześnie jako postać (w sensie "gdybym była bohaterem") mam świadomość tego, że obudzenie pogańskich bogów wcale nie jest takie złe, jak się każdemu wydaje. Zdecydowanie byłabym tym typem postaci, która fascynuje się mitologią do tego stopnia, by w końcu niczym Hermiona odkryć, kto tak naprawdę robi sobie krwawe uczty. Co z kolei sprawiłoby, że gardziłabym każdym, kto mówiłby źle o Harrym, bo w końcu przecież "Co ma jakiś pomylony bożek do Wybrańca, ludzie. Opamiętajcie się!" i tym podobne rzeczy. Serio, nawet w kanonicznym Świecie Czarodziei, stanowcza większość czarodziejów była bardziej ślepa niż niuchacz (o ile niuchacze są tak samo ślepe jak nasze krety) i bardziej głupia niż niejeden troll. Dosłownie ręce opadają, ale gdyby nie ta powszechna głupota, większość fanficków straciłaby na wiarygodności.

Oho, widzę, że już sporo napisałam, a jest jeszcze tyle rzeczy, o których chciałam wspomnieć! Np. o tym, że strasznie bawi mnie to, że Severus i Lucjusz są mało ważni w tym drugim świecie i że tam znacznie więcej do gadania ma Draco i Bożkowie niż oni. Nie wiedzieć czemu lubię podkopywać ich dumę. Tak delikatnie. O! I jeszcze Severus mi się strasznie podoba! Ale nie w sensie, że jako facet tylko jako postać. Nadal ma te swoje humorki, ale jego stosunek względem Harry'ego diametralnie się zmienił, co ładnie ukazywała scena, w której jednoznacznie dał Harry'emu do zrozumienia, że CHCE z nim przebywać i nie robi tego dlatego, że musi, a potem zaprosił go do salonu na partyjkę szachów. To było na swój sposób urocze i takie... oczekiwane. Nie chodzi mi o to, że było przewidywalne. Raczej mam na myśli tzw. "myślenie życzeniowe". Nie wiem jak inni, ale ja osobiście od dawna chciałam, by Severus oświecił Harry'ego, co do swojego zachowania. Harry zbyt długo mącił i wmawiał sobie, że "wcale tak nie jest". (Co swoją drogą także było potrzebne. Podkreślało upośledzenie uczuciowe Harry'ego, a to przecież jest bardzo ważne w tego typu opowiadaniach. Byłam więcej niż zadowolona, czytając o jego wątpliwościach.)

I to chyba na tyle. Mam nadzieję, bo drugi komentarz pewnie byłby podobnej długości albo nawet i dłuższy. (Tyle nie wypowiedzianych zachwytów!)

Żeby już nie przedłużać, szybko się pożegnam, mówiąc powodzenia i dziękuję za twoją ciężką pracę. :D
Każda dostatecznie zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii.
~Arthur C.Clarke


Te, które śledzę:
[NZ][T] Stąpając wąską ścieżką monalo4
[T][NZ] Poskramiacz smoków Aribeth
[NZ] Okoliczności (nie)sprzyjające temperance
[NZ][T] Tajemnice formica
[NZ] Życie bardziej kolorowe narumon

Perfidna autoreklama:
[NZ] Cambiare Tempus Futurum Violette Laurent [fanfiction.net]
Violette Laurent Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2
Dołączył(a): 17 mar 2015, o 17:59

Postprzez monalo4 » 1 kwi 2015, o 00:16

Dziękuję za miłe słowa i wyczerpujący komentarz powyżej, i wrzucam dla Was kolejne 2 rozdziały :)


Rozdział piętnasty

Świątynia w Delfach


Informacje o masakrze pojawiły się z hukiem i o mały włos nie rozwaliły Alei Pokątnej na pół.

Ludzie biegali po ulicach, rozgłaszając plotkę za plotką. Śmierć całej czarodziejskiej wioski w zupełności wystarczyła, by większość ludzi dostała szału, ale to sposób, w jaki zmarli, wywołał panikę.

Nokturn był szemranym miejscem, pełnym brudu i wątpliwej reputacji osób. Gdy pojawili się tam po raz pierwszy, Hermiona odwróciła się do Toma z niepokojem w oczach i krzykiem na ustach.

- Ciii, panno Hermiono – przerwał jej Tom, zanim zdążyła zacząć. – Chcesz walczyć? Cóż, to jest miejsce, w które Ministerstwo odsyła ludzi, których nie lubi. Nigdzie nie znajdziesz lepszych wojowników. Chodź. To niedaleko.

Skręcili w Aleję Nokturnową. Była o wiele dłuższa, niż Hermionie z początku się wydawało. Odchodziło od niej kilka innych uliczek. Im dalej szli, tym mniej brudu i plugastwa widzieli. To bardzo zaniepokoiło Hermionę.

- Tom? – Zatrzymała go na rozdrożu. – Gdzie my jesteśmy? I dlaczego tu jest inaczej?

Barman pociągnął ją na bok, ukrywając ich w bramie.

- To Nokturn, Hermiono. Miejsce, do którego reszta czarodziejskiego świata wrzuca rzeczy, o których nie chce myśleć. Tu naprawdę nie wszystko jest paskudne. Utrzymują teren najbliższy Pokątnej w takim stanie, by utrzymać z dala ciekawskich.
- Nie rozumiem.

Wyraz politowania przemknął przez jego twarz.

- Wiem, że nie, panno Granger. Wyjaśnię po drodze, bo nie powinniśmy za długo przebywać w jednym miejscu. W pobliżu są niebezpieczne typy. – Po tych słowach wziął ją za rękę i poprowadził dalej, kontynuując.

Burdele znajdowały się na Alei Lawendowej, jak jej powiedział. W aptece sprzedawano wszelkiego rodzaju mroczne eliksiry i inne tego typu rzeczy. Ku jej zaskoczeniu, nie wszystkie sklepy zajmowały się nielegalnym handlem. Niektóre, jak stwierdziła, skupiały się na chorobach, do których czarodziejski świat się nie zniżał. Eliksiry na problemy psychiczne. Eliksiry na choroby, na które nie było magicznych leków. Nawet alergie, jak się zorientowała, były czymś podejrzanym w świecie, w którym coś, co nie było doskonałe, musiało być dewiacją.

W końcu Tom poprowadził ją niewielką ścieżką, która wiodła pomiędzy dwoma wysokimi budynkami. Była wilgotna, ciemna i bardziej niż trochę przerażająca. Hermiona trzymała go mocno za rękę, aż do nieoznaczonych drzwi w kamiennej ścianie.

Zapukał kilkukrotnie; jeśli to był kod, Hermiona go przeoczyła. W odpowiedzi drzwi otworzyły się i niski człowiek rzucił się na Toma.

- Tommy! – Mężczyzna sprawił, że Hermiona puściła rękę barmana. – Tommy, nie widzieliśmy cię od wieków!

Tom poklepał go po plecach, a potem odsunął go od siebie.

- Alex, chcę ci kogoś przedstawić.

Gdy się rozdzielili, Hermiona lepiej zobaczyła mężczyznę. Był niski, szczupły i miał niepokojąco kobiecy wygląd. Jego włosy były brązowe, ale zebrane za czarną opaską. Hermiona ze zdziwieniem zauważyła, że miał na sobie makijaż.

Alex odwrócił się, by na nią spojrzeć. Otwarty, przyjazny wyraz twarzy natychmiast zniknął.

- Kolejna stracona dusza? – zapytał.
- Nie całkiem. – Tom westchnął. – Słuchaj, możemy wejść do środka? Wszystko wyjaśnię.

Tym sposobem Hermiona znalazła się w pokoju pełnym ludzi, na wieść o których jej rodzice dostaliby zawału.

Grupa, której przedstawił ją Tom, nie miała nazwy. W ten sposób trudniej ich było wyśledzić, jak jej powiedziano. Prawie wszyscy byli wyrzutkami czarodziejskiego świata, z tych czy innych powodów. Alex został wygnany za to, że lubił ubierać się w damskie ciuchy. Pozostali mieli na koncie poważniejsze przewinienia.

Carey była Mistrzynią Eliksirów. Prowadziła jedną z aptek. Uzależnienie od narkotyków sprawiło, że została wydalona z Hogwartu na piątym roku. Znalazła drogę na Nokturn i już nigdy go nie opuściła. Mark był właścicielem sklepu i zajmował się mugolską technologią zaprawioną urokami. Matthews prowadził sklep z używaną odzieżą, a jego żona, Shelly, miała niewielką kawiarnią z podupadającą kuchnią na tyłach budynku. Ostatnią osobą, której została przedstawiona Hermiona, był Colin, ale nie wiedziała, co robił lub w co był uwikłany. Wyraźnie był jednak przywódcą tej grupy i… cóż. Jego bała się najbardziej.

Tom został na tyle długo, by wyjaśnić grupie życzenie Hermiony. Potem został wygoniony za drzwi przez szczerzącego się Alexa, zostawiając ją samą z niewielkim tłumem.

Carey pochyliła się naprzód, luźno trzymając w dłoni filiżankę.

- Więc jesteś dzieciakiem z Hogwartu? – Hermiona pomyślała, że mogłaby być piękną kobietą, gdyby w każdym uchu nie miała po pół tuzina kawałków metalu, a na twarzy wystarczająco dużo tapety, by bladła przy niej nawet Susan Bones.
- Tak. – Potarła dłońmi o dżinsy i starała się nie zarumienić.
- Z którego domu?
- Z Gryffindoru.

Wszyscy spojrzeli po sobie.

- To dom, który wykopał Pottera.

Hermiona skrzywiła się.

- Tak – przyznała.
- Brałaś w tym udział?

Zaczerpnęła głęboko powietrza.

- Tak. Wystosowałam petycję. To z mojego powodu go wykopali.

Colin zmrużył oczy. Był jedynym, który stał.

- Bardzo podle z twojej strony – powiedział.
- Bardziej niż podle. – Spojrzała na niego. – To było okropne, głupie i niewybaczalne.

Coś w jego oczach uległo zmianie.

- A jednak tu jesteś. I próbujesz oczyścić jego imię.
- Tak.
- Dlaczego?
- Tak po prostu.
- Potrzebujemy czegoś więcej.

Hermiona na chwilę spuściła wzrok. Zacisnęła wargi i spojrzała w górę.

- Nie zdradzę go ponownie. Harry jest dobrym człowiekiem. Jest najlepszy. Zrobił wszystko, by nas ocalić. Cały świat zwariował i niech mnie diabli wezmą, jeśli pozwolę im go zniszczyć tylko dlatego, że za bardzo boją się zaakceptować zmiany.
- Mogą cię wziąć. – Colin odepchnął się od ściany, o którą się opierał. – Możesz zostać wygnana, wyrzucona z czarodziejskiego świata jak śmieć. Wytrzymasz to, dzieciaku? Wytrzymasz bycie oderwaną od jedynej rzeczy, na którą pracowałaś przez całe życie?

Uniosła podbródek.

- Jestem mugolaczką. – Zmrużyła oczy. – Dostałam list, mając jedenaście lat. Przez cały ten czas pracowałam ciężko, by się dopasować, by uczynić ten świat swoim. Ale nie pozwolę, by to mnie zniszczyło. Mogę żyć w mugolskim świecie, jeśli będę musiała. Nie widzę jednak, dlaczego miałabym. To też jest mój dom.
- A jeśli cię wyrzucą?
- Będą potrzebowali czegoś więcej niż kawałka papieru, żebym odeszła.
- Gryfoni – wymamrotała Carey, odchylając się do tyłu. – Merlinie, ratuj.

Cień uśmiechu pojawił się na wargach Colina. To sprawiło, że wyglądał mnie przerażająco.

- Musisz się po prostu dopasować, Missy.
- Mam na imię Hermiona.
- Niee… – Przechylił głowę na bok. – Bardziej podoba mi się Missy.
- Cóż, to niedobrze – odparła. – Hermiona. Lubię moje imię i zatrzymam je.
- Cóż, ona z pewnością tu pasuje – prychnął Mark. Plasnął dłońmi o swoje nogi i wstał. – Jestem pewien, że masz do nas jakieś pytania, hę? – Spojrzał na Colina. Hermiona nie mogła odczytać ich wymiany spojrzeń.
- Cóż, tak… – Zmarszczyła brwi. – Co dokładnie tu robicie?

Colin zajął miejsce Marka.

- Cóż, to my zapoczątkowaliśmy plotki na Pokątnej – zaczął.

Hermiona poczuła, jak paznokcie wbijają się w jej nogi.

- Mówiliście coś o Harrym? – To była jej kolej, by przejść do ataku.

Colin uniósł brew.

- Oczywiście, że nie, ale dzięki za zaufanie. Obecnie próbujemy przegonić pastorów z rogów ulic. Nie mamy zbyt wiele szczęścia. Mówi się o postawieniu świątyni dla wszystkich bogów blisko Gringotta, ale nikt nie wie, kiedy to wyjdzie poza etap rozmów.
- Co jeszcze?
- Co jeszcze co?
- Co jeszcze robicie? Kontaktujecie się z ludźmi w mugolskim świecie? Tom powiedział, że jesteście zainteresowani współpracą z ludźmi, którzy nie mają do czynienia z magią. By wszystkich zjednoczyć. Tym również się zajmujecie?

Wszyscy ponownie spojrzeli po sobie.

- Cóż, tak i nie.
- Tak i nie?

Colin zaśmiał się gorzko.

- Ciężko jest znaleźć oparcie w miejscu, które ci nie wierzy.
- Jest wiele osób w mugolskim świecie, które z przyjemnością wam uwierzą.
- Owszem, ale wszyscy zostaną uznani za obłąkanych przez resztę populacji.

Hermiona wzruszyła ramionami.

- Chrześcijanie zostali uznani za obłąkanych przez Rzymian. Spójrz, jak wygląda teraz świat.

Carey stłumiła parsknięcie brudną dłonią.

- Myślę, że świetnie tu pasujesz. – Wstała i przeciągnęła się, aż strzeliło jej kilka kręgów. – Słuchaj, Herm, mamy wiele pomysłów. Wszyscy próbujemy robić, co i kiedy tylko się da. Ale nie wychodziliśmy jako grupa od kilku lat. Choć Colin nienawidzi tego przyznawać, popadliśmy w rutynę. I oto jesteśmy. Pełni pomysłów, ale bez miejsca na ich wdrożenie.

Colin spojrzał na nią.

- Mamy plany – zaczął.

Carey pokręciła głową i skrzyżowała ramiona na piersi.

- Kolejną rzeczą, o jakiej on ci nie powie, Herm, jest fakt, że to Tom nas zebrał. Jest ostatnim z grupy, która kiedyś próbowała zmienić świat. Jest naszymi oczami na Pokątną. On wie, że znów próbujemy coś zmienić. Reszta z nas… – Machnęła kciukiem w stronę pokoju. – Nikt z nas nie przekroczył trzydziestki. Nikt z nas nie jest dość stary, by naprawdę walczyć w pierwszej wojnie przeciw Voldemortowi. Ale wszyscy przeżyliśmy ją i jej następstwa. – Jej wargi zacisnęły się w cienką linię. – Wszyscy wiemy, co dzieje się dalej. I nie chcemy, by stało się tak tym razem. Słyszysz?
- Tak – powiedziała Hermiona.
- Jeśli zdradzisz nasze tajemnice… – rzucił Colin, ale przerwały mu otwierające się drzwi i wbiegający do środka Alex.
- Coś się stało! – Alex był przemoknięty. – Miał miejsce kolejny atak! Na Pokątnej wybuchły zamieszki!

Hermiona miała niewiele czasu na reakcję. Grupa wokół niej zabrała się do pracy. Zanim się spostrzegła, na jej ubrania narzucono nędzny płaszcz, a na włosy kaptur. Potem znalazła się za drzwiami, podążając za szerokimi plecami Colina i zmierzając w stronę chaosu na Pokątnej.

Ze wszystkich cholernie gryfońskich wyskoków, Hermiono…, wyszeptał jej umysł, ale wtedy znaleźli się na miejscu i nie było już czasu na myślenie.


~~~~~~


Przed nimi pojawiła się jaskinia. Draco aż upadł na kolana od impetu, z jakim tam dotarli. Migoczące wejście zapraszało ich do środka. Draco miał nadzieję, że w takim samym nastroju powitają ich jej mieszkańcy.

Dwóch dorosłych deptało mu po piętach, gdy wszedł środka. Pytia stała przy palenisku i objęła się rękami, gdy się pojawili.

- Draco? – Jej twarz wyrażała zszokowanie. – Jak się tu dostaliście? Co…? – Jej spojrzenie przesunęło się na ciało, które trzymał w ramionach. – Och, Zeusie… – rzuciła i pospieszyła w jego stronę.

Homer pojawił się na tyłach jaskini z martwą kozą przewieszoną przez ramię. Spojrzał na Dracona i upuścił padlinę, wzruszając ramionami. Lucjusz i Severus sztywno trzymali swe różdżki przy bokach.

- Powiedział, że zabrała go Ciemność. – Draco pozwolił Pytii pomóc mu przenieść Harry'ego do przesłoniętej części jaskini, która okazała się być całkiem przytulna. Niska sofa w stylu rzymskim stała naprzeciwko niewielkiego paleniska. Położył na niej Harry'ego.
- Co się stało? – Pytia pociągnęła go za szatę.
- Już powiedziałem… – zaczął.
- Słyszałam. Jesteś cały we krwi. Zacznij od początku.

Draco wciągnął powietrze. Opowiedział jej o wszystkim, co wydarzyło się od czasu, gdy byli u niej po raz ostatni. Pytia zmarszczyła brwi, gdy wspomniał o bogini Gwenn, ale nie powiedziała ani słowa.

- I wtedy to się stało – zakończył Draco. – Nadal nie wiedziałem, jak się tu dostać. Poszedłem więc do Gwenn. To ona nam pomogła.
- Dobrze, dobrze. – Pytia pogładziła Harry'ego po czole. Jej spojrzenie przeniosło się na dwóch mężczyzn, którzy stali przy odległej ścianie. – A oni?

Draco obejrzał się.

- To mój ojciec i Severus. Nie chcieli pozwolić, bym przyszedł tu sam. Nie dotarłbym tu bez nich.

Zacisnęła z powagą usta, ale nic na to nie odpowiedziała.

- Draco, to, co się dziś stało…
- Ehh…

Wszyscy podskoczyli na dźwięk głosu Harry'ego. Blondyn zapomniał o wszystkim innym i skupił się na chłopaku, który przed nim leżał.

- Harry? – Chwycił jedną z bezwładnych dłoni. – Harry, obudź się.

Powieki chłopaka zadrżały.

- Co się stało? – Zmarszczył nos.
- Jesteśmy z Pytią. – Draco wzmocnił uścisk. – Przedostaliśmy się przez Ciemność. Wszystko będzie dobrze.

Harry spojrzał na Pytię, a ona westchnęła cicho.

- Wy, chłopcy, jesteście pełni niespodzianek – powiedziała.
- Przykro mi.
- Niepotrzebnie. – Uśmiechnęła się uprzejmie. – Teraz śpij. Nakarmimy pozostałych, a potem rozgryziemy, co się stało.
- Ale… – Harry poderwał się. – Tamci ludzie!
- Jacy ludzie? – Znieruchomiała.
- Ludzie na plaży! – Harry odwrócił się do Dracona. – Oni nie żyją! Wszyscy nie żyją!

Jego okrzyki sprowadziły dorosłych do pomieszczenia. Snape przeszedł przez zasłonę, zatrzymując się przy brzegu niskiego łóżka.

- Nie mogłem nic zrobić! – Harry był wściekły. Był przerażony. Uświadomił sobie, że drżą mu ręce, i próbował to powstrzymać. – Ciemność… ona po prostu mnie porwała, a ja nie mogłem zrobić nic, by to zatrzymać!
- Harry. – Pytia nakryła jego dłoń własną. – Poczekaj. Zacznij od początku.

Harry wziął głęboki wdech, zamknął na chwilę oczy i wypuścił powietrze. Otworzył oczy i opowiedział całą historię od początku do końca. Oczy Pytii były zaledwie cienkimi szczelinami, gdy skończył.

- To… – Skupiła się na czymś za nim. Zerwała się na nogi i przeszła na daleki koniec pomieszczenia. Coś, co Harry początkowo wziął za cień, zmieniło się w kolejną zasłonę. Odsunęła ją na bok. Otchłań ponownie stała przed nimi otworem.

Harry wzdrygnął się. Draco przysunął się do niego bliżej, kładąc mu dłoń na ramieniu. Nawet Lucjusz znalazł się przy nich, zaciskając dłoń na różdżce, której ani na chwilę nie odłożył.

- Pytio! – Homer ruszył naprzód.
- Stój. – Uniosła rękę i przechyliła głowę na bok. Przez jej ciało przeszedł dreszcz. – Ciemność się porusza – wymamrotała.
- Co?

Odwróciła się, ale zostawiła odsłoniętą zasłonę.

- Widzisz, Harry? – Jej oczy obserwowały jego twarz. Z drżeniem wciągnął powietrze i spojrzał w bok.

Otchłań… wiła się – to był jedyny zwrot, jakim mógłby ją opisać. W oddali pojawiały się rozbłyski światła, niektóre tak wielkie jak fajerwerki, a inne małe niczym szpilki. To było odurzające. I dezorientujące. Usłyszał, jak pozostali odwracają się, ale nie był w stanie odwrócić wzroku.

- To bardzo poważna sprawa. – Usta Pytii ledwie poruszały się podczas szeptu. – Otchłań zawsze była stabilnym miejscem… pełnym tego, co mogło nadejść i co miało nadejść, ale nigdy w tym samym czasie. – Przeniosła spojrzenie na Harry'ego. – Rozumiesz?
- Coś spowodowało tę zmianę. – Oblizał wyschnięte wargi. – Coś wystarczająco potężnego, by zmienić przyszłość.
- I przeszłość.
- Przeszłość? – Wpatrywał się w nią.

Ponownie wbiła wzrok w otchłań.

- Widzisz? – Jej dłoń uniosła się przed oleistą czernią. – Lina pęka. Krawędzie się wycierają. Jeśli znikną…
- Wszystko się skończy. – Draco dokończył za nią.
- Tak i nie. Skończy się wszystko, co było dotychczas. Z tej ciemności wykształci się nowa przeszłość i przyszłość. – Zadrżała. – Nie widzę jej. Nie widzę, jak to się skończy.

Harry zerwał się na nogi. Draco próbował go powstrzymać, ale chłopak odtrącił jego rękę. Musiał znaleźć w sobie siłę do stania. Musiał. Nie było czasu na bycie słabym. Ani na wahanie. Podszedł do Pytii i zajrzał w otchłań.

Nie widział liny, o której mówiła. Dla niego przeszłość i przyszłość były jak długi korytarz, który istnieje od zawsze i w którym istnieje wiele drzwi. Przeszłość była zamknięta, a drzwi mogli otworzyć ci, którzy mieli klucz. Drzwi do przyszłości były otwarte; niektóre lśniły białawym światłem, a inne były ciemne. Niektóre emanowały kolorami, dla których nie znał nazw.

- Widzę – powiedział. Czuł dreszcze, które przeszły wzdłuż jego kręgosłupa. Zwalczył chęć, by upaść. Musiał być silny. Musiał.
- Harry? – odezwał się zza niego Draco.
- Musimy wracać – odpowiedział. Napotkał spojrzenie Pytii. – Musimy się upewnić, że – cokolwiek to jest – nie zniszczy to przeszłości. Albo przyszłości. Ani teraźniejszości.

Wyciągnęła rękę i dotknęła jego włosów.

- Jesteś mądry, odważnym chłopakiem. – Jej oczy zaszły cieniem, którego nie potrafił nazwać. – Bądź ostrożny. – Pochyliła się niżej, a jej oddech owiał mu policzki. – Nic nie jest pewne. Ciemność nie wie, co robić. Widzę tłum unoszący się na wietrze, szukający zapach, którego nie umiem nazwać. Widzę ciebie. – Wargi Pytii wykrzywiły się. – Bądź ostrożny, Harry. Rzeczy zmieniają się zbyt szybko, bym mogła je przewidzieć.
- Będę – obiecał. Odwrócił się do pozostałych. – Musimy iść. Teraz.
- Teraz, Harry? – Draco przyciągnął go do siebie.

Zacisnął zimne pięści na koszuli blondyna.

- Teraz – powiedział, napotykając spojrzenie Severusa ponad ramieniem Dracona. – Teraz albo nigdy. Coś się dzieje. Musimy iść.


~~~~~~


Aleja Pokątna była jednym wielkim chaosem. Hermiona starała się stać blisko pozostałych, gdy dotarli na pole bitwy. Ludzie krzyczeli, a ze wszystkich stron nadlatywały zaklęcia. Słyszała roztrzaskujące się szkło. Gdzieś w tłumie kobieta krzyczała o Dniu Sądu i o tym, że wszyscy muszą odpokutować, odpokutować lub umrzeć.

Coś trafiło ją w bok. Mężczyzna celował różdżką w jej twarz, a szeroki, straszliwy uśmiech rozciągał jego wargi.

- Dla chwały… – zaczął. Wtedy Colin trzasnął go deską po głowie i mężczyzna osunął się bezwładnie na chodnik.

Hermiona zachwiała się, uwolniona.

- Czemu to zrobiłeś?!
- Chodź! – Chwycił ją za rękę i odciągnął od tłumu. Dwóch mężczyzn uderzyło w ścianę przed nimi, zmagając się ze sobą. Krew płynęła z ich licznych ran.

Syreny zaczęły wyć, a ich piskliwy dźwięk dzwonił Hermionie w uszach.

- Co się dzieje? – próbowała przekrzyczeć hałas.
- Ktoś przeklął pastora – odkrzyknął Colin. – Wybuchła walka. A potem to.
- Skąd wiesz?
- Użyj oczu, dziewucho!

Spiorunowała wzrokiem jego plecy, ale spróbowała zobaczyć to co on. Tłum mugolaków, który przechodził przez Pokątną, zastawił pułapki na czarodziejską społeczność. Ich mugolskie ciuchy wyróżniały się z tłumu. To głównie oni atakowali. Zaklęcia latały z obu stron. Uniknęła paskudnej klątwy tnącej, a różdżka znalazła się w jej dłoni z zaskakującą łatwością.

Colin wyciągnął własną różdżkę i zaczął rzucać zaklęciami w tłum. Hermiona rozpoznała w nich zaklęcia uspokajające. Zajęła miejsce obok niego i zaczęła robić to samo. Za jednym razem mogła trafić tylko jedną osobę. Przy ilości osób w tłumie, uspokojenie wszystkich mogło zająć całe godziny.

- Nie ma na to lepszego zaklęcia? – Zepchnęła go na bok, gdy wycelowano w nich zaklęciami.
- A znasz jakieś?

Pokręciła głową, odsuwając włosy z oczu. Wtedy ściągnęli na siebie uwagę niektórych z buntowników, a dzikie oczy zaczęły się w nich wpatrywać. Zacisnęła dłoń na jego ramieniu.

- Colin… – zaczęła.
- Chodź! – Zawrócili. Ryk zza ich pleców oznaczał, że motłoch postanowił ich ścigać. Pociągnął ją w głąb alei, w kierunku Gringotta.
- Dokąd biegniemy?
- Do banku!
- Ale czemu?
- Zamknij się i biegnij!

Zrobiła tak, jak kazał. Ciepło przebiegło przez całą długość jej pleców. Zatrzymała się i odciągnęła ich w prawo, a zaklęcie minęło ich o cale.

- Hermiona! – Odwróciła się, słysząc krzyk. Seamus i Sasha stali za barykadą. Zatrzymała się gwałtownie i próbowała pociągnąć w ich stronę Colina.
- Co ty wyprawiasz? – krzyknął jej w twarz mężczyzna.
- To przyjaciele!
- Nie dla mnie! – Wyrwał się z jej uścisku. – Jesteś z nimi lub z nami. Wybieraj!

Obejrzała się na machających do niej szóstorocznych. Ponownie chwyciła Colina za ramię.

- Biegnij! – krzyknęła do niego. – Po prostu biegnij!

Wydawało jej się, że ponownie słyszała krzyk Seamusa, ale krew pulsowała jej w uszach, zagłuszając wszystko inne. Ona i Colin zapewnili motłochowi przyjemny bieg wokół całego banku goblinów. Kilka klątw przemknęło im nad głowami. W pewnym momencie jedna z nich uderzyła w ścianę przed nimi, zasypując cegłami drogę, którą biegli. Hermiona oberwała w ramię; rana zabolała, ale dziewczyna zepchnęła myśli o niej na bok. Musiała się pozbierać. Musiała biec. Motłoch był zbyt blisko nich, by się teraz zatrzymać.

Gdy Niewymowni zaczęli wypełniać aleję, Hermiona z ulgą wypuściła powietrze. Szybko jednak ulga zamieniła się w przerażenie, gdy mężczyźni i kobiety o ponurych twarzach zaczęli miotać w hałastrę śmiercionośnymi zaklęciami, masowo uciszając szalejące czarownice i czarodziejów.

- Co oni robią?! – Próbowała zatrzymać Colina.
- Wykonują swoją cholerną, pieprzoną robotę! – Wciągnął ją do Esów i Floresów, zostawiając motłoch za sobą.


~~~~~~


Seamus prawie przeszedł przez barykadę, zanim Sasha go zatrzymała.

- Co ty wyprawiasz? – Jej krzyk zadzwonił mu w uszach.
- Ale Hermiona…!
- Pobiegła w drugą stronę! Nie ma szans, żebyś ją zatrzymał, nie gdy tłum… padnij! – Pociągnęła go na ziemię, gdy zaklęcie śmignęło nad ich głowami, zderzając się ze ścianą i powodując deszcz iskier.
- Co się dzieje, na imię Merlina? – Seamus wyjrzał ponad krawędź barykady.

Wtedy przybyli Niewymowni. Ich zaklęcia powaliły ogromne ilości ludzi, z których większość upadała z okrzykami agonii. Seamus znieruchomiał, a jego dłonie zacisnęły się na brzegu przewróconego stołu, za którym się ukrywali.

- Obrzucają ich klątwami.
- Tak. – Głos Sashy zadrżał. – To właśnie robią.

Obrócił się i wbił w nią wzrok.

- Ale oni powinni pomagać ludziom, a nie ich krzywdzić!
- Ludzie chcą w to wierzyć. – Pociągnęła go w tył. – To Niewymowni. Nie są Aurorami, Seamus. Sami sobie stanowią prawo.

Gdy okrzyki tłumu zniknęły za rogiem, Seamus ponownie wyjrzał na zewnątrz. Pojawiający się czarodzieje i czarownice ignorowali tych, którzy leżeli na ziemi. Zamiast tego, zaczęli przeszukiwać kieszenie tych osób. Zobaczył, jak jedna z czarownic wyciąga różdżkę i rzuca zaklęcie. Rozległ się krzyk, który równie szybko zanikł.

- Sasha, musimy iść. – Chwycił ją za ramię.
- Co?
- Myślę, że oni wymazują wszystkim pamięć.

Jej zszokowane sapnięcie był jedyną odpowiedzią, jakiej potrzebował.

Razem wycofali się z grupy ludzi, którzy wraz z nimi zgromadzili się za stołami. Drzwi do lodziarni były roztrzaskane, ale otwarte. Wślizgnęli się do środka, przeciskając się długim korytarzem, aż znaleźli wahadłowe drzwi, które prowadziły na tyły. Seamus popchnął Sashę przed sobą, choć Niewymowni zbliżali się już do niewielkiej grupki, która zebrała się w ich niedawnej kryjówce.

- Idź, Sasha.
- Drzwi się zacięły!

Naparł na nie obok niej, uderzając ramieniem w drzwi. Te zaskrzypiały, rozwarły się na jakiś cal i zatrzymały się. Zza nich wysunęła się różdżka.

- Zostawcie nas w spokoju! – krzyknął kobiecy głos.
- Na zewnątrz są Niewymowni!
- Wiem! Odejdźcie!
- Nie możemy! Za chwilę nas zobaczą!

Drzwi poddały się pod jego naporem, a ręce wciągnęły ich do środka. Wielu uczniów Hufflepuffu i Ravenclawu wpatrywało się w nich. Wydawało mu się, że słyszał prychnięcie Sashy.

- Dzięki – powiedział.
- Idźcie. – Kobieta, która to powiedziała, ruszyła w ich stronę. – Nam nie wymażą pamięci. Ale zrobią to, jeśli was zobaczą.
- Nas? Czemu?
- Gryfoni i Ślizgoni zawsze sprawiali kłopoty. – Kobieta szła dalej. – Idźcie! Tylne drzwi prowadzą na Aleję Krawców. Wymknijcie się do Londynu przez dalszą bramę. Po prostu idźcie!

Chwycił Sashę, podziękował kobiecie i uciekł.


~~~~~~


Gdy Rufus pojawił się na schodach Ministerstwa, miał spore towarzystwo. Knot, wraz z wieloma członkami Wizengamotu, również się tam znajdowali. Szef Departamentu Niewymownych, niejaki pan Torrit, krzyczał do Ministra w trakcie kłótni o działania Niewymownych wobec motłochu.

- Tak się nie robi! – krzyk Knota przeciął powietrze.

Rufus rozejrzał się dookoła. Widział Niewymownych, którzy usuwali szkody, przemieszczali się od grupy do grupy, rzucali zaklęcia, by uspokoić tłum i… tak, czyścili ludziom pamięć. Kolejny tłum gromadził się na dalekim końcu Alei, tłocząc się pod ścianami. Im dłużej Niewymowni pracowali, tym oni podchodzili bliżej.

Rufus machnął różdżką, wynosząc swój głos ponad aleję.

- Proszę się uspokoić – powiedział. To przerwało kłótnię, która toczyła się za nim. – Niewymowni wykonali godną pochwały pracę, uspokajając tłum. Dziękuję wam, ale wasze usługi nie są już dłużej potrzebne. Wkrótce przybędą Aurorzy, by przyjąć wasze sprawozdania. Jeszcze raz proszę o spokój.
- Nie może pan tego zrobić! – Pan Torrit chwycił go za ramię i obrócił go. Rufus odsunął się do tyłu.
- Owszem, mogę. Niewymowni nie mieli prawa czyścić ludziom pamięci bez ich zgody, zwłaszcza że mogli być oni głównymi świadkami tego, co się dziś wydarzyło!
- Jasno widać, co się tu wydarzyło! Histeria wyrwała się spod kontroli! – Torrit całkowicie się wyprostował. – Uspokajanie tłumu, gdy zachowuje się w ten sposób, należy do zadań Niewymownych. Aurorzy nie mają tu nic do powiedzenia, Scrimgeour.
- To prawda, że Aurorzy nie mają nic do powiedzenia w waszych sprawach, ale jako do potencjalnego Ministra Magii, to do moich obowiązków należy upewnienie się, że nie nadużywacie swojej władzy.

Knot zaczął coś bełkotać. Tłum, który coraz bardziej się do nich zbliżał, patrzył na to z szeroko otwartymi oczami.

- Nie możesz tak po prostu tego zadeklarować!
- Mogę i właśnie to robię. – Rufus przedłużył działanie Sonorusa. – Wierzę, że Ministerstwo jest zbyt uzależnione od Niewymownych i ich zaklęć. Nie możemy mieć wolnego i równego społeczeństwa, jeśli to samo społeczeństwo żyje w strachu przed prawem Ministerstwa i perspektywą brutalnego uciszenia w kwestiach spornych. Nie pozwolę, by ten dzień zapisał się w Czarnej Księdze z powodu jakiegoś dziecinnego strachu, że przez to wypadnie pan źle, Ministrze Knot. Nie pozwolę!

Tłum za nim zaczął wiwatować. Torrit zmrużył oczy, a wokół jego ust pojawiły się cienkie linie.

- Ten stan się utrzyma – powiedział. – Zbuntują się ponownie. I następnym razem Niewymowni po prostu im na to pozwolą.
- Lepiej zostać uspokojonym przez Aurorów, niż uciszonym przez szalonych czarodziejów, którzy nie potrafią odróżnić wroga od cywila – odparł Rufus. – A teraz ich odwołaj!

Niewymowni zatrzymali się, gdy głos Rufusa poniósł się ponad tłumem. Nie potrzebowali sygnału od swego zwierzchnika, by ruszyć w stronę schodów. Tłum, który się tam zgromadził, był bardziej niż wystarczający, by skłonić ich do wycofania się.

- Pożałujesz tego – powiedział Torrit.

Zanim Rufus zdołał odpowiedzieć, trzask aportacji czarodzieja ściągnął na siebie spojrzenia wszystkich. Niewymowny, z którym Rufus kłócił się na plaży, stanął pod nimi z rozwianymi włosami i szaleństwem w oczach.

- Zaczęło się! – krzyknął. – Potter wypuścił na nas diabła! Zaszlachtował całe miasto!

Rufus przeklął wszystkich bogów za brak wyczucia czasu. Cały tłum, który był po jego stronie, wycofał się. Szepty wypełniły całą aleję.

- Proszę! – próbował ich uspokoić. – To nieprawda! Owszem, doszło do rzezi. – Przeklął w myslach Niewymownego. – Nadal jednak szukamy sprawcy. Nie panikujcie…
- Mówiłem – rzucił Torrit przy jego uchu. – Witamy w świecie ludzkiej wolności.

Rufus poczuł, jak jego prawa dłoń zaciska się w pięść. Nie uderzy mężczyzny przed tłumem podczas swego pierwszego przemówienia.

- Proszę – wydusił zza zaciśniętych zębów. – Aurorzy już pracują nad znalezieniem podejrzanych. Nie obwiniajcie nikogo, dopóki nie przeprowadzimy śledztwa…
- To wszystko przez Pottera! – krzyknął ktoś z tłumu. – Przeszedł na stronę Ciemności! To nowy Czarny Pan! Dokładnie tak, jak mówili kapłani!
- Zamknij się! To nie on!
- Na świat znów wypuszczono zło!
- Nie ma mowy, żeby nie zrobił tego celowo!

Niewymowny wystąpił naprzód.

- Widziałem to na własne oczy! Mężczyzna powiedział, że widział na niebie chłopaka i kruka, gdy nastąpił atak!
- No właśnie! – Oszołomił mężczyznę. Tłum zareagował i rozległy się krzyki. Rufus próbował uspokoić ludzi, ale go nie słuchali. Szybko powstawał kolejny motłoch.
- Biedny, biedny pan Scrimgeour – rzucił Torrit, odchodząc. – Twój bałagan, ty go posprzątaj. – Niewymowni ruszyli za nim, zabierając ze sobą człowieka, którego uciszył Rufus.

Knot i członkowie Wizengamotu ruszyli dla bezpieczeństwa do Ministerstwa. Rufus przez długą chwilę był sam, stanowiąc jedyny cel dla spojrzeń spanikowanej hałastry.

- Dość! – rozbrzmiał nowy głos. Mężczyzna przepchnął się na przód tłumu, wspinając się po schodach i stając obok Rufusa. – Dość! Czy chcemy, żeby Niewymowni wrócili? Chcemy, żeby Knot ukrywał się za szatami Aurorów? Nie! Kilka innych osób powtórzyło to za nim. – Scrimgeour powiedział nam prawdę! Jestem Aurorem! Byłem tam, przy tej masakrze na plaży w Brighton! Nie było tam żadnych dowodów na to, że to Potter to zrobił!
- Więc kto? – wykrzyknął jakiś głos.
- To dlatego jesteśmy Aurorami – odparł mężczyzna. – Prowadzimy dochodzenie. Znajdujemy ludzi, którzy popełnili przestępstwa, i dopiero wtedy prowadzimy ich przed sąd. Tak właśnie działamy. Nie atakujemy najpierw i nie wywołujemy zamieszek!
- Ale jeśli nie Potter…!
- Potter nie ma z tym nic wspólnego.
- Owszem, ma!
- Nie, nie ma!

Rufus chwycił mężczyznę za ramię.

- Dziękuję, Aurorze Gest. Myślę jednak, że potrzebujemy teraz powściągliwości.
- Słucham?
- Ludzie muszą zacząć robić coś produktywnego. Muszą skupić się na tym, kto rozpoczął pierwsze zamieszki, nie na… – Urwał jednak, gdy ktoś rzucił klątwą w tłum. Zaklęcie nadleciało zza nich, ledwie mijając głowę Rufusa. Odwrócił się, rozglądając się za napastnikiem. Cień zniknął za odległymi drzwiami. To mógł być ktokolwiek. To mógł być przypadkowy atak. Ale po krzyku ludzi na ulicy, Rufus domyślił się, jakiego rodzaju było to zaklęcie.

Na jego oczach formował się nowy motłoch, skierowany przeciw jednej osobie. Przeciw Harry'emu Potterowi.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 1 kwi 2015, o 00:30

Rozdział szesnasty

Pochopne przeniesienie


Gdy Draco, Harry, Severus i Lucjusz przeszli przez Drzwi prowadzące z Innego Świata, pierwszą rzeczą, jaką usłyszeli, był alarm w Malfoy Manor.

- Co się dzieje? – Harry osunął się na ziemię; jego plecy wygięły się w łuk, gdy żołądek za wszelką cenę próbował wydostać się na zewnątrz.

Draco uklęknął obok niego.

- Ojcze? Severusie?
- Spokojnie. – Mistrz Eliksirów próbował pomóc chłopakowi wlać zielony eliksir do gardła Harry'ego. Lucjusz zniknął z pokoju zbyt szybko, by Harry dał radę podążać za nim wzrokiem.
- Co… – wycharczał. – Co się dzieje?
- Atak. – Głos Dracona był chłodny i stanowczy. – Ktoś atakuje bramy. Bariery posiadłości właśnie ustąpiły.
- Ale…

Dom zadrżał. Dłonie Dracona zacisnęły się na ramionach Harry'ego.

- To nie powinno być możliwe! – Próbował podnieść Harry'ego. – Musimy iść!
- Nigdzie nie pójdziecie! – Syriusz Black gwałtownie otworzył drzwi do pokoju. Jego oczy i włosy wyglądały dziko. Magia zagęszczała powietrze wokół niego. – Nigdy nie powinienem był pozwolić, by Harry odszedł z tobą na tak długo! Oddaj mi mojego chrześniaka albo obedrę cię ze skóry!


~~~~~~


Gdy tłum oszalał, Rufusowi zostało niewiele czasu, by cokolwiek zaplanować. Miejsce zamieszkania mugolskich krewnych Pottera było tajemnicą - nie wiedział jednak, na jak długo. Musiał zabrać chłopaka od Malfoyów, najlepiej zanim motłoch uzna, że Harry przebywający w obecności Malfoya to wystarczający dowód na jego status nowego Czarnego Pana.

Potrzebował Pottera w rękach jego kochającego ojca chrzestnego, ukochanego Syriusza Blacka. Potrzebował szczęśliwego obrazka, na którym Gryfoni będą razem – nieważny był fakt, że Potter i nowa dziewczyna Blacków zostali przydzieleni do Slytherinu. Nie – w tym momencie potrzebował wyobrażenia o powszechnym poważaniu, które wygładziłoby potargane pióra czarodziejskiego świata na wystarczająco długi czas, by on odzyskał panowanie nad rozszalałym testralem, zanim ten w panice poniesie ich prosto w środek kolejnej burzy.

Z tą myślą złapał najbliższego mężczyznę i aportował się. Musiał porozmawiać z Blackiem teraz. Mogli mieć tylko jedną szansę na zabranie chłopaka z Malfoy Manor, a on chciał mieć ze sobą opiekuna chłopaka. To była jedyna możliwość, by powstrzymać coś, co mogło się stać bardzo nieprzyjemną sytuacją.


~~~~~~


- Dokąd idziemy?

Seamus nie zatrzymał się po okrzyku Sashy. Jedną rękę miał zaciśniętą wokół jej nadgarstka, gdy przeciskali się przez tłum. Zamieszki rozprzestrzeniły się na boczne uliczki Pokątnej. Mężczyźni i kobiety ubrani w postrzępione, brudne ubrania czaili się w cieniu, szeroko otwartymi oczami obserwując chaos. Seamus wypchnął to wszystko z głowy, przepychając się obok ludzi, których nie mógł uniknąć. Miał przed sobą tylko jeden cel – wyprowadzić ich stamtąd oboje, żywych.

- Tutaj. – Pociągnął ją w prawo, obok niewielkiej grupki ludzi, którzy machali rękami i krzyczeli, niemal wypluwając płuca, by ich wysłuchano. Nie mówili po angielsku. Seamus pomyślał, że mógł to być francuski, ale nie był pewien. Drzwi pod markizą zamknęły się szybko. Zadudnił w nie pięścią, sprawiając, że rama i szyba zatrzęsły się.
- Seamus, dlaczego jesteśmy…
- To ja! Wpuśćcie mnie! – przekrzyczał pytanie Sashy.

Drzwi otworzyły się gwałtownie, a dłoń zacisnęła się na jego kołnierzu. Oboje zostali wciągnięci do bezpiecznego wnętrza Esów i Floresów.

Sklep był pełen ludzi. Seamus przeprowadził Sashę obok kilku wielkich mężczyzn, którzy stali przy drzwiach. Prawie wszyscy mieli wyciągnięte różdżki. Stosy ksiąg leżały przy oknach i bocznych drzwiach, przytrzymując je zamknięte na wypadek, gdyby ktokolwiek ośmielił się tam wejść.

- Co my tu robimy? – Sasha pociągnęła go za rękę.
- Pracuję tu. – Seamus odsunął grzywkę z oczu, wzdychając z wyczerpania. Znalazł dwa rozklekotane krzesła i opadł na jedno z nich.

Sasha stała nadal.

- Ty… co?
- Pracuję tu.
- …Naprawdę?
- Oczywiście, że tak.
- Ale… – Cienka linia pojawiła się między jej brwiami. – Nie rozumiem. Myślałam, że wracasz na wakacje do Irlandii.*
- Bo wracam. Ale każdego lata pracuję. – Poklepał krzesło stojące obok niego.- Usiądź. Myślę, że trochę tu pobędziemy.

Sasha skrzywiła się, zerkając na krzesło, ale usiadła, nerwowym ruchem wygładzając część spódnicy, która znalazła się pod nią. Omiotła wzrokiem sklep, dostrzegając mężczyzn i kobiety kryjących się pomiędzy stosami.

- Dlaczego? – Odwróciła się do niego. – Po co pracować w wakacje?

Przełknął suchy śmiech, który chciał wyrwać się z jego ust.

- Nie wszyscy mają wystarczająco dużo pieniędzy, by opłacić czesne w Hogwarcie.

Od razu wiedział, że źle to wyraził.

- Ty… – Mięśnie jej szczęki napięły się.
- Posłuchaj. – Chwycił ją za dłoń, zanim zdążyła wybuchnąć. – Lubię pracę w ciągu lata. Robiłem to od czasu, gdy byłem mały, razem z rodziną i kuzynami. To prawie nawyk. Tego lata chciałem być bliżej Hogwartu i… innych rzeczy. – Uśmiechnął się słabo. Gniew w jej oczach osłabł.
- Hogwart nie ma czesnego – powiedziała po chwili.
- Cóż, właściwie to ma.
- Nie ma.
- Ma.
- Nie ma.
- Ma.
- Och, na Merlina, nie ma!
- Ma… jeśli nie pochodzisz z wiekowej rodziny.
- …Co?

Wzruszył ramionami i puścił jej dłoń, wcześniej ściskając ją mocniej.

- Słyszałem, że wiele starych rodzin ma umowy ze szkołą, dlatego Weasleyowie i pozostali dostają się tam każdego roku. Niektórzy mugolacy mają stypendia, i to dzięki temu Hermiona tak szaleje ze stopniami. Nie rozmawiamy o tym – nikt o tym nie rozmawia, ale proszę bardzo.

Sasha wpatrywała się w niego przez długą chwilę.

- Interesujące – powiedziała tylko. Usadowiła się wygodniej na krześle. – Więc pracujesz tu?
- Tak.
- Masz szczęście.
- Lubię to. Mam też zniżkę na książki.
- Masz wielkie szczęście.

Położył rękę na oparciu jej krzesła, przekręcając się na własnym, by spojrzeć jej w twarz.

- Wstydzisz się teraz tego, że mnie znasz?

Obróciła głowę w jego stronę.

- Co? Nie bądź głupi.
- Wyglądasz na zdenerwowaną.
- …Myślałam, że twoja rodzina jest… starsza.
- Och, rozumiem.
- Seamus.
- Nie, naprawdę, to ma sens.
- Seamus.
- Tylko się droczę.

Prychnęła pod nosem.

- A ja nie – powiedziała dosadnie.

Obserwował rysy jej twarzy.

- Jesteś zdenerwowana – powiedział.
- Tak i nie.
- Ale nie z powodu pracy?
- Głupi Gryfon. Oczywiście, że nie.
- Więc dlaczego?
- Zapomniałeś o zamieszkach na zewnątrz?

Coś wyjątkowo głośno uderzyło o drzwi sklepu.

- Nie – odparł Seamus. – Nie zapomniałem.

Sasha splotła dłonie na kolanach.

- Wszystko wymyka się spod kontroli zbyt szybko, by było to normalne. – Wbiła wzrok w podłogę. – Coś musi to powodować.
- Coś jak zaklęcie? – Seamus przechylił głowę na bok.
- Nie jestem pewna. – Wciągnęła dolną wargę pomiędzy zęby. – Te zamieszki… może, ale w jakim celu? Skąd te wszystkie plotki i oskarżenia? Skąd… – Urwała, wzdychając. – Jest prawie tak jak wtedy, gdy obudzili się bogowie.
- Co masz na myśli?
- Jest… niepewnie. Jak gdyby miało się wydarzyć coś więcej. Ale co, na Merlina, może się teraz stać? Tak jakby… – Zmrużyła oczy. Powoli obróciła głowę w stronę Seamusa. – Jak wiele ksiąg o mitach i legendach Wielkiej Brytanii macie w tym sklepie?
- Jestem pewien, że setki. Czemu… – Oparł się gwałtownie. – Och. Och. – Wstali jednocześnie. Przejął prowadzenie, manewrując między współpracownikami, którzy wpatrywali się w nich z szeroko otwartymi oczami. Zniknęli za odległym rogiem, w ciemnej alejce oznaczonej napisem Bogowie i Potwory. Nie oglądali się za siebie.


~~~~~~


Wszystko, co Syriusz Black spodziewał się usłyszeć od Scrimgeoura, okazało się być niczym w porównaniu ze sceną, którą zastał w Malfoy Manor.

Chciał wyśmiać problemy zwierzchnika Aurorów. Chciał szydzić z pomysłu, że czarodziejski świat obwiniał każdego, kto stawał się dogodnym celem, za chaos, który wybuchł wokół nich. Ale narastające zamieszki przed Manor oraz opis paniki, który przedstawił mu sam Scrimgeour, wstrząsnęły nim dopiero wtedy, gdy zobaczył Harry'ego, bladego i drżącego, w hallu Malfoy Manor. Uzdrowiciel Fondorn miał całkowitą rację.

- Nigdy nie powinienem był pozwolić mu tu przyjść – rzucił do dwóch mężczyzn towarzyszących chłopcom. Snape uśmiechnął się drwiąco – Smarkerus zawsze to robił – a nos Malfoya wzniósł się jeszcze bardziej w powietrze.
- Black – zaczął starszy Malfoy.
- Trzymaj się od niego z daleka! – Syriusz ruszył naprzód, jedną ręką obejmując Harry'ego za ramiona. – On wraca do domu – ze mną.
- Puść go – próbował protestować bachor Malfoya.

Porządne szarpnięcie uwolniło jego chrześniaka – mojego, mojego – z ich lepkich rąk. Harry zatoczył się w jego ramiona, drżąc. Co oni mu zrobili?

- Wy ohydni, kłamliwi Ślizgoni – wywarczał przez gulę wściekłości, która utkwiła w jego gardle.
- Jak śmiesz!
- Black, nie masz pojęcia, co robisz…
- Harry…

Syriusz ogarnął Harry'ego w swych ramionach.

- Niech żaden z was nie próbuje się z nim kontaktować! – Przekazał wątłe ciało Remusowi, nawet na niego nie patrząc. Nie mógłby spojrzeć na chłopaka. Oczy Lily patrzyłyby na niego oskarżycielsko, a duch Jamesa… Zamknął na chwilę oczy i wciągnął powietrze przez noc. Nie teraz, staruszku. Załamiesz się później. – Remus, zabierz Harry'ego do domu.
- Ale Syriuszu…
- Remusie.
- On jest chory, Syriuszu.
- Bez wątpienia przez to, że jest tutaj. – Szybki ruch ręką uciął wszystko, co Remus chciał powiedzieć później. – Proszę, Lunatyku. Po prostu zabierz go do domu.

Ciche pop aportacji Remusa było jedyną odpowiedzią.

- Black, chłopak ma informacje – zaczął Snape.
- Informacje? Informacje? To właśnie to mu zrobiliście? Zagłodziliście go prawie na śmierć i… i torturowaliście go, by móc pobawić się jego umysłem? Założę się, że nakłanialiście go do ponownego przyjęcia eliksiru!
- Black! – zagrzmiał Snape, ale groźba w jego głosie została złagodzona spojrzeniem, jakim omiótł stojących za Syriuszem Aurorów.
- Zrobiliście to! – Wycelował różdżką w pierś Mistrza Eliksirów. – Zmusiliście go, by przyjął go znowu! Nie wystarczająco już nim manipulowaliście? Kolejny Mroczny Eliksir…
- Mroczny Eliksir? – zapytał jeden z Aurorów.

Snape nagle znalazł się prawie na nim, wytrącając mu różdżkę, gdy zacisnął szczupłe palce na kołnierzu jego szaty.

- Ze wszystkich głupich, gryfońskich rzeczy, które powiedziałeś… – wycedził, próbując udusić Syriusza jego własną koszulą.

To sprawiło, że pozostali Aurorzy ich rozdzielili. Snape, ku ogromnej satysfakcji Syriusza, został zabrany na noc do jednej z mniejszych cel w Azkabanie, by tam ochłonął i przemyślał swą napaść. Awantura, jaką wszczęli Malfoyowie na wieść o wyroku dla tego dupka, była muzyką dla uszu Syriusza.

Został tam na tyle długo, by zobaczyć, jak jego wróg z dzieciństwa zostaje wyprowadzony przez Aurorów, a Malfoyowie podążają tuż za nimi. Potem był w stanie wrócić myślami do domu i osób czekających tam na niego. Uzdrowiciel Fondorn skontaktował się z nim nieoczekiwanie, oferując swe usługi Syriuszowi i jego nowej rodzinie. Syriusz zawsze ufał uzdrowicielowi; Fondorn był jednym z kilku uzdrowicieli, którzy regularnie pomagali rodowi Blacków i których nie trzeba było szantażować. Syriusz stracił kontakt z mężczyzną z oczywistych powodów – to był czysty łut szczęścia, że mężczyzna pojawił się właśnie w tej chwili.

Nie obchodzi mnie, co mówią – Harry'emu będzie lepiej z nami. Zawsze tak było. Błyskawicznie mu się polepszy. Uzdrowiciel Fondorn będzie pomagał jednocześnie Harry'emu i Ginny. Wszystko się ułoży. Olśniewający uśmiech przyozdobił jego twarz. Z takimi myślami aportował się, zanim bariery Malfoy Manor zdołały go stamtąd przegonić.

Nie poczuł złowieszczego ciężaru, jaki spoczął na budynku, ani nie zobaczył, jak okna od zachodniej strony stają się ciemne i nieruchome.


~~~~~~


Remus pojawił się w hallu Black Manor. Harry skulił się w jego objęciach, prawie wypadając mu z rąk.

- Harry! – Potknął się po kilku krokach i uklęknął. Chłopak przewrócił się na brzuch i zwymiotował; wodnista struga wylądowała na antycznych dywanach. – Mandy! Tandy! – Domowe skrzaty pojawiły się w pomieszczeniu. – Pomóżcie mi podnieść Harry'ego…
- Nie… – wydyszał chłopak. – Nie… muszę… muszę…
- Ciii, Harry. Już dobrze. Nic ci nie jest.
- Nie, muszę im powiedzieć…
- Harry. – Remus przytrzymał drżącego chłopaka. – Wszystko będzie dobrze. Nie musisz już więcej walczyć. Scrimgeour wie. Wszystko jest w porządku.
- On… on… – Zęby Harry'ego dzwoniły za bardzo, by chłopak mógł coś powiedzieć.
- Remusie? – Cichy stukot laski Ginny dobiegł zza drzwi. – Harry! Remusie! – Pokuśtykała naprzód, prawie biegnąc, i osunęła się na kolana obok Remusa, wzdrygając się. – Och, Harry.

Domowe skrzaty uprzątnęły bałagan machnięciem palców. Miękkie i ciepłe koce pojawiły się obok Remusa. Podniósł jeden z nich i otulił nim Harry'ego. Drgawki powoli ustępowały.

- Co się stało? Scrimgeour powiedział, że doszło do zamieszek… to oni zrobili to Harry'emu? Gdzie jest tata? – Ginny chwyciła dłoń Harry'ego we własną. – Już w porządku, Harry. Tata – Syriusz – wszystkim się zajmie, zobaczysz.
- Ja… muszę… porozmawiać… z Draconem.

Remus poczuł, jak mięśnie jego szczęki zaczynają się napinać.

- Nie teraz, Harry. Jesteś wyraźnie chory. Dlaczego nie wezwali do ciebie uzdrowiciela…
- Wez… wezwali…

Remus zignorował chłopaka. Kimkolwiek był rzekomy uzdrowiciel, z pewnością nie był kimś dobrym. Mocniej przyciągnął chłopaka do piersi i wstał.

- Chodź, położymy cię i wezwiemy uzdrowiciela Fondorna. Syriusz za chwilę będzie w domu. Będzie chciał się upewnić, że nic ci nie jest.
- Ale…
- Harry, przestań. Cokolwiek ci zrobili, możemy to naprawić. Po prostu nam zaufaj.
- Ale…
- Harry, kochamy cię. Proszę. – W trakcie rozmowy, Remus wspinał się po schodach na pierwsze piętro. Pokój, który wybrali dla Harry'ego, znajdował się pomiędzy pokojem Ginny a komnatami gospodarza. Prawie dwa dni spędzili na wybieraniu kolorów i mebli dla kapryśnego chłopaka.

Pokój był jasny i przestronny. Miał niewielkie zasłony w oknach, które pozwalały światłu słonecznemu zalewać pomieszczenia. Harry skrzywił się, jęknął i podniósł rękę, by zasłonić oczy. Okna były otwarte, wpuszczając do środka rześką bryzę i letnie zapachy.

Jasna żółć i czerwień łóżka odznaczały się w zestawieniu z królewskim błękitem dywanu, na który nalegał Syriusz. Sosnowe meble w kolorze miodu miały ostre kanty i niewielką powierzchnię. Ginny miała decydujący głos w sprawie łóżka. Na ścianach wisiały plakaty z profesjonalnymi drużynami Quidditcha.

- Jesteś w domu, Harry. – Remus ułożył chłopaka na łóżku. – Jesteś w domu. – Trzymał dłoń na ramieniu chłopaka, gdy ten przekręcił się na bok, przykrywając się kocem prawie po czubek głowy. Remus patrzył radośnie na chłopaka, spychając na bok obawy, które chciały to wszystko stłumić. Jest teraz w domu. Wypuścił powietrze, czując ulgę. Wszystko będzie teraz dobrze. Musi być.

Ginny stała obok nich, rozpromieniona, z dłońmi splecionymi pod brodą.


~~~~~~


Bóg i jego kapłan napełnili się mocą po masakrze. Crom Cruach zwinął się w dziurze, którą stworzył w duszy swego kapłana, zadowolony z tymczasowego gospodarza. Śmiertelnik był zbyt ważny, by go przejąć – przynajmniej do czasu następnego zwolennika.

Użyli długich kawałków drewna, które zabrali swoim ofiarom. Moc ze smukłych patyków spodobała się bogu. Nauczył kapłana, jak manipulować uwięzioną energią; wystarczyłoby jej, by zaprowadzić ich do niewielkich grup istot, które wołały do zmysłów boga.

Podróżowali po Ścieżkach i poza nimi, prześlizgując się przez chaotyczną Ciemność, która powitała ich, ale też umykała przed jego dotykiem. To nie zadowoliło boga, ale on załatwi to później. Ciemność była jego terytorium. Była nim kiedyś i będzie nim ponownie, tak jak wyspy na zachodzie. Były jego; zawsze były i zawsze będą.

Znaleźli śmiertelników stłoczonych w zaniedbanej chatce w dzikim lesie. Bóg zstąpił na nich z mocą stu ofiar; tchnął siebie, dziko i ciężko, w każdego naznaczonego człowieka. Będą nowymi kapłanami jego zakonu. Byli już naznaczeni przez zło, ale to było ludzkie zło, które zniknęło i którego wpływ zmalał z upływem czasu. Wykorzystał rany w ich duszach i ciemne znaki na ciałach, by wejść do środka i przegonić ich protesty i obawy.

Crom Cruach chciał zwolenników, których mógłby kontrolować. Kapłan przyglądał się temu, ociekając krwią i innymi płynami ustrojowymi pochodzącymi z bałaganu na podłodze. Jego bóg go otaczał i atakował, napełniając go mocą, którą produkowali śmiertelnicy.

Bóg i kapłan uśmiechnęli się.



* Sądząc po odpowiedzi Seamusa, pod słowem „wakacje” kryją się w tym przypadku wszelkie dłuższe przerwy w nauce, np. przerwa świąteczna.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez wiwka14 » 24 maja 2015, o 22:16

To opowiadanie jest niesamowite! Gdyby nie było tak późno, napisałabym więcej, ale niestety jest, więc dokończę w ciągu kilku następnych dni.

EDIT: Przyznaję się, napisałam tego posta tylko po to, żeby mieć łatwą ścieżkę do opowiadania xd

Ogólnie rzecz biorąc, podoba mi się o wiele bardziej niż poprzednia część. Postacie się bardziej stonowane, chociaż Black i Lupin zaskoczyli mnie i niemile rozczarowali ostatnim wyskokiem - zabraniem Harry'ego od Malfoyów. Chociaż może jako dziecko jestem mocno wyczulona na sytuacje, kiedy dorośli nie słuchają tego, co mam do powiedzenia :P
Cała akcja wreszcie nabiera sensu - Inny Świat zaczyna pokazywać, jakimi rządzi się prawami. W pierwszej części Harry wciąż się tam pojawiał, spotykając coraz to innych bogów i potwory, teraz wreszcie robi to w jakiś chociaż minimalnie zorganizowany sposób. Trochę męczące - z punktu widzenia kibica paringowi :P - jest jego niemoc fizyczna. Ale to, mam nadzieję, za jakiś czas się ogarnie.

Co do tłumaczenia, to jest bardzo ładne i zgrabne, raczej bez zgrzytów, chociaż ja teraz też mocno siedzę w języku angielskim, więc ewentualnych kalek językowych za Chiny Ludowe nie zauważę :)

wiwka14

PS: Obiecuję sobie tu częściej zaglądać :)
wiwka14 Offline


 
Posty: 9
Dołączył(a): 12 sie 2014, o 08:59
Lokalizacja: Kraków

Postprzez monalo4 » 31 maja 2015, o 23:50

Dwa kolejne rozdziały dla Was :) A za 2 tygodnie zaczynam urlop, więc postaram się któregoś dnia usiąść i wyrównać ilość rozdziałów z tymi na chomiku, a potem będę już wrzucać je na bieżąco, czyli mniej więcej raz na tydzień :)


Rozdział siedemnasty

Uzdrowiciel Fondorn


Severusa rozbolała szczęka. Jeden z Aurorów trzasnął go na odlew, gdy pojawili się na małej wysepce, na której znajdował się Azkaban. Severus znał mężczyznę ze swych poprzednich procesów i różnego typu przejść z wiecznie czujnymi czarodziejskimi stróżami porządku. Chciał przekląć ich wszystkich, choć wolałby to zrobić z różdżką w ręku i bez Niewymownych w pobliżu.

Wyniosły, szary budynek Azkabanu ostudził jego gniew i wywołał dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Nawet na zimnym i ponurym wybrzeżu z kamieni sączyła się przytłaczająca moc dementorów. Severus zaparł się, choć bez rezultatu. Dwóch Aurorów chwyciło go pod ręce i pociągnęło w stronę więzienia.

Tymczasowe cele – jak Severus wiedział ze swych gorzkich wspomnień – znajdowały się na wyższych piętrach. Zazwyczaj nie były patrolowane przez dementorów. Wiedział jednak całkiem dobrze, że czasem robiono wyjątki. Jego żołądek próbował się zbuntować; kwas i żółć zapłonęły mu w gardle. Strach obmył jego skórę i doprowadził go do drżenia. Klawisze roześmiali się i wepchnęli go do niewielkiej, szarej celi. Nie było w niej nic, jedynie cztery solidne ściany i małe okienko umieszczone tuż pod sufitem.

Severus podniósł się z podłogi, chwiejnie pokazując swą odwagę. Jestem cholernym Gryfonem. Zacisnął wargi, by powstrzymać histeryczny śmiech, który chciał się spomiędzy nich wyrwać. Poprawił szaty drżącymi dłońmi. Był w trakcie wygładzania przedniej części, gdy poczuł, że to się zbliża.

To było uczucie, którego nie był w stanie zapomnieć. W swych najgorszych koszmarach był zamknięty w więzieniu; zapomniany przez Albusa, przez Lucjusza, przez wszystkich; w najgłębszych czeluściach przerażenia. Dementorzy pojawiali się zawsze tak samo. Najpierw czuć było zimny podmuch, jak gdyby zimowy wiatr zerwał się nagle w środku letniego dnia.

Uczucie pojawiło się na jego karku, unosząc krótkie włoski. Potem spełzło w dół jego pleców. On sam cofał się, dopóki jego plecy nie uderzyły o ścianę celi. Wyglądało na to, że jego klawisze go nie zapomnieli. Tak samo jak dementorzy. Przytłaczająca obecność istoty zalała niewielkie pomieszczenie. Dementor był tuż przez celą.

Kliknięcie zasuwy wycisnęło powietrze z jego płuc z cichym jękiem. Nigdy wcześniej nie posunęli się aż tak daleko. Drzwi otworzyły się, piszcząc zawiasami. Severus zacisnął zęby, osuwając się po ścianie, gdy dementor wślizgnął się do celi.

Jego krzyki godzinami odbijały się echem w korytarzu.


~~~~~~


Syriusz przechadzał się w tę i z powrotem przed kominkiem. Ciche tykanie zegara odmierzało czas. Mężczyzna trzymał przy boku szklankę z bursztynowym alkoholem.

Zobaczył, jak Ginny podnosi się ze swojego miejsca. Obrócił się i zobaczył uzdrowiciela Fondorna wchodzącego do pokoju. Był on ulubionym uzdrowicielem rodziny Syriusza, od kiedy ten był mały.

- Jakieś nowiny? Czy z Harrym wszystko będzie w porządku? – Syriusz chciał rzucić się na mężczyznę i wytrząsnąć z niego odpowiedzi.

Uzdrowiciel Fondorn usiadł na jednej ze sztywnych kanap.

- Obawiam się, że mam jednocześnie dobrą i złą wiadomość.
- Dobrą i złą?
- Cokolwiek podali Harry'emu, było to… Cóż, będzie chorował, dopóki nie opuści to jego organizmu.

Syriusz mocniej zacisnął palce na rżniętym krysztale, który trzymał w dłoni.

- Co. Oni. Mu. Zrobili?
- No już, Syriuszu, nie wyciągaj pochopnych wniosków – miał czelność powiedzieć uzdrowiciel.
- Pochopnych wniosków…
- Z tego, co mogę powiedzieć po eliksirach w jego organizmie i po tym, co zdołał powiedzieć mi Harry – choć nie było tego dużo – on wierzy, że próbowali mu pomóc.
- Pomóc. Mu.
- Tak. Najwyraźniej uzdrowiciel, którego wezwali, spowodował uszkodzenie nerwów…

Szklanka wyślizgnęła się Syriuszowi z palców.

- Co?
- Ale – Fondorn spojrzał na niego ostro – wątpię, że poza tym cokolwiek dolega chłopakowi. Jest młodym czarodziejem, a ich magia zawsze pokonuje wszelkie przeciwności, jeśli są dość silni.

Syriusz spostrzegł, że Ginny wzdryga się lekko, a potem odwrócił wzrok.

- Czy eliksiry w jakikolwiek sposób go skrzywdziły?
- Nie, poza tym, że się rozchorował. – Uzdrowiciel rozłożył ręce. – Martwi mnie jedynie skład eliksirów, które mu podano.
- Co ma pan na myśli?

Fondorn potarł grzbiet swego nosa

- Istnieje możliwość – z tego, co powiedzieliście mi o… cóż… eskapadach pana Pottera – że poili go czymś alternatywnym.
- Co?!
- Pan Potter zaciekle temu zaprzecza. Ale wiele tych samych ingrediencji znajduje się w eliksirach, które jestem w stanie rozpoznać w organizmie chłopaka.
- Nie rozumiem. W eliksirach, które jest pan w stanie rozpoznać? – Pozwolił, by Remus doprowadził go do krzesła.
- Z tego, co mogę wywnioskować, Malfoyowie dali temu swojemu uzdrowicielowi wolną rękę w opiece nad chłopakiem. Eliksiry, które mu podawali na jego rzekome uszkodzenie nerwów, nigdy nie zostały zaakceptowane. Wszystkie nadal przechodzą fazę badań.

Świat przed oczami Syriusza poszarzał lekko.

- Czy on… To znaczy…
- Może pan być pewien, panie Black, że z pewnością odebraliśmy go na czas. – Oczy uzdrowiciela zwęziły się do postaci wąskich szparek, gdy uśmiech wypłynął na jego twarz.
- Jak… Jak my go… wyleczymy?
- Zalecam odpoczynek w łóżku przez kilka dni. Potem zabierzcie chłopaka na zewnątrz. Porządne ćwiczenia i przebywanie na powietrzu szybko go wyleczą.
- A jego uszkodzenie nerwów? Co zrobimy, jeśli…

Uzdrowiciel zbył to machnięciem ręki. Coś w żołądku Syriusza rozluźniło się w obliczu spokoju mężczyzny.

- Jestem pewien, że to nic poważnego. Chłopcy w jego wieku nie miewają uszkodzeń nerwów, nawet po przyjmowaniu Mrocznych Eliksirów.* Gdyby miał drgawki lub inne trudności, podejrzewam, że będą one spowodowane szkoleniem u Malfoyów.
- Szkoleniem?
- Chcieli, by był chory. Poili go eliksirami i trzęśli się nad nim. Proszę mi uwierzyć, panie Black. – Uzdrowiciel wpatrywał się w niego, pochylając się. – Pan Potter wygląda prawie… Boję się to powiedzieć, ale…
- Wygląda jak?
- Wygląda na spragnionego uwagi. – Spokojny wzrok złagodził nerwową panikę w sercu Syriusza. – Mówię to jako przyjaciel rodziny, Syriuszu. Chłopak… Będziecie musieli być wyczuleni.
- Na co?
- Malfoyowie mogli… wzbudzać w chłopaku potrzebę zwrócenia na siebie uwagi. – Uzdrowiciel zdawał się uważnie dobierać słowa. – Z tego, co powiedzieliście mi o historii chłopaka, był niechętny na przebywanie w światłach reflektorów, co jest zrozumiałe. Ale zamknięcie go z Malfoyami mogło sprawić, że spojrzał na to w innym świetle.
- Ale Harry nienawidzi skupiać na sobie uwagi! – wykrzyknęła Ginny.

Fondorn zbył ją ostrym spojrzeniem.

- Jestem pewien, że tak mówi.
- Ale tak jest! Wszyscy to wiemy. Proszę spojrzeć, jak odreagowywał cały poprzedni rok!
- A gdy pokonał Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, wszystkie powody, dla których tego nienawidził, odeszły na bok – odparł uzdrowiciel. – Chłopak każdego roku nastawiał się na jakąś katastrofę. Malfoyowie dopełnili tego, zaszczepiając w jego głowie myśl o tym nonsensownym uszkodzeniu nerwów.

Syriusz zacisnął dłonie w pięści.

- Co w takim razie zrobimy?
- Najważniejsze jest, by nie dać się wciągnąć w ideę chłopaka, że jest on w pewnym sensie filarem wszelkiego zła w czarodziejskim świecie. – Fondorn wpatrywał się w Syriusza. – Trzeba przełamać u niego taki schemat myślowy.
- Przełamać? – Remus zadrżał u boku Syriusza.
- Musi mieć zdrowe myśli, by polepszył się stan jego ciała, panie Lupin. – Syriusz poczuł napięcie ogarniające jego kochanka. Poklepał go po kościstym kolanie.
- Nic mu nie będzie – powiedział wszystkim. – Jeśli potrzebuje jedynie pozytywnego wsparcia… cóż, to właśnie zrobimy. Wszyscy kochamy Harry'ego, a jeśli to pan właśnie zaleca…
- Zalecam.
- Cóż, więc zrobimy to. Prawda, Remusie? – Odwrócił się do Lunatyka. Napięcie wciąż było obecne w ciele wilkołaka. Uchwycił bursztynowe spojrzenie swym własnym. Trwało to kilka długich sekund, ale Remus skinął głową.
- Okej. – Syriusz powoli wypuścił powietrze. Uzdrowiciel Fondorn rozpromienił się. – Damy sobie radę. Jesteśmy Gryfonami. To będzie pikuś.


~~~~~~


- Co to jest? – Harry wpatrywał się w eliksir, który trzymał w dłoni.
- Eliksir Pieprzowy. – Syriusz przysiadł na skraju jego – bardzo jaskrawego – łóżka.

Harry przechylił fiolkę pomiędzy palcami.

- Ty… chcesz, żebym zażył Eliksir Pieprzowy?
- Tak.
- Ale Syriuszu, ja muszę…
- A, a, a… – Animag pogroził mu palcem. – Najpierw eliksir!

Świat nadal rozmywał się na brzegach pola widzenia Harry'ego. Czas, który spędził z uzdrowicielem Syriusza, był w najlepszym wypadku mętny w jego umyśle. Pamiętał wielokrotne mdłości i kościste ręce szturchające go w żebra, ale niewiele poza tym.

- Ale…
- Eliksir, młody człowieku. – Harry zamrugał, słysząc srogi ton w głosie swego ojca chrzestnego. Dobra, rzucił opryskliwy głos w jego głowie. Wezmę ten cholerny eliksir i wtedy mnie wysłucha.

Na siłę przełknął eliksir. Ten uderzył w dno jego pustego żołądka i wywołał bolesny ucisk.

- Zatrzymaj go tam. – Syriusz uśmiechnął się o niego, a skóra wokół jego oczu zmarszczyła się, wyglądając jak kurze łapki. W głosie mężczyzny było sporo ciepła. To uspokoiło przestraszoną część serca Harry'ego. Jego ojciec chrzestny tam był i wszystko będzie już dobrze.
Gdy tylko był w stanie się odezwać, nie wymiotując, oddał fiolkę starszemu mężczyźnie.
- Syriuszu – zaczął. – Muszę ci powiedzieć o kilku rzeczach.
- Tak, jestem tego pewien. – Syriusz odstawił fiolkę na nocną szafkę.
- Ja… gdy byłem u Malfoyów… cóż, nawet jeszcze wcześniej… coś się wydarzyło.
- Coś, Harry?
- Ja… widziałem kilka rzeczy. No wiesz… – Wskazał niejasno na swą głowę. Nadal czuł się trochę jak głupek, mówiąc głośno takie rzeczy.
- Naprawdę? – Jego ojciec chrzestny przyjął to nadzwyczaj dobrze.
- Tak. – Harry wziął głęboki wdech. – Ja… gdy znalazłem się u Malfoyów… cóż, pojawiło się kilka problemów, ale wtedy znów zacząłem mieć wizje…
- Ach. – Syriusz skinął głową. – Zaraz po tym, jak zaczęli zawracać ci głowę tym całym uszkodzeniem nerwów.
- Tak… nie, właściwie to zaczęło się po pojawieniu się magii…
- Pojawienie się magii? Nie mówiłeś o tym wcześniej.

Jego ojciec chrzestny był zbyt spokojny.

- Profesor Snape i Malfoyowie powiedzieli, że moc szesnastoletniego czarodzieja ma swój… rytuał przejścia, czy coś takiego. Ale mój pojawił się później…
- Harry. – Syriusz chwycił go za rękę. – Rodzina Potterów zrezygnowała ze wszystkiego, co wiąże się z tym rytuałem. To nie mogło się wydarzyć.
- Hę?

Syriusz zmarszczył brwi.

- Cóż, myślę, że Potterowie z tego zrezygnowali. Chyba że sam to zrobiłeś, zaczynając szkołę…
- Hę?
- Ale i tak byś o tym nie wiedział. – Syriusz machnął na to wolną ręką. – Tak czy inaczej, to dzieje się w godzinie narodzin, nigdy później.
- Ale Morrigan powiedziała…
- Teraz pojawiła się Morrigan?
- Syriuszu, wysłuchaj mnie! – Świat zawirował wokół własnej osi. Harry osunął się na poduszki, trzymając się za głowę. – To nie był Eliksir Pieprzowy – udało mu się wyszeptać.
- Nie, Harry. – Syriusz pomógł mu się ułożyć.
- Ale…
- Harry. – Syriusz przyłożył ciepłą dłoń do czoła Harry'ego. – Musisz odpocząć. Odpocząć i wyspać się.
- Ale…
- Jesteś zdezorientowany, a ja wiem, że Malfoyowie napchali ci do głowy wiele rzeczy. – Animag zniżył swój głos do cichego pomruku. – Wiem, że powiedzieli ci, że musisz być ważny. Że musisz być w centrum wszystkiego. Ale to wszystko się już skończyło, Harry. Zły facet nie żyje. Wygraliśmy. Czas stać się zwykłym chłopcem.
- Ale… – Czuł, że jego język stał się cięższy. Jego umysł szamotał się w letargu, który ogarnął jego ciało. – Ale… wizje… Pytia… muszę… powiedzieć ci… co widziałem…
- To wszystko kłamstwa, Harry. Niczego nie widziałeś. Twoja więź z Voldemortem zniknęła. – Syriusz podciągnął mu pod brodę obrzydliwie jaskrawą kołdrę. – Śpij, Harry. Wkrótce wszystko zrozumiesz. Teraz musisz po prostu odpocząć.
- Ale… – Ale oczy Harry'ego zamknęły się już wbrew jego woli. Głos Syriusza zagonił go w przytłaczające sny przepełnione złymi dorosłymi i przyjęciami z zatrutą herbatą, na których musiał bywać.

Odpoczynek Harry'ego w najmniejszym nawet stopniu nie był spokojny.


~~~~~~


Draco chciał coś przekląć. Chciał coś rozwalić. Chciał… Zamknął oczy i próbował regularnie oddychać. Chciał wielu rzeczy i nienawidził tego, że wszystkie były poza jego zasięgiem.

Minął ponad dzień, od kiedy Aurorzy zabrali od nich Severusa. Od kiedy Black zabrał od nich Harry'ego. Od kiedy Ministerstwo zniosło zabezpieczenia w Manor, od kiedy buntownicy rozwalili szklarnię jego babci i zabrali mu jego sanktuarium, od kiedy…

Paznokcie Dracona wycięły krwawe półksiężyce w jego dłoniach. Nie spali ani minuty, od kiedy to wszystko się wydarzyło; Draco funkcjonował na czystej zaciekłości i kilku dawkach Eliksiru Pieprzowego. Jego ojciec – był tego pewien – funkcjonował na wściekłości i tylko na niej.

Warto było w tej chwili zobaczyć Lucjusza Malfoya na własne oczy. Jego blond włosy były związane w koński ogon tuż nad szyją. Zwykle ozdobne szaty porzucił na rzecz całkowitej czerni. Były to szaty do pojedynków, z krótkimi rękawami i łatwym dostępem do różdżki. Draco wziął przykład z ojca. Dzień wcześniej Aurorzy po prostu ich zbyli. Teraz, z jasnymi intencjami – i całym sztabem prawników – zostaną potraktowani z szacunkiem, z jakim powinno się potraktować ich, gdy tylko tam przybyli.

Draco nienawidził Azkabanu. Nigdy tam nie był, a nawet nigdy nie chciał znaleźć się w pobliżu tego przerażającego miejsca, ale jego drugi ojciec był ważniejszy niż strach, ważniejszy niż wszystko inne, a on nie zamierzał zawieść mężczyzny.

Lucjusz przekupywał Aurorów w więzieniu. Draco był tam, by obserwować i się uczyć. Starszy blondyn był sztywny z napięcia; obaj – on i Severus – spędzili kiedyś trochę czasu w więzieniu. Draco nie wiedział, jak wielki wpływ nadal miało to na jego ojca. Miał nadzieję, że Severus nie da się pognębić.

- Wypuścicie go natychmiast. – Warknięcie Lucjusza odbiło się echem w korytarzu. Zaczęli w głównym biurze więzienia, dopóki urzędnik od nich nie odszedł. To z pewnością nie zniechęciło Lucjusza. Poszli za mężczyzną głębiej, choć starszy Malfoy zaczął się niespokojnie kręcić. To był widok, którego Draco miał nadzieję nigdy więcej nie oglądać.

- Panie Malfoy. – Mężczyzna miał wyjątkowo nosowy głos. – Dokumenty pana Snape'a…
- Profesora Snape'a.
- …pana Snape'a jeszcze się nie pojawiły. Nie ma możliwości, by wypuścić więźnia bez odpowiednich dokumentów.
- Moi prawnicy twierdzą inaczej.

Mężczyzna na służbie, Auror Smithe, zatrzymał się i obrócił twarzą do nich. Jego przerzedzone włosy były zaczesane na szerokie, poznaczone zmarszczkami czoło. Nieprzyjemny uśmiech ukazał żółknące zęby.

- Pańscy prawnicy mogą przedstawić swe obiekcje w odpowiednim urzędzie. Nie ma pan tu żadnej władzy, panie Malfoy. Proszę wyjść, zanim będziemy zmuszeni… – Uśmiech poszerzył się. – Zanim będziemy zmuszeni zamknąć pana oraz pańskiego syna. Byłoby to bardzo niefortunne, ponieważ została nam tylko jedna tymczasowa cela i… cóż, starsi mają pierwszeństwo. Pański syn będzie musiał zejść na dół, do bardziej… – Smithe oblizał usta i uśmiechnął się ponownie. – Długoterminowej celi. Pamięta je pan, prawda, panie Malfoy?

Dracona zalała wściekłość.

- Ty żałosny
- Przestań. – Głos Lucjusza był całkowicie wyprany z emocji. Draco zamarł, słysząc go. Znał ten ton. Jego ojciec całkowicie się wyprostował. – Bardzo dobrze, Aurorze Smithe. – Lucjusz uśmiechnął się do mężczyzny. To sprawiło, że Smithe cofnął się gwałtownie. – Chodź, Draco. – Lucjusz nie odrywał wzroku od drugiego mężczyzny. – Wygląda na to, że musimy zapolować gdzie indziej. – Blondyn przechylił głowę na bok. – Zapamiętam to sobie – poinformował Aurora. Uśmiech Smithe’a przygasł i umarł w obliczu wściekłości w oczach Lucjusza.
Razem, ojciec z synem, dostojnym krokiem opuścili budynek. Sowy wystrzeliły z rąk ich prawników, gdy tylko otworzyli drzwi. Kilku z nich zostało w więzieniu, by czekać na instrukcje. Lucjusz chwycił Dracona pod ramię i wyszeptał mu coś do ucha. Chłopak skinął głową na polecenie ojca, ściskając krótko ramię mężczyzny, po czym wziął od niego świstoklik. Wymieniwszy z ojcem spojrzenia, Draco zniknął z wybrzeża z głośnym pop.

W pustym korytarzu Hogwartu pojawił się uczeń. Draco ścisnął różdżkę w dłoni i pomaszerował do gabinetu dyrektora.



* Przekładając to na nasze realia: żaden nastolatek nie może mieć zawału, przecież w tym wieku się to nie zdarza… Taki ch*j…
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 1 cze 2015, o 00:15

To chyba pierwszy z rozdziałów, który obudził we mnie szczerą chęć mordu skierowaną na Syriusza - a potem jest już chyba tylko gorzej...


Rozdział osiemnasty

Przebudzenie


Hogwart był dziwny bez strumienia innych uczniów przemierzających ciemne korytarze. Kroki Dracona wywoływały echo odbijające się od zimnych, wilgotnych ścian i chłodnych szyb.

Gargulec, który strzegł gabinetu dyrektora, nie poruszył się. Każde hasło, jakiego próbował Draco, spotykało się z kamiennym milczeniem. Zamknął oczy i wziął głęboki wdech. Położył swą różdżkę na środku dłoni i otworzył oczy.

- Wskaż mi dyrektora Dumbledore'a.

Ruszył przez długie, ciche korytarze, w kierunku, który wskazała mu różdżka. Drzwi do skrzydła szpitalnego rozwarły się, skrzypiąc zawiasami. Usłyszał głos pani Pomfrey, która mówiła do kogoś, kogo nie widział.

Po tym, jak wniosek dyrektora został odrzucony na naradach Ministerstwa, Draco nie widział ani nie słyszał starszego czarodzieja. Złagodzono napięcie po zniknięciu Harry'ego, ale gdy wszelkie raporty dociekliwej prasy zostały odesłane szorstko przez profesor McGonagall, faceci w Ministerstwie milczeli na spotkaniach z tym szanowanym mężczyzną, bez względu na to, ile pieniędzy oferował im ojciec Dracona.

- …Proszę nie wstawać – powiedziała pani Pomfrey, gdy Draco podszedł bliżej. Owinął się białymi zasłonami i przystanął, zamierając w miejscu na widok, który się przed nim rozpościerał.

Dyrektor wyglądał sędziwie. Bruzdy na jego twarzy odznaczały się na poszarzałej skórze. Draco zacisnął palce wokół różdżki. Doszło do kolejnego ataku? Co się stało?

- Panie Malfoy! – zgorszony okrzyk Pomfrey przyciągnął jego uwagę.
- Muszę porozmawiać z dyrektorem. – Urwał, zerkając na mężczyznę. – Chodzi o Severusa.
- W porządku, Poppy.
- Zdecydowanie nie. – Pielęgniarka oparła ręce na biodrach i odwróciła się do młodzieńca. – W razie gdybyś nie rozumiał tego, co masz przed nosem, dyrektor nie jest w stanie rozmawiać z kimkolwiek!
- To konieczne.
- Poppy. – Uśmiech dyrektora wyrażał więcej zmęczenia niż uprzejmości. – Proszę. Wszystko będzie dobrze.
- Ale…
- Proszę, bądź tak dobra.

Pani Pomfrey westchnęła przeciągle.

- Pogorszy ci się od tego.
- Wszystko będzie w porządku. – Uśmiechnął się do niej. Pokręciła głową, posyłając Draconowi miażdżące spojrzenie, i odeszła.

Draco obserwował, jak wślizguje się do swego gabinetu.

- Ona ma rację, proszę pana. Wygląda pan okropnie.
- Dziękuję, panie Malfoy.

Obrócił się z powrotem do dyrektora.

- Zabrali Severusa do Azkabanu.

Dumbledore znieruchomiał i zamknął oczy, wciągając gwałtownie powietrze.

- Co z Harrym? – zapytał.
- Zniknął. Scrimgeour powiedział Blackowi, gdzie się znajduje, a oni wykorzystali Prawo Aurorów, by złamać zabezpieczenia.
- Myślałem, że wasza posiadłość będzie w stanie ich powstrzymać.
- Nie, od kiedy pierwszy raz aresztowali ojca. Byli zmuszeni włączyć Prawo Aurorów w nasze bariery. Za pomocą jednego słowa mogą włamać się do naszego domu. Jednego słowa. – Draco zamknął usta i przełknął resztę gorzkich słów. – Zabrali Harry'ego z powrotem do Black Manor. Nikt nie jest w stanie się z nim skontaktować. Wsadzili Severusa do Azkabanu, bo powiedział Blackowi, gdzie może sobie to wszystko wsadzić. Jest tam od prawie dwóch dni

Długie westchnienie dyrektora zatrzymało słowa w ustach Dracona.

- Rozumiem, mój chłopcze. Rozumiem. – Dumbledore zepchnął koc ze swych nóg. Draco był zszokowany tym, jak chudy stał się mężczyzna.
- Proszę pana?

Starszy czarodziej uśmiechnął się krzywo.

- Jestem starym człowiekiem, Draco. – Usiadł na skraju łóżka, a Draco – po raz pierwszy – nie widział w nim dyrektora, wielkiego Dumbledore'a ani nawet znienawidzonego miłośnika Gryfonów. Widział jedynie starego człowieka w niewielkim łóżku.
- Proszę pana…
- Wszystko się kończy, Draco. – Wyciągnął ku niemu rękę. Draco chwycił ją, zaskoczony nagłą siłą uścisku. Albus dźwignął się na nogi, a jego długie szaty opadły wokół nich. Poklepał dłoń Dracona i ponownie się uśmiechnął. – Proszę się jednak nie bać, panie Malfoy. Moje życie nie zakończy się dzisiaj. Proszę za mną – obawiam się, że mamy wiele do zrobienia.
- Ale… nie czuje się pan dobrze.
- Nie, nie czuję się. – Mężczyzna stawiał drobne, ale szybkie kroki, gdy przechodzili kolejnymi piętrami. Drzwi do gabinetu pani Pomfrey pozostały zamknięte.
- Ja… – Draco skrzywił się, patrząc na plecy mężczyzny, i podbiegł, by go dogonić.
- Starość to przypadłość, która nikogo nie ominie. – Głos Albusa był słaby, co zaniepokoiło Dracona. – W moim przypadku jest to przypadłość, którą odwlekałem przez bardzo długi czas.
- Proszę pana?
- Chodź. – Podeszli do drzwi, których Draco nigdy wcześniej nie widział. – Bądź tak miły i zamów z dołu herbatę. Napiłbym się, zanim wyruszymy.

Draco wykonał polecenie, odskakując sprzed kominka, gdy taca z herbatą i ciastkami pojawiła się prawie na nim. Skrzywił się, ale podniósł filiżankę. Dyrektor wyszedł ze swej sypialni ubrany w jasną szatę, którą Draco rozpoznawał z wcześniejszych lat. Widział, że starzec próbuje zebrać się w sobie; obszerna szata ukrywała coraz wątlejsze ciało. Krzaczasta broda zasłaniania postarzałą twarz. Najbardziej zapierający dech w piersiach był jednak sposób, w jaki aura mężczyzny zaczęła emanować niemal z jego wnętrza. Staruszek zniknął, a wrócił dyrektor.

- Proszę za mną, panie Malfoy. Wierzę, że mamy kilka osób do uratowania. – Dumbledore wypił duszkiem całą filiżankę herbaty.
- Będzie pan też w stanie zabrać Harry'ego od Blacków? – Draco poczuł gwałtowny przypływ nadziei.
- Nie. – Nadzieja roztrzaskała się na kawałki. – To jest bitwa, na której wygranie nie mam nadziei.
- Ale…
- Chodź, Draco. Musimy wyciągnąć Severusa z więzienia. – Starszy czarodziej wygonił go z pomieszczenia. Draco musiał prawie biec, by za nim nadążyć. Znieśli bariery antyaportacyjne zamku szybciej niż Draco się spodziewał. Dyrektor położył jedną dłoń na jego ramieniu i uśmiechnął się, a jego jasne oczy rozbłysły w ten sam sposób, w jaki błyszczały od lat.

Jednak gdy zniknęli, Draco wiedział, że nigdy nie zapomni widoku starca w starym, niewielkim łóżku na środku skrzydła szpitalnego. Ten obraz zostanie z nim na czas całej walki w więzieniu, ogłuszających gróźb jego ojca, a nawet niechętnego wypuszczania Severusa.

Draco obawiał się, że ten widok zostanie z nim przez długi, długi czas.


~~~~~~


Rufus przeglądał papiery, które tworzyły stos na jego biurku. W ciągu pięciu dni od czasu przeniesienia Pottera, potok nagłówków w końcu, w końcu odwrócił się na jego korzyść. Wkład Blacka, wraz ze złożonym pod przysięgą oświadczeniem tamtego uzdrowiciela, pomogły uciszyć panikę, która przetoczyła się ulicami po incydencie z Niewymownymi.

Pomogłoby, gdyby miał poparcie samego Pottera oraz poświadczone przysięgą zeznanie dowodzące jego niewinności. Black twierdził, że chłopak jest zbyt chory, by przyjmować gości. Podobno oczyścił dzieciaka – czymś własnej receptury jego uzdrowiciela – co stworzyło przeszkodę, którą trzeba będzie się zająć, gdy już pozwolą chłopakowi się obudzić.

- Proszę pana?

Spojrzał na swojego pomocnika. Młodzieniec był nowy w jego sztabie, ale udowodnił, że jest wytrwały, twardy i przeraźliwie zorganizowany nawet w najbardziej chaotycznych sytuacjach. Rufus z każdym dniem zaczynał polegać na nim coraz bardziej, nawet jeśli nie mógł przypomnieć sobie imienia chłopaka.

- Przyszedł interesant umówiony na drugą. – Młodzieniec przejrzał naręcze papierów. – Wzrost gospodarczy na obszarze Lancaster i potwierdzający go pakiet.
- Przyniósł go ze sobą?
- Nie, jego księgowi zorganizowali transfer do Gringotta.
- Dobrze.
- Ponadto Auror Gest kazał mi przekazać, że nie może znaleźć tropu – przeczytał chłopak z różowego skrawka papieru. Zamrugał i spojrzał na Rufusa znad krawędzi okularów. – Mam nadzieję, że to ma sens, proszę pana. Nie powiedział nic więcej.
- W porządku, dziękuję. – Młodzieniec skinął głową i wyślizgnął się z pomieszczenia.

Rufus miał chwilę dla siebie, zanim jego najnowszy sponsor wkroczył do pokoju. Chwycił kawałek papieru z zamkniętej szuflady i zanotował coś. Szepty rewolucji – rewolucji przynajmniej według Rufusa – zataczały kręgi. Chciał, by wichrzyciele trochę przycichli, zanim ich pomysły zagnieżdżą się w umysłach ludzi. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, była debata na temat podziału między mugolami i czarodziejami, zwłaszcza przed wyborami.

Nie zauważył, że jego pomocnik zostawił uchylone drzwi; nie dostrzegł też bystrego oka, które dojrzało jego kartkę i szufladę, zanim zniknęło w korytarzu.


~~~~~~


Harry czuł się tak, jakby pływał w melasie. Bolało go całe ciało. W jego głowie rozpoczęło się powolne, tępe pulsowanie, wstrząsające nim aż do kości i sprawiające, że bolały go nawet zęby.

Ktoś do niego mówił. To brzmiało jak Syriusz… Ale Syriusz dał mu eliksir… nie, wyszeptał ostrzegawczo jakiś głos. Syriusz cię kocha, wiesz o tym. Nie wiedział, co się stanie. No dalej, Harry. Czas się obudzić.

Dopiero po kilku próbach udało mu się otworzyć oczy. Czuł się tak, jakby skleiły mu się rzęsy. Świat był rozmazany, a nad nim pochylała się ciemna plama.

- … jesteś, dzieciaku! – Radosny okrzyk Syriusza wzmocnił jego ból głowy.
- …c…

Zanim skończył, w jego usta wetknięto słomkę. Woda. Z wdzięcznością pociągnął łyk. Ale w jej smaku było coś… złego.

- No już, Harry – powiedział głos, którego on nie rozpoznawał. Mrugając, odsunął się od nieprzyjemnego, podstarzałego mężczyzny, który stał po drugiej stronie jego łóżka. Wyglądał znajomo, ale…
- To jest uzdrowiciel Fondorn, Harry. – Syriusz poklepał jego dłoń, sprawiając, że Harry podskoczył. – Od teraz będzie twoim uzdrowicielem.

Przetworzenie tego zajęło mu chwilę. Myśli Harry'ego nadal wydawały się być kulką z waty upchniętą zbyt ciasno w niewielkim pudełku.

- Ale… Uzdrowiciel Fabing…
- Nie jest, ani nawet nigdy nie był uzdrowicielem ciała. – Mężczyzna pogroził mu palcem. – Malfoyowie popełnili spory błąd, zabierając cię do niego. Specjalizuje się wyłącznie w czarnomagicznych eliksirach i klątwach! Nic dziwnego, że skończyłeś jako jego królik doświadczalny. Wniosłem skargę z wnioskiem o oficjalne dochodzenie dla tego mężczyzny.
- Ale… – wyrzucił Harry, zanim słomka z powrotem trafiła do jego ust.
- Wypij to, synu. – Uzdrowiciel uśmiechnął się do niego, ukazując żółknące zęby.

Harry wypluł słomkę i odwrócił twarz.

- Uzdrowiciel Fabing jest dobrym uzdrowicielem – zaprotestował. – Robił to, co uważał za słuszne. Powiedzieli, że nie podadzą mi eliksirów ze względu na uszkodzenia…
- Nonsens! – Warknięcie mężczyzny sprawiło, że urwał. – Nie dolega ci nic, czego nie naprawi trochę czasu na zewnątrz i coś na wzmocnienie.

To było tak surrealistyczne, że Harry potrzebował chwili, by dotarły do niego te słowa.

- Ale proszę spojrzeć. – Wyciągnął przed siebie rękę. Dreszcze były nieznaczne, ale zauważalne.

Syriusz chwycił jego dłoń swoimi, większymi.

- Harry – powiedział po tym, jak wymienił spojrzenia z uzdrowicielem Fondornem. – Dokończ eliksir, okej? To tylko odżywka.
- I to wszystko? – Harry obrzucił gęstą, żółto-pomarańczową ciecz podejrzliwym spojrzeniem.
- Tak. No już, wypij go.

Przez długą chwilę wpatrywał się w Syriusza. On nigdy by mnie nie okłamał, wyszeptał głos.* Syriusz mnie kocha. Mogę mu zaufać. Przyjął fiolkę od uzdrowiciela, pochylił ku sobie słomkę i próbował wypić całość tak szybko jak tylko mógł.

- Dobrze, dobrze… – Syriusz ścisnął dłoń, którą trzymał.
- A teraz – uzdrowiciel wstał, klaszcząc gwałtownie w dłonie – podnieśmy cię i wyciągnijmy z łóżka, młody człowieku!

Harry wysiorbał resztki eliksiru i wypluł słomkę.

- Żartujecie, prawda?
- No dalej, dzieciaku. – Syriusz zabrał szklankę z jego dłoni i odstawił ją na bok.
- Ale…
- Harry.

Zamrugał, słysząc nieznany, srogi ton głosu. Spojrzał na uzdrowiciela, a potem z powrotem na swego ojca chrzestnego.

Coś w wyrazie twarzy animaga złagodniało.

- W porządku, Harry. Wiem, że będziesz osłabiony po drzemce, ale nie musisz być zakłopotany. Uzdrowiciel Fondorn jest uzdrowicielem rodzinnym Blacków. Zna mnie, od kiedy byłem mały.

Duma Harry'ego poczuła się urażona.

- Nie jestem zakłopotany – rzucił.
- No widzisz. – Zmarszczki ponownie otoczyły oczy Syriusza. – Proszę bardzo.
- Hę?
- No chodź, będzie dobrze. Zobaczysz. – Syriusz zabrał kołdrę. Harry próbował chwycić ją z powrotem, gdy okazało się, że nie ma na sobie nic oprócz bielizny.
- Syriuszu!
- Wszyscy jesteśmy mężczyznami, Harry. Nic się nie stało.

Spiorunował wzrokiem swego ojca chrzestnego.

- Czy mogę najpierw poprosić o coś do ubrania?
- Nie.
- Dlaczego?!
- Bo gdy tylko wstaniesz z łóżka, pójdziesz się wykąpać.
- Nie mam tu nic do powiedzenia? – wykrztusił Harry.
- Nie.

Harry'emu opadła szczęka.

- Żartujesz.
- Nie. – W jego głosie była ta sama wesołość, ale zabarwiona stalową nutą.

Harry zamknął usta.

- Syriuszu, ledwie mogłem chodzić u Malfoyów. Jak niby mam wyskoczyć z łóżka… – Zmarszczył brwi. – Jaki mamy dziś dzień? Jak długo spałem?
- Jest piątek.
- Ale… – Harry zacisnął dłonie na prześcieradle. – To… pięć dni? Co wyście narobili?
- Harry! – Syriusz cofnął się, wyglądając na zranionego.
- To było dla twojego dobra, młody człowieku. – Uzdrowiciel Fondorn okrążył koniec łóżka i podszedł bliżej. – Rzuciłem na ciebie zaklęcie zastoju, by twoje ciało oczyściło się z eliksirów, które podali ci Malfoyowie.
- Ale… – Umysł Harry'ego dwoił się i troił, by poskładać wszystko do kupy. – Teraz będzie już za późno!
- Za późno na co?
- By ich powstrzymać!

Syriusz i uzdrowiciel wymienili kolejne spojrzenia.

- Kogo, Harry?

Harry potoczył między nimi wzrokiem.

- Mogę z tobą porozmawiać, Syriuszu? Tylko my dwaj?

Fondorn skrzywił się i zaczął kręcić głową. Syriusz odezwał się przed nim.

- Dobrze. To dobry pomysł. – Spojrzał stanowczo na drugiego mężczyznę.
- Nie jestem pewien, czy tak będzie najlepiej – stwierdził Fondorn.
- Będzie dobrze. – Syriusz z pewnymi trudnościami odprowadził mężczyznę do drzwi. Szeptali przez chwilę z ożywieniem, zanim Syriusz wyrzucił go z pokoju.

Gdy tylko uzdrowiciel zniknął, Harry przeciągle westchnął z ulgą.

- Syriuszu… co tu się dzieje? Ten człowiek…
- Haroldzie Jamesie Potterze. – Jego pełne imię opadło między nimi jak dziesięciotonowy głaz. Harry zamknął usta i nieco bardziej naciągnął na siebie kołdrę.
- S-Syriuszu?

Animag zrobił kilka kroków w stronę łóżka i zatrzymał się.

- Nie mam pojęcia – ostrożnie dobierał słowa – czego naopowiadali ci Malfoyowie i Snape. Nie mam pojęcia, jakimi nonsensami próbowali cię przekonać. Ale ty. Nie. Jesteś. Chory. Rozumiesz?

Coś zimnego i ciężkiego rozkwitło na dnie żołądka Harry'ego.

- Ale Syriuszu… – próbował.
- Nie. – Mężczyzna machnął ręką, jakby coś przecinał. – Po prostu… nie, Harry. To jest prawda: Scrimgeour tropi pozostałych śmierciożerców, którzy tak wszystkich niepokoją. To oni próbują nastawić wszystkich przeciw tobie. Nie musisz już więcej walczyć, Harry. – Animag złagodniał. – Już w porządku. Jesteś z nami. Zajmiemy się wszystkim.
- Ale to nie są śmierciożercy, Syriuszu! Ja… tam jest całkiem inny świat. Widzę go i odwiedzam…

Syriusz znalazł się u jego boku w mgnieniu oka, mocno łapiąc Harry'ego za ramiona.

- Skończ z tym, Harry. – Podkreślił swe słowa, potrząsając nim. – Dawni bogowie może i wrócili… w porządku. Ty i pozostali doprowadziliście do tego. Ale ty nie jesteś żadnym Wieszczem w jakimś nowym świecie. Jesteś teraz tylko Harrym, bez względu na to, w co te ślizgońskie dupki kazały ci wierzyć.
- Ale…
- Harry. – Syriusz pochylił się, spoglądając młodszemu czarodziejowi w oczy. – Uzdrowicie Fondorn wszystko mi wyjaśnił. Przyzwyczaiłeś się do bycia w centrum uwagi, choć twierdziłeś, że tego nie lubisz. Ale to wszystko już się skończyło. Voldemort zniknął. Świat sam sobie ze wszystkim poradzi – nie musisz znajdować się w samym środku wydarzeń.

Harry poczuł na twarzy gorąco, a potem zimno.

- Ja nie próbuję być w centrum uwagi – wyszeptał.
- Więc czemu nadal upierasz się przy tym, że jesteś strasznie chory? Przy wizjach, które twierdzisz, że masz?
- Ale one są prawdziwe!
- Harry. – Kolejne potrząśnięcie. – Albus powiedział mi o połączeniu, jakie miałeś z Voldemortem. Właśnie to robił Eliksir. Pomógł ci dostać się do jego umysłu.
- Ale…
- Ale on jest martwy. – I kolejne. Ból głowy Harry czuł już nawet w oczach. – Nie ma więcej wizji, Harry. Ani innych bredni. Eliksir… – Syriusz przełknął ciężko, a jego dłonie zacisnęły się na ramionach Harry'ego. – Słuchaj, Fondorn przyjrzał się eliksirowi, który nadal jest w twoim organizmie. On… on chce, bym puścił cię do Św. Mungo na leczenie.

Harry próbował odsunąć się od mężczyzny.

- Nie… Nie! Zamkną mnie, jeśli się dowiedzą.
- Fondorn nic nie powie, Harry – zapewnił Syriusz. – Nie rozumiesz? On się boi, że eliksir czyni cię… czyni cię… niezrównoważonym.
- Ale ja nie jestem…!
- A nawet jeśli Malfoyowie chcieli dobrze… – W oczach animaga pojawiła się wściekłość. – Nawet jeśli chcieli dobrze, ich działania nie spowodowały nic poza wzmocnieniem… negatywnego działania Eliksiru Wizji.
- Ale…
- Nie chcę tego robić. Oddział Psychiatryczny Św. Mungo jest przerażającym miejscem, Harry. Ale jeśli pojawią się kolejne problemy, zrobię to. Przykro mi, dzieciaku, ale kocham cię i zrobię wszystko, byś wrócił do normalności.

Na te słowa Harry'ego ogarnął spokój. Odepchnął na bok niedowierzanie, panikę, uczucie pokrzywdzenia, i pozwolił działać logice.

- Chcesz mnie zamknąć w wariatkowie? – uściślił.

Syriusz skrzywił się.

- Oczywiście, że nie, Harry! – Usiadł na skraju łóżka i wziął Harry'ego w objęcia. Harry pozwolił mu na to.
- Ale pozwolisz, by uzdrowiciel mnie tam zabrał?
- Tylko jeśli będę musiał.
- Co masz na myśli?
- Te kłamstwa, Harry, muszą się skończyć.
- Uważasz, że kłamię.
- Harry…
- Co jeszcze? – Westchnął z rozczarowaniem.
- Musisz spróbować, dzieciaku. Nie jesteś chory, więc przestań się tak zachowywać. Chcemy, żebyś wyszedł z łóżka i był normalny. – Syriusz odsunął się, zostawiając jedną rękę na jego wątłych ramionach. Trącił Harry'ego pod brodą. – Widzisz, Harry? Wszystko będzie dobrze. Po prostu pozwól nam się o wszystko zatroszczyć.
- I jeśli to zrobię, nie pozwolisz uzdrowicielowi mnie zabrać?
- Harry, nie myśl tak! Jeśli zrobisz wszystko, o co prosimy, w ogóle nie będziesz musiał się tym martwić!

Spokój załamał się, ale Harry trzymał się go z całych sił.

- Racja – powiedział bez tchu. – Racja – powtórzył, tym razem z większą mocą. – W porządku. Okej.
- Okej?
- Zrobię, co chcecie, tylko nie odsyłaj mnie jak zwierzę.
- Harry! – Syriusz przyciągnął go do swej szerokiej klatki piersiowej. – Nigdy byśmy czegoś takiego nie zrobili!**

Harry zacisnął palce na nowej, sztywnej koszuli swego ojca chrzestnego.

- Tak – wyszeptał. – Wiem. – Jego oczy pozostały suche, choć czuł ucisk w gardle. Mogę to zrobić, obiecał sobie. Syriusz po prostu musi uświadomić sobie prawdę. Gdy tylko… gdy tylko zrozumie, że nie kłamię, przeklnie tego uzdrowiciela i wyczyści mu pamięć. Zobaczysz, Harry. Ból w jego piersi rozchodził się, aż w końcu zniknął. Zobaczysz. Będzie dobrze. Możesz to zrobić. Możesz to zrobić. Możesz…


~~~~~~


- No dalej, Harry! – Syriusz brzmiał na równie sfrustrowanego jak Harry się czuł. – To tylko zejście po schodach! Uda ci się!

Umyty, wysuszony i w niewygodnych, sztywnych ubraniach, Harry opierał się o poręcz schodów obiema rękami.

- Syriuszu – zaczął.
- Nie jesteś chory – syknął mężczyzna. – Uzdrowiciel Fondorn jest w hallu i czeka na ciebie. Powiedziałem, że ci się uda i uda ci się.

Harry powstrzymał cztery pierwsze rzeczy, jakie cisnęły mu się na usta.

- Zamierzałem powiedzieć – odezwał się, gdy udało mu się uspokoić – że stoisz mi na drodze.

Syriusz wpatrywał się w niego przez chwilę, a potem odrzucił głowę w tył i roześmiał się.

- Przepraszam, przepraszam. – Zbiegł po kilku schodach. – No już, rusz się!

Harry wymusił uśmiech i skinął mężczyźnie głową. Zignorował to, że twarda poręcz wbijała mu się w ręce.

Jego nogi drżały. Jego głowa była kulą agonii, która pulsowała w rytmie uderzeń jego serca. Chciał z powrotem iść spać. Chciał Dracona. Chciał, by cały ten tydzień, cały ten bałagan, nigdy się nie wydarzył. Zamiast tego postawił jedną nogę przed drugą i rozpoczął powolną, niepewną wędrówkę na dół.

Frustracja, jaką czuł podczas rozmowy z Syriuszem, była niczym w porównaniu z upokorzeniem podczas „kąpieli”. Syriusz odmówił opuszczenia łazienki, twierdząc, że musi się upewnić, że Harry nie upadnie. Harry miał kilka sugestii dla swego ojca chrzestnego, ale zatrzymał je dla siebie.

Upokorzenie zaczęło walczyć z irytacją na widok pełnej garderoby ubrań, których sam sobie nie wybrał. Sypialnia, w żywych kolorach, raziła jego wrażliwe oczy. Nie obchodziły go plakaty o tematyce quidditcha pokrywające ściany. Stały ruch we wszystkich kierunkach sprawiał, że czuł większe zawroty głowy niż wcześniej.

Syriusz wybrał mu ubrania. Syriusz stwierdził, że powinien zmierzwić sobie włosy, dokładnie tak jak James!, zaatakował Harry'ego z grzebieniem. Harry miał po dziurki w nosie Syriusza i jego sugestii. A to był dopiero pierwszy dzień jego powrotu do „żywych”.

Dotarł do hallu. Zrobił to, o co prosił go Syriusz.

- Teraz do salonu. – Animag uśmiechnął się do niego promiennie.
- Powiedziałeś, że do głównego hallu – zaznaczył Harry. – Jestem w hallu.
- A teraz do salonu!
- Powiedziałeś do hallu.
- A teraz mówię do salonu.
- Więc kłamałeś.
- Harry. – Syriusz zmarszczył brwi. – No dalej. Nie bądź taki. To dla twojego dobra. Doszedłeś już tak daleko. Dasz radę dojść do salonu.

Harry przełknął bardzo graficzny opis tego, gdzie Syriusz może sobie wsadzić głowę, i rozejrzał się.

- Harry…
- Nie znam drogi.
- Och. Och! Racja! – Ekscytacja emanowała z każdego skrawka ciała animaga. – Oprowadzimy cię później!
- Syriuszu…
- Tędy, Harry. No dalej, uda ci się.

Z pomocą ściany i wielu gablotek pokonał drogę do salonu. Ginny i Remus siedzieli na kanapie, uśmiechając się od ucha do ucha. Nawet uzdrowiciel wyglądał na zadowolonego.

- Widzisz, młody człowieku? – huknął. – Nic ci nie jest.

Harry odwrócił wzrok i skinął głową. Osunął się na sztywne krzesło – jak najdalej od uzdrowiciela.

- Najlepiej jest nie naciskać za mocno – kontynuował Fondorn. – Muszę przyznać, że będzie osłabiony po takiej dawce snu. Ale przez cały następny tydzień chcę, żeby był na nogach każdego dnia. Macie resztę moich instrukcji.
- Oczywiście. Bardzo dziękuję. – Syriusz potrząsnął dłonią mężczyzny. – Będziemy na bieżąco informować o jego stanie.
- Tak, tak. I pamiętajcie, że jeśli mu się pogorszy… – Uzdrowiciel pogroził palcem w stronę Harry'ego. Ku jego przerażeniu, wyglądało na to, że Remus i Ginny wiedzą o jego „kłamstwach”.

Mężczyzna wyszedł po kilku minutach ogólnych pożegnań. Gdy tylko zniknął, Ginny zeskoczyła ze swego krzesła i podeszła do Harry'ego. Rzuciła się na niego i uścisnęła mocno.

- Harry, tak się cieszę, że jesteś w domu! Mamy ci tyle do opowiedzenia. Jest tak wiele do oglądania, że nie uwierzysz! – Pozwolił jej paplać sobie do ucha, kiwając głową na zgodę. Nie pozwolił, by zobaczyli, jak zaciska dłonie na szorstkim materiale spodni, aż zbielały mu palce.

Mogę to zrobić. Uśmiechnął się i skinął głową podekscytowanej dziewczynie. Mogę to zrobić. Mogę to zrobić. Mogę to zrobić…



* Terefere... - dodała głośno Mona...
** Czy on ma rozdwojenie jaźni…?
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez Violette Laurent » 7 cze 2015, o 16:56

Co. To. Jest? Gdybym mogła wrzeszczeć na cały głos, zrobiłabym to teraz. Oczywiście nie chodzi mi o rozdziały, ani o poprawność. Po prostu jestem wściekła. NA SYRIUSZA! Do cholery jasnej! Najpierw zapomniałeś o Harrym! CAŁKOWICIE ZAPOMNIAŁEŚ! Nie mogłeś wiedzieć, co się działo. NIE MOŻESZ TEGO WIEDZIEĆ LEPIEJ NIŻ HARRY! A mimo to go nie słuchasz i wmawiasz mu, że nie jest chory! OCH NIE JEST CHORY! ON JEST NIEMAL UMIERAJĄCY, IDIOTO! "Nie, Harry. Wcale nie jesteś chory." Jakbym słyszała swoją rodzinę, gdy im mówiłam o swojej alergii o podłożu astmatycznym! Nie uwierzyli dopóki wuefistka nie nakazała im wysłać mnie na badania. Dopiero, gdy badania to potwierdziły, zaczęli mi wierzyć. A wcześniej tylko "Nie, wcale nie masz astmy. Jesteś po prostu ociężała." To samo widzę tutaj. I jako, że doskonale rozumiem sytuację Harry'ego, MAM OCHOTĘ DRAPAĆ, GRYŹĆ I OBDZIERAĆ ZE SKÓRY!

........

Potrzebowałam chwili, żeby odetchnąć. Nadal mam tę złość pod skórą, ale opowiadanie to opowiadanie. Tak musiało się stać. To w końcu sequel Wiary. Tam też nic od razu się łatwo nie rozwiązywało. Odnośnie tej konkretnej sytuacji, mogę więc tylko mieć nadzieję, że sytuacja rozwiąże się w miarę szybko, bo w przeciwnym razie obawiam się, że oszaleję i jak na szaleńca przystało, zacznę szukać sposobu, by wejść do opowiadania przez monitor i zabić Syriusza na miejscu. Jak wielkim idiotą można być? Ech... i pomyśleć, że do tego wszystkiego doprowadził Scrimgeour. Rozumiem, że chciał opanować zamieszki. Strategicznie nic mu nie można zarzucić, oprócz tego, że powinien najpierw wybadać sytuację Harry'ego. Pewnie nawet wtedy wysłałby go do Syriusza, ale przynajmniej Severus, Lucjusz i Draco mogliby wszystko wyjaśnić i zdyskredytować tego lipnego uzdrowiciela. Jak dla mnie ten cały pan F. uśmiecha się stanowczo zbyt uprzejmie. Voldemort też się tak uśmiechał za młodu. IDŹ PRECZ! On jest chyba jedyną osobą, którą tak naprawdę chcę obedrzeć ze skóry i rzucić psom na pożarcie. Syriusza wspaniałomyślnie TYLKO zabiję, a pana F. potorturuję, żeby zobaczył, jak to jest miło cierpieć. Zresztą nie zasłużył na nic innego.

Aż boję się pomyśleć, jak bardzo stan Harry'ego się teraz pogorszy. Nie tylko fizyczny, ale też psychiczny. Ukochany ojciec chrzestny uważa go za kłamcę. Nie chce mu uwierzyć, mimo że gdyby nie Harry, pewnie nadal biegałby po całej Wielkiej Brytanii i uciekał przed dementorami. Jak głupim trzeba być, żeby zapomnieć, że to, że ktoś wmawia ci, że Harry kłamie, wcale nie znaczy, że tak jest? Jak głupim trzeba być, żeby zapomnieć, iż wcześniej wszyscy też nazywali Harry'ego kłamcą, a tak naprawdę on jako jedyny mówił prawdę? SYRIUSZU. NORMALNIE CIĘ LUBIĘ, ALE W TYM OPOWIADANIU JESTEM W STANIE NAWET NAUCZYĆ SIĘ NIENAWIDZIĆ, ŻEBY DOBRZE ODDAĆ MOJE UCZUCIA DO CIEBIE!

Przepraszam, że rozmawiam z postaciami, ale po prostu uczucia są silniejsze niż rozsądek. Ale nie martw się. To tylko udowadnia, jak dobrym jesteś tłumaczem. Niedawno miałam na uczelni cały semestr zajęć związanych z tłumaczeniem i wreszcie pojęłam chociaż w drobnym stopniu, jak ciężko jest przekazać to samo, co autor. Nie wiem, czy tobie się to udało, ponieważ nie znam oryginalnego tekstu, ale niewątpliwie udało ci się wzbudzić swoim tłumaczeniem wystarczająco silne emocje, by człowiek zaczął walić pięściami w biurko i rzucił się na poduszki, by rozerwać je ze złości zębami. Ledwie udaje mi się przed tym powstrzymać..

Przeklęty Syriusz..! "Malfoyowie są źli, Snape jest zły, ja jestem najlepszy, ale wcale cię nie słucham i wolę wierzyć nieznajomemu niż tobie, Harry".. DAJŻE SPOKÓJ! Serio, Syriuszu? Serio? Naprawdę nie wpadłeś na nic innego? Rozczarowujesz mnie, Syriuszu. Niczym się nie różnisz od całej magicznej społeczności, która próbuje wmówić każdemu spotkanemu na ulicy przechodniowi, że Harry Potter to nowy Czarny Pan. Żałosne, Syriuszu, Żałosne... Wybacz, ale trudno przestać się gniewać na postać po przeczytaniu tylu rozdziałów naraz. A przeczytałam chyba z 4, bo miałam spore zaległości. Studia niestety odbierają każdą wolną chwilę na czytanie, a poza tym, dodatkowo dają w kość.

Kocham i jednocześnie nie znoszę tego opowiadania z powodu tego, jak prawdziwie oddaje ludzką naturę. Z jednej strony jest to wspaniałe i fascynujące, a z drugiej, gdy widzisz do czego takie zachowanie doprowadza, masz ochotę wszystkie te postaci spoliczkować, usadzić na karnym jeżyku i odgrywać Super Nianię dla dorosłych. To niewątpliwie cały urok tego opowiadania.

Ta słodko-gorzka atmosfera może i jest podobna do tej w innych opowiadaniach o podobnej tematyce, ale nie jest dokładnie taka sama. Jest bardziej oryginalna przede wszystkim. Może to wina Bogów i tego co stało się Ronowi (bo to wbrew pozorom wcale nie taki powszechny schemat), ale niekoniecznie. Nikt nie opisuje relacji między ludźmi dokładnie tak samo. I właśnie to jest walorem tego opowiadania. Czytałam wystarczająco dużo tekstów, w których Harry i Draco w końcu stawali się parą oraz takich, w których Severus zaczynał się troszczyć o Harry'ego, by zorientować się, że każde dobre opowiadanie jest inne nawet w tych najbardziej oczywistych aspektach. Wydawać by się mogło, że pewnych sytuacji nie da się przedstawić inaczej, a tu proszę, kolejny pisarz, czy tłumacz zaskakuje nas nową, niepowtarzalną wersją tychże wydarzeń, na którą sami byśmy nigdy nie wpadli. Kocham to.

Nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć, bez denerwowania się na poszczególne postaci, więc pozostaje mi już chyba tylko podziękować Ci za Twoją ciężką pracę.

Z niecierpliwością będę czekać na kolejne rozdziały! Sesja, co prawda, dopiero się u mnie zaczęła, ale sądzę, że będę w stanie czytać na bieżąco. Przy okazji przepraszam za to, że tak długo odkładałam nadrobienie ostatnich rozdziałów. Naprawdę bardzo chciałam nadrobić je wcześniej, ale nie miałam zbytnio czasu. Miałam tyle rzeczy na głowie, że dopiero teraz znalazłam chwilę, by to wszystko doczytać. W zasadzie to nawet śmieszne, że znalazłam czas na czytanie zaraz na początku sesji, kiedy teoretycznie nie powinnam mieć czasu na takie rzeczy.. xD

No nic. To do następnego rozdziału! :D
Każda dostatecznie zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii.
~Arthur C.Clarke


Te, które śledzę:
[NZ][T] Stąpając wąską ścieżką monalo4
[T][NZ] Poskramiacz smoków Aribeth
[NZ] Okoliczności (nie)sprzyjające temperance
[NZ][T] Tajemnice formica
[NZ] Życie bardziej kolorowe narumon

Perfidna autoreklama:
[NZ] Cambiare Tempus Futurum Violette Laurent [fanfiction.net]
Violette Laurent Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2
Dołączył(a): 17 mar 2015, o 17:59

Postprzez monalo4 » 20 lis 2015, o 18:54

Rozdział dziewiętnasty

Nieprzyjemne miejsca



Harry był obolały. Jego kości wydawały się być bardzo kruche, a głowa pulsowała w rytm uderzeń serca. Jasne światło poranka było agonią dla jego wrażliwych oczu. Zmusił się jednak do uśmiechu i usztywnił kolana, by wytrzymać stanie i machanie do szczęśliwej rodziny, która odjeżdżała bez niego na pastwisko.

Miał szczęście, że nie zmusili go do wyjazdu. Mięśnie wzdłuż szczęki zaczęły go swędzieć. Otworzył usta i rozciągnął bolący staw. Chciał się na nich wściec. Chciał krzyczeć. Zamknął jednak usta, gdy Ginny ponownie objechała podjazd, wołając do niego, machając ręką i uśmiechając się.

Ze wszystkich sposobów, w jakie powrót do domu Blacków mógłby przebiegać, ten – ten – nie był sposobem, w jaki sobie to wyobrażał. Wyobrażał sobie spokojny czas przed szkołą, gdy mógłby usiąść sobie i naprawdę poznać Syriusza. Wyobrażał sobie opowieści o jego rodzicach – więcej o matce, jak miał nadzieję – i mnóstwo słodyczy, gier i tym podobnych.

Nie spodziewał się uzdrowiciela, który będzie krytykował każdy jego ruch. Nie spodziewał się, że jego ojciec chrzestny będzie przytakiwał mężczyźnie. Nie spodziewał się, że będzie karcony za mówienie prawdy. Nie spodziewał się, że będą mówić mu jedną rzecz, a gdy już ją zrobi, będą podawać kolejną i kolejną, i kolejną.

To tak, jakby nic, co zrobię, nie było wystarczające, odezwał się zgorzkniały głos w jego głowie. Przełknął napływającą do ust ślinę. Czuł się kiepsko przez cały poranek. Ale gdy pierwszy raz doprowadził się do wymiotów, powiedziano mu, by przestał próbować zwrócić na siebie uwagę. W końcu, Harry, zdradziecki głos zabrzmiał jak jego ojciec chrzestny, nie jesteś chory. Przestań więc wywoływać chorobę. To nie przyniesie ci nic dobrego.

Pokręcił gwałtownie głową. Nawet by o tym nie pomyślał. Nie mógłby. Oni go kochali. Musieli go kochać, prawda? Syriusz wierzył, że to wszystko było dla jego dobra. Syriusz działał pod presją rodzinnego uzdrowiciela. Syriusz próbował go uratować, prawda? Fondorn chciał umieścić go na oddziale psychiatrycznym w Św. Mungo. Syriusz ocalił go przed tym losem.

Wierz w to dalej, odezwał się łagodniejszy głos, który brzmiał jak Draco, jeśli dzięki temu czujesz się lepiej, głupi Gryfonie. Serce Harry'ego zaczynało boleć, gdy tylko pomyślał o blondynie. Temat Malfoyów był kategorycznie zabroniony w domu Blacków. Gdy Harry pierwszy raz o nich wspomniał, Syriusz eksplodował, wrzeszcząc o całej rodzinie przez ponad godzinę. To było doświadczenie, którego Harry nie chciał ponownie przeżyć.

Cień przemknął przez jego twarz, przywracając jego uśmiech na miejsce. Harry zamrugał, widząc Remusa, który trzymał w rękach tacę z gorącymi napojami.

- Jest trochę zimno, prawda? – Wilkołak usiadł obok Harry'ego na stosie bel siana i podał mu kubek gorącej czekolady. – Nie wiem, skąd się wziął ten wiatr. Kilka tygodni temu było spokojnie.

Harry prawie wsadził nos w gęstą, słodką ciecz i próbował nie być zgorzkniały. Kilka tygodni temu nadal przebywał w domu swej ciotki, pracując na podwórzu, w garażu, w kuchni… Kilka tygodni temu krwawił z oczu, czekając, aż ojciec chrzestny uwolni go od Dursleyów. Kilka tygodni temu… Zamknął oczy, czując przypływ bólu w kościach. Gorąca czekolada smakowała jak szlam.

- Jak się czujesz, Harry? Jestem zaskoczony, że nie poszedłeś z Ginny i Syriuszem.

Harry znieruchomiał, słysząc to pytanie. Zaczynał bać się tego typu pytań. Nigdy nie odpowiadał na nie właściwie. Gdy mówił, że przez cały czas czuje się dobrze, nazywali go kłamcą. Gdy mówił im prawdę, mówili, że znów „wpada” w zły tok myślenia. Prawdę mówiąc, zaczynał być cholernie zmęczony tymi pytaniami.

- Moje kolano zachowuje się zabawnie. – To było częściową prawdą, a w sztuce jej mówienia zaczynał być dobry. Poprzedniego wieczora upadł, próbując dostać się do swojego pokoju. Uzdrowiciel Fondorn odmówił uzdrowienia siniejącego stawu, by przypominało mu o tym, żeby nie był taki słaby. W końcu był od tego silniejszy! Powinien wyjść na zewnątrz i biegać po podwórku jak normalny czarodziej w jego wieku! Jeśli źle się czuł, najwyraźniej wracał do kłamstw, które opowiadali mu Malfoyowie! Harry otrząsnął się z dźwięku głosu uzdrowiciela w jego głowie. Przychodziło mu na myśl mnóstwo rzeczy, które chciał zrobić temu uzdrowicielowi jego ojca chrzestnego.
- Ach, szkoda. – Remus poklepał go po plecach, gdy chłopak próbował pociągnąć łyk napoju. W rezultacie Harry zakrztusił się, co przywołało Syriusza do drewnianego ogrodzenia.
- Co jest, Harry? – Oczy animaga błyszczały jasno w ostrym, popołudniowym świetle.

Harry machnął ręką z uśmiechem.

- Remus po prostu próbuje mnie zabić – próbował zażartować. Nie wyszło mu to.
- Harry. – Syriusz natychmiast spoważniał. – Rozmawialiśmy już o tym. Nikt więcej nie próbuje cię zabić…
- Tylko żartowałem! Dowcip, zabawa, ha ha? – Podniósł swój kubek. – Nie umiem pić i oddychać w tym samym momencie. Remus pomógł mi to odkryć.

Syriusz oparł się o płot.

- Rozmawialiśmy już też o tym sarkazmie, Harry.
- Wybacz. – Harry przełknął gorzką ripostę. – Myślałem, że to będzie zabawne.
- Cóż, nie było. – Syriusz zmarszczył brwi. – Myślałem, że spędzimy dziś miło czas, Harry. Tak dobrze ci szło.
- Nic mi nie jest! – Harry znał ten ton. To był „jestem tobą rozczarowany” ton Syriusza. To był ton, którego jego ojciec chrzestny używał, gdy zaczynał mówić o wezwaniu uzdrowiciela Fondorna, by „przyjrzał się Harry'emu” ponownie. – Ginny ma talent, zauważyłeś? – Harry rozejrzał się, by znaleźć coś, o czym mógłby zacząć mówić. – Zapisałeś ją na lekcje? Skakała już przez coś?
- Co?
- No wiesz, jak w telewizji. – Harry zacisnął zimne palce wokół kubka. – C-Ciotka Petunia czasami to oglądała. Skoki na koniach. Wielkie konkursy i takie tam. Nagrody, wieńce i reszta. I wspaniałe konie. Ginny byłaby w tym świetna!

Grymas Syriusza nie zniknął do końca.

- Ginny myśli o czymś więcej niż o nagrodach i wieńcach. Jest dobrą dziewczyną. – Mężczyzna zamknął gwałtownie usta. Harry pochylił głowę, słysząc niewypowiedziane słowa.

Nie tak jak ja, dokończył niemiłą myśl.

- Harry, nie miałem na myśli… – Syriusz westchnął głośno i nieszczęśliwie. – Lunatyku, powiedz mu. Nie miałem tego na myśli. Oboje jesteście dobrymi dziećmi. Ty po prostu masz czasem… problemy, Harry.
- Przepraszam. – Słowo zabrzmiało jak wyuczona regułka. Harry był też cholernie zmęczony przepraszaniem za bycie sobą.
- Remusie… – powiedział Syriusz zduszonym głosem. – Porozmawiaj z nim, dobrze? Ja… ja po prostu nie mogę tego zrobić w tym momencie.* – Harry trzymał spuszczoną głowę, gdy Syriusz odchodził.
- Wiesz, że on nie miał tego na myśli. – Remus położył ciepłą dłoń na ramieniu Harry'ego.
- Wiem.
- On cię kocha.

Naprawdę?

- Wiem.
- Chce tego, co dla ciebie najlepsze.
- Bardzo polega na słowach uzdrowiciela Fondorna.
- Uzdrowiciel Fondorn zajmował się Syriuszem, od kiedy ten był mały.
- Czy uzdrowiciel Fondorn był po jego stronie, gdy rodzina Syriusza była przeciw niemu?

Ciepła dłoń zniknęła.

- Harry, Fondorn jest zaufanym i szanowanym uzdrowicielem.
- On mnie nie słucha.
- Myślę, że słucha. Po prostu nie podoba mu się to, co słyszy.

To prawda. Usta Harry'ego wygięły się w grymas.

- A co, jeśli moje słowa są prawdą?
- Harry… – Zmęczone westchnienie wilkołaka ciężko było usłyszeć. – Zamierzam udawać, że tego nie słyszałem.** Fondorn powiedział nam, żebyśmy donosili mu, gdy będziesz próbował nawrócić nas na swój tok myślenia.
- Ale ja tego nie robię!
- Owszem, robisz. A teraz daj spokój, Harry. Syriusz nigdy by cię nie skrzywdził. Wiesz o tym.

Harry odwrócił wzrok, mruganiem odpędzając piekące łzy.

- Oczywiście, że wiem – powiedział, odchrząkując wcześniej. – Oczywiście, że wiem, Remusie. Jestem taki szczęśliwy, że tu jestem, naprawdę. To… Myślę, że po prostu potrzebuję trochę więcej czasu na przyzwyczajenie się do tego.
- Syriusz miał rację. Nigdy nie powinniśmy byli pozwolić, by Malfoyowie się tobą zajęli. Nawet przez tak krótki czas.***

Harry nie odpowiedział. Zawsze próbowali sprawić, by się z tym zgodził. On jednak trzymał ten kawałek siebie z dala od nich, odgradzając się od wszystkiego, co chcieli, by z siebie wyrzucił. Był wdzięczny za ten krótki czas, który spędził z Draconem. Wystarczył mu on, by nauczyć się, jak uzyskać dostęp do dróg, którymi mógł chodzić.

Harry skupił się na odległym punkcie na horyzoncie i zignorował słowa Remusa. Miał plan. Pytia miała rację. Nikt nie mógł zatrzymać go gdzieś, gdzie nie chciał zostać. Nadszedł czas, by jego ojciec chrzestny i nowa rodzina dowiedzieli się o tym.


~~~~~~


Draco cisnął garścią kredy w odległą ścianę. Pokój był pusty, jeśli nie liczyć ścian i stosów przedmiotów, które ułożył tam poza okręgiem.

Nie mógł sprawić, by to zadziałało. Uklęknął, opierając łokcie na kolanach i zwieszając przed sobą przedramiona. Nie mógł ożywić kręgu. Czegoś brakowało. Brakowało Harry'ego.

Tydzień, który minął od czasu, gdy Severus powrócił do rezydencji, był dla nich wszystkich agonią. Draco nigdy wcześniej nie widział Mistrza Eliksirów tak wątłego i bezsilnego. W nocy budził się, słysząc jego krzyki niosące się korytarzem. Cokolwiek zrobiono mężczyźnie, naruszyło to całkowicie jego pewność siebie. Lucjusz nic na to nie powiedział, ale ponury wyraz jego twarzy, który nie zmieniał się od początku tego bałaganu, wiele mówił Draconowi.

Draco zabrał się za szlifowanie swych umiejętności w starożytnych sztukach. Lata spędzone nad Starożytnymi Runami ogromnie pomogły w tym zadaniu. Listy od innych uczniów były pełne informacji, w większości odnoszących się do jego aktualnego projektu, choć nie zawsze.

Rodzina Slytherina nie została odnaleziona. Nagłe nadskakiwanie przez Scrimgeoura rodzinom mugolaków z wyższej klasy społecznej było niepokojące. Niewymownych widziano, gdy przeczesywali całą Anglię w poszukiwaniu dowodów na powrót starożytnych bogów. Prorok Codzienny toczył swe bitwy na arenie publicznego komentowania. Siedziba gazety codziennie była otoczona przez protestujących i obrzucana jajkami oraz zgniłymi warzywami. Cały czarodziejski świat balansował na granicy przepaści, którą stanowiło jedno imię. Harry Potter. Oni wszyscy wierzyli, że Harry ma odpowiedzi, których potrzebowali. Wszyscy wierzyli, że Harry był ich wybawcą albo czynnikiem, który doprowadzi do upadku tego świata.

Draco chciał ich wszystkich powybijać. Potrzebował drogi do posiadłości Blacków, skąd mógłby uratować Harry'ego, a potem… a potem… A potem co, ty cholerny głupcze? Zabrać go do domu? Wyważą drzwi i jeszcze bardziej wszystko zniszczą. Ukryć się? To tylko pogorszy plotki. Nic nie możesz zrobić!

Trzasnął pięścią w zimne, szare płytki pod jego stopą. W jego dłoni eksplodował ból, ale on odepchnął go na bok. Potrzebuję pomocy. Zacisnął oczy i zdusił krzyk. Proszę. Nie wiedział, do kogo się modli. Proszę, niech wszystko będzie z nim w porządku. Niech dowie się, że ja… martwię się o niego. Proszę… Pochylił się naprzód, opierając szeroko ręce na zimnej podłodze. Proszę, niech wszystko będzie z nim w porządku…


~~~~~~


Ciemność załamała się wokół niej, ukazując kawałek nieba i dziwne gwiazdy. Morrigan szybowała przez cichy dziedziniec Gwyn ap Nudda, przemieniając się podczas lądowania. Jej buty nie wydały żadnego dźwięku na bruku.

Zamkowi przywrócono jego dawny blask. Wysokie, zewnętrzne ściany przesłaniały gwiazdy. Księżyc, wiszący nisko nad horyzontem, rzucał jej cień na ciemny kamień.

W wielu pomieszczeniach paliły się światła. Morrigan słyszała śmiech dochodzący z głównego hallu. Zapach pieczonego mięsa i ziół wypełniał powietrze. Omiótł ją zimny wiatr; smród, za którym goniła, wciąż drażnił jej nos.

Drzwi otworzyły się z rozmachem pod naporem jej dłoni. Głośny śmiech natychmiast zamarł. Stanęła w progu, w świetle i cieple, a włosy falowały jej wokół twarzy.

Gwyn ap Nudd wstał, skrzypiąc przeciągle krzesłem o kamienną podłogę.

- Morrigan. – Skłonił się krótko.
- Muszę z tobą porozmawiać.

Zimowy Król spojrzał na dziewczynkę, którą miał u swego boku. Erin objęła go w talii jedną ręką i spojrzała wielkimi oczami na boga. Dotknął jej twarzy wierzchem dłoni.

- Jestem zajęty.
- Nie w tej sytuacji, uwierz mi.
- Więc zjedz z nami, a potem to przedyskutujemy.
- To nie może czekać.
- Morrigan. – Bóg westchnął cicho. – Czego chcesz?
- Nie czujesz tego?

Odpowiedziało jej powolne mrugnięcie.

- Czego?
- Coś jest nie tak, chłopcze. Widzisz tę Ciemność? Kipi jak woda nad ogniem.
- Ciemność odeszła znad naszych ziem, Morrigan. Oddano nam nasze słońca, księżyce, gwiazdy i żyzne ziemie. Z Ciemnością nie dzieje się nic złego.
- Coś powróciło.
- Tak – my.
- Coś… innego.

Gwyn ap Nudd pokręcił głową, odwracając od niej twarz.

- Jesteś niespokojna, jak my wszyscy. Ale teraz nie czas na walki i wojnę, stara wrono. Krew popłynie w wystarczająco niedalekiej przyszłości; pozwól nam cieszyć się tym pokojem, który na razie mamy.
- Ty głupcze – rzuciła, zaskakując go. – To już tu jest. Jest wszędzie. Jesteś bogiem Annwn, a i tak odwracasz się od tego, co powinno być twoim obowiązkiem!
- Ty za to jesteś zbyt chętna do powrotu do własnych!
- Moim obowiązkiem była ochrona naszych ludzi, a coś jest nie tak!

Jego pięść wstrząsnęła sztućcami na stole.

- Twoim obowiązkiem? A od kiedy to wielka bogini furii i wojny interesuje się jej pozostałymi obowiązkami? Jesteś spragniona wojny i tyle!
- A ty po prostu zmiękłeś wraz z pojawieniem się tego bachora u twego boku!

Gęstą ciszę przerwało zszokowane sapnięcie Erin.

- Lepiej dobrze przemyśl swoje następne słowa – powiedział Gwyn ap Nudd.

Morrigan zacisnęła dłonie w pięści.

- Wszyscy chcemy pokoju. – Słowa wręcz wypadły z jej ust. – Ale zaręczam ci, boże Annwn, że coś zgniłego przemierza Ciemność. Jest tutaj. – Uniosła długi, wąski palec. – Jest tutaj, zjadając wszystko, co według nas jest kompletne. Żadna ilość pragnień nie sprawi, że odejdzie. To, co uważasz za drogie, zostanie ci zabrane, jeśli nie otworzysz oczu i nie spojrzysz.
- Przesadziłaś, Morrigan. – Bóg wyprostował się. – Nigdy nie rozumiałaś, co kieruje większością z nas. Chcieliśmy tylko stabilnego kraju i bezpieczeństwa naszych rodzin oraz wszystkich kochanych przez nas osób. Ty jesteś śmiercią i rozpaczą, niczym więcej. Widzisz cienie tam, gdzie ich nie ma.
- A ty jesteś głupcem – rzuciła, odwróciwszy głowę. Krew pędziła jej w żyłach. – To ty nic nie wiesz. – Obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi. – Otwórz oczy, chłopczyku. Przestań grać kochającego ojca i bądź nim. – Przemieniła się, zanim zdążył się odezwać, wydając z siebie przeszywający okrzyk w kierunku jaśniejącego księżyca. Drzwi do Ciemności otworzyły się, a ona zniknęła.


~~~~~~


Harry poderwał się z urywanym szlochem. Przesunął dłonią po wilgotniejących oczach, krzywiąc się na widok krwi na wierzchu dłoni.

Drzwi otworzyły się, zanim zdołał zetrzeć dowód. Syriusz wszedł do pokoju ze zwichrzonymi od snu włosami.

- Harry? – Zatrzymał się z różdżką w dłoni, oświetlając pomieszczenie.
- To był tylko zły sen, Syriuszu. – Odwrócił się od starszego czarodzieja, próbując ukryć stan swej twarzy.
- Krzyczałeś. – Animag podszedł bliżej do łóżka. – Wszystko w porządku?
- Jestem tylko trochę wstrząśnięty. Nic mi nie jest. Za chwilę ponownie zasnę.

Syriusz machnął różdżką w stronę nocnej lampki. Ogień buchnął w kominku. Harry otarł twarz, mając nadzieję, że usunął większość krwi ze skóry.

- Harry? – Syriusz usiadł na brzegu łóżka. – Możesz na mnie spojrzeć?

Harry zerknął w stronę mężczyzny.

- To nic takiego, Syriuszu. Naprawdę.
- Zły sen nie jest „niczym”, Harry. Chcesz mi o nim opowiedzieć?
- Nie, niespecjalnie.
- No dalej. – Syriusz wyciągnął rękę i poklepał Harry'ego po ramieniu. – James zawsze opowiadał mi o swoich koszmarach, a ja zawsze go rozweselałem. Jesteś taki jak on, prawda?**** Błyskawicznie naprowadzę cię na drogę bezsennego spania.

Harry poczuł, jak mięśnie jego szczęki napinają się.

- Syriuszu. – Spuścił wzrok na pomarszczoną kołdrę. – Ty… zdajesz sobie sprawę z tego, że nie jestem moim ojcem, prawda?
- Oczywiście. – Animag zbył to machnięciem ręki, śmiejąc się. – Ale każdy czarodziej ma coś po swoich rodzicach. Wyglądasz tak jak on, zachowujesz się tak jak on… Cóż, zazwyczaj. – Lekki grymas przemknął przez jego twarz. – Szybko wrócisz do normalności, dzieciaku! A teraz opowiedz mi o tym śnie.

Harry ukrył pokryte krwią dłonie pod kołdrą.

- Ja… – Naprawdę nie chciał rozmawiać o tym śnie. – To wszystko było trochę zagmatwane.
- Och, to jeden z tych. – Syriusz skinął głową, jakby jedynie pod wpływem grawitacji. – One nic nie znaczą, Harry. To tylko twój umysł, który składa ze sobą przypadkowe kawałki wspomnień i wyobrażeń. One nie pokazują przyszłości. – Syriusz wyciągnął rękę i ponownie uścisnął ramię Harry'ego. – Nie ma znaczenia, co mówią inni. Prawdziwi Wieszcze rodzą się w rodzinach, które przekazują ten talent przez pokolenia. Nie pojawiają się pod wpływem mrocznych eliksirów czy czegoś takiego. Prawda, Harry?
- …Prawda. Oczywiście.
- Więc co z twoim snem?
- …To nic takiego.
- To było tylko kłamstwo, zaledwie wyobraźnia. Prawda?
- To był sen.
- Właśnie, dokładnie. – Syriusz powoli wypuścił powietrze. – Chcesz eliksir, żeby ponownie zasnąć?
- Nie, dziękuję.
- Ciasteczka?
- Nie, dziękuję.
- Odmawiasz ciasteczek? James nigdy nie odmawiał ciasteczek. – Syriusz ze śmiechem pokręcił głową. – Tandy! – Skrzat domowy pojawił się z cichym pop. – Poproszę o talerz ciasteczek.
- Nie, naprawdę, Syriuszu…
- I dwie szklanki mleka. – Animag mrugnął do Harry'ego. – Nie możemy jeść ciasteczek bez mleka, nieprawdaż?

Harry powoli wypuścił powietrze przez nos.

- Jestem naprawdę zmęczony, Syriuszu. Czy nie możemy zjeść ciasteczek jutro?
- Ale już jest jutro!
- Więc jutro w dziennym świetle?
- Teraz brzmisz jak twoja mama! – Syriusz zmierzwił Harry'emu włosy. – Dobrze, dobrze, bądź głosem rozsądku. Ale przepędzimy z ciebie tę powagę, zobaczysz. Jesteś młody, Harry! To twój czas na odkrywanie wszystkiego, płatanie dowcipów i życie. – Syriusz wstał z szerokim uśmiechem. – Świetnie się spisujesz, Harry. Uzdrowiciel Fondorn jest naprawdę zadowolony. Wrócisz do normalności jeszcze przed powrotem do szkoły. Nie cieszysz się?

Harry unikał jego wzroku, skupiając się na ogniu trzaskającym w kominku.

- Cieszę się, że jest zadowolony – powiedział.
- Zuch chłopak. – Tandy pojawiła się ponownie z talerzem ciasteczek. Syriusz chwycił jedno i wrzucił sobie do ust. – Jesteś pewien, że nie chcesz spróbować?
- Nie, dziękuję.
- Twoja strata. – Animag wzruszył ramionami i przejął talerz od zdumionej skrzatki. – Zobaczymy się rano, Harry. – Odwrócił się do drzwi. Harry obserwował go zamglonymi oczami. Skrzatka zgasiła ogień i światła, zostawiając go samego w ciemności. Drzwi do jego sypialni zamknęły się z trzaskiem. Był sam.
Harry wyciągnął ręce spod kołdry. W blednącym świetle księżyca dostrzegł strużki krwi, które zdobiły jego dłonie. Zamknął oczy i próbował przełknąć gulę, która powstała w jego gardle.
Obraz dziury wypełnionej ciałami, którą widział we śnie, prześladował go przez resztę nocy.


* A nagroda dla Odpowiedzialnego Opiekuna Roku wędruje tym razem dooo… Syriusza Blacka! Tłum szaleje, staniki fruwają… Kuźwa, on tak serio…? Ale przecież fakt, opiekując się dzieckiem/nastolatkiem możesz sobie wybrać, kiedy chcesz to robić, a kiedy masz wyłożone, o ja głupia…
** Wow, czyżby była dla niego nadzieja…?
*** Nie, jednak nie :/
**** Nie, ku*wa, nie jest. Wszyscy wiemy, że gdyby pozamieniać kilka liter w imieniu „Harry”, to wyjdzie nam „James” (bonus – jedna jest nawet taka sama w obu), ale widocznie Syriusz jest na to zbyt tępy…
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 20 lis 2015, o 19:13

Rozdział dwudziesty

Przyczyny



Bariery Malfoy Manor rozpadły się pod wpływem wściekłości Morrigan. Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, który odbił się echem po klatce schodowej.
Lucjusz Malfoy i jego syn zjawili się przed nią.

- O co chodzi? – Starszy czarodziej miał ciemne cienie pod oczami; młodszy nie wyglądał lepiej. Zignorowała mężczyznę i zwróciła się do jego syna.
- Gdzie jest Harry? – Przeszła przez próg. – Wcześniej przyszłam tu za jego zapachem, ale teraz nie wyczuwam go w domu. Gdzie on jest?
- Zabrali go. – Chłopak – Draco – miał kredę rozsmarowaną na bladym policzku.
- Kto?
- Blackowie.
- Blackowie… – Przechyliła głowę na jedną stronę. – Pies i wilkołak, tak?
- Tak.
- Pozwoliliście na to?
- Nie mogliśmy ich powstrzymać – odezwał się nowy głos. Bogini odwróciła się i zobaczyła Mistrza Eliksirów stojącego w progu pomieszczenia.
- Ty. – Przyjrzała się wątłej postaci. – Severus Snape. Przyprowadziłam go do ciebie, ufając, że się nim zajmiesz.
- Tak.
- Zawiodłeś mnie.

Szczupła twarz wykrzywiła się.

- Wygląda na to, że tak.
- Severus nikogo nie zawiódł. – Draco wystąpił naprzód. – Blackowie zabrali go wbrew naszej woli. Scrimgeour nas zdradził.
- Draco. – Lucjusz uciszył syna ostrym spojrzeniem.
- Ale…

Morrigan wpatrywała się dalej w Mistrza Eliksirów.

- Co tu się stało?
- Chłopcy znaleźli nauczycielkę. – Zauważyła, że mężczyzna drży. Jego włosy były związane tuż nad karkiem. Coś się wydarzyło, podczas gdy ona znajdowała się w Ciemności. Zbyt wiele. Sprawy toczyły się za szybko i ani trochę jej się to nie podobało. Snape streścił jej wszystko, co stało się, gdy jej nie było; zdrada rodziny przez Ministerstwo sprawiła, że jej krew zawrzała. Nie było to jednak coś, co mogłaby dłużej rozpamiętywać. Chciała zobaczyć swego Marzyciela i chciała zobaczyć go teraz.
- Ci Blackowie – urwała w połowie zdania. – Chcę poznać ich zapach.
- Nie mamy go.
- Ciemność zabierze cię, śmiertelniku, do tego chłopaka…
- Nie jest z nim dobrze. – Draco zrobił krok w przód. – Musimy go od nich zabrać.
- Czy ja wyglądam na głupią, dziecko? To było jasne, że z chłopakiem nie było dobrze już wtedy, gdy gnił w domu swojej ciotki. Śmiertelnicy. – Wyciągnęła przed siebie rękę. – Daj mi rękę. – Sięgnęła w stronę Dracona.
- Co robisz? – Lucjusz wystąpił naprzód.
- On nie może cię zabrać do Harry'ego. – Severus wszedł do pomieszczenia. Zapach dawnej śmierci i wyschniętej krwi uderzył w jej nozdrza. Nie był to fizyczny zapach; zamknęła oczy i przyjrzała się sylwetce mężczyzny. Jego aura była miejscami poszarpana, zwłaszcza na krawędziach.

Otworzyła oczy.

- Co oni ci zrobili?

Zakołysał się na piętach, unosząc wyżej głowę.

- Nic.
- Kłamca.
- Słucham?

Podeszła do niego powolnym krokiem.

- Coś się stało z twoją duszą. – Wyciągnęła rękę i dotknęła palcem jego klatki piersiowej. Poczuła drgnienie pod opuszką palca. – Coś rozdzierało twój umysł kłamstwami i rozpaczą. To śmierdzi prawie jak ta kreatura, którą ścigam. – Zassała swą dolną wargę pomiędzy zęby i zmarszczyła brwi. – Jest jednak zbyt młode, by być tym, o czym myślę – dodała. Przyjrzała się rysom jego twarzy. – Martwisz się o chłopaka.
- Oczywiście, że nie. Black jest głupcem, ale nigdy nie skrzywdzi Harry'ego. Pottera – poprawił się.
- Wątpisz we własne słowa.
- Nie wątpię.

Zabrała rękę.

- Ja bym wątpiła – odparła.

Pochylił głowę. Dwaj pozostali śmiertelnicy podeszli do niej od tyłu, więżąc ją pomiędzy nimi. To był bezcelowy ruch; moc płonęła w jej żyłach i pulsowała pod skórą w rytm bicia jej serca.
- …Potter jest silny – powiedział szeptem Severus. – Przeżyje.
- Więc ty też. – Dotknęła pochylonej głowy. Zaskoczyło go to tak, że aż się wyprostował. – Śmierć nie przychodzi po istoty o tak dzielnych sercach. –
Zignorowała prychnięcie mężczyzny. – Nie dąsaj się. To ci nie przystoi.

- Ja się dąsam?
- Tak. – Cofnęła się o krok i odwróciła się. Chłopak – Draco – stał tuż przed nią. Pochyliła głowę ku niemu i wciągnęła powietrze. Zapach jej chłopca, jej Marzyciela, wypełnił jej nos.
- Co ty wyprawiasz?
- Poluję. – Uśmiechnęła się do ciemności, którą miała pod przymkniętymi powiekami. Świat rozpostarł się przed nią. Dom emanował mocą czarodziejów, którzy się w nim znajdowali. Ziemie wokół niego były naznaczone bladymi liniami geomantycznymi. Posłała swój umysł wzdłuż linii, wyznaczając kontury śmiertelnego świata w swych kościach. – Muszę iść. – Otworzyła oczy i zamrugała. – Już prawie tam jesteś, dziecko. – Dotknęła kredy na policzku chłopaka. Poruszenie piór wypełniło powietrze. Jedno z nich poszybowało w dół, gdy po jej wyjściu zapadła cisza, i wylądowało na dłoni Dracona. Chłopak zacisnął wokół niego pięść, przyciągając ją do piersi. Żaden z dorosłych nie powiedział ani słowa, gdy odwrócił się i opuścił pomieszczenie.


~~~~~~


Morrigan nie polubiła Black Manor. Posiadłość stała w miejscu łączenia się wielu linii geomantycznych. Wiele z nich było zabarwionych czerwienią i niezdrowym odcieniem żółci; ciężar krwi i strachu znajdował się w samych fundamentach domu.

Jej skóra pokryła się gęsią skórką już w wejściu. Nie rozległy się żadne alarmy. Cichy hall skryty był w cieniu, a ściany pokrywały nieruchome obrazy. Trzeci stopień od góry, przed półpiętrem, zaskrzypiał pod jej stopą. Zamarła, wpatrując się w odległe drzwi, ciągnące się wzdłuż korytarza. Żadne się nie otworzyły.

Poszła za swym nosem do pokoju po lewej stronie. Zapach świeżej krwi był wyczuwalny w powietrzu. Klamka przekręciła się pod jej dłonią, a ona weszła do środka.

Chłopak leżał na podłodze, przemarznięty. Zapalona świeca oświetlała wokół niego niewielki krąg. Krew brudziła skórę na jego rękach. Wpatrywał się w nią, otwierając usta i wciągając cicho powietrze.

- Harry. – Zamknęła za sobą drzwi. Chłopak zaczął drżeć. – Dziecino?

Po dwóch niezdarnych krokach wzięła go w ramiona. Przytuliła go mocno, wtulając jego głowę pod swą brodę. Na podłodze leżała cienka, pusta książeczka, a obok niej leżały przybory do pisania. Jej Marzyciel zacisnął dłonie na materiale jej poszarpanej koszuli.

- Mów do mnie, moje dziecię. Co się stało?


~~~~~~


- Neville?

Jasnowłosy chłopak podniósł wzrok znad rzędu roślin, które miał przed sobą. Zapach ziemi wypełniał powietrze; szklarnia była prawie przepełniona kwitnącą winoroślą i wiszącymi koszami z roślinnością. Długi rzędy roślin leczniczych zajmowały prawie całą ziemię. Obok znajdował się ogród jego babci, ale on nigdy się tam nie zapuszczał. Na szczęście babcia sama zajmowała się własnymi roślinami.

Blaise stał w drzwiach do szklarni, jedną rękę opierając na śliskim szkle. Młodzieniec rósł jak szalony tego lata; Neville uważał, że Blaise był wyższy za każdym razem, gdy się widzieli. Czyli całkiem często, poinformował go cichy głosik. Odepchnął tę myśl na bok i próbował stłumić rumieniec.

- Tu jesteś. – Blaise pozwolił, by drzwi zamknęły się za nim. Byli w szklarni sami. Nieproszone i wręcz odczuwalne wspomnienie ostatniego razu, gdy miało to miejsce, sprawiło, że Neville odwrócił się z powrotem do swych roślin z płonącymi policzkami.* – Dobrze się czujesz? – Dłonie znalazły się na jego ramionach.
- Nic mi nie jest. – Ręce Neville'a prawie skamieniały, gdy wycinał ostatnie zeschłe liście ze swej rośliny. – Zaczynają opadać – powiedział szybko, gdy dłonie zsunęły się niżej, na jego łokcie. – Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem.

Blaise przeszedł na bok, powoli przesuwając jedną rękę wokół talii Neville'a.

- Opadać? – Przyjrzał się roślinom. – Czemu to ma być takie złe?

Neville zmarszczył brwi, patrząc na drugiego chłopaka.

- Profesor Sprout mówiła o tym przez pięć ostatnich lat, Blaise.
- Mów mi jeszcze. To nie ja jestem tym utalentowanym, pamiętasz?

Prychnięcie Neville'a zaskoczyło jego samego bardziej niż Blaise'a. Pochylił głowę, pozwalając, by grzywka przesłoniła jego twarz.

- Blaise…
- Czemu to jest takie ważne?
- …To oznaka jesieni – kontynuował Neville.
- Cóż, minęła połowa sierpnia. To chyba najwyższy czas, prawda?
- Nie. Nie dla tych roślin. Neville odwrócił się od roślin, które stały na stole do przycinania. – Widzisz? Tutaj – zioła zaczynają usychać. To jest szklarnia, Blaise. Rośliny nie zamierają tu aż do wiosny, jak w zewnętrznych ogrodach. Coś jest nie w porządku. – Objął się rękami. – To tylko brzmi zabawnie. Wszystko jest okej. Cóż… tak jakby. Ale…
- Neville? – W głosie Blaise'a dało się wychwycić dziwny ton. Neville odwrócił się.
- Tak?

Ślizgon trzymał poskładaną notatkę.

- Dostałem to niedawno od Dracona. – Ciemne oczy napotkały niebieskie. – Co jeszcze powiedziały ci rośliny?

Neville zamrugał, biorąc od chłopaka kartkę.

- One nic mi nie powiedziały, Blaise. Chodzi o to, jak reagują na niektóre rzeczy.
- Więc powiedz mi, co mówią ci ich reakcje.
- Nadchodzi zima.** – Neville pokręcił głową, rozkładając notkę. – I to zbyt szybko, by było to normalne. Coś wpływa na pory roku. Nie wiem jednak co lub kto. – Zerknął na kartkę i ugięły się pod nim nogi. Skrzynka po mleku posłużyła mu za siedzisko.
- Neville?
- To… – Pajęcze pismo należało do Dracona. Neville uchwycił spojrzenie Blaise'a. – To się działo przez całe lato? – Bezceremonialny ton notatki odebrał Neville'owi dech. Jego wolna dłoń zacisnęła się w pięść.
- Tak.
- A Harry…
- Draco nie pisał do mnie aż do teraz. – Blaise przykucnął obok niego. – Przysięgam ci, Neville, że gdybym wiedział więcej o tym, co się dzieje, powiedziałbym ci.
- …Wierzę ci. – Neville poczuł, jak mięśnie jego szczęki napinają się. – Umknęło nam wiele spraw – powiedział.
- Owszem.

Neville wrócił do notatki. Przeczytał ją ponownie, rozpoznając miejsca, w których pióro Dracona na tyle mocno wbiło się w papier, by go rozerwać.

- Jest zły.
- O tak.

Neville upuścił kartkę na kolana. Jego zaciśnięta dłoń rozluźniła się, gdy on wpatrywał się w przestrzeń obok Blaise'a i nad swymi ukochanymi roślinami.

- Co zamierzasz zrobić? – zapytał w końcu.

Blaise sięgnął przed siebie i dotknął jego dłoni.

- Przyszedłem tutaj, by przedyskutować to z tobą. – Spojrzał na niego ciemnymi oczami. – Jesteśmy w tym razem, Neville.
- Chyba nie jestem osobą, która może…
- Neville. – Ostra odpowiedź Blaise'a sprawiła, że urwał. – Przestań. Jesteś mądry, jesteś odważny, a ja – dopomóż mi, Merlinie – spędzę resztę mojego życia, wybijając ci z głowy niedorzeczności, którymi karmiła cię rodzina.

Tym stwierdzeniem wziął Neville'a z zaskoczenia. Chłopak zamrugał, czując ciepłą wilgoć, która zaczęła się zbierać w jego oczach.

- D-dobrze. – Pochylił głowę i otarł usta wierzchem dłoni. – Więc… co zrobimy? – zapytał pewniejszym głosem.
- …Miałem nadzieję, że będziesz mieć jakieś pomysły. – Blaise opadł do tyłu z cichym odgłosem. Oplótł rękami swoje nogi i wbił wzrok w Neville'a. – Rodzina pierwszoroczniaka ze Slytherinu zniknęła. Żaden z naszych szpiegów w Ministerstwie nie dostarczył nam nazwiska ani rejestrów. To tak, jakby wyparowali.
- To niemożliwe.

Oczy Blaise'a pociemniały na chwilę.

- To jest możliwe, Neville, jeśli pomagali w tym Niewymowni.

Neville wstrzymał oddech.

- Nie zrobiliby tego.
- Kto wie, co by zrobili, a czego nie? – Gorzki śmiech wyrwał się z jego ust. – Tak czy inaczej, nie możemy ich znaleźć. Przeszukamy cały Dom, gdy wrócimy do szkoły, ale mam przeczucie, że ich nie znajdziemy.
Neville poczuł kwas zbierający mu się w gardle.
- To jest złe.
- Owszem, jest.

Neville zabębnił palcami o swe udo.

- Ten… list mówi, że zostali zabrani na przesłuchanie.
- Tak.
- Pytałeś o możliwość zobaczenia rejestrów sekretarek?

Blaise zrobił wielkie oczy.

- O co?
- Zapisuje się tam osoby wchodzące. Trzymane są na biurkach przy wejściu. – Neville przesunął palcem po kilku ostatnich linijkach listu. – Przy… przy przesłuchaniach to chyba dość ważna część bycia w pracy, prawda? Za te godziny im płacą. A żeby mogli im zapłacić, muszą mieć zapisane godziny pracy. Nazwiska więźniów są trzymane w tajemnicy, ale… – Wzruszył ramionami i w końcu spojrzał Blaise'owi w oczy. – Nazwiska… ludzi, którzy uczestniczą w przesłuchaniach są na pewnego rodzaju liście płac w Ministerstwie.

Został wzięty z zaskoczenia przez nagłe poruszenie się Blaise'a. Dłonie objęły jego policzki, przytrzymując go w miejscu. Pocałunek był podniecający, żarliwy i umieścił Blaise'a pomiędzy nogami Neville'a dla lepszego podparcia.

To nie była pozycja, w której chciałby zostać nakryty przez babcię.

Dźwięk odchrząkiwania, który rozległ się za nimi, zmroził obu chłopców. Neville otworzył oczy i zobaczył starszą czarownicę stojącą w drzwiach z rękami skrzyżowanymi na piersi.

- Widzę, że skończyłeś przycinanie, Neville. Chodź do domu, jest już za późno na przebywanie na zewnątrz. Młody Blaise może przyjść jutro. – Błysk w jej oczach… To było już za wiele. Neville ukrył twarz nad ramieniem Blaise'a i roześmiał się.

~~~~~~

Morrigan objęła Harry'ego za głowę i przyciągnęła go bliżej do siebie. Łzy chłopaka zostawiły nikły ślad na jego policzkach, wysychając. Zwinął się mocniej przy jej boku; oboje siedzieli na kanapie, a ogień zaczynał wygasać w palenisku, które mieli przed sobą.

- Zabiorę cię stąd – powiedziała, przerywając ciszę.

Chłopak spiął się w jej ramionach.

- Nie mogę – odparł po chwili.
- Nonsens. Zabiorę cię stąd. To ostateczna decyzja.
- Nie mogę, Morrigan. – Wyplątał się z jej objęć, choć nie chciała go puścić. Jego zaczerwienione oczy były opuchnięte od łez.
- Czemu nie?

Przesunął dłońmi po policzkach.

- To tylko wszystko pogorszy. – Nie mógł spojrzeć jej w oczy.
- Co pogorszy?
- Syriusza, Ministerstwo, uzdrowiciela Fondorna… wszystko.
- Załatwię to, dziecino. Oni nie mają prawa
- I znów po prostu powiedzą, że kłamię. – Gorycz w głowie chłopaka sprawiła, że zabolało ją serce.

Chwyciła w dłoń jego podbródek, obracając jego twarz w swoją stronę.

- Ty nie kłamiesz, Harry. – Wolną dłonią odsunęła na bok jego grzywkę. – Jesteś dzielnym, dzielnym chłopcem. Widziałeś rzeczy, które posłałyby innych w Ciemność, wrzeszczących i z roztrzaskanymi umysłami. A ty nie jesteś rozbity. Nie jesteś szalony. Stawiasz czoła rzeczom, które nie zawitały do świata śmiertelników od tysiącleci. Myślę, że mimo tego radzisz sobie bardzo dobrze.

Rumieniec sięgnął aż do czubka jego nosa.

- Dziękuję.
- Nadal chciałabym cię stąd zabrać.

Tym razem chłopak nie zamarł w jej ramionach.

- Ja… nie mogę – powiedział ponownie, ku jej irytacji.
- Oni na ciebie nie zasługują.

Krzywy uśmiech pojawił się na wargach chłopaka.

- Cieszę się, że tak uważasz. – Pokręcił głową. – Jeśli zniknę, Ministerstwo straci tę odrobinę kontroli nad ludźmi, jaką ma teraz.
- To całe Ministerstwo niewiele robi dla twojego dobra.
- Robią to, co jest najlepsze dla wszystkich. – Harry odsunął twarz od jej dłoni i spojrzał na łóżko. – Czytałem gazety, gdy tego nie widzieli. Scrimgeour próbuje przekonać wszystkich, że te zabójstwa są robotą śmierciożerców. Knot próbuje przekonać wszystkich, że to ja jestem przyszłym Czarnym Panem. Obecnie Scrimgeour ma przewagę w prasie.
- Problemy śmiertelników. – Machnęła ręką. – Oni są ślepi.
- Nie do końca. – Ponownie obrócił się w jej stronę, a napięcie w jego ramionach zniknęło, gdy objęła go ręką. – Knot wciąż ma po swojej stronie Niewymownych. To oni rozpuścili plotki prasie, jak twierdzili aurorzy Scrimgeoura. Wiem, że obserwowali Malfoy Manor. – Chłopak przełknął ciężko. – Wiem, że obserwują Dracona i jego rodzinę.
- Twój chłopak jest całkowicie wściekły.
- On nie jest… moim chłopakiem.
- Jest, tak samo jak ty jesteś jego. – Dotknęła ciemnych włosów bladym palcem. – Bez względu na wszystko będzie walczył, by wrócić na twoją stronę.
- … Wiem.
- Zrobiłbyś to samo, gdybyś mógł.
- …Tak – powiedział szeptem.
- A jednak wciąż twierdzisz, że nie opuścisz tej klatki.

Harry drgnął, słysząc jej słowa.

- Nie. Nie mogę.

Kolejne westchnienie.

- Śmiertelnicy.
- Tacy właśnie jesteśmy.
- Co dobrego wynika z tego, że to Ministerstwo trzyma cię tu w zamknięciu? – Machnęła palcami w stronę podłogi. – Nie jesteś tu bezpieczny. Te bariery są jak papier.
- Oni nie boją się o bariery. – Oparł podbródek na ugiętych kolanach. – Rodzina Blacków jest stara i szanowana. Słyszałem, jak Syriusz mówił o tym Ginny pewnego wieczora. Zanim… zanim rodzice Syriusza zaczęli utrzymywać te ziemie, funkcjonowali na zasadzie feudalizmu. Mieli ziemie i pracowników, którzy założyli tam swoje wioski. Wiesz, że są naprawdę bogaci? Wykonywali wiele prac społecznych, wyprawiali bale i tak dalej. Rodzice Syriusza zszargali ich opinię, ale wiele osób nadal pamięta Blacków jako ludzi, którzy opiekowali się biedotą i potrzebującymi. Malfoyowie wywodzą się z Francji, jak sądzę, i nie mają najlepszej reputacji, jeśli chodzi o biedotę. Zostali tak oczernieni przez prasę, że gdybym tam został, ludzie uwierzyliby, że też stałem się zły.
- Powiem to ponownie: śmiertelnicy.
- Tak. – Parsknął śmiechem. – Ludzie czują się bezpiecznie, gdy jestem tu z Syriuszem, który zadeklarował w gazetach, że jest moim prawowitym ojcem chrzestnym i zamierza oczyścić dobre imię swej rodziny, a ludzie po prostu to łyknęli. – Zadrżał. – Jeśli zrobię cokolwiek, by zaburzyć tę równowagę, wszystko się posypie. Czarodziejski świat zagłosuje na Knota, on wtrąci mnie do Azkabanu, a wtedy nie będziemy w stanie odkryć, kto za to wszystko odpowiada.
- Och, dziecino. – Przytuliła go mocniej. – Chciałabym móc zabrać cię z tego miejsca i nigdy nie pozwolić ci wrócić.

Wtulił twarz w jej szyję.

- To byłby przyjemny sen – powiedział. – Ale to nigdy się nie zdarzy. Nie puszczą mnie, nie teraz. Prasa debatuje nad tym, że powinienem był umrzeć w walce z Voldemortem. Niektórzy znają prawdę. Niektórzy twierdzą, że bogowie nigdy nie powinni byli mnie przywracać.
- Rozerwałabym im gardła i wrzuciła ich ciała w błoto.
- Teraz już na to za późno. – Westchnął ze zmęczeniem. – Słowa zostały już wypowiedziane. Po prostu muszę sobie z tym poradzić.
- …Będę tu dla ciebie, mój Marzycielu. Nie pozwolę, byś zmagał się z tym sam.
- Nie musisz tego robić.
- Ciii, dziecino, śpij. Już prawie świta.
- Morrigan…

Przyciągnęła go mocniej do siebie i przykryła ich oboje.

- Nie bądź niemądry – wymamrotała w jego włosy. – Śpij już, śpij i odpoczywaj. Będę czuwać nad twymi snami.

Jego oczy zamknęły się powoli pod wpływem jej słów. Jego ciało stopniowo rozluźniało się w jej ramionach. Gdy świt zabarwił niebo, które nad horyzontem pokrywały burzowe chmury, Morrigan nadal czuwała; jej złociste oczy lśniły w mroku, obserwując chłopca. Nie było innego miejsca, w którym wolałaby być.


* I nas przy tym nie było…? Foch na Autorkę, z przytupem i pozytywką :p
** Rozdział wcześniej „you know nothing”, teraz „winter is coming”… Nie oglądam „Gry o tron”, ale to brzmi bardzo znajomo :D
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez Wiki143 » 15 sty 2016, o 19:27

Kocham to opowiadanie serio i chciałam spytać się kiedy rozdział? Trochę minęło od ostatniego czyż nie?
Wiki143 Offline


 
Posty: 8
Dołączył(a): 18 gru 2015, o 09:55

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 12 gości