[Z] Red Hills

50/50

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:17

Autor: Akame
Tytuł: Red Hills
Bety : Aubrey, Liberi.
Parring: HP/DM
R - +18
Długość – wyjdzie w praniu ;)

Kiedyś, dawno temu miałam wkleić na Drarry, potem doszłam do wniosku, że nie ma sensu dawać tego na każdym kolejnym forum, ale... Dla tych, którzy chcieli :) :*




I



Krypta z białego marmuru otoczona była bluszczem, który ściśle przylegał do jej ścian, zdobiąc je wonnymi kwiatami powoju niczym pająk swą siecią. Stała tutaj dopiero od tygodnia, ale magiczne rośliny już wzięły ją w swe władanie, być może przyroda sama chciała oddać cześć największemu magowi, jaki tu spoczywał. Smukłe filary podtrzymywały strop w kształcie kopuły. Na kamiennym katafalku litery magicznego cytatu żarzyły się jasnym blaskiem:

"Ostatecznie, dla należycie uporządkowanego umysłu śmierć jest tylko początkiem nowej, wielkiej przygody..."

Z tłumu stojącego przed wejściem dało się słyszeć pojedyncze odgłosy tłumionego łkania. Błonia zapełniali uczniowie i absolwenci Hogwartu, nauczyciele oraz delegacja z ministerstwa i licznie przybyli reporterzy.
Różnorodna ludzka masa reagowała w zależności od stopnia zażyłości ze zmarłym. Większość manifestowała swój żal płaczem, mocząc trzymane w dłoniach chusteczki, inni stali sztywno, tłumiąc swój ból i pokazując światu maskę bladego oblicza. Byli i tacy, którzy przybyli tylko dla obejrzenia widowiska lub przeprowadzenia wywiadu.

Wysoki, czarnowłosy chłopak stał w milczeniu tuż obok katafalku, gładząc opuszkami palców zimny kamień. Przez jego głowę przebiegały setki myśli, które kumulowały się w jedno, wielkie wspomnienie. Wspomnienie o największym, najlepszym i najbardziej nieprzewidywalnym człowieku, jakiego dane było mu poznać. Kim byłby bez niego? Czym byłby ten świat, gdyby nie jego mądrość? Czy udałoby mu się pokonać Voldemorta, gdyby nie jego wieczne wsparcie i wiara?
Och, nie oszukiwał się. Wiedział, że wiele razy przeklinał starego maga, zarzucał mu, iż był manipulatorem, intrygantem, nigdy nie mówił mu całej prawdy. Jednak pomimo wszystko kochał tego człowieka i traktował go jak dziadka, którego nigdy nie było dane mu poznać.

Harry zawsze myślał, że jeżeli Dumbledore kiedyś umrze, to zrobi to w wielkim stylu. Jakaś walka z ciemnymi mocami, obrona świata przed złem, akt heroicznej odwagi, o którym długo będą pisać i układać ballady.
Albus odszedł w ciszy.
Zmogła go największa zmora mugoli, choroba, na którą nawet czarodziejski świat nie poznał lekarstwa.
Rak.

Odwiedził go tuż przed śmiercią. Po raz pierwszy przekroczył wtedy próg prywatnego apartamentu dyrektora. Nieobce było mu oblicze śmierci, widział jak odchodzą młodzi wojownicy, którzy powinni móc cieszyć się życiem. Ze stoickim spokojem przemierzał pole krwawej rzezi, jaką urządzili Śmierciożercy, broniąc się do ostatka. Sam miał na rękach krew poległych. Zabił Voldemorta i bez większego wzruszenia patrzył na zwłoki, które na jego oczach rozpadały się w pył niesiony wiatrem. Za dużo śmierci, za dużo łez, za dużo cierpienia.
Paradoksalnie widok tego starego człowieka leżącego w za dużym jak na jego kruchą, przeżartą chorobą postać łóżku, obudził w nim uczucia, które wydawałoby się są mu już obce. Najbardziej wstrząsnęły nim zasnute mgiełką cierpienia oczy.
Nie migotały.
A jednak starzec wbrew wszystkiemu uśmiechał się lekko, otumaniony eliksirami, niezdolny do większego ruchu.

— Harry…

— Harry? — Ktoś delikatnie szarpnął go za rękaw szaty. Wyrwany ze świata wspomnień, przez chwilę błądził wzrokiem, zanim jego spojrzenie spoczęło na stojącej obok dziewczynie.
Ginny.

— Słucham? — Zerknął na nią nieprzytomnie.

— Wszyscy już się rozchodzą, może i my pójdziemy? — Popatrzyła na niego z nadzieją. Pomimo wczesnego lata, po błoniach szalał wiatr, jękliwe zawodząc w konarach drzew.

— Tak, masz rację. — Odwrócił się i zauważył, że z żegnających dyrektora pozostali tylko oni i rodzina Weasleyów.

Wyszedł z krypty i dołączył do grona rudzielców. Ktoś poklepał go po plecach. Uśmiechnął się niemrawo na widok Rona.
Stary przyjaciel jak zwykle szedł u jego boku. Dzięki Merlinowi to jedno pozostało bez zmian. Nie wiedział, co by zrobił bez jego wsparcia i specyficznego poczucia humoru. Chociaż, jakby głębiej się zastanowić, Ron też się zmienił. Nie był już tym wiecznie uśmiechniętym, zacietrzewionym chłopakiem, który najpierw działał, a potem myślał nad konsekwencjami. Życie uczyniło z niego mężczyznę, nauczyło go ostrożności, a praca wśród aurorów tylko wzmogła nieufność i podejrzliwość.

Stała czujność…

Słowa starego Moody'ego zadźwięczały mu w uszach. Kiedyś śmieszyły, teraz stały się mottem przewodnim. Od pięciu lat wyłapywano ukrywających się Śmierciożerców. Żądni zemsty, zeszli do podziemi i walczyli pod przywództwem Avery'ego.
Partyzantka w świecie czarodziei.
Przez nich stracili Colina, Tonks, Hannę… Tyle niepotrzebnych śmierci.

Znów zerknął na Ginny uczepioną jego rękawa. Czasami czuł się przytłoczony jej manifestacją uczuć. Kiedyś wydawało mu się, że mógłby ją pokochać. Z biegiem czasu doszedł do wniosku, że były to tylko marzenia nastolatka zafascynowanego siostrą przyjaciela. Powoli dojrzewał, aby powiedzieć jej, że nic z tego nie będzie, że jest dla niego siostrą, powierniczką, ale… nigdy nie da jej tego, czego pragnie. Czuł się wyprany z uczuć, nie sądził, żeby był jeszcze zdolny do miłości. Nie takiej, o której pisano na kartach romansów. Ginny zasługiwała na kogoś, kto kochałby ją bezwarunkowo. Kto byłby jej oddany, spełniał jej zachcianki i był zdolny do przelania uczuć na przyszłe potomstwo.
Harry nie widział się w roli ojca. Dzieci wymagały czasu, zaangażowania i czułości. On nie posiadał niczego takiego.
Tę rozmowę odwlekał z kilku przyczyn. Kiedy tylko przygotowywał się na wyznania, patrzyła na niego tym smutnym, zakochanym wzrokiem i zrezygnowany odkładał to na następny raz. Kolejnym problemem był Ron. Przyjaciel nie raz i nie dwa pytał go, kiedy wreszcie zdecyduje się na ślub i nieodmiennie widział jako swojego szwagra. I ostatnia przyczyna jego obaw, sami Weasleyowie. Uważali go za członka rodziny, Molly zawsze powtarzała, że jest dla niej jak syn i rzeczywiście tak go traktowała. Doszło już do tego, że potrafiła cisnąć za nim ścierką za podkradanie słodkiej masy czy rogalików przed obiadem. Czuł się u nich jak w domu i nie chciał nikogo ranić.
Cholera, westchnął. Jego życie i bez tego, było wystarczająco skomplikowane.


***



Wielka Sala w ogóle się nie zmieniła przez te lata. Stoły poustawiane były w czterech długich rzędach, nad nimi wisiały godła domów. Nakryty białym obrusem stół prezydialny, za którym zasiadali profesorowie, nadal stał na swoim miejscu. Krzesło z wysokim, rzeźbionym oparciem tkwiło samotnie na jego środku. Sufit imitujący niebo nocą był teraz zasnuty chmurami, gwiazdy przyblakły, a księżyc stracił swój blask. Zabrakło unoszących się świec. Pomieszczenie oświetlały magiczne pochodnie, oplecione fioletowym materiałem na znak żałoby.
Ciche rozmowy prowadzone przy stołach przypominały brzęczenie roju pszczół. Co chwilę dało się słyszeć imię Albusa, które ktoś wypowiadał albo z nostalgią, albo ze smutnym śmiechem, przypominając sobie jakąś anegdotę z nim związaną. Harry spokojnie skubał udko kurczaka, praktycznie nie czując jego smaku.

— Myślałem, że przynajmniej w takiej chwili nie będę musiał oglądać tej szczurzej gęby. — Ron dźgnął widelcem ziemniaka, jakby atakował niewidzialnego przeciwnika.

— Daj spokój. — Hermiona spojrzała na niego z dezaprobatą. — Nie wierzę, że nadal chowasz w sobie te dziecinne urazy.
— Jasne, bo to nie ty plułaś ślimakami przez tego dupka — skrzywił się rudzielec.

— Pamiętaj, że on walczył po naszej stronie — mruknęła z naciskiem.

— Co nie przeszkadzało jego ojcu płaszczyć się przed tą gadzią mordą.— Kolejny ziemniak poczuł na sobie ostrze jego widelca.

— Wiesz co? — Dziewczyna potrząsnęła nerwowo głową. — Jeżeli tak na to patrzysz, to niewiele się od niego różnisz. — Nie zważając na zszokowany wzrok Rona, ciągnęła dalej. — On nazywał mnie szlamą, bo mam mugolskich rodziców. Ty obwiniasz go o całe zło tego świata, bo jego ojciec był Śmierciożercą.

— Jak możesz…

— Przestańcie! — Potter spojrzał na nich z wściekłością. — Musicie kłócić się nawet w takiej chwili?

— Harry ma rację. — Hermiona sięgnęła po szklankę z sokiem. — Przepraszam, chyba to miejsce tak na nas działa.

— Taaa… Wybacz, stary. — Ron zaczerwienił się lekko i spuścił głowę, wbijając wzrok w talerz. — Po prostu…

— Wiem, że go nie lubisz, ja też nie pałam do niego sympatią, ale ma takie samo prawo jak my wszyscy, żeby być tutaj. W końcu sam musisz przyznać, że jego działalność szpiegowska nie raz i nie dwa ratowała nam tyłki.

— Bronisz go?

— Nie, jedynie stwierdzam fakt. Mogę go nie trawić, ale to nie znaczy, że nie zauważam jego zasług.

— Dobra, może masz rację — przyznał niechętnie Weasley i zmieniając temat, zapytał: — Słyszeliście, że stary nietoperz przeszedł na emeryturę?

— Tak, odszedł ze szkoły wraz ze śmiercią Dumbledore'a. — Hermiona odstawiła szklankę i odgarnęła włosy, które uporczywie opadały jej na twarz. — Podobno będzie teraz zajmował się tylko warzeniem eliksirów dla Świętego Munga.

— Kto by pomyślał, że zrezygnuje z dręczenia dzieciaków. Możecie uwierzyć, że mi go brakuje?

— Nie wierzę, Ronald Weasley tęskni za Snape'em — parsknął Harry cichym śmiechem.

— Nie tęsknię, po prostu ta jego wampirza peleryna zawsze wiązała się z tą szkołą. Hogwart bez Dumbledore'a i bez Snape'a to już nie będzie to samo miejsce.

— Coś w tym jest. — Potter wreszcie zrezygnował z udawania, że je i odsunął talerz. — Ktoś chętny na zwiedzanie zakurzonych korytarzy?

— Potter… Doprawdy, ta szkoła nadal posiada woźnego, nie musisz odwalać za niego brudnej roboty.

— Malfoy! — Harry odwrócił się w kierunku dobrze znanego mu głosu i spojrzał z niechęcią na stojącego za nim mężczyznę. — Jak miło, że zaszczyciłeś nas swą obecnością.

— Nie mogę powiedzieć tego samego o tobie. — Szare oczy patrzyły na niego z pogardą zmieszaną z ciekawością. — Słyszałem, że zostałeś aurorem, świat nigdy nie będzie już taki sam. Chociaż zapewne wszyscy odetchnęli z ulgą, że ich mały wojownik stanął na czele prawa i rozprawi się z bandytami.

— Jak miło, że mnie doceniasz. — Harry odsunął krzesło i stanął naprzeciw Malfoya. Cholerny blondyn był jego wzrostu, może powinien był założyć te nowe buty na grubszej podeszwie? Nigdy nie lubił akurat tego elementu czarodziejskiej mody, ale jeżeli to dałoby mu możliwość spojrzenia na niego z góry, gotów był się poświęcić. — A propos bandytów. Jak się czuje twój ojciec? Słyszałem, że warunki na oddziale dla skazańców w Świętym Mungu ostatnio bardzo się poprawiły.

Wszyscy wiedzieli, jak skończył Lucjusz. W czasie ucieczki po nieudanym ataku na Hogwart zdezorientowani Śmierciożercy zostali zapędzeni w kierunku Zakazanego Lasu. Malfoy wpadł w pułapkę zastawioną przez jego własnych współtowarzyszy. Klątwy, które w niego uderzyły, spowodowały całkowity paraliż ciała. Lekarze nie byli w stanie zaradzić tej sytuacji, zatem nie można było stwierdzić, czy jego zdrowie psychiczne również doznało urazu. Ten niegdyś niezwykle inteligentny i żywotny mężczyzna leżał teraz w szpitalnej izolatce, nie przejawiając najmniejszych oznak kontaktu z otoczeniem. Ironią losu było, że to sam Draco przyczynił się do klęski, przekazując Zakonowi dane o ataku.

— Przepraszam — bąknął Harry, gdy wokół niego zapadła cisza.

— Nie bądź żałosny, Potter. — Draco odwrócił się i odszedł, powiewając swą kosztowną szatą w kolorze ciemnej zieleni.

— To nie było miłe. — Hermiona spojrzała na niego z naganą. — On musi się obwiniać o to, co stało się z jego ojcem. Przypominanie mu o tym…

— Wiem — warknął zdenerwowany. — Po prostu Malfoy wyzwala we mnie najgorsze instynkty, to chyba nigdy się nie zmieni.

— Nie przejmuj się, stary. — Ron wreszcie uznał, że jest najedzony i również podniósł się z krzesła. — To Ślizgon, oni nie mają uczuć. Pomiota się i mu przejdzie.


***



Zamkowe korytarze pełne były zwiedzających. Ludzie z rozrzewnieniem wspominali dni, kiedy chodzili po nich jako uczniowie. Niektórzy przystawali i rozmawiali z portretami, dzieląc się z nimi swym życiem, jakby były one co najmniej starymi, dawno nie widzianymi znajomymi, inni zaglądali do pustych klas, głośno komentując minione zajęcia i prowadzących je profesorów.

Harry i jego towarzysze stanęli przed portretem Grubej Damy.

— Hasło? — Kobieta zatrzepotała wachlarzem i uchyliła jedno oko. — Ach! To wy! — ożywiła się wyraźnie. Przynajmniej na tyle, na ile ożywić może się ktoś, kto żyje na portrecie. — Pewnie chcielibyście wejść do środka? Niestety. — Nieznacznie się zmartwiła. — Bez hasła nie mogę was wpuścić.

— Szkoda. — Harry najwyraźniej był zawiedziony. Odkąd skończył jedenaście lat, uważał Hogwart za swój prawdziwy dom i skrycie marzył o ponownym odwiedzeniu swego dawnego dormitorium. Rozejrzał się dookoła i jego wzrok zatrzymał się na grupce dzieciaków, które przyglądały im się z wyraźnym zainteresowaniem — Hej, wy — krzyknął. — Jesteście z Gryffindoru?

— Tak. — Jeden z chłopców wysunął się do przodu. Mógł mieć najwyżej dwanaście lat, ciemnobrązowe włosy opadały mu w miękkich falach na czoło, a żywe oczy o barwie mlecznej czekolady przyglądały im się z ciekawością, w której nie widać było ani odrobiny strachu. Typowy Gryfon.

— A możesz nas wpuścić? — Potter przykucnął i spojrzał na niego z nadzieją.

— No… Nie bardzo, nauczyciele zabronili wpuszczać obcych. — Chłopiec zaszurał butem po podłodze, splatając ręce na plecach.

— Ej, nie bądź taki. — Ron najwyraźniej też się zapalił do pomysłu odwiedzenia swej starej sypialni. — Byliśmy Gryfonami, swoich nie wpuścisz?

— No ale…

— Dajcie mu spokój. — Hermiona wysunęła się do przodu i uspokajająco poklepała ramię dziecka. — To bardzo dobrze, że nie łamie przepisów… Nie to, co niektórzy, których znam.

— O ile pamiętam, brałaś w tym czynny udział. — Harry podniósł się zrezygnowany i potargał włosy.

— Ej! — Drugi z przyglądających się zaistniałej sytuacji dzieciaków wysunął się do przodu. — Ty jesteś Harry Potter!

— Na to wygląda. — Czarnowłosy wzruszył nieznacznie ramionami.

— Jaaaa, pokażesz mi bliznę?

Harry roześmiał się i spojrzał na stojącego z tyłu Rona.

— To mi przypomina, jak się poznaliśmy — mruknął, pochylając się do przodu i pozwalając chłopcu obejrzeć sławną błyskawicę na swym czole.

— Suuuuper. — Dzieciak najwyraźniej miał skłonność do ekscytacji. — Ja myślę, że nic się nie stanie, jak was wpuścimy. — Usatysfakcjonowany widokiem bohatera, podszedł do portretu. — Chrapak krętorogi — powiedział, a portret otworzył się, ukazując ukryte przejście. Ron parsknął śmiechem.

Dormitorium właściwie wcale się nie zmieniło. Ogień wesoło buzował w kominku, obok stały dwa fotele obszyte czerwonym welurem haftowanym w złote kwiaty. Pod oknami ustawiono kilka stołów do nauki, w tej chwili były puste z racji przerwy wakacyjnej. Odprowadzani podekscytowanymi okrzykami dotarli pod drzwi swej dawnej sypialni, które otworzyły się zachęcająco. Ron podszedł do swego starego łóżka i z rozrzewnieniem pogłaskał kolumnę.

— Nic tu się nie zmieniło.

— Jakbyśmy wczoraj stąd wyszli, prawda? — Harry usiadł pod baldachimem i skrzywił się smutno.

— Ja ciee, śpię w łóżku Harrego Pottera! — Jakiś blondynek zrobił wielkie oczy i wybiegł z sypialni z błogim uśmiechem, obwieszczając nowinę wszystkim po kolei.

— Najpierw wejściówka na bliznę, a teraz święte łóżko Złotego Chłopca, masz bracie branie. — Weasley usiadł obok niego — Kurcze, są tak samo wygodne jak pamiętam. — Podskoczył kilka razy na materacu.

— Pan Potter i pan Weasley. — Od drzwi dobiegł ich suchy głos, w którym zabrzmiały nutki rozbawienia. Poderwali się do góry jak na komendę.

— Profesor McGonagall.

— Wiedzę, że nadal macie za nic przepisy i bez pozwolenia wchodzicie tam, gdzie nie powinno was być — cmoknęła z dezaprobatą.

— Ale pani profesor, to Harry Potter. — Brązowowłosy chłopak wyglądał na urażonego.

— Panie Wright. — Kobieta spojrzała na niego znad okularów. — Nawet gdyby sam Merlin prosił o hasło, nikt, powtarzam nikt, nie ma prawda bez zgody nauczyciela na jego udostępnianie.

— Merlin to chyba by go nie potrzebował — mruknął Ron i szybko zamilkł, widząc karcący wzrok dyrektorki.

— Widzę, że dowcip nadal jest pana mocną stroną — mruknęła. — Jakkolwiek nie czas na to. Panna Granger czeka już w pokoju wspólnym, zapraszam za mną — dodała i odwróciła się, furkocząc kraciastą spódnicą w kolorach jednego ze szkockich klanów — A pan, panie Wright, powinien się cieszyć, że to nie rok szkolny i nie mogę odebrać punktów domowi.


***



Gabinet Dumbledore'a przywołał kolejne z szeregu wspomnień.

— Jeśli dobrze pamiętam, to powiedziałem wam, że jeśli któryś z was złamie jeszcze jeden punkt regulaminu szkolnego, to będę musiał wyrzucić go ze szkoły. Co dowodzi, że nawet najlepsi z nas powinni czasami liczyć się ze słowami...

Niczym echo powróciły słowa dyrektora, wypowiedziane w trakcie ich drugiego roku. Harry wzdrygnął się, jak gdyby przeszedł go zimny dreszcz. Spojrzał na przyjaciół stojących obok niego, oni też mieli niewyraźne miny.

— Zaprosiłam was tutaj w związku z testamentem Albusa. — Minerwa usiadła przy małym stoliczku stojącym obok okna.

— Gdzie jest Fawkes? — Potter wpatrywał się w puste miejsce, które zawsze zajmował feniks.

— Ach, on. — McGonagall potarła lekko policzek. — Kiedy Albus odszedł, przez długi czas krążył nad jego łóżkiem. Pieśń, którą śpiewał, była najsmutniejszą, a zarazem najpiękniejszą, jaką kiedykolwiek słyszałam. Potem po prostu wyfrunął przez okno. Myślę, że wraz ze śmiercią właściciela przestał traktować to miejsce jak swój dom.

— To smutne. — Hermiona zamrugała kilka razy, odganiając niechciane łzy.

— Zgadzam się z panią, panno Granger. Jednak Fawkes to wolne stworzenie, nie mogliśmy zatrzymać go tutaj na siłę.

— Ciekawe, gdzie teraz jest. — Myśl o pięknym ptaku, który kiedyś uratował mu życie, sprawiła, że Harry posmutniał jeszcze bardziej. Wszystko odchodzi, nawet zdawałoby się nieśmiertelne feniksy. Skończył się pewien okres w ich życiu. Wraz ze śmiercią Dumbledore'a zerwała się ostatnia nić łącząca ich z tym miejscem, teraz widział to wyraźnie.

— Wiem, że w przeciwieństwie do innych gości, postanowiliście wracać jeszcze dziś do siebie. Chciałabym więc przejść do rzeczy — Minerwa podniosła ze stołu teczkę z dokumentami i przez chwilę przyglądała się jej w milczeniu, błądząc gdzieś myślami, po czym jakby wróciła do rzeczywistości, uniosła głowę i spojrzała na nich uważnie. — Albus już dawno spisał swój testament. Czas wojny zmusił go do spojrzenia we własną przyszłość, był zapobiegliwym człowiekiem, dlatego uporządkował swoje sprawy najlepiej jak można było. Oczywiście zdajecie sobie sprawę, że zostaliście w nim uwzględnieni.

— Serio? — Ron poruszył się niespokojnie, a potem zamilkł, gdy Hermiona trąciła go łokciem, obdarzając pogardliwym spojrzeniem.

— Nie oczekiwaliśmy tego, przyznam, że jestem zaskoczona.

— Nie sądzę, panno Granger. — McGonagall poprawiła okulary. — Jest pani na tyle inteligentna, że powinna pani założyć, iż jest to możliwe. Oczywiście nie jesteście jedynymi, którzy dziś odwiedzili to biuro. Nie przedłużajmy tego, na pewno chcielibyście spotkać się jeszcze z przyjaciółmi. — Rozwiązała teczkę i wyjęła z niej trzy listy. — Proszę, w razie jakichś wątpliwości pytajcie. Postaram się pomóc jak tylko potrafię.

Kremowe koperty z charakterystycznym pismem dyrektora. Harry ostatni raz miał taką w ręce. gdy dostał oceny z OWTMów dwa lata temu. Przez chwilę obracał ją w dłoniach, zanim przełamał magiczną pieczęć chroniącą ich zawartość. Drżącymi palcami wyciągnął ze środka list i spojrzał lekko zamglonym wzrokiem na równe, eleganckie i tak bardzo znajome pismo Albusa.

— Księgi traktujące o białej magii i zaklęciach ochronnych. — Z boku dało się słyszeć westchnienie Hermiony. To sprawiło, że wreszcie zaczął czytać swój list.

Drogi Harry.
Czas jest dla nas nieubłagany. Wracam wspomnieniami do nocy, kiedy po raz pierwszy cię zobaczyłem. Małe, niewinne dziecko, a już obarczone tak ogromnym zadaniem. Przyznam, że byłem przerażony, nigdy nie opiekowałem się niemowlęciem, więc oddałem Cię tam, gdzie — jak sądziłem — będzie Ci najlepiej.
Merlin wie, że pomimo tego co tam wycierpiałeś, nie żałuję tej decyzji. Przeżyłeś, a to jest dla mnie najważniejsze.
Mógłbyś pomyśleć, że traktowałem Cię jako broń. Pamiętam słowa Severusa…

„Szpiegowałem dla ciebie, kłamałem dla ciebie, narażałem dla ciebie życie, a wszystko to robiłem, by zapewnić bezpieczeństwo synowi Lily. A teraz mi mówisz, że hodowałeś go jak prosiaka na rzeź..."

Musisz mi uwierzyć, Harry, że nigdy tak nie było.


Harry wciągnął ze świstem powietrze. Snape go bronił? Przed Dumbledore'em? Niemożliwe! Jakkolwiek Mistrz Eliksirów był jednym z najsławniejszych szpiegów minionej wojny, tak gdyby mógł, sam zabiłby Złotego Chłopca. Harry nie raz widział w jego oczach nienawiść. Z trudem powrócił do czytania.

Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że godnie wywiązałeś się ze swego zadania. Wierzę, iż James i Lily mają wgląd w Twoje życie i są naprawdę dumni z mężczyzny, na jakiego wyrosłeś.

Drogi chłopcze, nigdy nie miałem własnych dzieci, moja praca i oddanie tej szkole nie pozwoliły mi na to. Jednak niczego nie żałuję, zastąpiliście mi godnie rodzinę. Widzisz… każdy człowiek ma taką osobę, do której chce wrócić, którą traktuje jak ojca, brata, bądź syna. Ja też miałem taką osobę.
To Ty, Harry.
Jestem za stary, abyś nazwał mnie ojcem, jednak przez cały ten czas myślałem o Tobie jako o moim wnuku.


— Nigdy mi tego nie powiedziałeś — szepnął, mrużąc oczy. — Nie sądzisz, że trochę na to za późno? — Pokręcił głową, gdy napotkał pytający wzrok Hermiony i ponownie spojrzał na trzymaną w ręku kartkę.

Nigdy nie byłeś samotny, mój chłopcze, chociaż wiem, że nieraz tak właśnie się czułeś. Zapewne jesteś zły, że nie powiedziałem Ci tego wcześniej. Wybacz staremu człowiekowi, już kiedyś Ci mówiłem, nawet najlepsi popełniają błędy, chociaż osobiście uważam, że domowe skrzaty… Mniejsza o to.
Pisałem Ci, że nie mam własnych dzieci. Muszę dodać, że w tej chwili jestem też jedynym z mojej rodziny, dlatego w swym zadufaniu ustanawiam Cię moim głównym spadkobiercą.
W związku z tym chciałbym, abyś przyjął moją posiadłość po rodzinie ze strony ojca. Znajduje się ona w Irlandii, w nienanoszalnym hrabstwie Red Hills. Zachody słońca są tam naprawdę piękne.
Ufam, że mój prezent Ci się spodoba i potraktujesz go jak swój drugi dom. Dawno mnie tam nie było, jednak wierzę, że moje skrzaty nie pozwoliły mu popaść w ruinę. Załączam stosowne zdjęcie.
Kochany Harry, żyj tak, aby każdy dzień był dla Ciebie nową przygodą, nie rozpatruj przeszłości w kategorii porażek, nie zasługujesz na to.

Twój (we własnym mniemaniu) dziadek, Albus Dumbledore.


Harry odłożył list do koperty i wyjął znajdujące się tam zdjęcie. Pośród wysokich gór, które w świetle zachodzącego słońca przybrały czerwoną barwę, stał…

— Zamek… Dostałem zamek? — wyjąkał zaszokowany.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 22:23 przez Akame, łącznie edytowano 2 razy
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:19

Beta — Aubrey


II



— Stary, zupełnie cię nie rozumiem. — Ron wydeptywał ścieżkę w dywanie w mieszkaniu przy Grimmuald Place 12.

— Kiedy naprawdę mi tu dobrze. — Harry upił łyk gorącej kawy i zmrużył oczy w wyrazie czystej przyjemności. Po całym dniu pracy, polegającym na ściganiu jakiegoś zdziczałego wilkołaka, czuł jakby mógł policzyć wszystkie kości w swym ciele. Jego przyjaciel najwyraźniej nie miał takich problemów, gdyż nabijał kolejne kilometry w ich salonie.

— Rany, kumplu, przecież nie każę ci się tam przeprowadzić. — Ron jęknął i zatrzymał się na chwilę. — Nie wiem jak możesz pić to paskudztwo. — Skrzywił się na widok dzbanka czarnej cieczy. — Moglibyśmy po prostu się tam aportować i obejrzeć z bliska, co nie? Poza tym, jako właściciel przynajmniej powinieneś się tam pokazać.

— Lubię kawę… — Czarnowłosy wzruszył ramionami i przetarł palcami zmęczone powieki. — Słuchaj, wiesz ile mamy roboty. Biurko mam zawalone materiałem na najbliższe pół roku. Wilkołaki, wybuchające kociołki, klątwy w domach byłych aurorów, eksperymentowanie na magicznych zwierzętach. Zapomniałem o czymś? Ach! Śmierciożercy! Właśnie zorganizowali kolejny, całkiem udany atak na dom Moody’ego. I wcale nie jest ważne, że on nie żyje. W końcu w myśl zasady, że grzechy ojców przechodzą na ich synów, panowie w białych maskach postanowili się zabawić z jego siostrą i jej wnukami.

— Harry…

— I ty mi mówisz, żebym zrobił sobie urlop i pojechał na wczasy do Irlandii… — Oparł się wygodniej o krzesło i wyłożył nogi na podłokietnik stojącej obok sofy. — Kiedy, Ron? Powiedz mi, kiedy mam to zrobić? Przed czy po pracy? A może w przerwie na lunch?

— No tak! — Ron dramatycznym gestem uderzył się w czoło. — Jak mogłem! Zapomniałem, że wszystkich aurorów potraktowano zaklęciami Densaugeo i Confudus, biegają teraz wesoło po Zakazanym Lesie, udając króliki i żrąc sałatę. Na straży został tylko wspaniały Złoty Chłopiec, nadzieja czarodziejskiego świata, Wybraniec…

— Przestań!

— …który pokonał Lorda Bez Nosa i… jego przyjaciel i pomocnik Ron Weasley, jedyny i niepowtarzalny… — Ron usiadł wreszcie, spychając z sofy nogi Harry'ego. — Tak tak, kumplu, to wiele tłumaczy. Musisz zostać na warcie, zanim czarodziejski świat legnie w gruzach.

— Bardzo śmieszne.

— Ja bym powiedział „tragiczne”, ale skoro tak wolisz… — Rudzielec wzruszył ramionami i sięgnął po jabłko leżące na stole, w które wgryzł się z takim wyrazem twarzy, jakby co najmniej atakował śmiertelnie jadowitego pająka.

— Aż tak ci zależy na tym wyjeździe do Irlandii?

— Mnie? — Ron spojrzał na niego z ironicznym zdziwieniem. — Ależ skąd, w końcu to nie na mnie czeka zamek.

Harry westchnął, wstał z krzesła i przeczesał ręką włosy, które chociaż dłuższe niż za czasów szkolnych, nadal niesfornie układały się na jego głowie.

— Idę wziąć prysznic. Po tej zabawie w chowanego w lesie czuję, jakby mi za koszulą wyrosła sosna.

— Jasne — Weasley przełknął i wygodniej rozłożył się na sofie. — Pamiętasz, że dziś jesteśmy umówieni z Hermioną i Ginny na Pokątnej? A może to też nieaktualne?

— Pamiętam, wykąpię się i możemy iść. — Powłócząc nogami, Harry skierował się do wyjścia. Przy samych drzwiach przystanął. — Tobie też by się przydało… Masz we włosach pajęczynę — dodał złośliwie i zniknął w holu. Z pokoju dobiegł go rumor, jakby ktoś w popłochu przeskakiwał przez stół.


***



Ciepłe strumienie wody spływały po ciele stojącego pod prysznicem mężczyzny. Oparty dłońmi o kafelki, z przymkniętymi oczami poddawał się relaksującemu masażowi.

W domu przy Grimmuald Place 12 mieszkali z Ronem od czterech lat. Zaraz po skończeniu szkoły Harry zaproponował przyjacielowi, aby ten przeprowadził się do niego. Nie chciał mieszkać sam w domu Syriusza. Weasley, z miną jakby wcześniej nadeszły święta, od razu przystał na jego propozycję. Po dwóch dniach pojawił się w jego kominku, taszcząc za sobą swój kufer, a zaraz po nim aportowali się w salonie Ginny, Fred i George z resztą jego rzeczy.

Przez jakiś czas żyli we względnym spokoju, całkiem nieźle radząc sobie we dwóch. Dwa miesiące później na progu stanęły Ginewra i Hermiona, które oświadczyły, że mieszkaniu należy się remont, a one zdecydowały się być tak dobre, że chętnie pomogą dwóm samotnym facetom. Sprzeciwianie się zdeterminowanej kobiecie jest trudne, a jeżeli kobiety są dwie… Zupełnie niemożliwe.
Przez następne trzy tygodnie w domu zapanował istny Armagedon. Ron i Harry, wymawiając się ciężką pracą w ministerstwie, ewakuowali się w momencie gdy panie zapragnęły poznać ich ulubione kolory, odcienie i gusta, a na stoliku zaległy tony prospektów z wzorami tapet i płytek.
Z perspektywy czasu Harry musiał jednak przyznać, że dziewczyny wykazały się zadziwiającym wyczuciem i dom wyglądał teraz jak skrzyżowanie mugolsko - czarodziejskiej wizji schizofrenika.

Od razu można było rozpoznać, nad czym pracowała Hermiona, a czym zajęła się Ginny.
Kuchnia stanowiła idealny przykład nowoczesnego wnętrza. Białe płytki ostro kontrastowały z meblami w kolorze ciemnego granatu. Panna Granger postarała się, aby nie zabrakło tutaj takich urządzeń jak lodówka, kuchenka z płytą indukcyjną, mikrofalówka, toster i… ku wielkiej radości Harry’ego, prawdziwy mugolski ekspres do kawy. Całą czwórkę kosztowało to wiele pracy, by umożliwić sprzętom elektrycznym poprawne działanie w magicznym domu.

W salonie niepodzielnie panowała rudowłosa amatorka tradycji. Stylowe meble z ciemnego drewna zdobiły jedną ze ścian. W oknach wisiały klasyczne białe firanki i ciężkie story w miodowym kolorze, pasujące do obitej aksamitem sofy i dwóch foteli. Ogromna biblioteczka dobrana pod kątem stylu do reszty umeblowania zapełniona była książkami, od tych traktujących o magii, po kilkanaście pozycji o ulubionym sporcie właściciela — Quidditchu. Z tej perspektywy duży, plazmowy telewizor zajmujący mały stolik, pasował tutaj jak piąte koło u wozu, ale zarówno Harry, jak i Ron za nic nie dali sobie tego wyperswadować.

W przedpokoju zawisły nowe, bardziej optymistyczne obrazy, a płótno z kłopotliwą Ursulą Black, po wielu jej ogłuszających wrzaskach, zostało wreszcie zdjęte przy pomocy jakiejś rzadko używanej mikstury, którą Fred zdobył na Nokturnie. Tym sposobem była gospodyni domu, owinięta w czarne sukno, spoczęła na wieki w najciemniejszym kącie piwnic, gdzie nie niepokojona przez nikogo zasnęła wreszcie snem wiecznym.

Harry był głęboko wdzięczny Hermionie, że powstrzymała Ginny przed ingerencją w jego własną sypialnię, zdecydowanie wolał zająć się nią sam. Dzięki temu wyglądała ona teraz dokładnie tak, jak wymarzył sobie to dorosły mężczyzna. Efekt końcowy był czymś, o co na pewno nikt nie podejrzewałby Harry’ego Pottera. Na wprost drzwi stało duże łóżko z czterema kolumnami. Zdobiła je ciemnozielona narzuta i kilka poduszek w jaśniejszym odcieniu. Groszkowe ściany ładnie kontrastowały ze stalowoszarymi storami i baldachimem o tej samej barwie. Podłogę zaścielał puchaty, oliwkowy dywan, chroniący od zimna i dający miłe uczucie zapadania się w miękkie włókna. Obok łóżka stał nocny stolik, przylegający do prostego biurka wiecznie zaścielonego tonami papierów. Pod oknem znajdował się szeroki parapet, na którym Harry lubił siadać w bezsenne noce i obserwować niebo. Duża komoda dopełniała całości.

Ron na widok jego sypialni, stanął z szeroko otwartymi ustami i wysapał ciężko:

— Harry… To wygląda jak w dormitorium Ślizgonów, nie będą cię męczyły koszmary?

Ginewra najwyraźniej była tego samego zdania, gdyż nic nie powiedziała, zaciskając usta i potrząsając tylko z dezaprobatą rudymi włosami. Sytuację uratowała Hermiona, twierdząc, że takie kolory jak najbardziej będą służyły pracującemu w stresujących warunkach mężczyźnie, ponieważ uspakajają i wyciszają.

Panna Weasley nie skomentowała tej wypowiedzi, za to wyładowała swą frustrację na sypialni Rona, malując i meblując ją w barwach odpowiadających porządnemu Gryfonowi i obklejając ją przytłaczającą liczbą plakatów przedstawiających drużynę Armat z Chudley.

Harry najbardziej był zachwycony wyposażeniem łazienek. Jego własna była przestronna, wyłożona kremowo-białymi kaflami. Staroświecką, miedzianą wannę zastąpiła nowoczesna, wyposażona w hydromasaż. W rogu stanęła też kabina prysznicowa, w której właśnie w tej chwili mężczyzna oddawał się przyjemności gorącego natrysku.

Czarnowłosy chłopak zakręcił kurek i owinął biodra puszystym ręcznikiem. Podszedł do lustra i przetarł dłonią zaparowaną taflę.

— Twa uroda powoduje drżenie mych ramek — mruknęło seksownym głosem zwierciadło.

— Zamknij się — warknął, przesuwając ręką po brodzie i chwytając za różdżkę, by użyć zaklęcia golącego. Jeżeli komuś miało trafić się lustro o homoseksualnych preferencjach, to właśnie jemu. Westchnął z irytacją — Kiedyś cię zbiję.

— Och, ranisz me uczucia — jęknęło. — Poza tym, nie zrobisz tego, wystarczająco wiele lat miałeś pecha.

— Rozmawiam z przedmiotami nieożywionymi, powinienem sobie zasponsorować wizytę u psychiatry — mruknął Harry, wychodząc z łazienki.

— Jasne, obrażaj mnie, kpij z mego uczucia, brutalu! — wydarło się lustro, zanim zdążył zatrzasnąć za sobą drzwi.

Dziesięć minut później stał w salonie przy kominku, czekając na przyjaciela.


***



Ulica Pokątna nie zmieniła się od czasu, kiedy jedenastoletni Harry po raz pierwszy zobaczył ją, gdy przybył tutaj z Hagridem. Może była tylko bardziej zatłoczona. Tak, zdecydowanie dużo bardziej. Złoty Chłopiec jęknął z frustracją, gdy po opuszczeniu Dziurawego Kotła wpadł w potok ludzkiej masy. Zewsząd otoczył go gwar rozmów, zapach ziół i dziwnych substancji. Czarodzieje przepychali się w drodze do sklepów, jedni dzierżyli w rękach duże torby, inni obijali łydki miotłami, pokrzykując do siebie uprzejmie lub wygrażając komuś, kto ośmielił się wpaść na nich znienacka. Witryny mieniły się kolorami i usiłowały przekrzyczeć tłum, reklamując towary.

Miotły, najlepsze, najnowocześniejsze! Pełen komfort, amortyzowane!

— Tajemne eliksiry, tylko u nas!

— Chcesz podbić serce swej wybranki? Wstąp do Madam Malkin! Tylko u nas najmodniejsze szaty sezonu!


— Rany, skąd oni się biorą? — Ron stanął obok niego, strzepując z szaty resztki popiołu. — Mam wrażenie, że za każdym razem jest ich więcej.

— No… — Potter skrzywił się lekko. — Chodźmy do lodziarni Fortescue, dziewczyny już pewnie czekają.

— Jak znam życie, przybyły już dawno temu, buszując po sklepach. Zupełnie nie rozumiem kobiet. — Weasley przecisnął się pomiędzy jakąś parą, pchającą przed sobą wózek wypełniony rozmaitymi towarami.

— Nawet mi nie mów. — Harry przewrócił oczami. — Są bardziej nieprzewidywalne niż eliksiry na lekcji Snape’a. Niby wszystko robisz dobrze, a nie wiadomo kiedy wybuchnie.

— Taa — zarechotał Ron, nie wiadomo czy z tego co powiedział jego przyjaciel, czy z tego, że Harry właśnie rozłożył się jak długi, popchnięty przez jakiegoś pół-olbrzyma o posturze Hagrida, który wyklinał go w dwóch językach.

Rudzielec westchnął i pomógł Harremu wstać, odruchowo naciągając mu mocniej na czoło bandankę. Odkąd Złoty Chłopiec pokonał Voldemorta, jego sława, o ile to możliwe, przekroczyła wszelkie dopuszczalne granice i ludzie napastowali go wszędzie gdzie się pojawił. Na szczęście Potter potrafił wtopić się w tłum, a kiedy znane wszystkim okulary zniknęły z jego nosa, miał z tym mniej problemów. Każdy, kto wstępował w szeregi aurorów, przechodził kompletne badania. Słaby wzrok Wybrańca mógł mu utrudnić walkę, dlatego też pierwszym, co zrobili ministerialni magomedycy, było skorygowanie wady. Jako że Harry nie lubił magicznych nakryć głowy, nosił zwykłą mugolską chustę, która skutecznie zakrywała bliznę na jego czole, tym samym chroniąc go przed ciekawskimi spojrzeniami.

— Dzięki, Ron. — Zielonooki chłopak odsunął się pospiesznie od nadal klnącego mężczyzny i schronił pod daszkiem sklepu Ollivandera, szybkim zaklęciem czyszcząc ubłoconą szatę.

— Spoko, jak już jesteś z powrotem czysty i śliczny to się pospieszmy. — Weasley pociągnął go za rękaw w kierunku lodziarni.


W środku panował tłok, jednak w jednym rudy auror się nie mylił. Jego siostra i przyjaciółka już siedziały przy stoliku, machając do nich prawie desperacko rękami.

— Znowu jesteście spóźnieni. — Hermiona spojrzała na nich z naganą.

— Nie zaczynaj, Mionka. — Ron usiadł ciężko na stołku, uśmiechając się szeroko do kelnera i od razu zamawiając duży puchar lodów czekoladowo — bananowo — truskawkowych. Siedzący obok niego Potter spokojnie zażyczył sobie deser kawowo — śmietankowy.

— Harry, co u ciebie? — Ginny oparła głowę na ręce, patrząc na niego z czułością.

— Od wczoraj? — upewnił się kpiąco. — Raczej nic się nie zmieniło.

— Och, no tak. — Lekko się zarumieniła.

— Jesteś niemiły, Gin się o ciebie po prostu troszczy. — Hermiona założyła włosy za ucho. — Przemyślałeś już tę sprawę, o której dyskutowaliśmy ostatnio?

— Nie przemyślał. — Ron wbił łyżeczkę w swoje lody, uśmiechając się błogo do pucharka. — W ogóle odmawia chociażby zobaczenia swej nowej posiadłości.

— No wiesz…

— Nie odmawiam — warknął Potter, mieszając w lodowym deserze. — Po prostu nie mam czasu.

— Ale Harry, jutro sobota, nie pracujesz, moglibyśmy się aportować prosto pod bramę zamku. — Ginny odsunęła od siebie w połowie opróżniony talerzyk z szarlotką.

— Nie można się aportować w miejsce, którego nie znasz. — Czarnowłosy chłopak uśmiechnął się z wysiłkiem. — Jestem bardzo przywiązany do swojego ciała, zwłaszcza do jego niektórych części, nie chciałbym zgubić czegoś po drodze.

Ginewra zaczerwieniła się jeszcze bardziej, a jej oczy błysnęły, jak gdyby wyobrażała sobie części, o których mówił siedzący naprzeciw niej młodzieniec.

— To żadna wymówka, możemy zrobić świstoklik. — Hermiona wzruszyła ramionami. — Mam wrażenie, że na siłę wynajdujesz przeciwności.

— Zupełnie nie rozumiem czemu wam tak zależy, zamek jak zamek. — Harry wsunął łyżeczkę do ust i zmrużył oczy, czując na języku kawowy smak lodów. Co jak co, ale desery u Floriana Fortescue były najlepszymi, jakie jadł. — Poza tym, mnie naprawdę dobrze na Grimmuald Place, zwłaszcza teraz, kiedy tak wspaniale odnowiłyście dom — dodał, uśmiechając się prawie radośnie.

— Nie podlizuj się. Nikt ci nie kazał od razu tam zamieszkać, po prostu wypada, abyś chociaż odwiedził to miejsce.

— No, to samo mu mówię. — Ron pokiwał głową.

— Harry... — Hermiona wyciągnęła rękę i położyła ją na dłoni przyjaciela. — To ogromny dar, Dumbledore musiał naprawdę uważać cię za kogoś bliskiego, skoro uczynił cię spadkobiercą swego domu. Naprawdę, ze względu na jego pamięć, powinieneś okazać wdzięczność i zainteresować się tym.

— Interesuję się. — W zielonych oczach pojawiło się zakłopotanie i poczucie winy. — To nie tak, że nie doceniam. Po prostu… To jego dom, wychował się tam, jest na pewno przesiąknięty jego obecnością.

— Musisz się w końcu pogodzić ze śmiercią dyrektora. Poza tym z tego co wiem, wychował się gdzieś indziej, ten zamek był dziedzictwem jego ojca, nie mieszkali tam. Może wyjeżdżali do Irlandii na wakacje… Nie wiem…

— Fajny domek letniskowy — prychnął Ron. — Niektórym to się żyje.

— Ronaldzie Weasley! — Ginny zatrzęsła się z oburzenia. — Zważ, o kim mówisz!

— Przepraszam. — Rudzielec miał na tyle przyzwoitości, aby spuścić głowę. Znowu coś chlapnął, nie zastanawiając się, cholera.

— Zmieńmy temat, co? — Harry spojrzał na przyjaciół prosząco. — Obiecuję, że to przemyślę, dobrze?

— Oczywiście, Harry.

Trudny temat został zażegnany i reszta popołudnia upłynęła na beztroskiej paplaninie. Chłopak odetchnął z ulgą i rozluźnił się. Przyjaciele byli dla niego wszystkim, ale czasami czuł się przytłoczony ich nieustającą troską. Nawet nie mógł na nich powrzeszczeć. Niekiedy łapał się na tym, że brakuje mu czasów, gdy chodził do Hogwartu i mógł na korytarzu wpaść na kogoś, na kim bez problemów wyżywał swoją frustrację i złość. Naprawdę było to w pewien sposób orzeźwiające i pozwalało mu się rozładować. Z Ronem mieszkało mu się dobrze, znali się na tyle, że nie mieli o co się kłócić. Pozostali Weasleyowie, odwiedzający ich często, też nie byli ludźmi, na których mógłby odreagować stresującą pracę, czy jakieś osobiste kłopoty. Czasami po prostu męczyło go wieczne uśmiechanie się i otaczająca go atmosfera przychylności i nieustającej aprobaty. Paradoks? Możliwe. A może po prostu przez tyle lat zawsze miał w pobliżu jakiegoś wroga, kogoś, kto się z nim nie zgadzał? Może w tej sielance, w której przyszło mu teraz żyć, zwyczajnie brakowało mu adrenaliny? Praca — owszem — była ciężka i czasami naprawdę niebezpieczna, ale będąc członkiem tak wykwalifikowanej grupy, Harry właściwie nie narażał się na niebezpieczeństwo. Jestem idiotą, który nie docenia tego, co ma — już dawno doszedł do takiego wniosku i w pewien sposób się z tym pogodził.

— Zamykają. — Z rozmyślań wyrwał go głos Ginny. Rozejrzał się dookoła i stwierdził, że faktycznie już się ściemniało, a spośród gości odwiedzających lokal zostali tylko oni.

— To już minęło tyle godzin? — zdumiał się, zerkając na zegarek.

— W dobrym towarzystwie czas płynie zupełnie inaczej. — Dziewczyna znowu patrzyła na niego tymi dużymi, brązowymi oczami. Naprawdę będzie musiał z nią w końcu porozmawiać, to już stawało się kłopotliwe.

— A może jeszcze wpadniecie do nas na kawę? — zaproponował nieoczekiwanie dla samego siebie.

— Jasne, ja chętnie. — Ginewra rozjaśniła się jak słońce, a Potter przeklął w duchu swoją nadgorliwość.

— Ty byś była chętna, nawet jakby zaprosił cię na Wywar Żywej Śmierci — prychnął Ron, a Harry w duchu zgodził się z nim.

— Zamknij jadaczkę, Roniaczku, naprawdę nadal zachowujesz się jak dziecko. — Siostra spojrzała na niego ze złością.

— Idziemy czy macie zamiar się kłócić? — Hermiona zawiesiła torbę na ramieniu i skierowała się do drzwi, żegnając po drodze właściciela lodziarni.

— Idziemy, idziemy — mruknął Weasley i ruszył za nią. — Albo eliksir skurczający — szepnął złośliwie do wściekłej Ginny. Harry parsknął śmiechem, przypominając sobie adnotację, jaką autor tego eliksiru umieścił w książce: „Eliksir, który powoduje kurczenie różnych przedmiotów. Nie należy dawać dzieciom do zabawy, nie kłaść w pobliżu cennych rzeczy, a mężczyźni używający eliksiru powinni założyć fartuch, by uchronić część ciała, która znajduje się poniżej pasa.”


***



Późnym wieczorem ulica zupełnie nie przypominała tej sprzed kilku godzin. Odwiedzający ją ludzie zniknęli, a zamknięte sklepy straszyły mrocznymi oknami. Nikt tutaj nie znał słowa „neon”, więc drogę oświetlały tylko rzadko rozstawione magiczne latarnie. Czwórka przyjaciół powoli zmierzała w stronę Dziurawego Kotła, skąd mieli się przenieść za pomocą sieci Fiuu do mieszkania Harry’ego i Rona.

Potter przyglądał się psom, które walczyły o ochłapy w pobliskim śmietniku, a Hermiona krzywiła się z niesmakiem. Ulica Pokątna nocą sprawiała nie mniej straszne wrażenie niż Nokturn i wcale nie pomagało to, że nielegalne interesy i podejrzane typy nie były jej częścią, a przynajmniej nie oficjalnie.

Ginny wrzasnęła, gdy z jakiegoś zaułka z przeraźliwym miauczeniem wypadł czarno-biały kot, przecinając im drogę, a tuż za nim na małych, dziecięcych jeszcze miotełkach, wyleciało pięcioro dzieci w wieku dwunastu, trzynastu lat. Popędzając się okrzykami, skręciły ostro, goniąc przerażone zwierzę.

— Jak tak można, biedne stworzenie! — Hermiona, miłośniczka kotów, obróciła się na pięcie i gdyby nie mocny chwyt Rona, zapewne pobiegłaby za bachorami.

— Daj spokój, to pewnie dzieciaki z sierocińca. — Chłopak przystopował jej zapędy.

— Co one tutaj robią, po zmierzchu, zupełnie bez opieki? — zdziwił się Harry.

— Pewnie to jedne z tych, których rodziców nie stać na szkołę albo to sieroty. — Przyjaciel wzruszył ramionami.

— Czyli uczą się tutaj? — Brunet zatoczył ręką krąg, rozglądając się, jakby szukał ukrytej szkoły.

— Nieee, to samouki, szkoli je ulica. — Ron nie wydawał się przejęty.

— Ale… ale przecież wszystkie dzieci mają prawo do nauki, nie ma czegoś takiego jak obowiązek szkolny? — Harry spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Jak widać, są równi i równiejsi. Chodźmy już, zrobiłem się głodny.

— Przecież są niepełnoletni. — Potter nadal stał na środku ulicy, nie zważając na Ginny, która ciągnęła go za rękaw w stronę Dziurawego Kotła.

— Harry… — Hermiona westchnęła. — To nie mugolski świat, tutaj jak nie masz pieniędzy lub jesteś z sierocińca, nie przyjmą cię do żadnej szkoły. Wyjątki stanowią dzieciaki o wysokim wskaźniku magicznym.

— Nie rozumiem, przecież to nie ich wina. — Zielone oczy błysnęły w ciemnościach, niczym u mijającego ich chwilę temu kota. — Każde dziecko powinno być tak samo traktowane — spojrzał na Rona. — Twoi rodzice nie byli bogaci, ale jednak wszyscy się uczyliście.

— Ehh… to prawda. — Rudowłosa dziewczyna otuliła się szczelniej szatą, puszczając wreszcie jego zmaltretowany rękaw. — Ale nas stać było na podręczniki, ubrania, wyposażenie, no i… my nie musieliśmy pracować.

— To one pracują? — Z każdym wypowiadanym słowem chłopak spinał się coraz bardziej.

— No oczywiście, pomagają rodzicom w sklepach, sprzątają ulicę, dowożą towary…

— Wiedziałaś? — Harry zerknął w kierunku Hermiony.

— Każdy, kto czyta cokolwiek poza „Quidditchem przez wieki”, wie o sytuacji panującej w magicznym świecie — stwierdziła cierpko.

— Wyobraź sobie, że czytam więcej niż gazetki sportowe, a jakoś nie wiedziałem — warknął brunet, ruszając w stronę pubu. — Dlaczego ministerstwo tym się nie zajmie?

— Pff, tak jakby ich interesowało cokolwiek poza ich własnymi stołkami — prychnął Ron.

— Hermi, pracujesz w ministerstwie, w dziale oświaty… Nigdy nie przyszło ci do głowy, aby poruszyć ten temat? — Pchnął drzwi do pubu i od razu skierował się do kominka, sięgając do dzbana z proszkiem Fiuu. Nie czekając na odpowiedź, wrzucił go w ogień, mrucząc pod nosem — Grimmuald Place 12.

Sam wychowany jako dziecko w krytycznych wręcz warunkach, przez tyle lat litował się nad swym własnym losem, nie zdając sobie sprawy, że praktycznie tuż pod jego nosem żyją dzieciaki, które mają jeszcze mniej. On przynajmniej mógł chodzić do szkoły, nikt nie kazał mu zarabiać na utrzymanie. Nie wybielał swojego dzieciństwa, nadal twierdził, że było koszmarem, jednak po raz pierwszy spojrzał na nie pod kątem innych osób, które najwyraźniej miały jeszcze gorzej. Opadł ciężko na stojący w pobliżu fotel, nie zważając na swą przybrudzoną popiołem szatę.

— Harry! To nie takie proste. — Panna Granger pojawiła się obok niego z resztą przyjaciół. — Naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, ile osób musiałoby zaakceptować nowe ustawy, jakie procedury wymagają…

— Trudniejsze niż twoja kolejna propozycja zmian w ustawie dotyczącej wykorzystywania stworzeń magicznych? — przerwał jej w pół słowa. — Mniej ważna niż WESZ?

— N…Nie… — Zaczerwieniła się gwałtownie. Wszyscy wiedzieli, że odkąd skończyła szkołę, nadal walczyła o wyzwolenie domowych skrzatów. Bezskutecznie, aczkolwiek uporczywie.

— Zajmujesz się tym, wbrew samym zainteresowanym — podniósł lekko głos. — Kiedy do ciebie dotrze, że one nie chcą być wyzwolone? Pająki, przychodząc na świat, mają zakorzenione w umyśle, że muszą prząść sieć, gobliny robią interesy i walczą, gnomy instynktownie zamieszkują ogrody, skrzaty pracują dla ludzi, bo tak nakazuje im instynkt. Dlaczego chcesz uszczęśliwiać je na siłę? One czują się szczęśliwe!

— Bo nikt nigdy nie pokazał im, że mogą żyć inaczej! — wrzasnęła.

— Tym dzieciom też nikt nigdy tego nie pokazał — powiedział wolno. W pokoju zapanowała cisza. Harry wpatrywał się w ogień, Ron oparty o stół, wnikliwe badał swą różdżkę, Ginny mięła brzeg szaty, a Hermiona siedziała ze wzrokiem wbitym w dywan. — Dlaczego nie zajmiesz się tak ważnymi sprawami? — zapytał łagodnie.

— Harry, rozumiem, że miałeś ciężkie dzieciństwo i w związku z tym…

— To nie o to chodzi! Po prostu tego nie rozumiem, gdybym wiedział… Gdybym zdawał sobie sprawę…

— To co byś zrobił?

— Nie wiem… Walczyłbym. — Podniósł się z fotela.

Tak, walka — coś, co potrafił robić najlepiej. Czuł jak w żyłach zaczyna krążyć żywiej krew, jak gdyby nagle przed nim zmaterializował się nowy przeciwnik, któremu powinien rzucić wyzwanie. Znowu miał poczucie misji. Co go obchodziły wybuchające kotły, uciekające wilkołaki, ba! Czym było kilku maruderów z manią wyższości?! Tym równie dobrze mogli się zająć inni aurorzy. Ogarnęło go podniecenie — to on, on musiał coś z tym zrobić. Nie wiedział dlaczego właśnie jemu miałby przypaść udział poruszenia spraw, które od wieków były normą w czarodziejskim świecie, ale w głowie jak za dawnych czasów, zaczynał kształtować się plan.

— Wybaczcie, zjedzcie kolację beze mnie, jestem zmęczony. — Powoli skierował się ku korytarzowi. — Ron, przygotuj dziewczynom miejsce do spania, mogą zostać na noc, pogadamy rano.

— Jasne — mruknął Weasley. — Zostaniecie, nie? — Spojrzał na nie z nadzieją. Nie lubił zostawać sam z Harrym, gdy ten był w takim nastroju. Zazwyczaj przyjaciel zamykał się wtedy w sobie, a on nie wiedział jak sobie z tym poradzić.


***



Słońce powoli przedzierało się przez nieszczelnie zasłonięte okna. Promienie ciekawsko zaglądały do zielonej sypialni, łaskocząc jej śpiącego właściciela w wystający spod kołdry nos. Harry kilka razy potarł palcem podrażnioną skórę, po czym leniwie otworzył oczy, by od razu zmrużyć je przed zalewającym pokój blaskiem. Przez chwilę leżał, rozkoszując się ciszą i tym, że jest sobota i ma wolne, po czym z szerokim uśmiechem wyskoczył z łóżka i popędził do łazienki.

Tej nocy długo nie mógł zasnąć, rozmyślając nad wczorajszą rozmową. Spokój ducha nadszedł dopiero w chwili, gdy elementy układanki wskoczyły na swoje miejsca.

— Coś radośni dziś jesteśmy — mruknęło lustro sennym głosem. Brunet nie zwrócił na nie uwagi, tylko od razu wszedł pod prysznic, odkręcając kurek. Po chwili już stał przed zwierciadłem, rozczesując niesforne włosy. — No, co się stało? Daj i mnie się nacieszyć.

— Ciesz się czym innym — wymamrotał ze szczoteczką w ustach.

— Uwielbiam, gdy do mnie seplenisz, misiaczku — zamruczało lustro. Harry wypłukał resztki pasty i rzucił zaklęcie golenia, po czym odwrócił się, schylając po bieliznę i leżące na niskim stołeczku ubrania. — Mrr… Nie podnoś się jeszcze — jęknęło rozanielone widokiem zwierciadło.

— Och! — sapnął chłopak, czym prędzej wciągając bokserki i z lekkim rumieńcem wypadł z łazienki. Z komody wyciągnął czysty podkoszulek i sprane jeansy i ubrawszy się szybko, zbiegł na dół.

Z kuchni dochodziły kuszące zapachy smażonej na boczku jajecznicy i gorących tostów. Najwyraźniej dziewczyny naprawdę zostały na noc. Uśmiechając się radośnie, wszedł do pomieszczenia, omiatając spojrzeniem siedzących przy stole Hermionę i Rona oraz nakładającą śniadanie Ginny.

— Mionka! — wyszczerzył się do zaskoczonej dziewczyny od progu. — Ile zajmie ci zrobienie świstoklika?
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:10 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:22

Beta — Aubrey



III




Irlandia — jedna z najpiękniejszych wysp. Od wschodu otoczona Morzem Irlandzkim, na południu jej brzegi obmywają wody Oceanu Atlantyckiego. Ozdobiona pasmami zielonych, starych gór i płaskowyżów. Można powiedzieć o niej wiele, ale na pewno nie to, że jest monotonna. Jeziora, mokradła, wzgórza, przepiękne widoki… dla amatora fotografii kraina mlekiem i miodem płynąca. Ponad osiemdziesiąt procent powierzchni tego kraju stanowią pastwiska i tereny rolnicze, nikogo więc nie dziwi, że nazwana została Zieloną Wyspą. Najwyższym szczytem Irlandii jest Corrain Tuathail w paśmie Kerry, położonym na południowym zachodzie. Północno- wschodnia część wyspy to bazaltowa Wyżyna Antrim, wybiegająca fantastyczną granitową kolumnadą, tzw. Drogą Gigantów, w morze.
W tym właśnie miejscu późnym popołudniem wylądowały cztery osoby.

Red Hills — nienanoszalne hrabstwo, w którym w tej chwili znajdowały się tylko łąki pełne kwiatów i mocno pachnących ziół oraz ogromne pastwiska, gdzie spokojnie pasło się bydło. Otaczały je niezwykłe formacje górskie, z których ścieżka wiodła w kierunku plaży. Kilka szałasów, latem zamieszkanych przez pasterzy, znajdowało się głęboko w lasach, by nie niepokojeni przez nikogo spokojnie mogli zajmować się swoimi sprawami.

— Pięknie — szepnęła Ginny, jak gdyby jej głos mógł zakłócić panującą wokół harmonię.

— No… — Ron podniósł się na nogi, uwalniając tym samym Harry’ego, na którym wylądował, wbijając mu przy okazji łokieć w brzuch — A gdzie ten zamek? — Rozejrzał się dookoła.

— Myślę, że powinniśmy się udać tym przesmykiem. — Hermiona wskazała przed siebie, gdzie ścieżka wiodła pomiędzy skały.

— Czy nie powinno tutaj być więcej domów? — Brunet rozejrzał się dookoła, szukając jakichkolwiek oznak cywilizacji. Wszędzie jak okiem sięgnąć, otaczało ich morze zieleni.

— Niekoniecznie. — Ron poprawił plecak i ruszył na wprost przez łąkę, w kierunku, który zasugerowała Granger. — W takich hrabstwach ludzie nie lubią sąsiadów zbyt blisko siebie, czasami pomiędzy posiadłościami rozciąga się niezamieszkana przestrzeń mająca nawet kilkadziesiąt kilometrów.

— Wiwat przyjazne sąsiedztwo — mruknął chłopak, podążając za przyjacielem.

— Wiecie, że tutaj znajduje się kurhan Newgrange? — Hermiona prawie podskakiwała z podekscytowania, rozglądając się dookoła, jakby usiłowała zapamiętać każdy szczegół otaczającej jej przyrody.

— Newgrange? To jakiś grób? — Ron nie wydawał się zachwycony perspektywą odwiedzenia jakiegokolwiek cmentarza.

— Czy ty naprawdę nic nie przeczytałeś o Irlandii?

— A po co? — Obdarzył ją jednym ze swych bezmyślnych spojrzeń.

— Harry dostał tu spadek, to chyba logiczne, że powinniśmy się dowiedzieć czegoś o tym miejscu. — Nawet na niego nie patrzyła, nadal pochłaniając wzrokiem okoliczne wzgórza.

— No dobra… To co to ten kurhan?

— Newgrange jest starsze od Myken, od Stonehenge, czy piramid! — niemal krzyczała podekscytowana. — Ron spojrzał bezradnie na Harry’ego, jego spojrzenie mówiło — Czy ty coś z tego rozumiesz? Brunet wzruszył ramionami, uśmiechając się cokolwiek niepewnie. — Ani słowa. Ron odetchnął z ulgą, czuł się jakoś pewniej, mając towarzysza w tej ciemnocie.

— … I kiedy chyba w 1962r, nie pamiętam zbyt dobrze, archeolodzy odkryli korytarzowy grobowiec Newgrange, stało się jasne, że już w czwartym wieku przed naszą erą budowniczowie dysponowali imponującą wiedzą astronomiczną. Rozumiecie to? Rozległe cmentarzysko megalityczne w dolinie rzeki Boyne ma olbrzymią wartość historyczną, niewiele europejskich nekropolii z czasów przedchrześcijańskich może się z nim równać. To po prostu niesamowite! — Kontynuowała niezrażona ich milczeniem. Ginny w ogóle się nie odzywała, z jednej strony nie chcąc wchodzić w koalicję tępych spojrzeń z mężczyznami, z drugiej, bojąc się przyznać, że nic, ale to zupełnie nic nie wie o Irlandii.

— To naprawdę bardzo ciekawe, Hermi. — Potter pokiwał głową, uparcie patrząc pod nogi.

— Prawda? — Dziewczyna szczerze się ucieszyła. — Muszę więcej o tym poczytać, tutaj jest tak wiele interesujących miejsc.

Powoli zagłębiali się w coraz bardziej dzikie górskie rejony. Wijąca się ścieżka pięła się wysoko pomiędzy szczytami. Nie przyzwyczajeni do tak długich wędrówek, szli coraz wolniej. Nawet Hermiona w pewnej chwili zamilkła, dysząc ciężko, aż Ron się zlitował i zabrał od niej torbę wypełnioną jedzeniem i mapami. W końcu po trzech godzinach męczącej wyprawy, stanęli na szycie jednego z wzniesień. Ginny oparła ręce na kolanach, z trudem łapiąc oddech.

— Dalej nie idę, zostawcie mnie, umrę tutaj — jęknęła.

— Nie musisz iść dalej. — Harry stanął obok niej. Przed nimi znajdowała się dolina, w której otoczony górami, stał zamek. Z jednej strony ściany budynku scalone były ze skałą, z drugiej — mury schodziły aż do kolejnego przesmyku, za którym majaczyła rozległa plaża. Kształt budowli był się dostosowany do terenu, a to wymuszało niejednorodną strukturę. Ogromna twierdza posiadała trzy strzeliste wieże, z wysokimi, szpiczastymi dachami, na których powiewały czerwone proporce z wizerunkiem złotego lwa.

— Jakby właściciel był w domu… — mruknął Ron.

— Co? — Brunet zwrócił na niego nieco nieprzytomne spojrzenie.

— Proporce. — Mężczyzna wskazał ręką na wieże. — Są podniesione.

— I co z tego?

— Wciąga się je na powitanie gospodarza, wiszą dopóki nie opuści posiadłości. To taki znak dla innych: „Jestem w domu, witaj gościu”.

— Ale… Przecież Dumbledore…

— No właśnie. — Weasley wzdrygnął się lekko. — Może oni tutaj nie wiedzą o jego śmierci?

— Ron, on tutaj nie mieszkał, więc powinny być opuszczone, sam to powiedziałeś. — Ginny z ciekawością przyglądała się kamiennej budowli. Zwieńczenia baszt wykończone były blankami, które w mugolskich zamkach stanowiły wspaniałe punkty obronne. W ich przerwach łucznicy skryci przed strzałami wroga mogli bronić się przez długi czas. Zapewne na tej samej zasadzie obwarowywali się też czarodzieje. Dwie flanki pyszniły się po bokach zamku, sugerując, że budowla pierwotnie służyła właścicielowi nie tylko jako wspaniały dom, ale także jako twierdza. W zachodzącym powoli słońcu lśniły miedziane dachy, nad którymi krążyły jazgotliwe mewy.

Zamek otaczał wysoki na osiem metrów mur obronny, a zwodzony most, w tej chwili opuszczony, zapraszał do wejścia.

Powoli zeszli w dół, zmierzając w kierunku tej imponującej budowli. Im bliżej byli, tym bardziej okazała im się wydawała. Kilkusetletni bluszcz obrastał jej ściany, nadając barwę soczystej zieleni. Błyszczące okna, składające się z małych, ośmiokątnych szybek, przeważnie zdobiły ręcznie malowane witraże. Kiedy minęli bramę, ich oczom ukazał się ogromny dziedziniec, poprzecinany alejkami i ścieżkami pełnymi zieleni i kolorowych kwiatów.

— Stary, ale chałupa, to jest większe od Hogwartu! — Ron z uniesioną głową i szeroko otwartymi ustami rozglądał się dookoła.

— Wygląda na średniowieczny. — Hermiona była pełna podziwu dla architektury. — Nieregularne kształty, szerokie mury, no i stołp... — Wskazała ręką na potężną, masywną wieżę, wznoszącą się na mocnej skale. — Jest okrągły, więc stanowił punkt oporu przeciwko taranom. Spójrzcie na wejście, znajduje się kilkanaście metrów nad ziemią, wchodziło się tam po drabinie. Takie wieże służyły jako skarbce lub więzienia, a w razie ataku chroniła się w nich ludność. Harry… — Spojrzenie dziewczyny było pełne zachwytu. — To naprawdę zamek obronny.

Podeszli do ogromnych, bogato rzeźbionych drzwi. Harry wyciągnął rękę aby zapukać, jednak otworzyły się zanim ich dotknął.

— Harry Potter, sir! — Tuż przed nimi pojawił się mały skrzat z wyłupiastymi oczami, ubrany w dziwną, przydługą buzę i skarpetki w różnych kolorach.

— Zgredek? — Harry ze zdumienia otworzył usta. — C… Co ty tutaj robisz?

— Zgredek dobry skrzat, Zgredek usłyszał, że Harry Potter dostał zamek od dyrektora. — Skrzat zamrugał jakby nagle zasmucony. — Zgredek pojawił się, aby służyć Harry’emu Potterowi, musiał przygotować wszystko na jego przybycie i Mrużka też jest i… — Spuścił głowę. — Dużo roboty nie było, skrzaty dyrektora naprawdę dobrzy pracownicy.

— Bardzo się cieszę, że tutaj jesteś. — Brunet uśmiechnął się lekko.

— Zgredek też się cieszy, pokaże Harry’emu Potterowi i jego przyjaciołom salę z jedzeniem.

— Nooo, wreszcie coś ciekawego. — Ron przepchnął się do przodu. — Prowadź, umieramy z głodu. — Wyszczerzył się do skrzata.


***



Jeżeli Harry myślał, że zdąży zapoznać się z swą nową posiadłością w ciągu jednego wieczoru, to grubo się mylił. Po sutym obiedzie, pod przewodnictwem skrzata o imieniu Krostek, łączącego funkcje zarządcy i kamerdynera, ruszyli na obchód włości.

Oczywiście nie obyło się bez krótkiej scysji z Hermioną, która na początku zapytała, czy aby skrzat nie chciałby zmienić imienia. Wiązało się to z tym, że Krostek miał twarz, która wyglądała jakby biedak przebył ospę i dziewczyna uznała, że jego imię mogło być mu nadane w celach prześmiewczych. Jednakże stworzenie wyprostowało się tylko z godnością, twierdząc, że to miano nadał mu ojciec pana Albusa i wolałby je zachować. Jednakże jeżeli pan Potter życzy sobie, to on oczywiście dostosuje się do jego zaleceń.

Harry sobie nie życzył.

Kolejne pytanie panny Granger było łatwe do przewidzenia, gdyż koniecznie chciała się dowiedzieć, ile Krostek zarabia. Skrzat przystanął w zdumieniu, wytrzeszczając na nią już i tak wyłupiaste oczy.

— Czy panna chciała obrazić Krostka?

— Oczywiście, że nie, po prostu chcę się upewnić, czy zostajecie wynagrodzeni za waszą pracę. Każde stworzenie ma prawo do należytych zarobków — obruszyła się dziewczyna.

— Krostek jest uczciwym skrzatem, pracuje dla państwa Dumbledore od lat i nigdy nie zniżyłby się do takich żądań.

— Nie rozumiesz. — Hermiona uniosła palec w nauczycielskim geście, jakby usiłowała wytłumaczyć coś wyjątkowo tępemu uczniowi. — Ciężko pracujecie, każdy człowiek zasługuje na wynagrodzenie.

— Krostek nie jest człowiekiem, Krostek jest skrzatem.

— Jednakże…

— Skrzaty pracujące w zamku wolałyby dostać ubranie, niż brać pieniądze od właścicieli. Mają swoją dumę i tradycję. — Odwrócił się do Harry’ego i spojrzał na niego badawczo. — Czy pan Potter życzy sobie, aby skrzaty opuściły dwór?

— Nie, oczywiście, że nie — żachnął się chłopak, lekko przestraszony taką możliwością.

— A więc pan Potter nie będzie nas obrażał próbami płacenia? — upewnił się skrzat.

— Absolutnie nie — stwierdził brunet, unikając wzroku Hermiony.

— Krostek od razu wiedział, że wielki pan Dumbledore miał rację, wyznaczając tak mądrego człowieka na nowego właściciela. — Skrzat skinął głową. — Czy możemy ruszać dalej?

— Prowadź. — Harry miał przeczucie, że właśnie zaliczył potężnego minusa u swej przyjaciółki, lecz szczerze mówiąc nie zgadzał się z nią w chęci uszczęśliwiania kogoś na siłę. Hermiona może i miała dobre intencje, jednak najwyraźniej nie rozumiała wiekowych tradycji i przyzwyczajeń niektórych stworzeń. Jednego natomiast był pewien. Skrzaty zamieszkujące zamek różniły się od tych, które znał. Wyglądało na to, że ktokolwiek wybierał ich na pracowników, robił to z dużym rozmysłem. Wstyd mu było przyznać, jednak Zgredek ze swą impulsywnością, manierami i dziwną formą słownictwa nie dorastał do pięt Krostkowi. Nie znaczyło to oczywiście, że Potter nie doceniał oddania i szczególnej więzi, jaka łączyła go z hogwarckim skrzatem.

Emeraldfog zdecydowanie różnił się od tego, co znali w Hogwarcie. Był większy, urządzony w starym, dobrym, angielskim stylu i emanował magią. Właściwie czuć ją było w każdym zakątku. Magia ochronna wprost tchnęła z murów, otaczając wszystko i dając poczucie bezpieczeństwa. Można powiedzieć, że wrosła w te ściany i żyła własnym życiem.

Harry rozglądał się z ciekawością po ogromnych komnatach z jasnymi, dużymi oknami i wmurowanymi w ściany kominkami. Ilość sypialni przytłoczyła go, zastanawiał się, po co komuś tyle pokoi. Ogromna biblioteka wprawiła w zachwyt Hermionę, na jej twarzy pojawiła się dobrze znana żądza wiedzy i dziewczyna najchętniej rozbiłaby obóz na środku pomieszczenia, aby tylko móc napawać się tą atmosferą. Po kilku godzinach zwiedzania Harry był gotów oddać wszystko za wygodny fotel, w którym mógłby usiąść i dać odpocząć zmęczonym nogom, a nie obejrzeli jeszcze nawet połowy.

— Stary, tutaj jest cudownie! Jak mi powiesz, że chcesz się przeprowadzić, pakuję manatki i w godzinę jesteśmy z powrotem. — Ron najwyraźniej zapałał miłością od pierwszego wejrzenia do tego miejsca.

— A ta biblioteka! Naprawdę, Harry, masz chyba w swym posiadaniu jeden z najbardziej unikalnych zbiorów. — Hermionie wyraźnie błyszczały oczy z podniecenia.

— Wiedzieliście łazienki? — Ginny podparła głowę na dłoniach i przymknęła w rozmarzeniu oczy. — Jak te prefektów.

— Skąd ty możesz wiedzieć jak wyglądają łazienki prefektów? — Prychnął rudzielec.

— Hermi była jednym z nich. — Wzruszyła ramionami.

— Chodziłyście razem się kąpać? — Ron wytrzeszczył oczy, patrząc nerwowo to na siostrę, to na swą przyjaciółkę.

— Ronaldzie Weasley!

— We dwie? — Chłopak czerwieniał coraz bardziej. — Nie chcę wiedzieć, nie chcę nawet sobie tego wyobrażać. — Potrząsnął przerażony głową. — Jesteś moją siostrą, to mogłoby mi skrzywić psychikę, spowodować trwały uraz…

— Dałam jej hasło, idioto! — Hermiona uciszyła go, uderzając w tył głowy. — Zupełnie nie rozumiem jak mogłeś pomyśleć, że… że… — zająknęła się i wywróciła oczami w wyrazie bezradności.

— Nie mogłeś sobie tego wyobrazić, bo jestem twoją siostrą. — Ginny spojrzała na niego przebiegle. — Czyli z Hermi nie miałbyś takiego problemu?

Harry przysłuchujący się tej rozmowie zachichotał cicho, patrząc jak jego przyjaciel czerwienieje gwałtownie, a siedząca obok niego dziewczyna spuszcza głowę zażenowana.

— Gin — syknęła tylko w stronę przyjaciółki, która zamrugała niewinnie, po czym zerknęła na Pottera. — Więc? Przeprowadzisz się tutaj, prawda?

— Nie mam takiego zamiaru. — Brunet pokręcił głową.

— Ale Harry, to jest ogromne, każdy chciałby zamieszkać w zamku!

— Zbyt ogromne, Ginny. Mam wrażenie, że aby dojść na śniadanie, musiałbym wstać godzinę wcześniej.

— Przesadzasz jak zwykle. — Hermiona skręcała na palcu kosmyk włosów. — To byłoby jak powrót do Hogwartu. Spędziłeś pół życia, mieszkając w czymś podobnym i nie miałeś z tym najmniejszych problemów.

— To była spora różnica. Setki ludzi kręciły się wokół, wszędzie można było na kogoś wpaść, z kimś porozmawiać, a tutaj? — Zatoczył ręką wokoło. — Czułbym się jak na wygnaniu.

Cichy trzask sprawił, że wszyscy spojrzeli w kierunku drzwi, gdzie właśnie pojawił się skrzat trzymający w ręce tacę z parującą kawą, herbatą i talerzem maślanych ciasteczek. Ostrożnie postawił ją na stole, po czym ukłonił się lekko i zniknął równie cicho.

— Za to służbę miałbyś pierwsza klasa — mruknął Ron, nalewając sobie herbaty i sięgając po kruchy smakołyk.

— Ron! — Hermiona spojrzała na niego z dezaprobatą, po czym na powrót skierowała uwagę na bruneta. — Więc co zamierzasz z tym zrobić?

— Właściwie mam pewien pomysł — zaczął ostrożnie Harry.

— Będziesz urządzał tutaj imprezy? — Weasley przełknął ciastko i uśmiechnął się szeroko.

— Nie… Myślę, że to miejsce można wykorzystać zupełnie inaczej.

— Czyli?

— Szkoła.

— Co? — Ron wybałuszył oczy, zastygając z ręką wyciągniętą w kierunku patery.

— Chciałbym tutaj otworzyć kolejną szkołę magii — powiedział wolno Harry.

— Jesteś szalony — sapnął przyjaciel. — Zwariował, powiedzcie mu coś. — Spojrzał błagalnie na dziewczyny.


Ginny wpatrywała się w chłopaka, jakby zobaczyła go po raz pierwszy. To nie do wiary, dostał coś tak pięknego, bogatego, luksusowego wręcz i chce to zamienić w szkołę?! Przecież to chore! Mógłby tutaj zamieszać, a kiedyś… Kiedyś gdy się ożeni, sprowadzić ją tutaj i… Jej wyobraźnia poszybowała w kierunku dość pokaźnej gromadki dzieci, które biegały wesoło pomiędzy komnatami, pokrzykując radośnie. Proszone herbatki, przyjęcia, bale… Wreszcie mogłaby spełnić swe marzenia. Nikt już nie powiedziałby, że Weasley równa się mały, pokrzywiony domek. Przecież od zawsze wiedziała, że kiedyś się pobiorą. Kochała go odkąd zobaczyła po raz pierwszy, był jej bohaterem. Nigdy w niego nie zwątpiła, zawsze wiernie stała u jego boku. Był rycerzem, który uratował ją przed smokiem! No dobra, smok okazał się bazyliszkiem, ale zły lord, który ją więził, także zginął z jego ręki. Nigdy nie wierzyła w plotki, jakie o nim rozsiewano, zawsze go wspierała. Najpierw w Gwardii Dumbledore’a, potem w Ministerstwie Magii, wreszcie podczas ostatecznej walki. To był jej własny, prywatny Złoty Chłopiec. Ufała mu bezgranicznie i wierzyła, że kiedyś naprawdę zabierze ją z Nory i zaprowadzi w blasku zachodzącego słońca do swojego zamku, a teraz… Teraz gdy marzenia były na wyciągnięcie ręki, on…

— To wspaniały pomysł, Harry! — Jej rozmyślania przerwał głos Hermiony. Powoli skierowała wzrok w jej stronę i spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— Wspaniały? — wyjąkała cicho.

— Ależ oczywiście! — Panna Granger nie zdawała sobie sprawy z tego, że swymi słowami tylko przekręca ostrze, które nagle pojawiło się w żołądku rudowłosej dziewczyny. — Oczywiście będzie to wymagało ogromnych przygotowań. Trzeba zatrudnić specjalistów, przebudować wnętrza, przygotować klasy, dormitoria, zdobyć nauczycieli, ale… To wszystko da się zrobić! — Jej twarz rozjaśniła się w natchnieniu i Ginewra wiedziała, że właśnie przegrała, że jej nadzieje i marzenia, które tak pięknie sobie poukładała i które nabrały realnego kształtu podczas zwiedzania zamku, legły w gruzach.

— Kumplu, a co z twoją pracą w biurze aurorów? — Zapytał niepewnie Ron.

— Sam mówiłeś, że powinienem dać sobie spokój z obsesją ratowania wszystkich. — Harry spojrzał na niego niepewnie. — W końcu nikogo to nie obejdzie, jeden auror mniej, jeden więcej…

— No, ale to i tak dziwne.

— Dziwne? — Ginny nie wytrzymała. — To zupełnie pokręcony pomył! Dostałeś coś tak cudownego i chcesz tutaj sprowadzić bandę dzieciaków? Pomyśl o swojej przyszłości, o swoich dzieciach! Kiedyś, gdy… — zająknęła się i nabrała powietrza. — Kiedyś gdy wreszcie się ożenisz, mógłbyś stworzyć tutaj wspaniały dom. Tyle przestrzeni, ogrody, miejsce na przyjęcia, bankiety. Harry! Jesteś sławną osobą, musisz myśleć realnie. Dorosnąć i wreszcie pokazać, na co cię stać. Zachowujesz się jak zawsze, coś przychodzi ci do głowy i chcesz od razu wprowadzić to w życie. Szkoła?! Masz dwadzieścia dwa lata! Czego chciałbyś uczyć? Mugoloznawstwa? Latania na miotle?

— Obrony przed czarną magią. — Harry spojrzał na nią ostro. Jego wzrok stwardniał i dziewczyną wstrząsnął zimny dreszcz. — Banda dzieciaków, mówisz. A ja twierdzę, że każde dziecko ma prawo do nauki i jeżeli mogę cokolwiek w tym kierunku zrobić, to wykorzystam każdą możliwość, jaką daje mi los i rozczaruję cię — ja nie mam zamiaru urządzać bankietów! Mam pokazać, na co mnie stać? Myślę, że pokazałem to już wystarczająco. Całe moje życie obracało się wokół walki. Jako dziecko usiłowałem przetrwać u Dursleyów, potem w szkole, gdzie każdy rok obfitował w nowe niebezpieczeństwa, na które tak naprawdę nie byłem gotowy. — Spojrzał na Rona i Hermionę. — Żadne z nas nie było. Na siódmym roku ostateczna rozgrywka i kolejna walka, tym razem pełna krwi i przemocy. Wiesz, że rzucam avadę z równą łatwością jak Śmierciożercy? Jedyne, co mnie od nich różni to wyrzuty sumienia, koszmary, które powracają noc w noc. I na koniec… Nie mam zamiaru się żenić, nie mam zamiaru mieć dzieci. Po tym wszystkim jestem wyprany z uczuć. Nigdy nie dałbym swoim bliskim tego, czego oczekują. Nie ma we mnie pokładów czułości, oddania, namiętności. Żona? Potomstwo? Oczekiwaliby zaangażowania, opieki, troskliwości, a jedyne co by dostali to człowieka, który żyje przeszłością, który wspomina każdego poległego i ciągle zastanawia się, co mógł zrobić, aby do tego nie doszło… — Zamilkł, zmęczony tym nieoczekiwanym wybuchem. Wreszcie to powiedział, wyrzucił z siebie i, o dziwo, wcale nie czuł się z tym lepiej. — Przepraszam…


W komnacie zapadła cisza. Ron niepewnie wpatrywał się w swoje ręce, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Każdy z nich nosił na plecach worek wspomnień, który najchętniej rzuciłby w kąt i pozwolił mu obrosnąć kurzem. Jednak nawet on wiedział, że nie mogą. Muszą pamiętać, bo jest to jedyny wyraz szacunku dla tych, którzy się poświęcili. Jednak do tej pory wierzył, że Harry kiedyś ożeni się z Ginny i stworzą rodzinę. Najwyraźniej się mylił i nie było to przyjemne uczucie.

Hermiona zagryzła usta, uspokajająco przykrywając małą dłonią spoczywającą na stole rękę przyjaciela. Już od jakiegoś czasu przeczuwała, że ta bajka pomiędzy Harrym, a Ginny wcale nie zmierza do szczęśliwego finału. Jednak łudziła się i ciągle żyła nadzieją. Podniosła wzrok na siedzącą bez ruchu rudowłosą dziewczynę.

Ginny siedziała jak spetryfikowana, wpatrując się z niedowierzaniem w lekko przygarbionego chłopaka, który właśnie roztrzaskał w drobny pył wszystko to, co tak misternie budowała przez lata. Nie mam zamiaru się żenić, nie mam zamiaru mieć dzieci. To żart? Przecież Harry był jej przeznaczeniem, ona zawsze wiedziała, że będą razem. Dlaczego ją zwodził? Dlaczego pozwalał jej marzyć i wierzyć w bajki, skoro okazuje się, że rycerz ratujący księżniczkę wcale nie musi być tym jedynym, a dziewczyna jest po prostu jedną z wielu osób, które w wyniku zbiegu okoliczności znalazły się tam gdzie smok? Powoli podniosła się z krzesła i wyprostowana jak struna ruszyła w stronę drzwi.

— Ja… Przepraszam, muszę chwilę pobyć sama.

— Zraniłeś ją. — Ciszę, która zapadła po wyjściu panny Weasley, przerwał jej brat.

— Wiem. — Harry ukrył twarz w rękach, opierając łokcie na stole. — Cholera, nie chciałem, miałem zamiar inaczej…

— Jakoś ci nie wyszło — prychnął.

— Żaden z was nigdy nie grzeszył delikatnością. — Hermiona wyciągnęła z kieszeni klamrę i spięła włosy w ciasny kucyk. — Nie myśl, że cię winię. Jeżeli naprawdę tak myślisz, kiedyś musiała się o tym dowiedzieć. Po prostu wybrałeś zły moment i raczej mało subtelną formę przekazu.

— Szlag, wiem o tym. — Potter podniósł wreszcie głowę i spojrzał przepraszająco na przyjaciela. — Nigdy nie chciałem jej skrzywdzić. Wiesz o tym, prawda? — Wzruszenie ramion było jedyną odpowiedzią. Ron siedział z rękami zaplecionymi na piersi i tępo wpatrywał się w blat stołu, na którym leżały rozrzucone okruszki zgniecionego ciastka. — Ja… My… Nawet nie byliśmy parą.

— Ona widziała to inaczej. — Głos Weasleya był tak cichy, że trudno go było zrozumieć.

— Wiem, jestem draniem, uderz mnie, zrób coś, nie będę się bronił. — Harry w roztargnieniu drapał się po karku.

— Nie mam zamiaru cię bić. — Ron wywrócił oczami. — Chociaż nie przeczę, że należało by ci się. Jesteś moim przyjacielem i znam cię na tyle, aby wiedzieć, że nigdy jej niczego nie obiecywałeś.

— Nawet nie chodziliście ze sobą — wtrąciła Hermiona.

— Ale ona i tak myślała, że kiedyś się z nią ożenię. — Brunet z kieszeni spodni wyciągnął paczkę papierosów i nerwowym ruchem odpalił jednego.

— Harry! — dziewczyna cofnęła się przed nadlatującym obłoczkiem dymu. — Obiecałeś, że to rzucisz!

— Rzucił. — Rudowłosy mężczyzna wstał z krzesła i podszedł do okna. Przez chwilę stał tam i wpatrywał się w małą, dziewczęcą figurkę, z podkurczonymi nogami siedzącą na ławce. Najwyraźniej płakała. Czuł wściekłość i rozczarowanie, ale już dawno nauczył się, że życie nigdy nie toczy tak, jak to sobie zaplanował. Zmarszczył brwi, gdy na oparcie ławki, na której kuliła się Ginny, wskoczyła wiewiórka. Stworzenie zdecydowanie było magiczne, gdyż nie obawiało się człowieka i ochoczo wskoczyło na wyciągniętą dłoń. Usta Rona drgnęły nieznacznie, gdy ogon zwierzęcia praktycznie zlał się z włosami dziewczyny, a ona sama podniosła się, głaszcząc je po futerku. — Poradzi sobie — odezwał się nieoczekiwanie. — Ginewra zawsze była silna. Dała sobie radę z przeżyciami w Komnacie Tajemnic. Zajęło jej to chwilę, ale wróciła do siebie. Tak samo będzie i tym razem. Musimy po prostu dać jej trochę czasu. — Ostatni raz spojrzał w kierunku siostry, która teraz spacerowała ścieżką wśród kwitnących krzewów i wrócił do stolika. — Ty tak serio z tą szkołą?

— Serio. — Harry spojrzał na niego zaskoczony zmianą tematu.

— Naprawdę chcesz być nauczycielem?

— Obrona Przed Czarną Magią to coś, co potrafię najlepiej. — Potter uśmiechnął się krzywo. — Sądzę, że mógłbym nauczyć czegoś te dzieciaki.

— Wchodzę w to. — Rudzielec oparł ręce na blacie i spojrzał twardo na przyjaciela.

— Ale… — Zielone oczy spojrzały na niego niedowierzająco.

— Ale co? Myślałeś, że zostawię cię samego? Poza tym… — Błysnął zębami w uśmiechu. — Nie mogę przegapić wyboru nowych nauczycielek. Zapowiada się niezła zabawa, chociaż nadal uważam to za szaleństwo. A teraz pozwolicie, że pójdę do mojej siostry. Myślę, że potrzebne jej męskie ramię — dodał ciszej i wyszedł z komnaty.

— No to jest nas dwóch. — Harry wreszcie odważył się rozluźnić i z ulgą oparł głowę o zagłówek wysokiego krzesła.

— Troje — sprostowała Hermiona.

— Słucham? — Zamrugał w zdziwieniu.

— Troje — powtórzyła dziewczyna. — Chyba nie myślisz, że pozwolę dwóm idiotom zająć się tak poważną sprawą?

— Ale Hermi, twoja praca w ministerstwie…

— Zawsze chciałam uczyć, myślę że to niewiele się różni od pracy w dziale oświaty, a będzie bardziej produktywne. — Uśmiechnęła się lekko. — Poza tym, to nowe wyzwanie.

— Nie wiem, co powiedzieć — bąknął chłopak, patrząc na nią z mieszaniną zaskoczenia i wdzięczności.

— Och, nie musisz nic mówić. Przemówienia zostaw sobie dla prasy. — Mrugnęła wesoło i również skierowała się do drzwi. — Teraz wybacz. Sądzę, że powinnam wybrać sobie jakąś sypialnię, myślę że ta błękitna w zachodnim skrzydle będzie doskonała.

Harry przez chwilę siedział pogrążony w myślach, usiłując opanować zarówno szok, jak i szeroki uśmiech cisnący mu się na twarz, po czym dał sobie z tym spokój i sięgnął po samopodgrzewający się dzbanek z kawą.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:11 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:24

Beta — Aubrey


IV




Jasnowłosy chłopak po raz ostatni spojrzał w lustro i z zadowolonym uśmiechem zszedł po schodach do holu, z którego wolnym krokiem ruszył do jadalni.
Właściwie mógłby się aportować prosto do stołu, jednakże dwie przyczyny skutecznie odwiodły go od tej myśli. Pierwszą z nich była jego matka, która przyjechała na tydzień z Francji i uważała takie zachowanie za gorszące. Druga przyczyna siedziała wygodnie w fotelu, sącząc wino z kryształowego kieliszka. Młody mężczyzna musiał przyznać, że bardziej interesowało go wywarcie dobrego wrażenia na ojcu chrzestnym niż zadowolenie rodzicielki.

— Matko, Severusie. — Skinął głową, wchodząc do salonu.

— Witaj Draco. — Narcyza uniosła wzrok znad wazonu, w którym właśnie układała kompozycję z błękitnych róż. — Sev raczył nas zaszczycić wizytą.

— On nie jest ślepy, moja droga. — Snape uniósł kieliszek w geście pozdrowienia.

— Wino z samego rana? Jak dekadencko. — Młody Malfoy uśmiechnął się lekko. Rzadko kto miał okazję zobaczyć jak opada jego maska zimnego arystokraty, a twarz łagodnieje i przybiera zwyczajny, chłopięcy wygląd.

— Dla lepszego trawienia, nic ciężkiego. — Czarnowłosy mężczyzna spojrzał na trzymany w ręku rżnięty kryształ.

— To ja też poproszę. — Draco usiadł w fotelu obok Snape’a. Jak na zawołanie z cichym „pop” pojawił się skrzat z tacą, na której stał trunek.

— Nie powinieneś pić, jesteś za młody. — Narcyza spojrzała na niego karcąco.

— Chłopak ma dwadzieścia dwa lata, nie jest już dzieckiem. — Severus upił łyk i spojrzał na młodzieńca. — Zdecydowałeś już coś odnośnie dalszej kariery?

— Zastanawiałem się nad tym. — Kiwnął głową. — Sądzę, że byłbym niezłym adwokatem, niestety praca w ministerstwie dzięki poczynaniom mego ojca raczej odpada. Ubolewam nad tym, gdyż wierzę, że nadawałbym się na wytrawnego polityka.

— Nie mów źle o ojcu! — Narcyza z trzaskiem odłożyła nożyce do przycinania łodyg. Odkąd Draco zmienił strony, nie mogła mu wybaczyć tego, co stało się z Lucjuszem. Nigdy nie zrozumiała, że tak naprawdę tylko dzięki niemu może nadal prowadzić swoje pełne luksusu życie. Gdyby jej syn wybrał bycie Śmierciożercą, po zwycięstwie Pottera straciliby wszystko, a on sam skończyłby w Azkabanie. Młody Malfoy może i miał na ramieniu Mroczny Znak, jednak szpecił on jego jasną skórę tylko z winy Albusa Dumbledore’a, który zdołał namówić go na bycie szpiegiem.

Wysyłając syna do Hogwartu, Lucjusz chyba nigdy nie przypuszczał, że siedem lat spędzonych z dala od jego wpływów pozwoli chłopakowi zaistnieć samodzielnie, a w końcowym rozrachunku wybrać jasną stronę.

— Kiedy wracasz do Francji? — Draco odstawił pusty kieliszek i rzucił rodzicielce nieodgadnione spojrzenie.

— Pojutrze. Matka Pansy również się wybiera, więc zaproponowałam jej gościnę w naszym dworku. — Narcyza poprawiła misternie upięty kok. — Właściwie pomyślałam, że dobrze by było gdybyś pojechał z nami, twoja koleżanka ze szkoły też…

— Nie — przerwał jej w połowie zdania, udając, że nie widzi zgorszonego spojrzenia, które mu posłała. — Jestem zajęty.

— Czym? — Pokręciła głową. — Powinieneś pomyśleć o rodzinie, nazwisko Malfoy do czegoś zobowiązuje. Gdyby twój ojciec tu był… — Wystudiowanym gestem uniosła do oczu koronkową chusteczkę z monogramem.

— Jego tutaj nie ma i nie masz co liczyć na jego powrót. — Draco wstał i skierował się do jadalni. — Nie mam zamiaru żenić się z Pansy, to moja koleżanka, jak słusznie zauważyłaś. Poza tym… — Odwrócił się i spojrzał złośliwie na matkę. — Wchodzenie do mojej sypialni bez pukania powinno było cię oświecić w niektórych kwestiach.


***



— Nie powinieneś jej tak denerwować. — Severus posmarował grzankę cienką warstwą masła i położył ją na talerzyku obok plastrów wędzonego łososia.

— Zimna, zapatrzona w siebie egoistka.

— To twoja matka, wyrażaj się z szacunkiem. — Mężczyzna spojrzał surowo na Draco.

— Denerwuje mnie. Zatrzymała się na etapie, gdy jej życie kręciło się wokół tego, co ubrać na kolejny bal. Nie dociera do niej, że czasy się zmieniły.

— Nazwisko Malfoy nadal jest jednym z najbardziej pożądanych w czarodziejskiej społeczności. Ma rację, powinieneś zacząć się zastanawiać nad założeniem rodziny i spłodzeniem dziedzica.

Draco nabił na widelec kawałek ryby i spojrzał na Snape’a z ironią.

— Czy i ciebie mam oświecić co do mojej orientacji?

— Nie musisz, wystarczy na ciebie spojrzeć — prychnął Mistrz Eliksirów.

— Wiem. — Machnął lekceważąco ręką. — Jestem doskonały, stanowię idealny przykład elegancji i szyku. Jestem ikoną świata czarodziejskiego, plebs powinien płacić za samą możliwość oglądania mnie. Chyba sam siebie opatentuję.

— Niekoniecznie o to mi chodziło. — Severus przewrócił oczami, powracając do śniadania. — Twoja matka do nas nie dołączy?

— Obraziła się, teraz pewnie żali się starej Parkinson, możne nawet przyspieszy swój wyjazd do Francji? Przynajmniej wyniknęłoby coś pożytecznego z tej sytuacji.

— Doprawdy, Draco… — Snape wytarł usta serwetką i odsunął talerz z niedojedzonym łososiem. — Ktoś powinien cię nauczyć poważania innych.

— Och, uczyli. Niestety nie skorzystałem.

— Cóż za strata.

— Na szacunek trzeba sobie zasłużyć, Severusie. — W oczach Draco zamigotało coś dziwnego. Odsunął krzesło i sięgnął po leżącą obok gazetę.

Przez chwilę w jadalni panowało milczenie. Młody Malfoy przeglądał nowinki ze świata mody, które znajdowały się na ostatniej stronie „Proroka Codziennego”. Zawsze czytał gazety od końca, było to jego małe skrzywienie, o którym wiedział tylko Snape. Przy Mistrzu Eliksirów Draco mógł sobie pozwolić na rozluźnienie i komfort bycia szczerym. Co nie znaczyło oczywiście, że w jakikolwiek sposób sprawiłby, żeby postrzeganie go jako idealnego arystokraty choć na chwilę zachwiało się w oczach chrzestnego ojca.

Severus złączył dłonie i oparł łokcie na świeżo uprzątniętym przez skrzaty stole. Pogrążył się w myślach, odpływając na chwilę i pozostawiając chłopaka samego. Głośny okrzyk sprawił, że poderwał się i zdumiony spojrzał na chrześniaka.

— To przechodzi wszelkie granice! Co on sobie wyobraża! — Draco potrząsnął trzymaną w rękach gazetą. — Ktoś powinien się tym zająć! Nie można pozwolić aby… Aby… To po prostu nie do zniesienia!

— Cóż znowu zrobił Potter? — Snape z ciekawością przyglądał się wzburzeniu Malfoya.

— Ten zawszony Gryfon… — Umilkł i spojrzał na Severusa. — Skąd wiedziałeś, że o niego chodzi?

— Twój wrzask słychać pewnie w posiadłości Avery — prychnął mężczyzna. — Nic nie słyszałem o żadnym kataklizmie, ani o twoim bankructwie. Więc jeżeli nie chodzi o pieniądze, to musi chodzić o Pottera — wyjaśnił spokojnie.

— Nie kpij, Merlin mi świadkiem, że tym razem to poważna sprawa. — Draco poderwał się z krzesła i zaczął krążyć po pokoju.

— Nie mów… — Severus zwiesił głos. — Potter spodziewa się potomka, a ty nie możesz znieść, że jego ród przetrwa, a twój ma na horyzoncie wątpliwą przyszłość. Cóż, zważywszy, że Weasleyowie mnożą się jak króliki, nie widzę w tym niczego dziwnego.

— Bardzo śmieszne. Połowa szkoły zeszłaby na zawał, wiedząc, że ich najgorszy koszmar senny ma poczucie humoru. — Draco zatrzymał się i spojrzał na Snape’a oskarżycielsko. — On otwiera szkołę!


***



Godzinę i kilka fiolek eliksirów uspokajających później, dwóch mężczyzn siedziało w gabinecie Draco, opróżniając kolejną butelkę wybornego wina.

— Sam więc rozumiesz, że nie można do tego dopuścić — stwierdził podniesionym głosem Malfoy.

— Rzeczywiście, przyszłość czarodziejskiego świata maluje się raczej w czarnych barwach. — Severus skinął głową. — Nie mogę sobie wyobrazić niczego gorszego niż święta trójca wprowadzająca w dorosłe życie kolejne pokolenie.

— Cholerni wielbiciele mugoli!

— Język, Draco — mruknął bardziej z przyzwyczajenia niż z konieczności były profesor.

— Och, nie pieprz! — Blondyn dolał sobie wina i wyłożył nogi na mały stolik stojący obok jego fotela. — Musimy temu jakoś zapobiec.

— Niby jak? Dumbledore w swej naiwności zapisał mu zamek. Nie, Draco, nie rób min. Wiem, co o tym myślisz.

— Potter to idiota, który mając w rękach coś tak wspaniałego jak Emeraldfog, nie potrafi tego docenić — skrzywił się chłopak.

— Potter to ikona czarodziejskiego świata. Jeżeli mówi, że chce mieć szkołę, to będzie ją miał, bo ci głupcy skaczą w rytm jego klaskania.

— Pewnie zatrudni samych Gryfonów. — Draco zatrząsł się teatralnie. — Pomyśl, setki małych idiotów wychowywanych na naukach szlamy, Wiewióra i kretyna.

— Zawsze istnieje nadzieja, że zatrudni Longbottoma, który wysadzi cały ten kram w powietrze. — Severus położył mu uspokajająco dłoń na ramieniu.

— Trzeba mu przeszkodzić.

— Longbottomowi?

— Potterowi. — Malfoy zmrużył oczy i przez chwilę milczał, jakby nad czymś intensywnie się zastanawiał. W końcu uniósł głowę i spojrzał na Snape’a. — Czy ten Gryfon jest bogaty?

— O tyle o ile, na pewno nie jest biedny, ale jego majątek nie umywa się do twojego. — Mężczyzna wzruszył ramionami.

— To dobrze… To bardzo dobrze. — Draco uśmiechnął się radośnie.

— Z irytacją stwierdzam, że nie bardzo nadążam za twym tokiem rozumowania. — Severus nieznacznie poruszył się w fotelu.

— Och, nie musisz. — Chłopak zerwał się i szybkim krokiem podszedł do drzwi. — Zdecydowanie powinienem porozmawiać z moim prawnikiem.

— Nie rób niczego, czego ja bym nie zrobił — mruknął Snape, gdy młodzieniec zniknął za drzwiami.


***



„Potter, ty gryfońska gnido, czy nikt nie nauczył Cię, iż na umówione spotkania się przychodzi?
Draco Malfoy”


Harry zmiął list i wrzucił go do kominka, gdzie kosztowna papeteria w mig zajęła się ogniem. To już druga wiadomość, jaką dostał w przeciągu tygodnia od Malfoya. W pierwszej zażądał natychmiastowego spotkania w jednej z restauracji w Londynie. List napisany był w tak bufonowatym tonie, że Potter po prostu go zignorował. Czuł, że gdyby się tam zjawił, Ślizgon miałby wreszcie powód aby go pozwać, gdyż niechybnie rozkwasiłby mu ten arystokratyczny nos.

Nie miał pojęcia, po co Fretka chciał się z nim widzieć, cokolwiek by to jednak nie było, nie miał czasu na kolejne awantury. Poza tym sama myśl o prywatnym spotkaniu z Malfoyem powodowała u niego natychmiastowy skok ciśnienia.

Westchnął i na powrót zagłębił się w leżące przed nim na stole papiery.

Kiedy w jego głowie narodził się pomysł otwarcia szkoły, nie przypuszczał, że będzie to aż tak trudne przedsięwzięcie. Ministerstwo, owszem, przyklasnęło tej inicjatywie i gorliwie zapewniło go o swoim wsparciu, jednakże od razu został uświadomiony, że ze względu na sytuację panującą na arenie politycznej, nie mają funduszy na sponsorowanie tej inwestycji.
Do Chłopca Który Przeżył powoli zaczynało docierać, że łatwiej było pokonać Voldemorta niż znaleźć odpowiednich inwestorów. Oczywiście każdy ochoczo popierał jego inicjatywę, rozwodząc się nad potrzebą szkolenia jak największej grupy młodych czarodziei, jednakże gdy przychodziło do wsparcia finansowego, wszyscy bezradnie rozkładali ręce, tłumacząc się ciężką powojenną sytuacją.

Harry zamknął kolejną teczkę i oparł się o fotel. Cholera! Potrzebował pieniędzy, dużo pieniędzy. Zamek sam w sobie był środkiem do połowy sukcesu, jednakże cała reszta pozostawała na razie w strefie marzeń.

Do tej pory nie zdawał sobie sprawy, jak kosztowne jest utrzymanie szkoły, w dodatku takiej, w której mieściłby się internat. Samo wyżywienie kosztowało fortunę, nie mówiąc już o pensjach dla nauczycieli oraz potrzebnym wyposażeniu i podręcznikach. Nie wszystko można było też transmutować.

Klasa astronomiczna potrzebowała kilkudziesięciu par omnikularów oraz magicznych lunet. Sala do praktycznych zajęć z Obrony Przed Czarną Magią — specjalistycznego sprzętu. Szklarnia, w której miały odbywać się zajęcia z zielarstwa, wymagała nauszników, rękawic, sekatorów i wielu innych, wydawałoby się — całkiem prozaicznych rzeczy. Klasa do nauki eliksirów… O, to już była studnia bez dna. Same ingrediencje kosztowały majątek, nie wliczając kociołków, palników i rękawic ze smoczej skóry.

Harry potarł zaczerwienione z braku snu oczy i potargał w roztargnieniu włosy. Szlag, był bogaty, ale chociażby zainwestował cały swój majątek w tę szkołę, wystarczyłoby to może na rok, góra dwa. A co potem? Na Hermionę i Rona nie miał co liczyć. Owszem, Weasley dostał w spadku po Dumbledorze ładną sumkę, jednakże nie była to jakaś kolosalna kwota.

Minister oświaty wygłosił piękną przemowę na temat wspaniałego daru, jaki Potter ofiaruje społeczeństwu, dodając, iż na pewno po kilku latach szkoła sama zacznie na siebie zarabiać, a włożone w nią fundusze zaczną się zwracać i to z procentem, lecz do tego czasu Wybraniec musiał poradzić sobie sam.

Harry wrzucił papiery do szuflady i wstał z fotela. Czuł się zmęczony i przytłoczony tym wszystkim. Hermiona była na kolejnym zebraniu z jakimś inwestorem, ale wszystko co do tej pory zdobyli, było zaledwie kroplą w morzu ich potrzeb. Wspiął się po schodach i ruszył do sypialni, po drodze ściągając podkoszulek. To, czego potrzebował w tej chwili, to długi, gorący prysznic i kilka godzin snu.


***



Łomotanie do drzwi odezwało się po raz kolejny. Harry zaklął pod nosem, szybko rzucając na siebie zaklęcie suszące i zbiegł po schodach, zawiązując po drodze pasek od długiego, czarnego szlafroka. Zerknął na zegar stojący w holu. Wskazywał dwadzieścia minut po osiemnastej. Ron przeważnie korzystał z sieci fiuu. W tej chwili zresztą przebywał w Irlandii, zarządzając grupą ludzi, którzy mieli za zadanie przekształcić część zbocza prowadzącego w stronę plaży w boisko do quidditcha. Ginny nie odzywała się do niego od ich pamiętnej rozmowy na temat braku zainteresowania Harry’ego związkiem małżeńskim, a Hermiona nigdy nie korzystała z drzwi frontowych. Potter zatrzymał się przed wejściem i poprawił poły szlafroka, po czym zaciskając palce na różdżce ukrytej w rękawie, uwolnił zaklęcie otwierające.

— O nie, mowy nie ma — mruknął, usiłując zatrzasnąć drzwi kilka sekund po tym, jak je otworzył. Ten manewr został utrudniony przez but stojącego na progu mężczyzny, który wsunął go pomiędzy skrzydło i futrynę. — Malfoy, zabierz tę cholerną nogę, albo ci ją złamię — warknął, kolejny raz usiłując zamknąć.

— Naprawdę, zero wychowania. — Blondyn wykorzystał moment, gdy Harry na chwilę zdekoncentrował się na dźwięk jego głosu i pchnął silnie, tym samym wpychając gospodarza w głąb holu i samemu wchodząc do środka. — Ubrałbyś się, gdy podejmujesz gości. — Zmierzył chłopaka ironicznym spojrzeniem.

— Nie spodziewałem się nikogo. — Brunet wyciągnął różdżkę i machnął nią przed nosem przybysza. — Bądź dobrym Ślizgonem, odwróć się i zniknij mi z oczu.

— Cóż za wspaniały oksymoron — prychnął Malfoy. — Dobry Ślizgon, to tak jakbyś chciał powiedzieć „Chytry Gryfon”, co jak wiesz, samo w sobie jest zupełnie niemożliwe.

— Jeżeli przyszedłeś mnie obrażać, to daruj sobie. Nie jestem w nastroju. — Harry przyglądał się stojącemu przed nim mężczyźnie.

Mężczyzna ubrany był w czarne spodnie z jakiegoś szalenie drogiego materiału, który idealnie układał się na jego długich nogach. Biała koszula rozpięta była pod szyją na mugolską modę, grafitowa marynarka również musiała kosztować fortunę. Sam jego wygląd godził w uczucia Pottera, jakby chłopak swym ubiorem naigrywał się z jego problemów finansowych.

— Nie zjawiłeś się w restauracji — rzucił Malfoy oskarżycielskim tonem.

— Nie przypominam sobie, abym mówił, że tam będę. — Wzruszył ramionami.

— Otrzymałeś zaproszenie, etykieta…

— Chciałeś powiedzieć „wezwanie” — przerwał mu Harry. — Wybacz, ale mam ciekawsze zajęcia niż kolacyjki w towarzystwie wroga numer jeden.

— Naprawdę, czuję się doceniony, że stawiasz mnie na pierwszym miejscu. — Blondyn wyminął go, ignorując wciąż wyciągniętą różdżkę i ruszył w głąb domu. — Ciekawa architektura. Druga połowa dziewiętnastego wieku?

— Skąd mam do cholery wiedzieć? — Potter chcąc, nie chcąc podążył za nim.

— Mieszkasz tutaj. — Mężczyzna rozglądał się z ciekawością. — Zawsze lubiłem połączenie bieli z granatem, chłodna elegancja. — Przystanął przy wejściu do kuchni, po czym ignorując posapującego ze złości właściciela, podszedł do mebli. — Co to?

— Mikrofalówka.

— Do czego służy?

— Do podgrzewania jedzenia. Malfoy...

— Od tego są skrzaty, chociaż przyznam, że pomysłowe. — Skinął głową, po czym zajrzał do jednego z garnków stojących na kuchence. — Jagnięcina w sosie miętowym? Obrzydlistwo.

Harry milczał zasadniczo z dwóch powodów. Pierwszym była bezczelność Ślizgona, który nie dość, że wdarł się do jego mieszkania praktycznie przemocą, to jeszcze bez żenady zwiedzał je teraz, komentując głośno to, co mu się nie podobało. Drugim powodem, dla którego nie zripostował ostatniej wypowiedzi blondyna było to, że po prostu się z nim zgadzał. Sos miętowy uważał za obrazę podniebienia i na sam jego zapach dostawał skrętu żołądka. Niestety pani Weasley przepadała za tą typowo angielską potrawą i co dwa tygodnie podsyłała im przez kominek cały garnek tego specjału. Ku zgrozie Pottera, Ron potrafił zjeść za jednym razem połowę i za nic nie mógł zrozumieć, że jego przyjaciel może nie strawić tak wspaniałej jego zdaniem potrawy.

— Potter, czy to ty urządzałeś ten pokój? — Z zamyślenia wyrwał go głos dochodzący z salonu. Zupełnie nie wiedział, kiedy ten przebiegły drań się tam dostał.

— Nie — burknął, stając w drzwiach i opierając się o futrynę. — Powiedz mi, Malfoy, przyszedłeś tutaj, bo czułeś nieodpartą potrzebę zwiedzenia mojego domu?

— Między innymi. — Usta Draco drgnęły nieznacznie. — Przytłaczający.

— Co?

— Ten pokój… — Zatoczył ręką wkoło. — Ciężki. Te meble, zasłony, brak im lekkości, chociaż kolor całkiem niezły.

— Naprawdę… — Harry przewrócił oczami. — Słuchaj, może usiądziesz sobie, skoro jak widzę, nie ma możliwości abyś z własnej woli opuścił moje mieszkanie, a ja w tym czasie się ubiorę?

— Jasne, nie krępuj się. — Malfoy wykonał gest, jakby odprawiał niepotrzebnego już służącego i ku zaskoczeniu bruneta, włączył pilotem telewizor. No cóż, o wszystko można byłoby posądzać Ślizgona, ale na pewno nie o znajomość mugolskiej technologii. Potter jeszcze dobrą minutę stał w drzwiach z otwartymi ustami, dopóki Draco nie obdarzył go kpiącym uśmiechem, przesuwając jednocześnie wzrokiem po jego szlafroku. Harry pozbierał szczękę i ruszył do swej sypialni, dochodząc do jedynego słusznego wniosku, że jeżeli chodzi o Malfoya, nic nie powinno go dziwić.


***



Harry rozejrzał się po sypialni, szukając spodni. Niestety pomimo tego, że zajrzał do każdej szafki, a nawet w akcie desperacji pod łóżko, jego ulubione jeansy przepadły bez śladu. Zaklął pod nosem i wyjął z szuflady pierwsze z brzegu spodnie. Zmarnował tutaj już wystarczająco dużo czasu, a przecież na dole czekała na niego jego własna, prywatna nemezis. Wciągnął przez głowę czarny podkoszulek z nadrukiem jakiegoś mugolskiego zespołu i wszedł do łazienki. Jego ukochane jeansy leżały spokojnie na szafce, dokładnie w tym samym miejscu gdzie je położył przed pójściem pod prysznic. Rzucił trzymane w ręku spodnie i sięgnął po zgubę, klnąc cicho nad własnym roztargnieniem.

— Cudowny, oszałamiający! Gdzie się ukrywałeś przez całe moje życie, Adonisie?! — Zawyło lustro o oktawę wyżej niż zwykle.

— Miałeś się do mnie nie odzywać — warknął Potter, podskakując na jednej nodze i wsuwając drugą w nogawkę.

— Nie mówię do ciebie — cmoknęło z niesmakiem zwierciadło. Po tym, jak Harry zasłonił je ręcznikiem na czas swej kąpieli, strzeliło efektownego focha, obiecując, że nie odezwie się do niego przez tydzień.

— A niby… Na gacie Merlina! Malfoy, co ty do cholery robisz w mojej łazience! — Wrzasnął, podciągając szybko spodnie i zapinając rozporek.

— Było otwarte. — Chłopak stał nonszalancko oparty o futrynę i z zainteresowaniem przyglądał się poczynaniom bruneta.

— Co nie oznacza, że masz tutaj wchodzić jak do stodoły! — Potter oparł ręce na biodrach, patrząc na niego oskarżycielsko.

— Nie rób z tego dramatu, nie zobaczyłem niczego ciekawego. — Draco nie wykazywał nawet cienia skruchy.

— Malfoy… — Harry wziął głęboki oddech i policzył do dziesięciu, usiłując się uspokoić. — Słuchaj, przychodzisz tutaj bez zaproszenia. Wpychasz się na siłę do mojego domu. Obchodzisz każdy pokój, komentując go jak gdyby nigdy nic, po czym wtarabaniasz się do mojej prywatnej łazienki! Jeżeli istnieją jakieś szczyty bezczelności, to właśnie je pobiłeś, możesz być z siebie dumny. I proszę cię, na przyszłość nie pieprz mi o etykiecie, dobrym wychowaniu, czy czymś równie malfoyowskim, bo sam właśnie złamałeś wszystkie te zasady!

— Auu, ale ci pojechał — mruknęło lustro.

— Skończyłeś? — Zapytał lodowato Ślizgon.

— Och, mógłbym powiedzieć dużo więcej, ale wątpię abyś się tym przejął — prychnął Gryfon, mijając blondyna i wchodząc do sypialni. — Powiedz mi po prostu, po co do cholery tutaj przylazłeś? O ile pamiętam odkąd skończyliśmy szkołę, całkiem nieźle nam wychodziło unikanie się i muszę ci powiedzieć, że ten okres był zajebiście dobry. Naprawdę doceniam możliwość nie widywania twej ślizgońskiej facjaty.

Draco przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu. Zacisnął zęby, dochodząc do wniosku, że jeżeli chce cokolwiek osiągnąć, musi postępować ostrożnie. Najwyraźniej osoba, którą miał przed sobą, zmieniła się odkąd opuściła szkolne mury. Potter nie był już tym biednym Gryfiątkiem, które robiło wszystko pod dyktando Dumbledore’a. Owszem, nadal wrzeszczał, ale zdecydowanie zyskał przy tym jakąś wewnętrzną siłę, która w dziwny sposób imponowała Malfoyowi. Zdecydowanie powinien zastanowić się, co chce powiedzieć, inaczej ten palant gotów jest wykopać go stąd na zbity pysk, a to wybitnie mu się nie uśmiechało.

— Musimy porozmawiać, Potter.

— Wreszcie mówisz coś sensownego. — Harry zapiął pasek i ruszył w kierunku drzwi prowadzących na korytarz. — Wróćmy do salonu, a potem masz pięć minut, aby wyjaśnić mi dlaczego twój arystokratyczny zadek gniecie moje mieszczańskie fotele.


***



— Zapomnij! — stwierdził Harry kilka minut później, gdy Draco w szybkim skrócie wyjaśnił mu powody swego przybycia.

— Posłuchaj Potter, wiem, że uważasz mnie za wroga, jednak wojna dawno już się skończyła, a ja…

— Malfoy, to nie ma nic do rzeczy — przerwał mu brunet. — Nie jestem naiwny, dobrze wiem, że walczyłeś po naszej stronie, więc nie mieszaj pojęć. Prawda jest taka, że cię nie lubię, nie znoszę, a nawet nie mogę na ciebie patrzeć. Jak sądzę, ta antypatia jest obopólna. Niby w jaki sposób wyobrażasz sobie wspólną pracę?

— Potter, dla twojej wiadomości, również piałem hymny wdzięczności, gdy ta głupia szkoła się skończyła, a ja nie musiałem oglądać przez piękne dwa lata ani ciebie, ani twoich wspaniałych przyjaciół z Wiewiórem na czele.

— Więc dlaczego teraz nagle zmieniłeś zdanie?

— Bo tutaj chodzi o większe dobro. — Malfoy odgarnął jakiś niesforny kosmyk, który śmiał się wymsknąć z jego idealnej fryzury. — Chcesz otworzyć szkołę, to naprawdę szczytny cel.

— Co ty nie powiesz. — Ironia w głosie Harry’ego była wręcz namacalna.

— Jednakże… — Draco udał, że nie zauważa zachowania mężczyzny, przysięgając sobie, że kiedyś się zemści i przeciągnie zwłoki Pottera po tłuczonym szkle. — Masz duży problem w postaci braku funduszy.

— Widzę, że odrobiłeś pracę domową. — Chłopak poruszył się niespokojnie, bawiąc się trzymaną w ręce różdżką.

— Owszem, lubię być na bieżąco. — Blondyn skinął głową. — Chcę zainwestować w ten projekt. Ma potencjał i gwarantuje przyszłe zyski, a ja nie lubię tracić takich okazji.

— Zdajesz sobie sprawę, że nie wszyscy uczniowie będą mogli płacić za naukę? Niektórym trzeba będzie przyznać stypendia.

— Oczywiście. — Malfoy machnął lekceważącą ręką. — Od początku wiedziałem, że nie kierujesz się zdrowym rozsądkiem, a tym swoim gryfońskim poczuciem sprawiedliwości i chęci ratowania wszystkich pokrzywdzonych przez los. Zupełnie nie rozumiem twego postępowania. — Spojrzał na Pottera, jakby ten był ciekawym eksponatem muzealnym. — Może to jakiś wrodzony defekt? Chłopiec Który Przeżył, Chłopiec Który Pokonał Voldemorta, Chłopiec Który Chce Zbawić Świat…

— Zamknij się, Malfoy! — Harry nienawidził tych określeń, zwłaszcza kiedy padały z ust tego konkretnego Ślizgona.

— Wiesz, jest w tobie coś, co mógłbym określić jako czarodziejską wersję mesjanizmu. — Draco cmoknął z zachwytem, jakby właśnie odkrył coś, czego nikt przed nim nie dostrzegł.

— Przeginasz — syknął Potter, coraz bardziej zirytowany.

— Wracając do tematu… — Malfoy uznał, że może jednak nie warto bardziej denerwować Złotego Chłopca. — Chcę zainwestować w tę szkołę. Co w tym złego?

— Nic? — Uśmiechnął się zimno mężczyzna. — Poza tym, że chcesz równocześnie zostać jednym z jej profesorów.

— I to cię tak przeraża?

— Słuchaj, Malfoy… — Harry oparł ręce na kolanach, pochylając się lekko do przodu. — Ja nawet jestem w stanie zrozumieć, że obliczyłeś sobie, iż możesz zyskać jako jeden z inwestorów. Nie od dziś wiadomo, że twoja rodzina jest łasa na pieniądze i nie przepuści żadnemu dochodowemu interesowi. — Uniósł dłoń, dając znak, aby mu nie przerywał. — Jednak o ile po głębszym zastanowieniu mógłbym przełknąć to, że tym samym trafiłbyś do rady nadzorczej, o tyle zupełnie nie mogę pojąć, dlaczego chcesz w tej szkole uczyć! Jesteś bogatym, leniwym dupkiem, najchętniej wylegiwałbyś się do góry tyłkiem i pozwalał napalonym dziewicom skakać wokół twojej malfoyowskiej osoby. Praca nauczyciela to ciężki chleb. Nie będziesz mógł zrezygnować w połowie, gdy nagle dojdziesz do wniosku, że to zajęcie jest zbyt mało rozrywkowe. To są dzieci, wymagają zaangażowania, oddania, cierpliwości, a ty… Wybacz Fretko, ale jesteś ostatnią osobą, która nadaje się na kogoś, kto mógłby wpoić tym młodym ludziom jakieś wartości.

— Masz o mnie niesłychanie dobre zdanie — wycedził wolno Draco.

— Pracowałeś na nie całe siedem lat. — Harry wzruszył ramionami. — W ostatnim roku dostawałem drgawek na widok twojej wyniosłej i aroganckiej postawy. Prawdę powiedziawszy… Zawsze uważałem cię za typowego bufona, któremu w życiu wiedzie się lepiej niż innym i nigdy nie zaznał zwyczajnych, ludzkich problemów.

— Masz rację, Potter. — Chłopak powoli wstał z fotela. — Siódmy rok był dla mnie wyjątkowo łaskawy. Może powinienem wydać książkę na ten temat. Nadałbym jej tytuł „Pamiętnik szpiega — w łóżku z cruciatusem”. — Strzepnął z marynarki niewidoczny pyłek i spojrzał na siedzącego zimno. — Robienie z tobą interesów to czysta przyjemność. Dobranoc. — Skłonił sztywno głowę i ruszył w kierunku drzwi.

Harry przez kilka sekund siedział jak sparaliżowany. Jego twarz lekko pobladła, gdy zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie zastanawiał się, jakie konsekwencje niosła za sobą rola szpiega. Dobrze wiedział jak Voldemort traktuje swoich Śmierciożerców. Nie raz widział jak pani Pomfrey podawała Snape’owi eliksiry łagodzące skutki Cruciatusa. Jednakże w życiu nie przyszło mu do głowy, że ten wydelikacony chłopak mógł przeżywać to samo, że poświęcał się dla dobra sprawy. Pod wpływem nagłej myśli zerwał się z fotela i pobiegł w głąb korytarza.

— Czekaj, Malfoy!
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:19 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:24

Beta — Aubrey


V



Ulubiony pub Harry’ego był tego wieczoru bardzo cichy i spokojny, co bardzo odpowiadało siedzącemu przy stoliku mężczyźnie. Powoli sączył piwo, pozwalając swobodnie płynąć myślom.

Boisko do Quidditcha zostało ukończone, o czym zawiadomił go pęczniejący z dumy Ron. Ekipa Weasley & Weasley spisywała się znakomicie. Fred i George zajmowali się właśnie urządzaniem sal przeznaczonych do prowadzenia lekcji eliksirów. Na początku Harry protestował przeciwko umiejscowieniu ich w lochach, miał zbyt wiele związanych z nimi nieprzyjemnych wspomnień, ale przyjaciele zgodnym chórem poinformowali go o niebezpieczeństwie, jakie niosły ze sobą niestabilne ingrediencje.

— Harry, czy ty wiesz, co by się stało w razie eksplozji? — Fred przewrócił oczami jakby nie mógł uwierzyć w to, że Potter może być aż tak głupi. — Lochy ochronią cały zamek, grube ściany wytrzymają naprawdę wiele, poza tym minimalizują skutki pożaru, gdyż kamień stanowi skuteczną barierę.

No cóż, w tej kwestii auror nie zamierzał się sprzeczać. W przeciwieństwie do bliźniaków, nigdy nie był orłem z eliksirów. Odkąd pamiętał, eksperymentowali z nimi, robiąc coraz to nowe rzeczy do swojego sklepiku.
Tym sposobem przyszłe laboratorium i klasy do nauki tej jakże skomplikowanej dziedziny, zostały zdaniem Pottera oddane w naprawdę sprawne ręce i mógł mieć pewność, że kto jak kto, ale Weasleyowie nie przegapią niczego.

W dalszym ciągu jednak problem stanowiły pieniądze. Urządzenie szkoły tak, aby mogła przyjąć uczniów, stanowiło finansową studnię bez dna. Harry doskonale zdawał sobie sprawę, że puste sale niczego jeszcze nie dadzą. Trzeba zapełnić je odpowiednim sprzętem, zatrudnić nauczycieli, opłacić pensje… I to znowu sprowadzało go do oferty Draco Malfoya.

Niestety po ich ostatniej rozmowie, jedynej zresztą, wątpił, aby Fretka chciał kiedykolwiek jeszcze się z nim spotkać. Tamtego wieczoru, zanim dobiegł do drzwi, blondyn zdążył się deportować tuż za jego progiem. Harry nie wiedział, czy ma odetchnąć z ulgą, czy może zakląć szpetnie nad własną głupotą. W dodatku dostał się w krzyżowy ogień sprzeczki pomiędzy Ronem a Hermioną. Przyjaciel oczywiście wyraził swoje zadowolenie, że oślizgły dupek zniknął z ich życia, zanim się w nim w ogóle pojawił. Hermiona jednak miała co do tego zupełnie inne zdanie. W jej mniemaniu, zachowanie Harry’ego było niedojrzałe i świadczyło o braku myślenia perspektywicznego. Powinien on odłożyć na bok wszelkie animozje i przyjąć ofertę Malfoya, przynajmniej do czasu, gdy szkoła dzięki jego pieniądzom zdobędzie płynność finansową. Potem mógłby ewentualnie negocjować spłacenie niechcianego wspólnika i tym samym pozbycie się go raz na zawsze.
Wywiązała się kłótnia, która oczywiście zakończyła się ciężką obrazą ze strony zarówno Rona, jak i Hermiony. W tym stanie trwali całe dwa dni, po czym jak zwykle Weasley skruszony przeprosił Granger. Przełknąwszy dumę, poprosił Harry’ego, aby ten jeszcze raz zastanowił się nad propozycją Malfoya, gdyż o ile sam Fretka jest zły i ogólnie skażony, o tyle Fretka z pieniędzmi, pomijając fakt bycia nadal złym, najwyraźniej przeszedł kwarantannę.

Cokolwiek skwaszony Potter poinformował przyjaciółkę, że jeżeli kiedykolwiek podpiszą kontrakt z Ślizgonem, raczej nie mogą liczyć na jego zerwanie, gdyż w momencie gdy szkoła zacznie przynosić dochody, nic nie odciągnie blondyna od zysków.

Po całym zamieszaniu Harry musiał odetchnąć trochę od swych czasami zbyt głośnych przyjaciół i tak oto wylądował w pubie „Pod Smoczym Zębem”, wpatrując się w pieniący złoto napój.

Malfoy… Dlaczego gdy przychodziły kłopoty, zawsze musiał być jakoś w nie wplątany jasnowłosy dupek? Przez całe siedem lat się nienawidzili i Harry wcale nie narzekał z tego powodu. Niesnaski z Fretką wrosły wręcz w jego szkolne życie i były czymś równie normalnym i potrzebnym mu do życia jak powietrze. Już jakiś czas temu stwierdził, że gdyby nie wieczne kłótnie, bójki i pojedynki, życie byłoby o wiele nudniejsze.

Bazyliszek, Quirrell, Turniej Trójmagiczny, śmierć Cedrica, poszukiwanie horkruksów, Śmierciożercy, to wszystko przez całe szkolne życie sprowadzało się do jednego — Voldemorta. Harry wciąż podświadomie czuł się zagrożony i spięty, jakby w oczekiwaniu na cios. Malfoy był paradoksalnie bezpiecznym wrogiem, kimś, kto stanowił wyzwanie, jednocześnie nie przedstawiając sobą realnego niebezpieczeństwa. Czym było kilka klątw, złamany nos czy obrzucanie się obelgami naprzeciw czerwonookiego gada, który rozszczepił swą duszę niczym jakaś sklonowana owca? Wprawką przed czymś większym. Harry doceniał Malfoya, a Malfoy w pokrętny sposób doceniał Harry’ego i Złoty Chłopiec dobrze o tym wiedział. Już dawno doszedł do wniosku, patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, że tak naprawdę on i Fretka zapewniali sobie jakąś chorą rozrywkę, po prostu lubiąc szczuć na siebie psy.

Jakkolwiek doceniał rolę Ślizgona w swym szkolnym życiu, nie znaczyło to, że go lubił. Przeciwnie, mierziły go te jego ulizane włosy, które zawsze układały się tak, jak tego życzył sobie ich właściciel i nawet po walce prezentowały sobą raczej malowniczy nieład, niż zwyczajne rozczochranie. W dodatku te jego cholerne oczy. Jak normalny człowiek może mieć oczy w wielu kolorach? Powinny być brązowe, niebieskie, szare, zielone lub czarne. Każdy miał jakąś jedną barwę i na tym poprzestawał, ale nie Malfoy! O nie, dla niego byłoby to zbyt pospolite! Oczy dupka zmieniały się wraz z jego nastrojem. Harry, będąc w szóstej klasie, zauważył mimowolnie ten dziwny przypadek i z obsesyjną ciekawością analizował go jak ciekawy obiekt doświadczalny. Zadowolony Ślizgon w otoczeniu swych przyjaciół miał oczy błękitne, lecz gdy czymś się martwił, przechodziły w odcień szarości. W smutku ciemniały i pojawiały się na nich grafitowe plamki.
Odcień rozszalałego morza uzyskiwały w momencie, gdy patrzył na Harry’ego. O tak, wtedy to był istny sztorm, widać w nich było wściekłość, nienawiść i chęć zadania bólu. Czasami Potter zastanawiał się, czy to już wszystkie kolory, jakie oczy Malfoya mogą uzyskać, ale właściwie nie wyobrażał sobie, jakie inne skrajne odczucia mogłyby to sprawić.

Westchnął i upił łyk piwa. Z kieszeni wyciągnął papierosy i odpalił jednego, z błogością zaciągając się dymem. Nawet ten nałóg kojarzył mu się z pieprzonym Ślizgonem. Zaczął palić po wydarzeniach na wieży astronomicznej, kiedy spetryfikowany obserwował drania, który groził Dumbledore’owi. Potem pojawił się Snape, a on mógł tylko patrzeć, jak Avada o mało nie zabiła dyrektora. Co z tego, że potem okazało się, iż wszystko to było wyreżyserowane? Przeżył wtedy taki stres, że następnego dnia wysłał Hedwigę z zamówieniem do Hogsmeade i po raz pierwszy, ukryty na błoniach, upił się Ognistą i zapalił.

W ostatecznym rozrachunku, Malfoy okazał się całkiem sprytnym szpiegiem, który czasami przewyższał swojego mistrza i ojca chrzestnego. Jako syn słynnego Śmierciożercy, miał dostęp do najbardziej sekretnych planów Voldemorta i tylko dzięki temu siła Zakonu wzrosła, a ataki popleczników mrocznej magii zostały ograniczone.
Czy można było nadal nienawidzić Fretkę? Jak bardzo Harry by się nie starał, jego nienawiść skurczyła się do rozmiarów orzeszka. Prawdę powiedziawszy, teraz po prostu nie lubił Ślizgona, nie przepadał za nim, uważał go za przegiętego arcydupka, ale niestety zdanie „Nienawidzę cię, Malfoy” musiało zostać wykreślone z jego słownika.

— Można się przysiąść? — Dobrze znany mu głos przerwał jego rozmyślania. Ostrożnie strzepnął popiół do samoopróżniającej się popielniczki i z uśmiechem odwrócił się w kierunku stojącego za nim chłopaka.

— Witaj, Michael. Nie musisz nawet pytać. — Wstał i uściskał blondyna, który z rozbawieniem potargał mu włosy. — Piwo?

— Chętnie. — Chłopak usiadł i gestem przywołał kelnerkę. — Co tam u ciebie? Słyszałem, że słynny auror odchodzi na emeryturę.

— Powiedzmy. — Skinął głową i spojrzał na towarzysza. — Ściąłeś włosy.

— Acha… — Młodzieniec przesunął ręką po swych krótkich, około dziesięciocentymetrowych kosmykach. — Chyba wyrosłem z kucyka.

— Lubiłem go. — Harry mrugnął i skinął głową kelnerce.

— Wiem, zwłaszcza w jednym momencie — prychnął rozbawiony blondyn. — Niemniej doszedłem do wniosku, że pora na zmiany, poza tym… Dennis nie lubi długich włosów.

— Dennis? Dennis Creevey? — Potter uśmiechnął się szeroko. — Jak tego dokonałeś?

— Jestem bardzo przekonujący. — Skosztował piwa i westchnął z zadowoleniem. — To naprawdę świetny facet.

— Wiem, mam nadzieję, że jesteście szczęśliwi. — Harry poklepał go po ręce. — Należy się wam to.

— Taak — przyznał Michael. — Jesteśmy. Wiesz, co jest ciekawe? Uwielbia jeść czekoladę tuż po… — zerknął na bruneta z rozbawieniem.

— Och… — Złoty Chłopiec zaczerwienił się lekko. — Zawsze ci mówiłem, że jesteś wyczerpującym draniem, widać i on to rozumie.

— Najwyraźniej. — Mężczyzna zachichotał cicho. — A co u Ginny? — zapytał, zmieniając temat.

— Nic z tego nie wyszło — przyznał chłopak z kwaśnym wyrazem twarzy. — Zresztą, to od początku było skazane na porażkę. Przez pewien czas myślałem, że z nią będę mógł…

— Wysoka, szczupła, mały biust, wąskie biodra — zakpił blondyn.

— Nie rób ze mnie zboczeńca. — Harry uderzył go lekko w ramię. — Po prostu wydawało mi się, że nadajemy na tych samych falach. Znaliśmy się tak długo, jednak to najwyraźniej nie wystarczyło.

— Coś nowego na oku?

— Nie, doszedłem do wniosku, że nikomu nie będę niszczył życia.

— Przestań! Znowu ta gadka o przeszłości, o tym, że nie potrafisz kochać, że wojna zniszczyła coś w tobie. Bzdura, po prostu unikasz bliższych kontaktów z ludźmi. Boisz się, że przerażą ich twoje koszmary, że nie zrozumieją tego, iż czasami jesteś po prostu zagubiony. Tysiąc razy ci mówiłem, nie ty jeden przeżyłeś wojnę, nie jesteś wyjątkiem, który stracił kogoś bliskiego. Jedyne, co cię od nas różni to to, iż dzięki tobie możemy żyć teraz spokojnie.

— Dzięki, naprawdę doceniam to, co mówisz, ale jak widać to nie pomaga, a ja nadal nie potrafię znaleźć sobie drugiej połówki. — Harry dopił piwo i odsunął od siebie kufel.

— Bo może szukasz w niewłaściwych miejscach? — Michael przysunął krzesło i objął lekko plecy bruneta. — Przeanalizujmy. Pamiętasz swój pierwszy pocałunek? Oczywiście, że tak! Jak to go określiłeś? Mokry! Nie namiętny, nie rozkoszny, nie cudowny, po prostu mokry. Potem próbowałeś z Ginny, po czym z niesmakiem mruczałeś coś o braterskich odczuciach.

— Wniosek z tego?

— Wniosek z tego, mój drogi, że bardzo głośno potrafisz jęczeć w niektórych momentach, oraz… — zawiesił głos. — Ty uwielbiasz się całować!

— Bo widzisz, kochanie, ty masz po prostu talent. — Potter z rozbawieniem pokręcił głową, czując jednocześnie jak ciepły rumieniec zalewa jego policzki.

— Nie, Harry, ja po prostu jestem facetem.

— Och… — Brunet zmrużył oczy w zastanowieniu. — Powiedzmy, że zrozumiałem.

— Niesamowite, w wieku dwudziestu dwóch lat Wybraniec zrozumiał — zakpił Michael. — Gdybym nie był twoim przyjacielem, po prostu bym cię teraz bezlitośnie wykpił.

— Właśnie to robisz. — Harry spojrzał na niego kwaśno. — Niemniej, przyjemnie było o sobie myśleć jako o bi.

— Mugolskie stereotypy, powinieneś z nich dawno wyrosnąć. — Mężczyzna poklepał go po plecach i kilkoma łykami opróżnił swój kufel. — Skoro twoje problemy egzystencjonalne właśnie zostały rozwiązane przez mistrza dedukcji…

— Ślizgon!

— Miło, że pamiętasz. Może przejdziemy do dalszej części konwersacji? — Michael splótł ręce na piersiach i spoważniał. — Słyszałem, że otwierasz szkołę.

— Taa — Harry westchnął i przesunął palcem po wyczyszczonym, drewnianym blacie. — Sam nie wiem, czy to dobry pomysł.

— Moim zdaniem świetny. Będziesz tylko zarządzał, idąc śladami Dumbledore’a, czy może zajmiesz się obroną?

— Mhm, mam zamiar.

— Świetnie, wreszcie dobrze wyszkoleni czarodzieje. Przykro to mówić, ale Hogwart jeżeli chodzi o Obronę Przed Czarną Magią, spisuje się raczej kiepsko. Ty byłeś chlubnym wyjątkiem.

— To nie takie proste. — Harry pokręcił głową. — Okazuje się, że mój górnolotny plan oświaty został brutalnie sprowadzony na ziemię przez kwestie finansowe.

— Ministerstwo?

— Są zachwyceni, ale… „Mój drogi Harry, cudowny, po prostu niesamowity pomysł! Jesteśmy ci niezmiernie wdzięczni za tak altruistyczny gest… Jednakże sam rozumiesz, nasze fundusze po wojnie są mocno ograniczone.” — Potter skrzywił się, cytując ministra oświaty.

— Rozumiem… — Michael zamyślił się. — Szkoła to całkiem niezły biznes w tych czasach. Jakbyś odpowiednio to zorganizował, mogłaby być dochodowym interesem.

— Taa, już o tym myśleliśmy. Przede wszystkim hodowla unikalnych gatunków roślin. Wiele aptek ich potrzebuje. Poza tym eliksiry. To też towar, na którym można zarobić.

— Więc w czym problem? — Michael przekrzywił głowę, przyglądając mu się uważnie.

— Problem w tym, że zanim do tego dojdzie, musi minąć kilka lat. Uzyskanie pieczęci wysokiej jakości dla eliksirów jest możliwe dopiero wtedy, gdy warząca te mikstury młodzież osiągnie poziom Owutemow. To samo z roślinami, ich wyhodowanie, szczepienia… To też zajmie więcej niż rok czy dwa. Dotyczy to też innych dziedzin. Moglibyśmy stworzyć odpowiednie kluby, które w ramach ćwiczeń i zadań zajmowałyby się na przykład renowacją w celu poprawienia swych kwalifikacji w transmutacji, czy też wyszukiwaniem odpowiednich antyuroków dla szpitali i opracowywaniem ich. Młodzież by się szkoliła w różnych dziedzinach, zdobywała solidne wykształcenie, a szkoła dzięki temu miałaby fundusze. Idealne rozwiązanie, jednakże potrzeba na to co najmniej pięciu lat. Te dzieciaki muszą się wiele nauczyć, zanim cokolwiek będą w stanie zrobić.

— Widzę, że dokładnie to sobie przemyślałeś. Nic nie mówisz o sponsorach. Zastanawiałeś się nad tym?

— Heh… — Harry zaśmiał się gorzko. — Oczywiście, mamy dwóch. Dwóch, rozumiesz? To jakaś żenada.

— I nikogo więcej? Może powinniście złapać jakąś grubą rybę, to przyciągnie innych.

— Malfoy.

— Idealnie! — Michael rozpromienił się i spojrzał na Harry’ego z uznaniem.

— Proszę cię, przynajmniej ty powinieneś zrozumieć moją awersję do tego drania. — Potter z rozczarowaniem zwiesił głowę.

— Kiedy idzie o interesy, prywatne animozje powinieneś odłożyć do najniższej szuflady — zganił go blondyn. — Nazwisko Malfoy się liczy. Draco swoją służbą na rzecz społeczeństwa oczyścił je praktycznie z wszelkiego błota. Poza tym, są najbogatszymi czarodziejami w całej Anglii, jeżeli pozyskasz kogoś takiego, inni od razu zwąchają dobry interes, bo skoro Malfoy w niego wchodzi to… — spojrzał na niego znacząco.

— Jesteś niczym Hermiona.

— Zawsze uważałem ją za niezwykle inteligentną kobietę. — Michael uśmiechnął się wyniośle.

— To cholerna Fretka! W dodatku Ślizgon!

— A teraz osobiście czuję się urażony. — Mężczyzna splótł ręce na piersi.

— Ty to co innego. — Harry spojrzał na niego przepraszająco.

— Wybacz kotku, ale Ślizgonem pozostaje się całe życie, nie wymażesz tego z mojej kartoteki.

— Czyli uważasz, że powinienem zgodzić się na jego propozycję?

— Złożył ci już propozycję? I ty ją odrzuciłeś?! Wiesz, Harry, czasami twoja głupota mnie zadziwia. — Blondyn pokręcił głową w niedowierzaniu. — Nie mówię, abyś od razu go uściskał i zaczął nazywać swoim najlepszym przyjacielem i zbawcą, ale kiedy dają forsę i kiedy ta forsa jest czysta, to nie przygląda się inicjałom widniejącym na portfelu, tylko bierze zanim się rozmyślą.

— Typowo ślizgońskie podejście.

— A jakie praktyczne!

— Dobra, powiedzmy, że zostałem przekonany. I co mam teraz zrobić? Fretka zapewne wiesza już na mnie psy, po tym jak niemal wystrzelił z mojego domu obrażony na cały świat tylko dlatego, że ja ośmieliłem się skalać go swą obecnością. — Harry zabębnił nerwowo palcami po blacie.

— Musisz z nim porozmawiać. To Malfoy, jakkolwiek by nie czuł się urażony, nigdy nie odrzuci czegoś, co pachnie pieniędzmi. Oczywiście najpierw wygłosi swój słynny monolog, zmiesza cię z błotem i sprowadzi do roli biedaka, któremu on i tylko on łaskawie może pomóc, ale w ostateczności się zgodzi.

— Brzmi optymistycznie — burknął Harry. — Już nie mogę się doczekać.


***



Przewidywania Michaela sprawdziły się w stu procentach. Harry w bezsilności zaciskał pięści, siedząc w wygodnym fotelu i patrząc na zadowoloną minę Malfoya, który kręcił się w swym obrotowym krześle, tuż za ogromnym biurkiem.

— Potter, naprawdę jestem niesamowicie wstrząśnięty faktem, że po tym jak mnie potraktowałeś, ośmieliłeś się prosić o audiencję.

Harry mocniej zagryzł zęby, aby nie wstać i nie przywalić durnej Fretce. Audiencję! Tylko on mógł to nazwać w ten sposób! Tak jakby był koronowaną głową, a biedny Potter właśnie przyczołgał się do niego na żebry. Sytuacji nie poprawiał fakt, że Złoty Chłopiec faktycznie tak się czuł .

— To bezczelne z twej strony, jednak rozumiem, że niektórzy z nas nie otrzymali starannego wychowania i nic nie mogą poradzić na swój brak dobrych manier. — Malfoy z udanym smutkiem pokiwał głową. Jak zauważył Harry, jego oczy miały kolor nieba w najbardziej pogodny poranek. Oznaczało to, że Ślizgon nie posiada się z radości, mając przed sobą Wybrańca, który sam przyszedł do niego z prośbą, którą notabene odrzucił jeszcze niecały tydzień temu.

— Taaak — westchnął przeciągle. — Pieniądze. Właściwie muszę się zastanowić, czy aby nie zadziałałem ostatnio pochopnie, proponując ci je. Widzisz, mój drogi… Mogę tak do ciebie mówić, prawda? — Zapytał Malfoy, jakby w ogóle brał pod uwagę jego zdanie. — Naprawdę praca nauczyciela to, jak sam mówiłeś, bardzo niewdzięczne zadanie. Uczniowie nigdy nie doceniają nakładu sił, które wkłada się w ich edukację. Sam nie wiem…

— Masz rację, Malfoy… — Harry z wysiłkiem rozwarł szczeki, aby się odezwać. — Dlatego uważam, że powinieneś być zadowolony z wysokiej pozycji w zarządzie szkoły. Posada nauczyciela nie jest tym, czego byś chciał, mogłaby zrujnować twoje delikatne zdrowie.

— Och, to bardzo wielkoduszne z twej strony, że tak się o mnie martwisz — zakpił Draco. — Jednakże ja zawsze lubiłem wyzwania. Uczyć te biedne dzieciaki, wprowadzać je w życie, nadać im kierunek, ukształtować młode umysły. Nie sądzisz, że to bardzo altruistyczne? Tak, tak, ta praca to powołanie, niemal misjonarskie! — Palec Malfoya wystrzelił do góry, a jasna skóra odbiła się na tle granatowej szaty. Harry z przerażeniem stwierdził, że Fretka wygląda, jakby właśnie miał wizję. Cholera, facet był nawiedzony!

— Eee… — mruknął lekko wystraszony. — Myślę, że jednak nie powinieneś aż tak się do tego zapalać.

— Wręcz przeciwnie, Potter, wręcz przeciwnie! — Blondyn wstał i zaczął chodzić po pokoju, powiewając swą arcydrogą szatą. — Myślę, że świetnie się do tego nadaję. Byłbym niekwestionowanym mistrzem we wprowadzaniu tych nieudaczników w świat pełen klasy, ogłady i manier. Mam podstawy sądzić, że większość zasad panujących w czystokrwistych rodzinach chyli się niestety ku upadkowi. Dlatego doszedłem do wniosku, że moim obowiązkiem jako patrioty i czarodzieja, jest odbudowanie tego świata z gruzów. Oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe.

Harry przymknął oczy, odpędzając wizję legionu małych aryjczyków, podobnych do Ślizgona, defilujących równym krokiem i wykrzykujących „Heil Malfoy!” Przerażające! Na samą myśl poczuł się chory.

— Oczywiście moja oferta nieco się zmieniła, przemyślałem parę spraw — kontynuował blondyn. — Mógłbym czuć pewien dyskomfort, przebywając w szkole pełnej Gryfonów. — Ostatnie słowo prawie wypluł. — Dlatego też uważam, że jako główny inwestor i… — zawiesił głos. — Zastępca dyrektora, powinienem mieć prawo głosu przy decyzjach związanych z zatrudnieniem odpowiednio wykwalifikowanej kadry.

— Zastępca dyrektora? Mój zastępca? — Ręka Harry’go odruchowo powędrowała do oczu, aby poprawić okulary, jednak ich tam nie znalazła. Ten ruch pojawiał się w chwilach ogromnego zakłopotania bądź niepewności i chłopak nie potrafił się go oduczyć.

— To chyba rozumie się samo przez się, prawda? — Draco spojrzał na niego jak na wyjątkowo tępą sklątkę. — Ty i ja poniesiemy największe koszta, w dodatku zaraz po tobie, będę miał ogromny wkład w otwarcie tej szkoły. Moja funkcja jako twojego zastępcy jest więc przesądzona.

— Na Merlina! Malfoy, nie zapędzasz się trochę? Owszem, rozumiem twój wkład, ale ty chcesz praktycznie rządzić tą szkołą! — Harry zaczął ogromnie żałować, że nie zabrał ze sobą Hermiony bądź Michaela, który co prawda nie miał z projektem nic wspólnego, jednak jako Ślizgon miał w sobie dość sprytu i inteligencji, aby nie dać się wywieść w pole temu arcydupkowi.

— Uważasz, że twoi przyjaciele będą ci mieli za złe, że to nie któregoś z nich zatrudniłeś? — Malfoy przystanął i oparł się o ścianę, splatając ręce na piersi i patrząc na niego ironicznie. — Widzisz Potty, o ile nie mogę odmówić ci tego, że pokonałeś Czarnego Pana i naprawdę jak nikt inny nadajesz się na posadę Obrony Przed Czarną Magią, o tyle mam naprawdę marne wyobrażenie co do twojej inteligencji. Kogo chciałeś zatrudnić na tę funkcję? Weasleya? Rozum Wiewióra mieści się na końcu jego różdżki, a i wtedy pozostanie jeszcze miejsce dla kurzu.

— Nie obrażaj Rona! — Harry zerwał się z fotela. — Jest lojalny, wierny i zawsze był przy mnie!

— Owszem, Potter, owszem. — Łaskawie zgodził się Malfoy. — Jednakże jego psia wierność wcale nie podnosi poziomu jego wiedzy. Powiedz mi, on ma tam uczyć, prawda? Byłbyś uprzejmy mnie oświecić, czego?

— Bdzietrnewałquidditcha — mruknął niewyraźnie Harry.

— Słucham?

— Będzie szkolił graczy w Quidditchu. Chcemy stworzyć drużynę juniorów.

— Sam widzisz. — Blondyn uśmiechnął się triumfalnie. — Nawet ty nie dałbyś mu posady nauczyciela ścisłego przedmiotu.

— To nie tak! — zaperzył się Złoty Chłopiec. — On się na tym zna! Kocha ten sport i będzie idealnym nauczycielem.

— Zgadzam się, jako trener na pewno się sprawdzi. Ba, jestem skłonny przyznać, że sprawdzi się doskonale, znając jego zamiłowanie do gry, jednak zastanów się przez chwilę. Odsuń na bok osobiste uczucia i powiedz szczerze — gdybyś miał mu dać inną pracę, to na jakim stanowisku?

Harry zamyślił się, nerwowo pocierając ręką kark. Ron jako nauczyciel… Mugoloznawstwo? Nie, nie znał się na tym. Zaklęcia? Hmm… nie był zły, ale nie był też orłem. Numerologia odpadała, bo w ogóle się jej nie uczył w szkole, eliksiry to już w ogóle porażka. Może opieka nad zwierzętami? Mowy nie ma, Ron panicznie bał się pająków i niektórych magicznych stworzeń. Cholera! Jakkolwiek kochał swego przyjaciela i naprawdę go doceniał, to jednak jeżeli sam by mu nie oddał Obrony, z której Weasley jako były auror był całkiem niezły, to niestety pozostawał tylko Quidditch lub nauka latania na miotle. Spuścił głowę zrezygnowany.

— Tak myślałem. — Draco pokręcił głową z udanym smutkiem. — Rozczarowujące, prawda?

— Pozostaje jeszcze Hermiona. — Potter postanowił tak łatwo nie dać za wygraną.

— Tak, to bardzo zdolna i inteligentna czarownica — zgodził się Malfoy ku jego zaskoczeniu. —Zastanów się jednak. Kto lepiej by się sprawdził w roli zastępcy? Dziewczyna mądra i inteligenta, ale nie znająca się zupełnie na pewnych zawiłościach rządzących światem czarodziei? Czy może mężczyzna wychowany od dziecka na dziedzica fortuny, uczony zarządzania i inwestycji? Młody, inteligentny, czarujący i przede wszystkim z odpowiednimi koneksjami, dzięki którym może doprowadzić szkołę do rozkwitu?

— Sprawia ci to przyjemność? — Harry opadł z powrotem bezsilnie na fotel.

— Słucham? — Blondyn spojrzał na niego zaskoczony.

— Pytam, czy cieszy cię pozbawianie mnie jakichkolwiek argumentów na ich obronę — warknął Potter.

— Bynajmniej. Przedstawiłem ci sprawy takimi, jakimi są i sam, jak widzę, zgodziłeś się ze mną. — Draco otworzył szufladę i wyjął z niej jakieś dokumenty. — Tutaj są papiery, które przygotował mój adwokat. Nie podpisuj niczego zanim się z tym dokładnie nie zapoznasz, to pierwsza zasada. Przeczytaj uważnie każde słowo, byś potem nie mógł powiedzieć, że czegoś nie wiedziałeś, lub że cię oszukano. Nie dotyczy to tylko mnie. Masz być dyrektorem ogromnej placówki. Musisz nauczyć się, że nikomu nie możesz ufać, a już na pewno nie osobie, która podsuwa ci do podpisania jakieś akta.

Harry skinął głową i przebiegł wzrokiem dość długi tekst.

— Mogę to zabrać do domu? Muszę przestudiować je w spokoju, a twój gabinet raczej się do tego nie nadaje.

— Oczywiście. — Draco wstał i skierował się do wyjścia, przy samych drzwiach odwrócił się jeszcze na chwilę i uważnie spojrzał na podążającego w kierunku kominka Harry’ego. — Potter… — mruknął. — Mimo wszystko mam nadzieję, że nasza współpraca będzie przebiegała spokojnie. Pomyśl nad tym dla dobra uczniów.

Złoty Chłopiec uniósł wzrok zaskoczony jego słowami i zerknął prosto w lekko zmrużone oczy mężczyzny. Miały kolor lekko zachmurzonego nieba. Nie pozostało mu nic innego jak skinąć twierdząco głową.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:20 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:26

Beta — Aubrey


VI



W mieszkaniu przy Grimmauld Place 12 od kilku minut panowała niczym nie zmącona cisza. Dwójka przyjaciół wpatrywała się w Harry’ego z zaskoczeniem i niedowierzaniem.

Kiedy oznajmił im, że porozmawiał z Malfoyem, a on zgodził się zostać sponsorem i nauczycielem, Hermiona podskoczyła na stołku i uściskała Harry’ego, wykrzykując, że zawsze wierzyła w jego racjonalizm i to, iż potrafił odłożyć swą niechęć na bok dla dobra całego przedsięwzięcia. Skwaszony Ron opuścił głowę, mrucząc pod nosem gratulacje i jednocześnie sprawiając wrażenie ciężko chorego na samą myśl, że będzie musiał widywać Fretkę częściej, niż by sobie tego życzył, a ściślej mówiąc… codziennie. Momentem przełomowym okazała się chwila, gdy Potter cichym głosem oznajmił im żądania Malfoya.

— Chyba się na to nie zgodzisz? — dzwoniące w uszach milczenie przerwał głos Weasleya.

— Nie widzę innego wyjścia — mruknął Harry ponuro.

— Ale… Ale myślałem, że to Mionka… — Ron nie mógł się wysłowić z powodu szoku, w jaki wprawiły go rewelacje przekazane przez przyjaciela.

— No, ja też tak myślałem — bąknął chłopak.

— To źle myśleliście. — Hermiona, która szybko otrząsnęła się z szoku, posłała im twarde spojrzenie. — Nigdy nie mówiłam, że mam aspiracje być wicedyrektorką. Owszem, kiedyś w przyszłości mogłabym się nad tym zastanowić, ale teraz? Wybacz Harry, ale Malfoy ma rację, do tego trzeba być odpowiednio przygotowanym.

— Ależ Mionka…

— Nie mionkuj mi tutaj, Ron — prychnęła. — Możemy go nie lubić, ale to Malfoy. Myślę, że do rządzenia był przygotowywany odkąd nauczył się chodzić, a jego pierwszym słowem zapewne był „knut” i to tylko dlatego, że słowo „galeon” było za długie. Cokolwiek nie sądzimy o Lucjuszu, doprowadził on fortunę Malfoyów do rozkwitu, miał głowę do inwestycji i na pewno przekazał tę wiedzę synowi. Zważ na to, że od czterech lat to Dr… Draco… — lekko zająknęła się przy jego imieniu, a Ron skrzywił się jakby połknął cytrynę. — Draco zarządza ich finansami i z tego, co piszą gazety, nigdy nie odnotował strat, przeciwnie, z każdym rokiem ich dochody regularnie rosną.

— No ale Malfoy! To jakby wpuścić lisa do kurnika! — Weasley spojrzał na Harry’ego, jakby u niego szukał pocieszenia. Niestety Potter wzruszył tylko ramionami, spuszczając głowę.

— Potrzebujemy pieniędzy.

— A ty? Wiesz, jesteś bogaty — próbował jeszcze rudzielec. — To nie to, żebym ci wypominał, ale fortuna Potterów i Blacków…

— Owszem, jestem — przyznał Złoty Chłopiec. — I gdybym chciał, leżałbym do góry tyłkiem przez całe życie. Jednak… — Uniósł rękę widząc, że Ron z zapałem kiwa głową. — Jednak to nie wystarczy. O ile dla mnie i dla pięciu innych osób byłoby tego dość, aby opływać w bogactwa, o tyle utrzymanie przez kilka lat całej szkoły z setkami uczniów i nauczycielami? Wybacz Ron, ale mimo wszystko nie jestem Rockefellerem.

— Kim? — Chłopak automatycznie przeniósł wzrok na Hermionę.

— John Rockefeller był najbogatszym człowiekiem w historii Mugoli — wyjaśniła spokojnie.

— Kurcze, taki to miał dobrze — westchnął z rozmarzeniem rudzielec. — Nie musiał nawet myśleć o kasie i dupkach pokroju Malfoya.

— Zapewniam cię, Ron, że ciężko pracował na swoje pieniądze. — Granger pokręciła głową. — Poza tym powinniście już przestać patrzeć na Draco przez pryzmat szkoły. — Tym razem jej głos nie zadrżał przy wymawianiu jego imienia.

— Nadal pozostaje synem Lucjusza.

— Który dzięki niemu przebywa w Świętym Mungu z mózgiem wypranym do białości.

— Bronisz go!

— Nie bronię! Po prostu patrzę na to wszystko obiektywnie, nie można wiecznie żyć przeszłością. — Dziewczyna wyglądała na mocno poirytowaną.

— A jeszcze niedawno wszystko wydawało się tak piękne. — Weasley przestał naciskać i jęknął, ukrywając twarz w dłoniach.

— Ron, po prostu postaraj się go zignorować. Pamiętaj, że ty pracujesz w terenie, a on przez cały czas będzie siedział w szkole. Poza tym nie musisz mieć z nim żadnych kontaktów.

— I nie zamierzam. — Chłopak potrząsnął rudymi włosami. — Lepiej niech nie wchodzi mi w drogę.

Harry odetchnął z ulgą. Najgorsze mieli już za sobą. Najbardziej bał się reakcji Rona, jednak chłopak najwyraźniej bardziej niż Malfoya, obawiał się Hermiony. Biedak sam nie wiedział, że już przepadł. Patrząc na tę dwójkę, Potter zastanawiał się, co powinno się wydarzyć, aby wreszcie odważyli się zrobić ten pierwszy z wielu kroków.

— Dzięki — mruknął. — Chyba bardziej denerwowałem się na rozmowę z wami niż z Fretką — przyznał lekko zażenowany.

— Pff — prychnęła Hermiona w rozbawieniu. — Nie takie rzeczy razem przeszliśmy, prawda?

— No — kiwnął głową Ron, po raz pierwszy tego wieczoru wyszczerzając zęby w uśmiechu. — Trzeba patrzeć na to pozytywnie.

— Pozytywnie? — Harry niepewnie zerknął na przyjaciela.

— Taa… Pomyśl, nasz trójka i Malfoy, sam i bez pleców tatusia. — Z boku doszedł ich cichy stukot. To Hermiona uderzała głową o blat w wyrazie bezsilności.


***



Osłony EmeraldFog nie drgnęły, gdy pewnego pięknego poranka dwóch mężczyzn aportowało się tuż przed bramą i spokojnie weszli w obręb szkoły.

Jasnowłosy młodzieniec z zadowoleniem wciągnął rześkie powietrze, pachnące morską bryzą. Pod jego stopami rozciągał się zielony dywan, a kamienna ścieżka wiodła w kierunku majaczącego w oddali zamku.

— Pięknie, prawda? To naprawdę wielka strata, że Dumbledore nigdy nie zapraszał tutaj gości.

— Chciałeś powiedzieć, że to niesłychane, aby stopa Malfoya nie stanęła nigdy na ziemiach jednego z najbogatszych i najpotężniejszych czarodziei stulecia — zakpił jego towarzysz.

— Och, zapewniam cię, Severusie, że to akurat zostanie nadrobione, bo przez najbliższy czas nie zamierzam opuszczać tego miejsca.

— Podekscytowany? — Czarne oczy spojrzały na młodzieńca z ciekawością.

— Pomyśl, ile tajemnic musi skrywać ta twierdza, ile nie odkrytych przejść, może nawet bogactw! — Delikatne rumieńce okrasiły blade policzki. Draco myślami już zwiedzał niezbadane dotąd przez niego korytarze i odkrywał ich sekrety.

— Cóż za młodzieńczy zapał. — Snape skrzywił się lekko, lecz nie było w tym niczego złośliwego.

— Zobaczysz, sam to poczujesz, gdy po raz pierwszy odkryjesz coś, co do tej pory było ukryte. — Chłopak poklepał go konfidencjonalnie po ramieniu.

— Jeszcze się nie zgodziłem. — Starszy czarodziej błądził wzrokiem po idealnym jego zdaniem ogrodzie, któremu jednakże daleko było do perfekcjonizmu, jaki gościł na terenach Malfoy Manor. O ile tam każda ścieżka była dokładnie wytyczona, każdy krzew miał swój odpowiednik po przeciwnej stronie, a każde drzewo zostało posadzone tak, aby nie zachwiać symetrii, o tyle tutaj panowało coś w rodzaju chaosu. Dzikie krzewy porastały okoliczne tereny, pomiędzy nimi kwitły kwiaty, a wonny powój wspinał się po gdzieniegdzie rozsianych posągach. Po lewej stronie majaczyły jakiejś ruiny, porośnięte mchem i ziołami, idealne miejsce dla ciekawskich dzieciaków. Z prawej strony drzewa dawały błogi cień w upalne dni, a pośród nich wił się wąski strumyk, który znikał gdzieś w głębi parku. Severus nigdy nie lubił geometrycznie zaprojektowanych ogrodów, jego zdaniem nie sprzyjało to wypoczynkowi, a wręcz przeciwnie, kierowało myśli w stronę dzieł sztuki. Zdecydowanie, to co zobaczył, podobało mu się. Na pierwszy rzut oka widać było, że wszystko tutaj jest zadbane i troskliwie wypielęgnowane, jednak bez zbytecznej ingerencji w naturę.

— Porównujesz? — Draco spojrzał na niego z zainteresowaniem.

— Trudno się powstrzymać. — Wzruszył ramionami, lecz nie wyraził swych myśli, nie chcąc urazić chrześniaka.

— Sprawia mi to ból, jednak muszę przyznać, że ten element nieładu bardziej do mnie przemawia niż ogrody mojej matki — mruknął młody Malfoy, zatrzymując się przed okazałą fontanną, zdobiącą środek ogrodu i z ciekawością zerkając w kierunku wejścia do labiryntu, które majaczyło w oddali.

— Nigdy bym nie przypuszczał, zawsze uważałem cię za perfekcjonistę. — Mistrz Eliksirów uniósł brew w wyrazie zaskoczenia.

— Jestem estetą, osobą wrażliwą na piękno natury, która doskonale rozumie, że pewien stopień nieujarzmienia jest czasami niezbędny.

— Zawsze wiedziałem, że różnisz się od swoich rodziców. — Severus wyciągnął przed siebie dłoń i pozwolił kroplom wody osiąść na gładkiej, lekko pożółkłej skórze. Odkąd przestał pracować jako nauczyciel, jego cera zyskała nieco opalenizny, której w głębi ducha Draco szczerze mu zazdrościł.

— W jakim sensie?

— Na pozór jesteś chłodny i nieprzystępny, typowy okaz idealnego Malfoya, ale płonie w tobie ogień, żywiołowość i radość życia. Coś, co nigdy nie było mocną stroną twoich rodziców.

— Czy to komplement? — Młodzieniec uśmiechnął się lekko. — Severusie, nie poznaję cię.

— Głupi gówniarz. Traktuj to jak chcesz. — Mężczyzna odwrócił się i ruszył w kierunku zamku. — Zobaczmy jak prezentuje się od środka.

— Wierzę, że wywiera odpowiednie wrażenie. Zobaczysz, szybko się tutaj zaklimatyzujesz. — Draco dogonił go i razem przeszli przez ogromne drzwi ozdobione herbem, na którym królował feniks.

— Jak mówiłem wcześniej, jeszcze nie podjąłem decyzji. Twoje argumenty niezbyt mnie przekonują.

— A więc mam nadzieję, że Potter stanął na wysokości zadania i chociaż raz nas czymś zaskoczy. — Malfoy pociągnął wuja za rękaw w kierunku schodów, jego zdaniem najprawdopodobniej prowadzących do lochów.


***



Sale eliksirów pomalowane były w kolorze bladej zieleni, lecz naturalna barwa kamienia pozostała zachowana przy łukach i sklepieniu. Dwa rzędy drewnianych ławek stały już przygotowane i czekające na uczniów. Duże, mahoniowe biurko i wygodny fotel zapraszały, aby usiąść i z wysokości katedry spojrzeć groźnie na krnąbrne dzieciaki. Pod ścianami ustawione były szafy, na półkach spoczywały poukładane równo ingrediencje potrzebne do nauki. Cynowe kociołki zostały schowane w dolnych szafkach, przy każdym leżała chochla i stał mały moździerz oraz deska do krojenia i ostry srebrny nożyk.

Z tyłu klasy znajdowało się obszerne zaplecze. Magiczne pochodnie zapewniały znakomite oświetlenie i zapalały się w momencie, gdy ktoś przekroczył próg. Tutaj stały też trzy długie stoły. Na jednym spoczywały różnego rodzaju kociołki, cynowe, blaszane oraz ze specjalnego stopu przystosowanego do eliksirów szczególnie żrących lub niebezpiecznych. Na drugim, w małych, szczelnie zamkniętych przejrzystymi wieczkami drewnianych miseczkach pyszniły się wonne zioła, a w szklanych słojach marynowały mniej przyjemne składniki. Trzeci stół służył do przygotowań i był praktycznie pusty, poza kilkoma ostrymi nożami, deskami i moździerzami. Wszystko to urządzone było ze znawstwem i dużą wiedzą o warzeniu eliksirów. Od razu było widać, że zajmował się tym ktoś, kto nie tylko znał tajną sztukę przyrządzania mikstur, ale też kochał to i doskonale wiedział, jak ustawić wszystko pod takim kątem, aby każda potrzebna rzecz znajdowała się w zasięgu ręki. W dodatku zastosowano tutaj wszystkie najnowocześniejsze udogodnienia, znane tylko Mistrzom Eliksirów.

Draco z rękami splecionymi na piersi uważnie przyglądał się swemu wujowi i przyjacielowi. Od razu wychwycił ten błysk pożądania w jego oczach, który wskazywał na to, że taką pracownią nigdy by nie pogardził i najchętniej od razu wypróbowałby działanie niektórych rzadkich składników, oglądanych teraz z niekłamanym zachwytem.

— Jak sądzę, kolejne drzwi prowadzą do prywatnych apartamentów profesorskich. — Blondyn otworzył łukowate przejście, za którym znajdowały się rzeczywiście komnaty przynależne Mistrzowi Eliksirów.

Pomieszczenia urządzone były ze smakiem i bez zbędnego przepychu. Mała, dobrze wyposażona kuchnia, gdzie w każdej chwili można było własnoręcznie zaparzyć herbatę, salon zaopatrzony w kominek, stół, sofę i dwa fotele oraz całkiem pokaźnych rozmiarów biblioteczkę, która od razu przykuła wzrok Snape’a, na koniec sypialnię z przyległą do niej łazienką.

— Hmm… — Severus usiadł na łóżku, z przyjemnością odnotowując jego miękkość i dość pokaźnie rozmiary.

— Och, proszę cię, nie rób takiej miny, przecież widzę, że jesteś zachwycony. — Draco usiadł obok niego i złapał go za rękę. — Zgódź się.

— Naprawdę, mój drogi… — Czarnowłosy czarodziej wysunął dłoń z uścisku i spojrzał spokojnie na swego chrześniaka. — Wszystko to bardzo piękne i nawet mógłbym pokusić się o pogratulowanie temu, kto się tym wszystkim zajmował, jednakże… Potter jako dyrektor? Nie sądzę.

— Pomyśl o tych wszystkich uczniach, przerażonych twarzach i rozszerzonych stresem oczach — kusił Draco. — Znowu mógłbyś się tym napawać, uczyć! Przecież wiem, że pomimo zapewnień, że nienawidzisz dzieciaków, kochasz przekazywać wiedzę o tajnikach sztuki warzenia. — Widząc błysk w oczach Severusa, kontynuował z jeszcze większym zapałem. — Poza tym, ja tutaj będę. Jestem jego zastępcą, członkiem rady! Pomyśl, co moglibyśmy zdziałać razem! Zostawisz mnie tutaj samego? Ktoś musi mi pomóc walczyć o prawdziwe tradycje, wychowanie tych głupków na porządnych czarodziei. Nie poradzę sobie sam. — Spuścił głowę, przymykając oczy w udanym smutku.

— Nie nabierzesz mnie, doskonale sobie poradzisz — parsknął krótkim śmiechem mężczyzna i podniósł się z posłania. — Jesteś wybitnym aktorem, jednak takie przedstawienia pozostaw dla naiwnego Pottera i jego świty.

— Jesteś jednym z inwestorów. — Draco chwycił się ostatniej deski ratunku. — Masz prawo głosu.

— Tak, bo przekonałeś mnie, abym zainwestował, a Wybraniec ten jeden raz wykazał się inteligencją i nie odrzucił mej oferty. Chociaż… Pozwolę sobie mniemać, że niejaka panna Granger wybitnie się do tego przyczyniła.

— Ta szla…

— Draco! — Severus spojrzał na niego karcąco. — Pamiętaj, że macie współpracować. Nie po to odwróciłeś się od Czarnego Pana i swego ojca, aby teraz powielać ich stereotypy — westchnął i z niesmakiem potrząsnął głową. — Widzę, że nie tyle potrzebny jestem, jak usiłujesz mnie przekonać, dzieciakom, co właśnie tobie, byś nie wplątał się znowu w coś kompromitującego. Pamiętaj, że jesteś tutaj zastępcą dyrektora, który notabene jest półgłówkiem i…

— Zawsze ceniłem sobie pańskie zdanie na mój temat — zimny głos przerwał mu tyradę, sprawiając, że Mistrz Eliksirów odwrócił się, gwałtownie powiewając szatami.

— Potter!

— Do usług. —Złoty Chłopiec skłonił się teatralnie. — Jak widzę, Malfoy, oprowadzasz rodzinę po swym nowym miejscu pracy. Naprawdę, nie posądzałem cię o taki sentymentalizm.

— Raczej oprowadzał mnie, jak słusznie pan zauważył, panie Potter, po moim nowym miejscu pracy. — Severus z rozbawioną miną obserwował reakcję Wybrańca, nie omieszkawszy przy okazji uchwycić radosnego wyrazu twarzy Draco.

Harry pobladł lekko i zacisnął usta. Wspomnienia zaatakowały go z pełną siłą. Znienawidzony nauczyciel miałby uczyć w jego szkole? Znęcać się nad kolejnym pokoleniem uczniów? Jego niedoczekanie! Już otworzył usta, aby kategorycznie sprzeciwić się tej decyzji, gdy nagle przypomniał sobie rozmowę, którą przeprowadził uprzedniego wieczoru z Hermioną. Dziewczyna była zaniepokojona brakiem odpowiednio wykwalifikowanego Mistrza Eliksirów, a co jak co, ale Snape był jednym z czterech najlepszych w tym fachu, o ile nie najlepszym. Jego innowacyjny eliksir przeciwko smoczym oparzeniom opiewały wszystkie gazety, a Charlie Weasley nawet kiedyś stwierdził, że dzięki niemu praca badacza smoków stała się bez porównania bezpieczniejsza i mniej bolesna. Z dumą pokazywał im przedramię, na którym do tej pory znajdowały się głębokie blizny. Dzięki pomocy eliksiru pozbył się ich, jego ręka na powrót odzyskała pełną sprawność, a skóra przybrała naturalny kolor. Posiadanie kogoś tak sławnego jak Severus Snape na pewno przyczyniłoby się do wzmocnienia renomy szkoły.

— Kiedy zamierzaliście mnie poinformować? — Warknął z irytacją.

— Właściwie, zanim wparowałeś tutaj uprzykrzając nam życie, mieliśmy iść do twojego gabinetu. — Draco spojrzał na niego złośliwie.

— Jak to dobrze, że możesz sobie darować już tę wizytę. — Potter odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia. — Możesz się rozpakować, Severusie. Mam nadzieję, że komnaty odpowiadają twoim standardom — mruknął, specjalnie nazywając Mistrza Eliksirów po imieniu. Cóż, może i zgodził się na zatrudnienie go w tej szkole, ale nich wie, iż to on tutaj rządzi.

— Oczywiście… Potter — prychnął Snape. — Nie omieszkam.

— Malfoy, chodź za mną, pokażę ci twoje apartamenty. — Harry nie czekając na blondyna, ruszył w kierunku bocznego wyjścia na korytarz, nie sprawdzając, czy mężczyzna podąża za nim.


***



Komnaty Malfoya mieściły się na czwartym piętrze, gdzie też znajdował się gabinet dyrektora oraz prywatne pokoje Harry’ego. Wprost ze schodów prowadził długi korytarz. Potter podszedł do jednego z obrazów, na którym namalowany był imponujących rozmiarów irlandzki smok. Jego łuski były białe, przechodzące na końcach w delikatny błękit. Stworzenie schyliło głowę i spojrzało uważnie na obu mężczyzn.

— Dyrektorze… — mocno ochrypły głos rozniósł się po holu.

— Lorcan, to pan Malfoy, mój zastępca. — Brunet wskazał dłonią na stojącego obok młodzieńca. — Od dziś będziesz strzegł wejścia do jego komnat. Wierzę, że będziesz mu oddany i nie przepuścisz nikogo, kto nie poda odpowiedniego hasła.

— Nawet ciebie? — zakpił Draco.

— Tak, nawet mnie. — Harry skinął głową. — Teraz wpuść nas, abym mógł pokazać wnętrza nowemu właścicielowi.

Smok spojrzał badawczo na Draco i rozpostarł skrzydła, najwyraźniej usatysfakcjonowany tym, co zobaczył. Po chwili obraz się przesunął odsłaniając wysokie, łukowate wejście.

Pokoje były cztery. W jednym, tak jak i w lochach, mieściła się nieduża kuchnia, drugi służył za salon, jednakże umeblowany był z o wiele większym przepychem. Ściany pomalowane zostały w kolorze ecrú, a bogato haftowane arrasy zdobiły lewą stronę pomieszczenia. Sofa i dwa fotele w odcieniu mlecznej czekolady zajmowały środek wnętrza, otaczając mały stolik kawowy. Wysokie okna wpuszczały imponującą ilość światła i wychodziły na morze, co od razu wywołało u Draco szybko stłumiony uśmiech. Boczne drzwi prowadziły do gabinetu, który urządzony był bardzo minimalistycznie, lecz jednocześnie prezentował sobą bardzo elegancki styl. Na blacie dużego, ręcznie rzeźbionego, cedrowego biurka stała mała lampka oliwna i przycisk do papieru. Skórzany, czarny fotel wydawał się bardzo wygodny. Z prawej strony wysoka biblioteczka wypełniona była po brzegi książkami, chociaż dwie najwyższe półki pozostały puste do dyspozycji właściciela. Pod oknem w dużej doniczce stała imponujących rozmiarów palma.

Draco przesunął palcem po blacie i rozejrzał się dookoła, przekładając przycisk na lewo.

— Pasuje?

— Nie jest to co prawa szczyt moich marzeń, ale może być. — Mężczyzna łaskawie skinął głową, nie chcąc zdradzić się z wrażeniem, jakie wywarły na nim dotychczas obejrzane pomieszczenia. — Co nam zostało?

— Sypialnia. — Harry wrócił do salonu i pchnął drzwi ukryte za czymś co wyglądało na barek.

Wystrój pokoju spowodował, że blondyn musiał odwrócić głowę, gdyż tym razem nie potrafił ukryć swego uśmiechu. Na środku królowało duże łoże, otoczone czterem kolumnami, które podtrzymywały baldachim w kolorze lodowego błękitu. Narzuta wykonana była z ręcznie haftowanej, połyskliwej materii i dominowała w niej biel, przecinana delikatnymi nićmi o barwie jasnoniebieskiej. Obok posłania stał mały nocny stolik, na którym leżała jakaś książka i stała kolejna lampka oliwna. Ogromna szafa zajmowała przeciwległą ścianę, a jej przód zdobiło lustro. Każdy mebel pokrywały misterne rzeźbienia i zawijasy. Okno otaczały story w takim samym kolorze jak baldachim, podłogę zaś zaścielały dwie skóry śnieżnych wilków. Wiszący z boku gobelin przedstawiał wzburzone morze, za nim ukryte były drzwi do łazienki.

— Kiedy przyślą twoje rzeczy? — Harry przerwał milczenie panujące w pokoju. — W sumie do rozpoczęcia roku zostały jeszcze trzy tygodnie, więc nie musisz się spieszyć.

— Och, doskonale rozumiem, że wolałbyś, abym zjawił się tu jak najpóźniej, jednakże chciałbym nadzorować zarówno postępujące prace, jak i nabór kadry. W końcu jako główny sponsor wolę wiedzieć, na co przeznaczasz moje fundusze.

Potter zacisnął pięści i spojrzał na niego z furią.

— Co do nauczycieli, chyba już sam się porządziłeś.

— Możesz być ignorantem, Potty, ale nie znalazłbyś bardziej wykwalifikowanego profesora od Severusa i nawet ty musisz sobie z tego zdawać sprawę. Wiele mnie kosztowało przekonanie go, więc może łaskawie doceniłbyś mój wysiłek.

— Doceniłbym, gdybyś najpierw skonsultował to ze mną — wysyczał Harry.

— Jakoś nie radziłeś się mnie, zatrudniając trenera Quidditcha i nauczycielkę numerologii — odciął się Draco.

— To było zanim podpisaliśmy umowę!

— Która gwarantuje mi prawo głosu w każdym aspekcie dotyczącym tej szkoły.

— Prawo głosu, nie podejmowanie samodzielnych decyzji. — Oczy Harry’ego zwęziły się ze złości.

— Nie podniecaj się tak, Potter, mózg ci się przegrzeje i możesz dokonać niemożliwego, czyli stać się większym idiotą niż jesteś. — Malfoy wyszedł z sypialni i ruszył w kierunku wyjścia. — Idę zwiedzić resztę szkoły. Idziesz ze mną, czy mam to zrobić na własną rękę?

— Idę, wolę wiedzieć, czego dotykają twoje arystokratyczne ręce. — Brunet wyminął go i wyszedł na korytarz.

— Zapewniam cię, Potty, że nikt jeszcze nie narzekał na mój dotyk — odciął się Draco, patrząc na niego wyzywająco. Harry, gdy dotarło do niego znaczenie słów, wciągnął ze świstem powietrze i odruchowo spojrzał na szczupłe dłonie Ślizgona. Ich skóra była jasna i wydawała się delikatna i miękka. Długie, smukłe palce zakończone były kształtnymi, lekko wypukłymi paznokciami. Prawą rękę zdobił rodowy sygnet Malfoyów, poza tym ku zaskoczeniu Pottera, Draco nie nosił żadnych innych pierścieni, w których tak lubowali się czarodzieje. Tak, to była idealna część ciała idealnego arystokraty. Wyobraźnia Złotego Chłopca podsunęła mu obraz tych dłoni, sunących po oliwkowej skórze i ostro z nią kontrastujących. Jakie to mogło być uczucie? Delikatne łaskotanie, czy może dotyk wywołujący dreszcze przyjemności?

— Napatrzyłeś się, Potter? — Rozbawiony głos Fretki przywrócił go do rzeczywistości.

— Jakbym nie miał nic innego do roboty — prychnął, dziękując w duchu za swą ciemną karnację, która skutecznie ukryła rumieńce.

Wysoko uniesiona brew Malfoya była bardziej wymowna niż tuzin słów.

Harry odsunął się na bok, umożliwiając Ślizgonowi poinstruowanie smoka o nowym haśle, odwrócił się plecami, udając zainteresowanie wiszącym na ścianie arrasem.

— Nie żebym był ciekawy, jednak dobrze byłoby wiedzieć, gdzie znajdują się twoje pokoje. — Głos Draco sprawił, że spojrzał na niego kątem oka.

— Po co ci to?

— Potter — sapnął mężczyzna. — Rozczarowujesz mnie. Jesteś dyrektorem tej placówki, w razie kłopotów kadra powinna wiedzieć, gdzie cię szukać.

Harry odsunął się i ruchem ręki wskazał na obraz znajdujący się dokładnie naprzeciwko komnat Ślizgona. Ku zaskoczeniu Malfoya prężył się na nim wąż chiński w kolorze ciemnego brązu ze złotawymi plamami.

— Zaskakujące — mruknął.

— Nie tak bardzo. — Potter uśmiechnął się, a Draco zorientował się, że był to pierwszy uśmiech, jaki widział u tego mężczyzny od czasów szkolnych. W dziwny sposób zmiękczał on rysy Gryfona i nadawał im bardziej młodzieńczego wyglądu.

— Nie rozumiem.

— Jestem wężousty, nikt nieproszony nie wejdzie, chociażby jakimś cudem poznał hasło. — Uśmiech Pottera poszerzył się.

— Jesteś paranoikiem. — Ślizgon pokręcił głową, jednocześnie czując pewien rodzaj podziwu i zazdrości.

— Stała czujność. — Harry wzruszył ramionami. — Więc jak, Fretko, gotowy na obchód włości?

— Prowadź — warknął Draco, udając, że nie słyszy znienawidzonego przezwiska.


***



Wieczór nastał szybciej, niż Draco się tego spodziewał. Zwiedzanie zamku zabrało mu kilka godzin. Coraz wyraźniej widział potencjał tej posiadłości, jej ogrom i przepych go fascynował. Ku jego zaskoczeniu, prace posuwały się całkiem sprawnie. Ogromna sala, w której uczniowie mieli spożywać posiłki, poniekąd przypominała mu Hogwart. Tak jak i w jego byłej szkole, stały tutaj cztery rzędy długich stołów, a na podwyższeniu znajdowało się miejsce dla kadry w kształcie półkola. Zarówno sufit, jak i dwie ściany były przeszklone, jednakże nie zostały one magicznie zmienione. Draco przez chwilę obserwował czerwony zachód słońca, który zamienił okoliczne wzgórza w płonące pochodnie. Późnym wieczorem, gdy jako jedyny postanowił zjeść tam kolację, z fascynacją przyglądał się gwiazdom i bezchmurnemu niebu. Doszedł do wniosku, że naturalny widok podoba mu się bardziej niż wiszące nad głowami świece. Pomieszczenie oświetlone było zręcznie ukrytymi pod powałą magicznymi lampami, które rzucały łagodne, nie rażące oczu światło.

Tuż przed dwudziestą jeden z skrzatów zameldował, że bagaże dotarły i znajdują się już w jego komnatach. Skinął głową i ruszył powoli w górę ruchomych schodów, które na szczęście nie miały tendencji do zawożenia wędrowców w najmniej spodziewane miejsca.
Nie przejmując się rozpakowywaniem, z eleganckiej walizki wyciągnął tylko pelerynę w perłowoszarym kolorze i narzuciwszy ją na siebie, skierował się w stronę kominka. Zielone płomienie buchnęły wysoko, gdy rzucił w nie garść proszku.

— Różany Dom — powiedział wyraźnie, zanim zniknął.

***


Mały domek, stojący na przedmieściach jednej z magicznych dzielnic, nie wyróżniał się niczym szczególnym poza tym, że otoczony był bujnym, różanym żywopłotem, który w upalne noce wydzielał upojny zapach, powodujący, że każdy kto przechodził obok, przystawał na moment, rozkoszując się aromatem kwiatów.

Z kominka w jednym z pokoi wyszedł młody mężczyzna i rozejrzał się dookoła.

— Victoria?

Z bocznych drzwi wyłoniła się postawna kobieta w szacie koloru brzoskwini.

— Pan Draco. — Uśmiechnęła się szeroko. — Już straciliśmy nadzieję, że pan się pojawi.

— Przecież obiecałem. — Odpiął pelerynę i przewiesił ją przez poręcz krzesła. — Jak się czuje Samuel?

— O wiele lepiej, eliksiry pomogły. — Przesunęła się, przepuszczając mężczyznę, który wąskim korytarzem udał się do jednej z sypialni znajdujących się na tyłach domu.

W niedużym, dziecięcym łóżku leżał chłopiec, wyglądający na około sześć lat. Jego twarz rozjaśniła się na widok przybysza.

— Przyszedłeś! — krzyknął, wyskakując z posłania i rzucając się w kierunku dorosłego.

— Ostrożnie, Sam, pamiętaj, że musieliśmy wyhodować na nowo kości twojej nogi, nie powinieneś jej przeciążać. — Malfoy przyklęknął i uważnie przyjrzał się dziecku.

— Nic mnie już nie boli, a Viki i tak nie pozwala mi wstawać. — Skrzywił się płaczliwie.

— I ma rację. — Draco wstał, usiadł na pościeli i poklepał ją ręką. — Kładź się z powrotem. — Uśmiechnął się, gdy dziecko posłusznie przykryło się kołdrą.

— Nudzi mi się, od trzech dni nigdzie nie wyszedłem — poskarżył się.

— I nie wyjdziesz przez kolejne trzy. — Malfoy spojrzał na niego surowo. — Może to cię nauczy, żeby nigdy nie uciekać przed nianią do lasu, zwłaszcza po zmroku.

— Ja nie uciekałem — oburzył się Samuel. — Szedłem za śmiechem.

— Sam, erklingi właśnie w ten sposób wabią dzieci — westchnął Ślizgon. — Mimo, że przypominają elfy, są bardzo niebezpiecznie. Na ogół żywią się niedużymi stworzeniami, jednak dzieci to ich ulubione danie. To naprawdę cud, że skończyło się złamaniem, mimo, że tak poważnym. Gdyby nie to, że wpadłeś do studni… — Draco zamilkł i wzdrygnął się na samą myśl o konsekwencjach, jakie mogłyby nastąpić po spotkaniu dzieciaka z tak krwiożerczymi istotami.

— Wiem… — Chłopiec spuścił głowę. — Więcej tego nie zrobię.

— Mam nadzieję. — Draco uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni małą książeczkę. — Przyniosłem ci coś do czytania.

— Super! — Sam podskoczył na łóżku, chcąc dosięgnąć prezentu.

— Nie „super”, tylko „dziękuję”. — Mężczyzna poprawił go automatycznie. — Co to za dziwny slang, arystokraci tak się nie wyrażają.

— Nie jestem arystokratą — dziecko chwyciło wreszcie książkę i zwycięsko zachichotało. — „Tajemnica trollowego wzgórza”! Suuper!

— Samuelu!

— No dobra, ekstra.

— Nie, nie ekstra, tylko wspaniałe, interesujące lub godne zapoznania się z fabułą. Skąd ty bierzesz takie słownictwo?

— Wszyscy tak mówią. — Malec wzruszył ramionami, przeglądając obrazki.

— Wszyscy to zwyczajny plebs, nie zapominaj kim jesteś.

— Skoro jestem arystokratą, to dlaczego nie mogę zamieszkać z tobą? — Chłopiec spojrzał na niego badawczo. — Inne dzieci mieszkają ze swoimi rodzicami.

— Sam, tłumaczyłem ci, że na razie to niemożliwe. — Malfoy uciekł wzrokiem i podniósł się z posłania. — Muszę już iść, postaram się odwiedzić cię jeszcze w tym tygodniu.

— A przyniesiesz mi coś? — Duże, błękitne oczy spojrzały na mężczyznę.

— Przyniosę. — Draco pochylił się i potargał ręką miękkie, platynowe kosmyki. — Obiecuję.

— Do zobaczenia, tato.

— Do zobaczenia… Synu.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:12 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:27

Beta — Aubrey


VII



Harry odłożył miotłę i przygładziwszy włosy, które ostatnimi czasy podrosły tak, że sięgały mu do ramion, przez co wydawały się mniej nastroszone, skierował się do pokoju nauczycielskiego.

Otworzył drzwi i omiótł spojrzeniem osoby siedzące przy długim stole.

— Pan Potter…

— Jak miło, że tak ważna osobistość raczyła zaszczycić nasze zgromadzenie — dokończył spokojnie Harry. — Daruj sobie, Severusie, znam to na pamięć. — Uśmiechnął się kpiąco i usiadł obok Rona, który wyglądał jakby zastanawiał się, czy scena, w której uczestniczy, nie jest aby kolejnym sennym koszmarem. — Jak widzę, wszyscy już są, możemy więc zacząć zebranie.

— Stary, co robi tutaj Snape? — Weasley szepnął mu do ucha, pochyliwszy się.

— Severus zgodził się objąć posadę profesora eliksirów w naszej szkole — poinformował go Wybraniec, nie troszcząc się o zniżenie głosu. Rudowłosy chłopak przełknął gwałtownie i pozieleniał lekko na twarzy.

— Nie musi się pan obawiać, panie Weasley. — Snape spojrzał na niego z wrednym uśmieszkiem. — Na szczęście pana już nie obowiązuje uczęszczanie na mój przedmiot. Ośmielę się stwierdzić, że dzięki temu uczniowie na lekcjach będą o wiele bezpieczniejsi.

Zielony kolor zastąpiła purpura, gdy Ron poczerwieniał lekko. Z boku dał się słyszeć stłumiony chichot. Snape, nie odwracając się, prychnął pod nosem.

— Panie Longbottom, pański śmiech jest nie na miejscu, zważywszy na to, że dzięki Merlinowi, rośliny nie mają tendencji do wybuchania i szklarnia to jedyne miejsce, gdzie być może nie okaże się pan przyczyną kolejnej spektakularnej katastrofy.

Neville spuścił głowę i wymamrotał coś pod nosem. Harry spojrzał ostrzegawczo na starszego mężczyznę.

— Chciałbym zauważyć, że chyba zapomniałeś, iż nie jesteśmy już twoimi uczniami i obrażanie nas nie będzie tolerowane.

— Najwidoczniej twoi przyjaciele poczuwają się do winy, skoro moje słowa ranią ich uczucia — prychnął Snape.

Zalegającą po jego słowach ciszę przerwał Draco, który do tej pory z rozbawieniem przysłuchiwał się tej wymianie zdań.

— Naprawdę, miło stwierdzić, że niektórzy nadal nie wyrośli z szkolnych uprzedzeń, to dowodzi, że niektórzy dorośli, a inni… cóż poziom szóstoklasisty nie jest powodem do dumy — wytrzymał spojrzenie jakim obdarzył go Potter i kontynuował — Niestety, zebraliśmy się tutaj z zupełnie innego powodu. Do rozpoczęcia roku pozostało naprawdę niewiele czasu, a kadra nauczycielska nadal nie została skompletowana — otworzył leżącą przed nim teczkę i wyciągnął z niej pergamin — Pozwolę sobie przypomnieć wszystkim, jakie przedmioty mamy już obsadzone, a co jeszcze przed nami.

Ceroo Quarion — Astronomia
Finch—Fletchley Justin — Mugoloznawstwo
Granger Hermiona — Numerologia
Longbottom Neville — Zielarstwo
Patil Parvati — Wróżbiarstwo
Potter Harry — Obrona Przed Czarną Magią
Snape Severus — Eliksiry
Weasley Ronald — Quidditch

Przerwał i spojrzał na Harry’ego.

— Centaur? Potter, nie wiedziałem, że masz znajomości wśród magicznych stworzeń.

— Hagrid mi go przedstawił. — Harry wzruszył ramionami. — Masz coś przeciwko?

— Absolutnie nie, wszyscy wiemy, że centaury są najlepsze, jeżeli chodzi o znajomość gwiazd. — Ku jego zaskoczeniu Draco przytaknął. — Nasza lista profesorów kończy się na mnie, postanowiłem, że będę prowadził zajęcia z zaklęć.

Rozejrzał się, jakby oczekiwał, że ktoś się sprzeciwi, jednak wszyscy zgodnie pokiwali głowami.

— Co więc nam pozostało? — Hermiona spojrzała w swoje notatki. — Historia Magii, Opieka nad magicznymi stworzeniami, nauka latania na miotle… — Zerknęła na Rona. — Tym mógłbyś zająć się ty, w końcu nauczyciel Quidditcha ma z tym wiele wspólnego.

— Jasne. — Ron uśmiechnął się szeroko. — Latanie to moja specjalność.

Harry spojrzał ostro na Malfoya, chcąc go powstrzymać przed wygłoszeniem jakiejś obraźliwej opinii, jednak młodzieniec nie wyglądał jakby miał zamiar to zrobić. Zanotował tylko nazwisko Weasleya i wyczekująco popatrzył na Hermionę, która spokojnie kontynuowała.

— Pozostaje nam zatrudnienie pielęgniarki i bibliotekarki oraz kogoś, kto podejmie się funkcji woźnego, i instruktora aportacji.

— Woźnego czy nadzorcy, panno Granger? — Snape bawił się piórem, przeciągając po nim palcem. — Sądzę, że jak na razie skrzaty zupełnie wystarczą. Och tak, wiem, że jest pani przeciwna wykorzystywaniu tych stworzeń, jednakże pozwólmy im robić to, co potrafią najlepiej. Przynajmniej dopóki pani nieustanna walka o ich wyzwolenie nie przyniesie efektów — dodał kpiąco, ucinając dyskusję zanim Hermiona zdążyła zaprotestować.

— Severus ma rację — zgodził się Draco. — Poza tym wyrażam sprzeciw co do zatrudniania instruktora aportacji. Jak na razie szkoła przyjmie tylko roczniki od jeden do trzy. Nauka aportacji zaczyna się na poziomie Owutemów, mamy zatem czas, aby o tym pomyśleć.

— Co z pilnowaniem uczniów nocą? — Ron odważył się wreszcie wtrącić do dyskusji. — Wszyscy wiemy, że nocnych wędrówek nie można uniknąć. Brak prefektów może utrudnić nadzór, a przecież sami nie będziemy się włóczyć po korytarzach, zwłaszcza mając lekcje następnego dnia.

— Zaklęcie monitorujące. — Hermiona spojrzała na Harry’ego. — Rzucimy je na dormitoria, będą utrzymywały się od godziny dwudziestej drugiej do szóstej rano. To wzmocni dyscyplinę, brak możliwości powrotu do pokoi po ciszy nocnej zniechęci uczniów do wędrówek o zakazanych porach.

— Co jeżeli ktoś nie zdąży? — Neville miał wątpliwości.

— Zaklęcie to wyłapie i w pokojach nauczycieli rozlegnie się alarm. — I na to panna Granger miała odpowiedź.

— Może ustalmy jakieś dyżury, nie ma sensu, aby alarm zrywał na nogi każdego profesora. — Draco dopisał coś na swoim pergaminie. — Kolejna kwestia. Podział na domy.

— Nie zgadzam się. — Hermiona pokręciła stanowczo głową. — To powoduje tylko wojny międzydomowe. Najważniejsza jest integracja.

— Więc chcesz wsadzić wszystkich do jednego worka? — Ślizgon spojrzał na nią z niechęcią. — Odrzucam.

— Malfoy, chcesz aby na korytarzach odbywały się takie demonstracje jak w Hogwarcie? Nie pamiętasz co się działo pomiędzy Gryfonami, a Ślizgonami? My dwaj wystarczymy za przykład. — Harry był podobnego zdania co jego przyjaciółka.

— Potter… — Draco westchnął i przymknął oczy, jakby zbierał siły do konfrontacji. — Chodziłeś do mugolskiej szkoły, prawda? — spojrzał badawczo na bruneta.

— Owszem… — Złoty Chłopiec postanowił zachować ostrożność. W końcu nie wiadomo, co Fretce chodzi po głowie.

— A więc jak nikt powinieneś wiedzieć, że nawet tam uczniowie wybierają tak zwane profile, w których czują się najlepiej, aby szkolić umiejętności, w których są najzdolniejsi.

— To prawda — niechętnie przyznał Potter. — Jednak co to ma do podziału na domy?

— Każdy człowiek ma indywidualne cechy charakteru, nie możesz zamknąć wszystkich w jednej klatce. Wywołasz większą burzę, niż w ogóle możesz pomyśleć. — Draco pochylił się w jego kierunku, tłumacząc mu jak dziecku. — Zamknij w jednym miejscu tchórzy, odważnych, podstępnych, intelektualistów i nieuków, a od razu powstaną obozy. Doprowadzisz do prześladowań, kłótni i awantur.

— To samo będzie się działo, jeżeli podzielimy ich na domy. — Harry nie wyglądał na przekonanego, a Hermiona gorliwie pokiwała głową.

— Owszem… Ale wtedy przynajmniej będą oddzieleni, nie będziesz musiał czuwać nocami nad snem jakiegoś biedaka, na którego uwzięli się uczniowie o bardziej rozwiniętym hmm… darze przekonywania. Awantury w ciągu dnia możemy ucinać, lecz nie zapanujesz nad wszystkim przez całą dobę.

Harry zastanowił się nad argumentami Malfoya. Ślizgon miał rację, nie mogli mieć pieczy nad wszystkim w każdym momencie. Spojrzał pytająco na Rona.

— Też jestem za podziałem na domy — niechętnie przyznał Weasley, nie patrząc przy tym na Hermionę.

— Ależ Ron! — Dziewczyna wyglądała, jakby poczuła się zdradzona.

— Mecze Quidditcha — mruknął rudzielec.

— Och… — Potter od razu zrozumiał tok myślenia przyjaciela. Jeden dom uniemożliwiał rozgrywki, a to raczej nie mieściło się w głowie Harry’ego. Quidditch był priorytetem i nie wyobrażał sobie istnienia magicznej szkoły bez niego. Poza tym chcieli w przyszłości szkolić drużynę juniorów, której członkowie mieliby szanse na dostanie się do narodowej reprezentacji, a to wymagało naprawdę dużo pracy.

— Widzę, Potter, że poczułeś się przekonany. Może powinniśmy poddać temat pod głosowanie? — Odezwał się Severus, patrząc rozbawiony na nieszczęśliwą minę Hermiony.

— Nie ma potrzeby — warknęła. — Chyba jasne jest, że tylko ja jestem przeciwna temu pomysłowi.

— A więc wszystko jasne. — Profesor wyprostował się na krześle. — Teraz zastanówmy się, jak chcecie przeprowadzić podział.

Wszyscy nagle spojrzeli w kierunku Draco, jakby miał on już z góry wszystko zaplanowane. Jednakże młodzieniec potrząsnął głową.

— Nie zastanawiałem się nad tym.

— Świetnie — prychnęła Granger. — Kolejny problem.

— Nie denerwuj się, Miona… — Ron spojrzał na nią przepraszająco. — Na pewno coś wymyślimy.

— Jasne. — Przewróciła oczami i zaciekle zaczęła coś notować.

Przez chwilę w komnacie panowało milczenie, każdy zastanawiał się nad rozwiązaniem. Jak się okazało, to co wydawało się proste, naprawdę wymagało przemyślenia.

Hogwart od początku nie miał takich problemów, założyło go czterech wybitnych magów, domy zostały utworzone od ich nazwisk i przetrwały w tym stanie przez wieki. Tutaj niestety nie mieli takiej opcji, przecież nie nazwą domów Potter, Malfoy czy Granger. Zakłopotane spojrzenia mówiły wszystko. Nikt nie miał pomysłu.

— Może od trzech podstawowych kolorów? Żółty, czerwony i niebieski? — Odezwał się w końcu Neville.

— Odpada — westchnął Ron. — Muszą być co najmniej cztery drużyny, trzy nie pasują do rozgrywek.

— Nie wierzę, że patrzymy na podział domów pod kątem Quidditcha. — Hermiona była zdegustowana.

— No sorry, ale to ja prowadzę te zajęcia i muszę brać pod uwagę dobro zawodników — zaperzył się Weasley.

— Oczywiście, bo jakże by inaczej.

— Masz lepszy pomysł?

— W tej chwili nie — warknęła.

— No widzisz. — Uśmiechnął się zwycięsko.

— Właściwie to nic nie widzę! — Zmrużyła oczy, patrząc na przyjaciela jak na wyjątkowo wredną sklątkę.

— Nie kłóćcie się. — Harry spojrzał na nich ostrzegawczo. Dobrze wiedział, że Ron i Hermiona od jednego słowa potrafią wszcząć awanturę, której nie powstydziliby się najgorsi wrogowie. Nie miał zamiaru doświadczać tego w obecności Malfoya i Snape’a. Neville był przyzwyczajony.

Jak na razie spotkanie przebiegało spokojnie i ku jego zdumieniu, zarówno Draco jak i Severus nie obrazili jeszcze nikogo, nie rzucili klątwy ani nie doprowadzili do niczego równie niebezpiecznego.

— Może cztery strony świata? — podsunął niechętnie blondyn.

— Wschodni, zachodni, północni i południowcy? — Spytał Severus, patrząc na niego spod oka.

— Masz rację, to głupi pomysł — przyznał Draco, a Harry ze zdumieniem zauważył, że chłopak nie wyglądał na urażonego, a raczej rozbawionego własnym niepowodzeniem. Czyżby Malfoy przy swoim ojcu chrzestnym nie był aż takim dupkiem?

— Cztery pory roku? — Hermiona wreszcie dołączyła do pozostałych, dochodząc do wniosku, że skoro sprawa domów i tak została przesądzona, to przynajmniej weźmie udział w dyskusji. Stanowczo nie lubiła być pomijana.

— Niezłe… — Potter oparł głowę na ręce, przybierając bardziej rozluźnioną pozę. — Jednak krzywdzące dla tych, którzy trafią do domu lata, wtedy są wakacje.

— Zgadzam się. — Snape zabębnił palcami po blacie.

— Merlinie, to trudniejsze niż myślałem — westchnął Malfoy.

— A może cztery żywioły? — Ron spojrzał na nich pytająco.

— Żywioły? — Harry przeczesał palcami włosy. — No w sumie…

— Niezłe, Weasley. — Draco kiwnął aprobująco głową.

— Jestem pod wrażeniem — przyznał Snape, a Ron pokraśniał z zadowolenia, rzucając pełne dumy spojrzenie w kierunku Hermiony, która prychnęła i wbiła wzrok w stół. Przecież to było takie proste, dlaczego ona na to nie wpadła? Westchnęła i zrugała się w duchu. Powinna pogratulować Ronowi, a struga fochy.

— Gratuluję, Ron. — Podniosła głowę i uśmiechnęła się lekko, na co uśmiech chłopaka — o ile to było możliwe — stał się jeszcze szerszy.

— A więc żywioły… — Malfoy przez chwilę notował coś szybko, po czym odłożył pióro i przeczytał.

ziemia — Terra — spokojni, stali, opanowani, altruiści, ciepli, przyjaźni
ogień — Ignis — żywiołowi, porywczy, gorący, namiętni, gniewni, zdolności przywódcze
woda — Aqua — cierpliwi, wytrwali, chłodni, niebezpieczni, podstępni
powietrze — Aeris — energiczni, nieprzewidywalni, dynamiczni, metodyczni, niecierpliwi.

Spojrzał na pozostałych.

— Co o tym sądzicie?

— Dobre — mruknął z podziwem Ron.

— Szybki jesteś. — Hermiona też odłożyła pióro, dochodząc do wniosku, że i tak nic więcej by nie dodała.

— Człowiek uczy się przez całe życie. — Wzruszył nonszalancko ramionami, łaskawie przyjmując entuzjazm pozostałych. — Jako wzór proporców proponuję szafirowe tło z magicznymi symbolami żywiołów.

— Dlaczego akurat szafirowe? — Neville spojrzał na niego pytająco.

— Na takim tle jest sztandar szkoły, prawda?

— Nie, na czerwonym z lwem. — Harry pokręcił głową.

— Co ty bredzisz, Potter, wyraźnie widzieliśmy wczoraj proporce powiewające na flankach. Feniks na szafirowym tle. — Draco wstał i podszedł do okna, skąd widać było zachodnią wieżę z umieszczonym na jej czubku sztandarem. — Zresztą sam zobacz.

Harry, Hermiona i Ron poderwali się i spojrzeli we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, na iglicy powiewał proporzec ze złotym feniksem. Zerknęli po sobie w zdumieniu.

— Jakim cudem!? — Wyjąkał Potter. — Kiedy tutaj przybyliśmy, był to na pewno lew.

— Ignoranci. — Severus poprawił się na krześle, strzepując niewidzialny pyłek ze swej czarnej szaty. — Symbol reprezentujący zamek jest przydzielany magicznie i dostosowuje się do jego właściciela. Godłem rodu Dumbledore rzeczywiście był lew na czerwonym tle. Najwyraźniej… — Spojrzał na Złotego Chłopca z wyraźnym zainteresowaniem. — Zmienił się on wraz z panującym. Feniks to jedno z najpotężniejszych magicznych stworzeń. Nie sądzę, abyś zdawał sobie sprawę z tego, jakim zaszczytem jest posiadanie jego wizerunku jako symbolu rodu.

— Ale dlaczego właśnie on? — Do Harry’ego nadal nie docierało to, że właśnie ognisty ptak jest od tej pory jego godłem. W ogóle szokiem było to, że on ma własny sztandar. Nigdy nie posiadał żadnego i ciężko było mu się do tego przyzwyczaić.

— Znak reprezentujący ród pokazuje poziom magiczny jego założyciela — mruknął niechętnie Snape. — Obwieszcza wszystkim, jaką potęgą dysponuje patriarcha.

— No, to normalne, że Harry jest potężny, w końcu pokonał Czarnego Pana. — Ron się wyszczerzył.

— Nie jestem potężny. — Wybraniec spłonił się lekko. — Bez waszej pomocy niczego bym nie dokonał.

— I tutaj się zgadzamy, Potter. — Malfoy wyprostował się i wrócił do stołu. — Jeżeli już przestaliście się zachwycać Panem Jestem Wielkim Magiem, może powrócimy do dyskusji? — Warknął. Symbolem jego rodziny był smok, a dokładniej Rogogon Węgierski. Do tej pory był dumny z posiadania herbu z tak potężnym stworzeniem, jednak w tym momencie buzowała w nim złość. Złoty Chłopiec znowu go w czymś przerósł. Nienawidził tego.

— Ktoś tutaj jest zazdrosny — zamruczał pod nosem rudzielec.

— Zamknij się, Weasley — syknął. — Rozmawialiśmy o symbolach domów.

— Więc szafirowe tło — przytaknęła Hermiona. — Wytłumacz, o co chodziło ci z magicznymi symbolami.

— Chciałbym, aby się poruszały. — Machnął różdżką i przed ich oczami zajaśniał wizerunek sztandaru, na którego ciemnym tle niczym diament migotała kropla wody. — Coś takiego.

— Piękne — zachwycił się Neville, a Draco spojrzał na niego z politowaniem.

— Oczywiście, że piękne, sądzisz, że stworzyłbym coś pośledniego? — Prychnął, a obraz zniknął gdy opuścił różdżkę. Harry uśmiechnął się pod nosem i tak jak przedtem blondyn, wyczarował obraz sztandaru z płonącym symbolem ognia. Snape skinął łaskawie głową i przywołał flagę z opalizującą bryłą granitu. Hermiona przygryzła wargę. To było coś jak rywalizacja, każdy chciał się wykazać. Spojrzała na Rona, który wypiął się dumnie i stworzył ostatni z symboli — wir, przypominający trąbę powietrzną w ruchu.

Neville zaklaskał.

— Mamy sztandary czterech domów. Kto je wykona?

— Zajmę się tym. — Hermiona postanowiła się wreszcie wsławić. — Skoro wiem, jak mają wyglądać, nie będzie z tym problemu.

— Uff… — Harry odchylił się na krześle. — Zrobiliśmy dziś więcej niż myślałem. Mamy coś jeszcze w planach, czy możemy zakończyć posiedzenie?

Ron spojrzał w kierunku okna, gdzie słońce chyliło się ku zachodowi. Siedzieli już tutaj od kilku godzin i czuł się głodny, chociaż nie mógł zaprzeczyć, że energia rozsadzała go od środka. Do tej pory nie mógł uwierzyć, że przebiegło to wszystko tak spokojnie i bez wzajemnego obrzucania się błotem. Nawet nie czuł teraz tak wielkiej niechęci do Malfoya i Snape’a jak dawniej. Czyżby wszyscy dorośli?


***



Harry leżał w swojej sypialni, wpatrując się w baldachim. Jego twarz zdobił uśmiech pełen satysfakcji i poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Od dawna tak się nie czuł, jakby nagle świat stanął przed nim otworem, a wszelkie zmartwienia uciekły w niebyt. Miał poczucie, że ta piątka ludzi, którzy dziś razem z nim podejmowali decyzje, potrafi przetrzymać wszystko i zjednoczyć się dla dobra szkoły.

Mógł nie lubić Malfoya, czuć odrazę do Snape’a, ale dziś… Dziś odniósł wrażenie, jakby ktoś stopił lód, który nie pozwalał im na normalne porozumienie. Nie był już uczniem, nie musiał obawiać się Severusa. Nie istniał Voldemort, który przez siedem lat stawiał jego i Draco po przeciwnych stronach, chociaż w końcu chłopak i tak podjął słuszną decyzję i wstąpił do Zakonu Feniksa.

— Draco — wyszeptał cicho i zachichotał w poduszkę. Nie było tak strasznie, nie nastąpiło żadne trzęsienie ziemi ani sufit nie runął mu na głowę. — Draco, Draco, Draco — powtórzył kilka razy, wyszczerzając się radośnie. Po raz pierwszy wymówił imię swego odwiecznego rywala bez nienawiści, bez przykrych uczuć i bez chęci utopienia go za samo istnienie.
Tak, teraz widział to dużo lepiej. Może nie mogli być przyjaciółmi, bo w końcu kto by wytrzymał z Malfoyem, ale na pewno nie musieli już być wrogami. Może nawet mógłby polubić tego arcydupka?

Panie Potter, Draco Malfoy do pana. — Z salonu dobiegł go syk węża.

Wpuśśść go — zawołał. Wstał szybko i zapiął guziki rozchełstanej koszuli. Wszedł do pokoju, po którym krążył Ślizgon.

— Co jest? — Zapytał, wymownie patrząc w okno, za którym księżyc oświetlał niebo.

— Potter, w mojej sypialni coś się tłucze! — Malfoy oparł ręce na biodrach i spojrzał na niego z wściekłością.

— Tłucze? — Harry przekrzywił głowę, przyglądając się szarej, połyskliwej materii, z której uszyty był szlafrok mężczyzny.

— Zrobiłeś to specjalnie! — Wysyczał Draco. — Dałeś mi nawiedzony pokój!

— Oszalałeś? — Złoty Chłopiec patrzył na niego jak na wariata. — Może i w tym zamku są duchy, ba na pewno jakieś są, ale widziałeś kiedyś zjawę robiącą hałas? A może jeszcze pobrzękiwała łańcuchami? — Zakpił.

— To nie jest śmieszne — warknął młodzieniec, chwytając go za nadgarstek i ciągnąc w kierunku wyjścia.

— Dokąd mnie wleczesz?! — Harry usiłował się wyrwać, jednak szczupła i wyglądająca na delikatną dłoń trzymała go w żelaznym uchwycie. Po chwili byli już w sypialni Ślizgona. — A teraz zamknij się i słuchaj!

Harry rozejrzał się po komnacie, w której panowała zupełna cisza, i wywrócił oczami.

— Nic nie słyszę.

— Zamknij się, mówię!

— Ale… — W tym samym momencie nad ich głowami rozległ się przeraźliwy rumor. Draco mocniej zacisnął rękę na jego nadgarstku i, o ile to możliwe, jego twarz stała się jeszcze bledsza niż zwykle.

— Słyszysz? — Wyszeptał.

— Nie jestem głuchy. — Wybraniec zacisnął zęby, aby nie wybuchnąć śmiechem. — To ghul — wyjąkał, usiłując powstrzymać chichot. W czasie gdy sypiał w Norze, zdążył się przyzwyczaić do takich dźwięków i nie były one dla niego niczym dziwnym. Najwyraźniej jednak Malfoy miał co do tego zupełnie inne zdanie.

— Nienawidzę ghuli, zrób coś z tym! — Blondyn w końcu wypuścił jego rękę, a Harry rozmasował ją, czując jak zdrętwiała.

— Te stworzenia nie są niebezpieczne. — Ruszył za nim, widząc jak ten pospiesznie wycofuje się do salonu. — Zamieszkują piwnice lub strychy, robią dużo rabanu, ale nic poza tym.

— Pozbądź się go! — Draco oparł się o ścianę. — Nie będę spał w sypialni, nad którą mieszka coś tak obrzydliwego.

— Jesteś przewrażliwiony.

— Też byś był na moim miejscu. — Draco objął się ramionami, jakby usiłował się przed czymś bronić. — Kiedy byłem mały, zatrzasnąłem się na strychu, na którym mieszkał ghul. Było ciemno, zimno i nie mogłem wyjść, a on przez kilka godzin ciskał we mnie różnymi przedmiotami i jęczał… Jęczał jak potępieniec. Dopiero późno w nocy znalazł mnie jeden ze skrzatów. — Spojrzał na Harry’ego ponuro. — Śmiej się, Potter, ale od tej pory mam uraz do tych stworzeń.

Harry przyglądał mu się przez chwilę w milczeniu. Znał uczucie strachu, do tej pory odczuwał lęk przed ciasnymi pomieszczeniami. Mieszkanie w komórce pod schodami zrobiło swoje i teraz jako dorosły człowiek cierpiał na lekką klaustrofobię. Bynajmniej nie miał zamiaru się śmiać.

— Twoi rodzice na pewno przegonili go potem — mruknął pocieszająco.

— Matka dała mi szlaban za to, że nie zjawiłem się na kolacji, na której w tym czasie podejmowali ministra — prychnął Malfoy. — Przez miesiąc nie mogłem latać na miotle. I nie, nie przegonili go. Ojciec był zdania, że powinienem hartować swój charakter i przez kolejne tygodnie codziennie musiałem spędzać tam godzinę. Wyjazd do Hogwartu zakończył ten trening osobowości.

— Cholera… — Harry potarł dłonią czoło i sam podskoczył, gdy nad jego głową rozległo się zawodzenie stworzenia. — Wychodzimy stąd. Obiecuję, że się tym zajmę. Dziś prześpisz się u mnie.

— Potter, nie mam zamiaru spać z tobą w jednym łóżku! — Malfoy pokręcił przecząco głową.

— Będziesz spał na kanapie. — Brunet wepchnął go do swej komnaty, a obraz zasunął się za nimi cicho.

— Nie będę spał na kanapie! Rano wstanę obolały, moje ciało nie jest przyzwyczajone do takich plebejskich warunków. — Draco krytycznie spojrzał na wygodną sofę w kolorze jasnego beżu.

— Malfoy, nie wybrzydzaj, bo wrócisz do siebie! — Harry stwierdził, że przestaje mu być żal chłopaka i zaczął czuć irytację.

— Nie ma mowy! Odstąpisz mi swoją sypialnię. — Blondyn wyminął go i ruszył w kierunku komnaty.

— Zapomnij, nie mam zamiaru zasypiać jutro ze świadomością, że twój arystokratyczny tyłek gniótł moje prześcieradło. — Potter wpadł za nim do pomieszczenia i odgrodził go od łóżka, rozłożywszy ramiona.

— Bronisz go jak niepodległości — prychnął mężczyzna, rozglądając się dookoła. — Dlaczego twoja sypialnia jest zielona?

— Tak się składa, że lubię ten kolor. — Harry opuścił ręce i spojrzał na niego wyzywająco.

— To barwy Ślizgonów. — Brew Malfoya powędrowała do góry.

— Kolor to kolor i nie ma nic do rzeczy, czyje pokoje zdobił w Hogwarcie.

— Dobra, to co z tym łóżkiem? — Draco zerknął na posłanie ponad jego ramieniem.

— Kanapa! — Chłopak wyciągnął rękę i wskazał mebel znajdujący się za plecami blondyna.

— Jestem twoim gościem.

— I dlatego śpisz w pokoju gościnnym. — Harry się wyszczerzył.

— Zapamiętam ci to, Potty. — Ślizgon odwrócił się i ruszył w kierunku kanapy. Po chwili w pokoju z głośnym „pyk” aportował się skrzat, który szybko umieścił na niej poduszkę oraz świeży komplet pościeli, po czym ukłonił się i znikł równie szybko jak się pojawił.

— Dobrej nocy, Malfoy — zawołał Harry, wchodząc pod kołdrę. Z pokoju dobiegło go burknięcie.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:21 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:28

Beta — Aubrey


VIII



Budynek przy boisku do Quidditcha pomalowany został na jasny brąz, a tuż przed nim ktoś przezorny postawił kilka ławek i przymocował do ściany uchwyty na miotły. Draco wszedł do środka i rozejrzał się z ciekawością. W pierwszym pomieszczaniu znajdowały się szafki na ubrania i dwie umywalki. Dalej przechodziło się do łazienki, gdzie mieściło się kilkanaście kabin prysznicowych, zasłoniętych kremowymi kotarami. Malfoy z zadowoleniem pokiwał głową. Nigdy nie lubił publicznych łaźni, minimum prywatności było jego zdaniem koniecznością. Wyszedł i skierował się do bocznego pokoju, który najprawdopodobniej był składzikiem na miotły. Nie pomylił się, przestronne pomieszczenie zajmowały wieszaki ze strojami do gry, pod przeciwległą ścianą stało kilkadziesiąt nowych mioteł. Na środku, przy dużym stole siedział Weasley i coś robił ze starym Nimbusem 2002, kilka innych egzemplarzy leżało obok niego na podłodze.

— Rozumiem, że budżet mamy napięty, ale naprawdę, jak to sobie wyobrażasz? Połowie zawodników dasz nowy sprzęt, a resztę wyposażysz w starocie? — Zapytał z przekąsem.

Ron poderwał głowę i rzucił mu nieprzyjazne spojrzenie, po czym na powrót zajął się swą pracą. Kilka machnięć różdżką i splątane witki wyprostowały się, a chłopak szybkim ruchem okręcił je specjalnym sznurkiem, po czym za pomocą kolejnego czaru zamocował go na stałe.

Draco przyglądał mu się z zaskoczeniem, a rozbawienie przeszło w podziw, gdy po pięciu minutach rudzielec odstawił miotłę obok umieszczonych pod ścianą nowych Nimbusów. Odwrócił się w kierunku blondyna i spojrzał na niego z rozbawieniem.

— Jeszcze jakieś pytania, Malfoy?

— Nie są nowe… — stwierdził Draco, podchodząc bliżej i chwytając jedną z nich.

— Nie, są tylko naprawione i po rzuceniu odpowiednich zaklęć ochronnych będą idealne dla początkujących graczy.

Schylił się, by sięgnąć po kolejną miotłę i z sykiem cofnął rękę. Ze stołu wziął różdżkę i…

Ostende! — Nawet Malfoy musiał zauważyć ciemną aurę, która otoczyła przedmiot, falując lekko. Zerknął na Weasleya. Rudzielec uważnie przyglądał się miotle, po czym wstał i wyciągając różdżkę i dłoń nad przedmiotem, zaczął szybko mamrotać jakieś formułki w takim tempie, że Ślizgon nie mógł nadążyć ze zrozumieniem. Miotła zatrzęsła się i aura z cichym sykiem skumulowała się w kulę, po czym zniknęła.

— Cholerne klątwy — mruknął Ron, chwycił przedmiot i wyszedł z nim na dwór, a Draco podążył za nim w milczeniu. Rudzielec wsiadł na miotłę i oderwał się od ziemi. Blondyn ze zdumieniem patrzył, jak ten wznosi się coraz wyżej, wykonuje kilka pętli, po czym spokojnie opada na dół.

— Co robiłeś?

— Sprawdzałem czy jest bezpieczna. Jakiś gnojek rzucił na nią klątwę wysokości. Osoba, która wsiadłaby na nią i wzniosła się powyżej dwudziestu metrów, zostałaby zrzucona.

— Nie rozumiem, po co tak ryzykujesz. — Draco pokręcił głową nad głupotą Wiewióra.

— Lepiej ja niż jakiś dzieciak, prawda? — Ron spojrzał na niego ze znużeniem.

— Nie byłoby bezpieczniej ją spalić? Przynajmniej miałbyś pewność, że nikogo już nie skrzywdzi.

— Jasne — zakpił Weasley. — Widzisz, Malfoy, niektóre przeklęte przedmioty mają swoją unikalną wartość. Każdy auror musi znać antyuroki oraz rozpoznawać rodzaj przekleństwa. Po czterech latach pracy w ministerstwie ochrony, takie rzeczy to dla mnie chleb powszedni.

— Rozumiem… — Blondyn zamyślił się, obserwując jak chłopak naprawia miotłę. — Gdzie nauczyłeś się reperować miotły?

— Po tysięcznym czytaniu „Quidditcha przez wieki” zna się go na pamięć. — Ron uśmiechnął się pod nosem. — Poza tym, mając Freda i George’a jako braci, musisz szybko nauczyć się wielu rzeczy, inaczej zostałbyś goły i wesoły zanim byś się obejrzał.

Draco jeszcze przez chwilę przyglądał mu się w zamyśleniu, po czym machnąwszy ręką na pożegnanie opuścił plac do Quidditcha.

Powoli przemierzał ogród, zastanawiając się nad tym, czego właśnie był świadkiem. Musiał zweryfikować niektóre swoje poglądy. Weasley nie był już głupim Wiewiórem, którego pamiętał ze szkoły. To dorosły mężczyzna doskonale znający się na swej pracy. Pojawiła się w nim pewnego rodzaju odpowiedzialność i stanowczość. Malfoy złapał się na tym, że myśli o tym, iż Wiewiór będzie lepszym nauczycielem i trenerem niż pani Hooch, a na pewno uczniowie będą z nim bezpieczniejsi.

Przesunął ręką po włosach, burząc ich perfekcyjny ład. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, znacząc czerwienią okoliczne wzgórza. Z oddali dobiegał go szum morza. Charakterystyczny zapach nagrzanego słońcem piasku, wodorostów i soli unosił się w powietrzu. Wciągnął go głęboko w siebie, rozkoszując się spokojem panującym dookoła. Niedługo zamek oblegnie chmara dzieciaków i ta cisza się skończy. Wbrew sobie uśmiechnął się lekko i jakby z oczekiwaniem. On, Draco Malfoy, nauczycielem… Nigdy dotąd się nad tym nie zastanawiał, ale teraz ogarnęła go nagle chęć przekazania swej wiedzy następnym pokoleniom. Wychowany w czystokrwistej rodzinie, pełnej zasad i poszanowania tradycji, zaklęć znanych tylko nielicznym, reguł, które tak bardzo zakorzeniły się w jego umyśle, czuł jakby musiał to wszystko z siebie wyrzucić, oddać, upewnić się, że nie zostanie to zmarnowane.

Usiadł na jednym ze zwalonych pni, który malowniczo porósł powojem, wystawił twarz do słońca i spod zmrużonych powiek obserwował wieże zamku, teraz błyszczące miedzianym kolorem. Zaskoczyło go to, że poczuł przynależność do tego miejsca, jakby ono na niego czekało. Jakby właśnie tutaj było jego miejsce.
Przygryzł delikatnie dolną wargę… Kto by pomyślał, że właśnie Potter mu to ofiaruje.


***



Hermiona w roztargnieniu odgarnęła kosmyk włosów i westchnęła ze znużeniem. Kolejna osoba właśnie opuściła gabinet, w którym toczyły się rozmowy z kandydatami na stanowisko nauczyciela transmutacji. Sfrustrowana pokręciła głową, pocierając palcami skronie. Czy naprawdę nikt nie rozumiał podstawowych wymagań? Pierwszy z przybyłych w odpowiedzi na pytanie o transmutację organiczną, wymienił metal i szkło, a przecież każdy pierwszoklasista wiedział, że chodzi o roślinę, zwierzę lub człowieka. Drugi nie miał pojęcia o politransmutacji. Kolejny, usłyszawszy pytanie: „Co to jest Układ Okresowy Symboli Zaklęć Transmutacyjnych”, zaczął na nią krzyczeć i wygrażać różdżką. To już ją przerosło i po raz pierwszy straciła nad sobą panowanie, obrzuciła delikwenta złowrogim spojrzeniem i bezceremonialnie wyprosiła go z pokoju.

Drzwi otworzyły się cicho i zamknęły na powrót. Tłumiąc irytację, podniosła głowę i wypranym z emocji głosem zapytała.

— Imię, nazwisko, stopień z Owutemu w zakresie transmutacji?

— Wybitny, panno Granger.

Poderwała głowę i speszona podniosła się ze stołka, przeklinając się sekundę później za ten nawyk, który pozostał jej z czasów szkolnych.

— Mogę w czymś pomóc, profesorze? — Bąknęła, opadając z powrotem na siedzenie.

— Ależ owszem. — Splótł ręce na piersiach, wpatrując się w nią zmrużonymi oczami. — Mogłaby pani w końcu uciszyć tych wrzeszczących na korytarzu ludzi. Doprawdy, warunki, w jakich muszę pracować, są po prostu skandaliczne.

— Znalazł pan nauczyciela Historii Magii? — Spojrzała na niego z nadzieją.

— Ja zawsze znajduję to, czego chcę — prychnął, odwracając się w kierunku drzwi.

— Kim on jest? — Zapytała z ciekawością.

— Panna Calioppe Slyp, uczyła historii jako prywatna nauczycielka w domu państwa Zabini — odpowiedział łaskawie, kładąc rękę na klamce.

— Czy osoba, która zajmowała się jednym dzieckiem, da sobie radę z tłumem młodzieży?

— Poradziła sobie z młodszym kuzynem pana Blaise’a, dla mnie to odpowiednia rekomendacja — mruknął. — Idę teraz pomóc panu Malfoyowi w wyborze nauczyciela Opieki nad magicznymi stworzeniami. Sugerowałbym uciszenie motłochu, który tłoczy się pod pani drzwiami. Niektórzy tutaj pracują, panno Granger.

Drzwi zamknęły się cicho, Hermiona przez chwilę wpatrywała się w nie w milczeniu, po czym jęknęła i uderzyła głową w stół. To było ponad jej siły.


***



Harry obniżył lot i wylądował przed trybunami. Zszedł z miotły i z aprobatą pokiwał głową.

— Świetnie, Ron! Odwaliłeś kawał dobrej roboty. — Wyszczerzył się, dmuchając na opadający mu na oko kosmyk włosów.

— Mów mi mistrzu i kłaniaj mi się na ulicy. — Napuszył się przyjaciel, po czym machnął ręką i dodał. — Twoje zaklęcia ochronne też działają świetnie. Wypróbowałem kilka mioteł i serio, czułem jakbym siedział na wygodnym łóżku, z którego nie ma szans spaść, chyba, że ktoś mnie skopie.

— Nawet wtedy byś sobie nic nie zrobił. — Potter usiadł na ławce, wsuwając miotłę pomiędzy nogi i opierając jej trzonek o swoje ramię. — Zaklęcie bezpieczeństwa działa bezbłędnie, obniża prędkość spadania tak, że bezpiecznie lądujesz na własnych nogach.

— Wiem. — Ron zachichotał. — Rzuciłem je na siebie gdy sprawdzałem jeden przeklęty egzemplarz. Malfoy chyba wziął mnie za bohatera, który wsiada na niepewny sprzęt.

— Raczej za głupca, ale dobrze wiedzieć, że jednak pod tą czupryną kryje się coś poza marchewkową papką.

Chłodny głos przerwał sprawił , że Weasley podskoczył lekko i odwrócił się w jego kierunku.

— Malfoy.

— Weasley.

— Fajnie, że przynajmniej pamiętacie swoje nazwiska. — Harry wyciągnął nogi przed siebie, opierając brodę na wyprofilowanym półpłasko zakończeniu trzonka. — Co tu robisz, Fretko?

— Szukałem cię, musimy porozmawiać. — Spojrzał znacząco na Rona.

— Spadam, Harry. Muszę dokończyć robotę, spotkamy się na obiedzie. — Rudzielec machnął ręką i obrzuciwszy blondyna nieprzychylnym spojrzeniem, odszedł w stronę zabudowań.

— Naprawdę musisz go zawsze prowokować? Sprawia ci to jakąś sadystyczną przyjemność? — Potter spojrzał na Draco z zaciekawieniem.

— Po prostu stwierdziłem fakt. — Ślizgon wzruszył ramionami, siadając na ławce naprzeciw niego.

— Byłbyś chory, gdybyś komuś nie dogryzł? Ron naprawdę dobrze wykonuje swoją robotę. — Przesunął palcami po trzonku, czując pod opuszkami wyżłobienia i zawijasy złotych liter.

— Może faktycznie nie jest zupełnym idiotą — zgodził się niespodziewanie Draco. — W końcu Ministerstwo Obrony to jedyny departament, który działa jako tako i nikt nie chce zlinczować jego szefa.

— Przyznaj po prostu, że uważasz, iż każdy, kto nie ma wypchanego po sufit schowka w banku Gringotta, jest dla ciebie człowiekiem gorszej kategorii — prychnął Harry, nieświadomie zsuwając palce ku zgrabnie wygiętym witkom i powracając po chwili do szczytu trzonka.

— Nieprawda, ty masz wypchany schowek — wycedził Ślizgon.

— Malfoy… Nie mów tak do mnie kiedy trzymam miotłę, bo nabieram ochoty, aby zmienić jej przeznaczenie. — Spojrzenie Pottera stwardniało, jednak jego ręka nadal gładziła drewno.

Wzrok Malfoya powędrował w tym kierunku i jego źrenice rozszerzyły się nieznacznie. Cholerny Chłopiec, Który Urodził Się Tylko Po To, Aby Zatruć Mu Życie! Przez chwilę zastanawiał się, czy Potter wie, iż jest gejem i robi to specjalnie, ale odrzucił tę myśl równie szybko jak się pojawiła. Ruchy chłopaka były zbyt nieświadome, a jego spojrzenie wyrażało bardziej złość niż prowokację. W duchu roześmiał się z własnych przemyśleń. Podrywający go Wybraniec był ostatnią rzeczą, jaka mogła się mu przydarzyć i wolał nawet nie myśleć, że kiedykolwiek mogłoby to mieć miejsce.

Przesunął spojrzeniem po sylwetce siedzącego naprzeciw mężczyzny. Potter był przystojny. To odkrycie go zaskoczyło. Nigdy nie patrzył na Gryfona w takich kategoriach. Zgrabny, wysportowany, o smukłej, lekko umięśnionej sylwetce. Długie, szczupłe nogi, lekko wcięta talia i ładnie rozbudowane ramiona. Twarz Złotego Chłopca była nad wyraz interesująca. Nieduże, lecz wyraźnie zarysowane usta, o dolnej wardze nieco grubszej. Prosty nos i oczy… Oczy były zjawiskowe. Duże, otoczone firanką gęstych, długich rzęs i tak cholernie zielone. Lśniły nie jakąś tam zwyczajną, trawiastą zielenią, ale była w nich głębia, odcień szmaragdu i turkusu jednocześnie. Niesforne włosy wyglądały jak potargane wiatrem i kusiły, aby zanurzyć w nich dłoń i sprawdzić, czy w rzeczywistości są tak miękkie, jak się wydają.

Harry poruszył się niespokojnie pod jego spojrzeniem i Draco drgnął, wybudzając się ze swoich myśli. Merlinie! Właśnie oceniał Pottera jak potencjalnego kandydata na kochanka i doszedł do wniosku, że chłopak jest cholernie pociągający. Może czas dołączyć do ojca w Świętym Mungu?

— Potter, ty perwersie — mruknął, po czym doszedł do wniosku, że to nie było to, co koniecznie chciał powiedzieć w tej sytuacji. Ten idiota zdecydowanie go rozpraszał.

Brunet przez chwilę zastanawiał się skąd taki wniosek, po czym przypomniał sobie swoje ostatnie zdanie i jego ręka znieruchomiała na trzonku, zaciskając się mocno na jego obłym kształcie.

Draco wzdrygnął się nieznacznie.

— Zamknij się, Malfoy, po prostu się zamknij. — Harry poczerwieniał nieznacznie.

— Potter, może gdybyś uprawiał seks z kimś żywym, a nie tylko ze swoją ręką, nie byłbyś tak zestresowany. Wiesz, łóżko to nie tylko sen i prokreacja, a Weasleyowie bynajmniej nie są autorytetami w tej dziedzinie — rzucił kpiąco Ślizgon.

— Nie mam ochoty z tobą o tym rozmawiać. — Brunet odłożył miotłę i odchylił się, opierając łokcie na ławce znajdującej się o stopień wyżej. — To, że ty zapewne zaliczyłeś każdą uczennicę swego domu, nie znaczy, że i ja powinienem był tak zrobić. Dla mnie seks wiąże się z uczuciem.

Draco uniósł brew, uśmiechając się lekko, nie wyprowadzając go jednak z błędu. W końcu Potter był ostatnią osobą, z którą miał zamiar dzielić się swoimi preferencjami seksualnymi.

— Ach… Miłość, jak patetycznie. — Pokręcił głową, przyglądając mu się uważnie. — Nigdy w nią nie wierzyłem. Szybki seks z kimś, kto ci się podoba, bez deklaracji i wiecznych przysiąg. Uczciwe i jakże skuteczne. Dwie osoby, które wiedzą czego chcą. Maksimum rozkoszy, minimum obłudy. Uczucia to coś, co ludzie sobie wmawiają, aby mieć czyste sumienie, gdy idą do łóżka. Potem, kiedy mija fascynacja, ranią się wzajemnie. Dlaczego? Bo wszystko zaczęło się od kłamstwa.

— Współczuję ci. — Harry spojrzał na niego z mieszanką żalu i litości. — Nigdy nikogo nie kochałeś, podchodzisz do życia jak zimna, wyrachowana suka. Bez urazy. — Uniósł rękę. — Nie chciałem przez to powiedzieć, że mam cię za łatwego. Po prostu wydaje mi się to takie obce. Nie rozumiem, jak można być z kimś, do kogo nic się nie czuje. Zero ciepła, zero zaufania. Od zwyczajnego dziwkarstwa różni się to tylko tym, że nie płacisz.

— Nadal uważam, że uczucia to zbędny balast. Co złego w zwykłym seksie? — Draco nie wydawał się ani urażony, ani przekonany, co w pewien sposób zaskoczyło Złotego Chłopca.

— Nic, po prostu ja tak nie robię i koniec. — Potter wzruszył ramionami i wystawił twarz do słońca, przymykając oczy.

Draco bez skrępowania mógł teraz mu się przyglądać. Właściwie… jednego był już pewien. Nie wyrzuciłby Pottera z łóżka. Po tylu kłótniach, nienawiści, wiecznych wojnach powinno to nim wstrząsnąć, przyprawić o mdłości i zgrozę. Ku własnemu zdumieniu, nie czuł żadnej z tych rzeczy. Uśmiechnął się pod nosem. Cóż, widział niejednego przystojnego faceta. To, że Wybraniec okazał się również zaliczać do tej grupy, nie jest znowu czymś aż tak dziwacznym. Uczciwa ocena jego walorów to jedno, a zaciągnięcie go łóżka to drugie. Nie zamierzał tego sprawdzać w praktyce.

— Więc? — Potter przerwał jego rozmyślania, unosząc leniwie powieki i patrząc mu w oczy tymi cholernymi zielonymi ślepiami.

Jak avada — przebiegło mu przez myśl.

— Co więc? — mruknął w roztargnieniu.

— Po co mnie szukałeś? Mówiłeś, że musimy porozmawiać — przypomniał mu Harry. — No chyba, że chodziło ci o tę jakże pouczającą dyskusję na temat pieprzenia. — Uniósł kącik ust w krzywym uśmiechu.

— Język, panie Potter, zero kultury. Jestem zmuszony stwierdzić, że dobre wychowanie leży u pana całkowicie. — Wzniósł oczy do nieba w geście bezradności. — Jednak jak bardzo temat pieprzenia by nie był interesujący, szukałem cię w zupełnie innej sprawie.

Harry parsknął śmiechem.

— Za trzy dni konferencja prasowa.

— Cholera. — Potter wyprostował się i potargał dłonią włosy. — To już?

— Niestety już, musimy napisać odpowiednie przemówienie.

Brunet zamrugał i spojrzał na niego z przerażeniem.

— Tak myślałem. — Draco westchnął i z kieszeni szaty wyjął zwinięty pergamin, rzucając go w stronę Harry’ego. — To prototyp, daj do sprawdzenia Granger, jak będziecie chcieli coś dopisać, chciałbym o tym wiedzieć.

— Już napisałeś? — Potter był wyraźnie zaskoczony.

— Nie jestem tobą, przynajmniej jedna osoba musi tutaj myśleć — prychnął chłopak. — To naprawdę żałosne, że ta szkoła posiada dyrektora, którego poziomem inteligencji można przyrównać do gumochłona.

— Wiesz… — Harry wstał i spojrzał na niego z góry. — Nie dziwię się, że twoja matka nie chciała mieć więcej dzieci. Być skazanym na kolejnego dupka twojego pokroju… Kiepska perspektywa.

— Wal się, Potter!

— A ty znowu o jednym. Może powinieneś się zastanowić, czy praca nauczyciela to naprawdę to, co chcesz w życiu robić. — Brunet pokręcił głową i ruszył w kierunku szkoły, zostawiając rozjuszonego Ślizgona samego.


***



Dni mijały w szalonym tempie. Neville spędzający całe dnie w szklarni, obserwował robotników, którzy powoli wykruszali się z terenu zamku. Większość sal była już gotowa na przyjęcie uczniów. Jego rośliny dzięki specjalnym, magicznym odżywkom rozwijały się pomyślnie i powoli zazieleniały stojące na półkach donice. Ku jego zaskoczeniu, Snape dostarczył kilka naprawdę rzadkich nasion, które pod troskliwą opieką Longbottoma powoli wypuczały pierwsze pędy. Chłopak podejrzewał, że gest Mistrza Eliksirów wynikał bardziej z zapotrzebowania niż z altruizmu, co nie przeszkadzało mu cieszyć się z rozrastających się zbiorów roślin.

Jak na nową szkołę, spis uczniów powiększał się z każdym dniem i już teraz było wiadomo, że wraz z początkiem września zamek przeżyje swoje pierwsze oblężenie młodych, niekoniecznie żądnych wiedzy czarodziejów. Właściwie nie dziwiło go tak wielkie zainteresowanie, nazwisko „Potter” było najlepszą reklamą i rodzice wychodzili z założenia, że ich pociechy pod opieką najsłynniejszego czarodzieja ostatnich czasów ukończą szkołę jako młodzi geniusze, zdolni pokonać każde zło.
Ile w tym było prawdy? Neville uśmiechnął się pod nosem. No cóż, on sam był najlepszym przykładem na to, że bycie przyjacielem Chłopca Który Przeżył Po Raz Drugi umiejętności magicznych raczej nie podnosi.

Potarł zewnętrzną częścią dłoni czoło, starając się nie pobrudzić skóry. Kiedy Harry zaproponował mu posadę nauczyciela zielarstwa, naprawdę się ucieszył. Odkąd skończył szkołę, pracował w firmie, która zajmowała się magicznymi usługami zielarskimi, hodując mało spotykane rośliny na życzenie klienta. Z natury zamknięty w sobie i małomówny, nie nawiązał tam większych przyjaźni i przyglądając się czasie przerw innym pracownikom, czuł jakby coś go omijało, a on sam stał, obserwując to z boku.

Posada w nowej szkole sprawiła, że wreszcie poczuł się potrzebny. Lubił dzieci i łatwo nawiązywał z nimi kontakt, w dodatku teraz mógł przebywać w otoczeniu przyjaciół i ludzi, których znał i dobrze wiedział, czego się po nich spodziewać. Nawet przerażający go zawsze profesor Snape stał się mniej straszny jako współpracownik.

Postawił doniczkę na półce i szybkim zaklęciem oczyścił ręce. Zbliżała się pora kolacji i powoli głód zaczął go dopadać. Otworzył drzwi szklarni i wyszedł na świeże, wieczorne powietrze.

— Neville! — Odwrócił się, słysząc za sobą głos Parvati Patil. — Poczekaj na mnie. — Dziewczyna najwyraźniej wracała z plaży. Białą koszulę miała włożoną niedbale w spodnie, których podwinięte do kolan nogawki sugerowały, iż spędziła wieczór, brodząc w wodzie.

— Jesteś pewna, że powinnaś uczyć wróżbiarstwa? Nie przypominasz nawiedzonej czarownicy w tym stroju. — Uśmiechnął się i zatrzymał, czekając na dziewczynę.

— Nie obrażaj profesor Trelawney, była wspaniałą nauczycielką — prychnęła i przystanęła, aby otrzepać nogi z piasku i nałożyć sandały. Do tej pory trzymała je w ręce i całą drogę przemierzyła boso. — Była cokolwiek ekscentryczna, ale…

— Cokolwiek. — Skinął głową chłopak.

— Poczekaj, aż zobaczysz mnie na rozpoczęciu roku szkolnego. — Pogroziła mu palcem.

— Chcesz powiedzieć, że założysz ogromne okulary, napuszysz włosy i ubierzesz się w cygańską spódnicę i milion bransolet?

— Może nie aż tak, ale zamierzam wywrzeć wrażenie. — Zachichotała. — Idziesz na kolację?

— Tak, mam zamiar zjeść w wielkiej sali. — Ruszył w stronę zamku, zwalniając nieco kroku, aby dziewczyna mogła za nim nadążyć.

— Dotrzymam ci towarzystwa. — Weszła na schody prowadzące do głównych wrót. — Co sądzisz o wyborze Snape’a na profesora eliksirów? — Zapytała znienacka.

— Mnie na szczęście już uczył nie będzie, więc myślę, że to dobry wybór — stwierdził po krótkim namyśle. — Harry wie co robi.

— Harry czy Malfoy? — Mruknęła. — Szczerze mówiąc, nie mogę uwierzyć, że został zastępcą dyrektora. Byłam pewna, że to miejsce zostało zaklepane dla Hermiony.

— Też byłem zaskoczony — przyznał. — Jednak Malfoy wniósł ogromne fundusze, co automatycznie robi z niego głównego inwestora.

— Tak… — Weszła do ogromnej sali jadalnej i zajęła miejsce przy stole nauczycielskim. — Jednak to i tak dziwne. Przez tyle lat byli zaciętymi wrogami, a teraz Harry pozwala mu się tutaj szarogęsić. Wiedziałeś, że zatrudnił Daphne Greengrass do opieki nad magicznymi stworzeniami?

— Lepsza ona niż Pansy. — Wzruszył ramionami i nałożył sobie na talerz słuszną porcję sałatki ze świeżych jarzyn z kawałkami pieczonego kurczaka.

— Słuszna uwaga, chociaż z tego, co słyszałam… — Konfidencjonalnie pochyliła się ku niemu — Jej rodzice są bardzo bogaci i chcieli ją wyswatać z Malfoyem. Zastanawiam się, czy panicz Draco nie załatwił jej tej pracy, by mieć kogoś do grzania łóżka.

— Parvati! — Z trudem przełknął kęs, który utkwił mu w gardle. — Naprawdę, nie sądzę, aby to było naszą sprawą.

— To szkoła, Neville — prychnęła zirytowana jego brakiem entuzjazmu do plotek. — Nowa szkoła! Najmniejszy skandal może nam zaszkodzić. Uwierz mi, rodzice gotowi są zabrać dzieci z byle powodu. Owszem, na razie są zachwyceni tym, że będzie uczyć je sam wielki Wybraniec, ale… Poza Harrym, ta szkoła nie ma żadnej renomy i zanim ją zyska, minie dużo czasu. Naprawdę, niepotrzebne nam żadne romanse ani potajemne schadzki.

Longbottom westchnął cicho i odsunął od siebie talerz z niedokończoną kolacją. Po rewelacjach Patil stracił apetyt. Jeżeli to co mówiła było prawdą, będzie musiał porozmawiać z Harrym. Dziewczyna miała rację. Posądzenie o rozwiązłość byłoby im bardzo nie na rękę. Pruderyjni rodzice od razu zabraliby swoje pociechy, zwłaszcza ci z czystokrwistych rodzin, gdzie zasady moralne były wpajane dzieciom prawie od chwili narodzin.

— Mam nadzieję, że się mylisz — westchnął.


***



Draco obudził się wczesnym rankiem i przeciągnął z zadowoleniem w swym ogromnym łóżku. Odkąd Potter oczyścił z ghula pomieszczenie nad jego sypialną, mógł przyznać, że sypiał naprawdę dobrze. Spojrzał w okno. Szczebiot ptaków w połączeniu ze świeżym, morskim powietrzem był tym, co sprawiało, że czuł się niezwykle rześki i wypoczęty.
Odrzucił kołdrę i wszedł w do salonu.

— Panie Malfoy… — Smok z obrazu zwrócił na niego swe pionowe źrenice. — Pan Potter jakiś czas temu wzywał pana.

— Wzywał? — Spojrzał na niego z zaciekawieniem.

— Cóż… Cytując, brzmiało to tak: „Ty cholerna, ślizgońska Fretko! Rusz swoje cztery litery i natychmiast tutaj je przywlecz!” — Rozbawiony smok zamachał skrzydłami.

— Myślę, że w takim razie szanowny dyrektor może trochę poczekać. — Draco wzruszył ramionami i sięgnął po gazetę, którą skrzaty zdążyły mu już dostarczyć i położyć na stoliku.

— Głos pana Pottera był raczej zdesperowany — mruknął smok, owijając przednie łapy swym długim ogonem. — Sugerowałbym sprawdzenie o co chodzi, zważywszy, że za trzy godziny odbędzie się konferencja prasowa.

Draco westchnął i odłożył „Proroka” na stół. W łazience zapewne już czekała na niego kąpiel. Odkąd tutaj zamieszkał, nauczył skrzaty, że zawsze w weekendy zamiast prysznica powinny mu przygotowywać rano długą, gorącą kąpiel.
Ze zniechęceniem posłał spojrzenie w kierunku swej sypialni, po czym upiwszy trochę herbaty, ruszył w kierunku drzwi. Cokolwiek chciał od niego Złoty Chłopiec, wolał załatwić to szybko, by móc wreszcie zanurzyć się w relaksującej, pachnącej cedrem i jaśminem wodzie. Wyszedł na korytarz i stanąwszy po obrazem przedstawiającym węża, mruknął z pretensją w głosie.

— Przekaż swojemu panu, że cokolwiek ma mi do powiedzenia, niech zrobi to szybko. Lepiej, aby było to coś ważnego, skoro zostałem zmuszony do wyjścia ze swoich komnat w niekompletnym stroju i tuż przed kąpielą.

Pana nie ma. — Na dole obrazu pojawiły się lśniące, złote litery.

— A gdzie jest? — Draco oparł ręce na biodrach, wstrząsając się lekko. Zdecydowanie, paradowanie w samym dole od piżamy po zamkowych korytarzach nie było w jego stylu.

W komnacie obok — przeczytał.

Draco rozejrzał się dookoła. W holu znajdowało się dwoje drzwi. Jedne prowadziły do pokoi Pottera, drugie do jego własnej sypialni. Jeżeli Gryfona nie było u siebie, to musiałby być u niego, co raczej nie wchodziło w grę, skoro przed minutą opuścił swoją komnatę.

Za gobelinem z Krakenem. — Napis zajaśniał ponownie.

Odwrócił się i przeszedł kilka kroków w lewo, gdzie z arrasu łypał na niego potwór wyglądający jak przerośnięta ośmiornica. Malfoy odsunął go zdecydowanie i pchnął znajdujące się za nim drzwi.

Pomieszczenie, w którym się znalazł, miało kształt koła. Znajdowało się tutaj tylko małe biurko, stare drewniane krzesło i wąska biblioteczka, po brzegi zapełniona woluminami. Okno na wprost było wąskie i brudne. Jednak nie ono zwróciło uwagę blondyna. Tym, co sprawiło, że otworzył szeroko oczy i wydał z siebie coś na kształt westchnienia, był Harry, stojący w szlafroku na brzegu parapetu i wychylający się na zewnątrz.

— Potter… Jeżeli masz zamiar popełnić samobójstwo, to może poczekaj do wieczora. Za niecałe trzy godziny mamy konferencję prasową. Naprawdę, trudno byłoby mi skomentować krwawą miazgę tuż przed wejściem do Emeraldfog — wycedził, tłumiąc skutecznie drżenie głosu.

Potter przez chwilę stał bez ruchu, po czym odwrócił się gwałtownie. Draco zadrżał, gdy Złoty Chłopiec zachwiał się i w ostatniej chwili złapał futryny, wyciągając przed siebie rękę w dramatycznym geście.

— Nie pozwól, żeby się zamknęły!

Jego oczy rozszerzyły się w zrozumieniu, gdy odwrócił się gwałtownie w kierunku drzwi, które w tej samej chwili zamknęły się z cichym, złośliwym kliknięciem tuż przed jego nosem.

— Kurwa! — Dobiegło go z tyłu.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:12 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:29

Beta — Aubrey


IX



Hermiona po raz kolejny zerknęła na zegarek. Tłum reporterów z coraz bardziej zniecierpliwionymi minami zajmował krzesła ustawione przed stołem prezydialnym w wielkiej sali, która na ten dzień została przerobiona z jadalni w aulę.
Spotkanie miało odbyć się w samo południe, a Harry i Draco spóźniali się już ponad pół godziny.
Dziewczyna zacisnęła zęby i niechętnie spojrzała na siedzącego obok niej Snape’a. Wyraz jego twarzy dokładnie mówił, co zamierza zrobić z kimś tak niepunktualnym jak dwaj dyrektorzy Emeraldfog.

— Panno Granger, czy może mi pani łaskawie wyjaśnić, gdzie do cholery podziewa się Potter? — wysyczał w pewnej chwili. — Jego ego naprawdę cierpi na przerost, skoro uważa, że nie mamy nic innego do roboty, jak czekać, aż jego wysokość Wybraniec pojawi się łaskawie — ostatnie słowa prawie wypluł.

— To samo się tyczy pańskiego ulubieńca — mruknęła. — Malfoyowie chyba sądzą, że spóźnienia są w dobrym tonie.

Snape przewrócił oczami i zacisnął usta w wąską kreskę. Nienawidził publicznych wystąpień, zrobił to dzisiaj tylko na prośbę swojego chrześniaka, który twierdził, że pojawienie się znanego Mistrza Eliksirów i bohatera wojennego przysporzy szkole odpowiedniej renomy.
Być może popełnił kardynalny błąd, ponownie zgadzając się na nauczanie, w dodatku pod dyrektorstwem Pottera.
Stłumił westchnienie i przybrał najbardziej odpychający wyraz twarzy, gdy jedna z reporterek zwróciła na niego uwagę. Kobieta, która najwyraźniej szykowała się do zadania jakiegoś pytania, szybko zamknęła usta i spłoszona cofnęła się prawie ze swym krzesłem.

O jedną mniej, pomyślał.

— Panie Snape, czy może nam pan wyjaśnić, jak długo mamy jeszcze czekać? Proszę mnie poprawić, ale jeżeli punktualność na poziomie kadry zawodzi, to czego możemy oczekiwać od przyszłych uczniów?

Rita Skeeter. Obrzucił kobietę zimnym spojrzeniem, szukając w głowie wyjątkowo złośliwej odpowiedzi.

— Drodzy państwo… — Upierdliwa jak zwykle Granger uprzedziła jego wypowiedź. — Najwyraźniej coś ważnego zatrzymało obu dyrektorów. — Uniosła rękę, chcąc uciszyć powstałą wrzawę. — Nie! Nie zamierzamy niczego odwoływać! Zmienimy za to harmonogram. Sądzę, że dobrym wyjściem będzie zwiedzenie szkoły. Zapewne będziecie mieli potem jeszcze więcej pytań, na które chętnie udzielimy odpowiedzi.

Zebrani popatrzyli po sobie, po czym rozległy się odgłosy szurania krzeseł. Podekscytowany tłum ruszył w kierunku drzwi.

— Proszę mi pomóc, profesorze. — Snape poczuł szarpnięcie za rękaw. — Sama nie dam rady tej szarańczy, a na pewno nie chcemy, aby zaczęli węszyć na własną rękę.

Severus spojrzał na nią jak na wyjątkowo złośliwy okaz upersonifikowanej klątwy, która miała czelność uderzyć właśnie w niego.

— Trzeba było o tym pomyśleć, zanim pani zaproponowała im pstrykanie zdjęć na prawo i lewo — warknął. — Ja wracam do swoich komnat.

— Cóż… — Odwróciła się i ruszyła w kierunku reporterów. — Myślę, że jak będą chcieli zwiedzić prywatne kwatery nauczycielskie… Nie będę miała nic przeciwko skierowaniu ich do kilku z nich.

Co za złośliwa baba! Snape przez chwilę przyglądał się jej plecom z zaskoczeniem. Nie ma mowy, aby wpuścił to robactwo do swych komnat!
Odwrócił się i ruszył za nią. Niech tylko dorwie Draco!...


***



— Ja? Więc to moja wina? — Harry stał na środku komnaty, wpatrując się ze złością w blondyna.

— Po jaką cholerę wchodziłeś do tego pokoju? Każdy normalny człowiek sprawdziłby najpierw co to za komnata, zwłaszcza gdyby pojawiła się znikąd! — Draco nie dbał już o dobry ton, ani o arystokratyczne maniery. Był zły, więcej… Był wściekły! Od kilku godzin tkwił uwięziony w dziwnym pokoju ze swym najgorszym koszmarem w postaci Chłopca Który Nie Zamierzał Przestać Pakować Się w Kłopoty. Spodnie od piżamy, jakkolwiek jedwabne i w świetnym gatunku, niespecjalnie sprzyjały poczuciu wyższości. W dodatku czuł, że ma potargane włosy! Naprawdę, Potter był jak wrzód na dupie, nie dość, że upierdliwy, to jeszcze psujący wizerunek.

— Widać nie każdy, w końcu ty też wpakowałeś do niego swój arystokratyczny tyłek — odciął się Harry.

— Potter, nie wkurwiaj mnie. — Draco zacisnął pięści. — Przyszedłem tutaj za tobą, głąbie! I to tylko dlatego, że tak głośno wrzeszczałeś, że mój strażnik drzwi w końcu cię usłyszał.

— Przynajmniej on ma trochę oleju w głowie.

— To płótno olejne, matole! To, że zostało potraktowane magią, nie zmienia tego faktu. — Malfoy przeciągnął ręką po włosach w geście rezygnacji. — Wytłumacz mi jedno… Widzisz dziwny pokój, z którego słyszysz śpiew. Pominę fakt, że nikt tutaj nie śpiewa, ba, nawet to stare biurko nie skrzypi… Idziesz za głosem i… Jaki kretyn nie bierze w takim przypadku różdżki?!

— A gdzie twoja różdżka? Jakoś jej nie widzę. — Harry odwrócił się w kierunku Ślizgona z ogniem w oczach. — Sam tutaj przyleciałeś półnagi i bez niczego! Przyganiał kocioł garnkowi! — Zamrugał gdy Draco zaczął chichotać. — Czego?!

— Potty, posłuchaj sam siebie.

Złoty Chłopiec przez chwilę zastanawiał się nad swymi słowami, po czym zrozumienie wypłynęło na jego oblicze. Cóż, gra słów była może zbyt dosadna jak na jego gust, jednak nie mógł już tego cofnąć. W dodatku głupia Fretka nie przestawała się śmiać.

— Mógłbyś się zamknąć? Denerwuje mnie twój rechot — warknął.

— Niby dlaczego? Na dole trwa konferencja prasowa, wszyscy oczekują naszego wystąpienia. To, że tkwię tutaj w piżamie, usiłując rozmawiać ze szlafrokowym durniem… — zamilkł na chwilę, po czym zerknął na Harry’ego spod pół przymkniętych powiek. — Wiesz, Potter, doszedłem do wniosku, że to naprawdę cud, że ty i twoi pokręceni przyjaciele nadal żyjecie. Wystarczy zbliżyć się do ciebie i człowiek od razu wpada w kłopoty.

— Powiedziałem, żebyś się zamknął ! Usiłuję myśleć. — Harry był coraz bardziej wnerwiony.

— Myśleć? Nie rozśmieszaj mnie. Ty nie myślisz! Ty idziesz przez życie jak zombie, podtrzymywany za rączki przez szlamę i Wiewióra. — Draco spojrzał na niego gniewnie.

— Dosyć!

— Bo co mi zrobisz, Potty? Wyrzucisz mnie przez okno? Nic z tego, wyższe piętra są zabezpieczone magią. Nakrzyczysz na mnie? Pogrozisz mi? Jesteś żałosny. — Ślizgon oparł ręce na biodrach i wyzywająco wysunął podbródek.

— Wynoś się stąd, nie mogę na ciebie patrzeć — wrzasnął Harry i uderzył pięścią w biurko.

— I wzajemnie! Poszedłbym jak najdalej od ciebie, gdybym tylko mógł opuścić ten cholerny pokój! Wiesz, co zrobiłeś? Zawaliłeś najważniejszą konferencję prasową i to tuż przed rozpoczęciem roku w nowej, nikomu nie znanej szkole! Jak myślisz, co napiszą o nas jutro w gazetach? Mówią, że czasami facet myśli penisem, jednak jeżeli chodzi o ciebie, mam wrażenie, że jesteś wykastrowany. A może to ta szlama dzieli się z tobą mózgiem?

— Przeginasz, Malfoy! Odwal się od Hermiony i przestań ją obrażać! — Harry zbliżył się o krok do Ślizgona. — Ty zimny, wredny wężu, może i w czasie wojny byłeś po naszej stronie, ale widać, że nadal myślisz jak Śmierciożeca. Tatuś dobrze cię wyszkolił — syknął.

— Nie mieszaj w to mojego ojca! — Draco aż cały się zatrząsł. — Zimny, mówisz? Przynajmniej potrafię chłodno rozważyć każdą rzecz. Przeklęci Gryfoni, myślicie, że wygralibyśmy tę wojnę, nosząc serce na dłoni?!

— Przynajmniej mamy serca! Potrafimy czuć!

— Nie bądź melodramatyczny, dzięki dramaturgii niczego nie osiągniesz. — Draco nie zauważył, że już jakiś czas temu zeszli z głównego tematu. Robił się coraz bardziej wściekły, czuł znajomą adrenalinę, która zaczynała szybko krążyć w jego żyłach. Walka, kłótnia, nienawiść. Rozpierała go energia. Właśnie przeżywał coś, o czym wydawałoby się, dawno już zapomniał.

— Żal mi ciebie. Mały, zimny gnojek, który postanowił zostać bohaterem. Powiedz mi, Malfoy, przeszedłeś na naszą stronę, bo wiedziałeś, że wygramy? Chciałeś mieć zabezpieczone plecy? A może po prostu pasowało ci to, że twoje imię i nazwisko spoczęło w księdze honorowych wojowników? Chciałeś wprowadzić równowagę? Tatuś Śmierciożerca i synek bojownik o światło? — Z niewiadomych powodów Harry coraz bardziej tracił nad sobą panowanie. Jakby te lata, gdy nie miał obok siebie Malfoya, kumulowały w sobie całą jego złość, pozwalając jej teraz wybuchnąć. Gdzieś podświadomie czuł, że coś jest nie tak, jednak czerwona mgła już przysłoniła mu oczy, a jad sączył się z jego ust.

— Nienawidzę cię! — Draco doskoczył do Harry’ego, łapiąc go za przód szlafroka.

— Nic nowego, dupku. — Harry popchnął go ze złością.


***



— Przed sobą mają państwo wieżę astronomiczną. — Hermiona otworzyła podwójne wrota, prowadzące na szeroki balkon, na którym stało kilkanaście lunet. Pod balustradą umieszczone były składane stołki. — Piękny widok, prawda? — Wskazała ręką w kierunku plaży, zalewanej w tej chwili wzburzonymi falami.

— Dormitoria umieściliście zgodnie z ich nazwami? Terran w lochach, Aerisan w wieży? — zaśmiał się jeden z dziennikarzy.

— Niestety, ża…

— To, gdzie znajdują się dormitoria, nie powinno nikogo obchodzić — przerwał jej dotąd milczący Snape.

— Dziennikarze mają prawo zadawać pytania — zaperzył się mężczyzna z dużym aparatem udoskonalonym dzięki magii.

— A profesorzy mają obowiązek chronić dzieci. — Snape splótł ręce na piersi, chowając dłonie w rękawach czarnej szaty.

— Obawiacie się ataku? — zaciekawiła się kolejna reporterka.

— Absolutnie nie! — Hermiona kategorycznie pokręciła głową.

— Więc skąd takie zabezpieczenia?

— W żadnej ze szkół nie jest podane do publicznej wiadomości miejsce, gdzie śpią uczniowie. A może interesuje to państwa z jakichś szczególnych względów? — Zmrużył oczy, rzucając im pełne jadu, wyzywające spojrzenie.

Hermiona wsunęła się pomiędzy tłum a profesora, chcąc zapobiec nadciągającej awanturze.

— Może obejrzymy dalszą część zamku? — zasugerowała delikatnie.

— A może poszukamy dyrektorów w ich komnatach? Zapewne pan Potter już powrócił i być może poszukuje nas… — Rita długim, pomalowanym na czerwono paznokciem, poprawiła okulary.

— Nie sądzę…

— Bardzo dobry pomysł — poparli ją inni. — W końcu to nie jest nasza ostatnia wizyta w zamku, gabinet dyrektora to serce szkoły.

Wspomnienie o Wybrańcu wywołało zbiorową euforię i wyrwało soczyste przekleństwo z ust Snape’a. Hermiona zgromiła go wzrokiem i poprowadziła rozochocony tłumek błyskający fleszami na prawo i lewo w kierunku komnat dyrektorskich. W końcu co mogło być złego w pokazaniu im, gdzie rezyduje Harry?


***



— Najchętniej rozkwasiłbym ten twój arystokratyczny nos — wysapał leżący na podłodze brunet, przyciskany do ziemi przez rozzłoszczonego Ślizgona.

— Spróbuj szczęścia, Potty — warknął Draco, mocniej wbijając kolano w jego żołądek i wydając przy tym jęk, gdy Harry wykręcił mu rękę, usiłując się obrócić.

— W szkole dokopałem ci wystarczającą ilość razy, aby pokazać, kto z nas jest silniejszy — prychnął Złoty Chłopiec, usiłując złapać oddech po tym, jak kolano mężczyzny niechcący zsunęło się niżej. Cholera! To zabolało, naprawdę!

— Potter, czyżbym uszkodził jaką ważną część twojego ciała? — zakpił Draco i niemal od razu pisnął, gdy Harry wcale nie po męsku pociągnął go za włosy.

— Przynajmniej mam ważną część ciała, w przeciwieństwie do mikroskopijnych Fretek. — Potter zaplótł nogi na jego biodrach, usiłując przeturlać się, by przycisnąć przeciwnika do podłogi .

— Jeszcze bym cię zawstydził, Gryfonku. — Draco przylgnął czołem do jego ramienia, dysząc mu w szyję. Cholerny Potter, jak śmiał targać go za włosy! Co za babskie zapasy odstawiał!

— Facet to nie tylko rozmiar jego fiuta, Malfoy, zasadniczo interesuje mnie grubość twojego portfela — warknął Potter, odsuwając głowę, gdyż gorący oddech rywala zdekoncentrował go na chwilę.

— Brzmisz jak tania dziwka… — Ślizgon poczuł jakby powrócił do czasów szkoły. Pomijając fakt, że gdy wtedy toczyli bójki, zarówno on, jak i Potter byli kompletnie ubrani. Rozchełstany podczas bójki szlafrok Wybrańca rozpraszał go i skutecznie odwodził od efektywnego kontrataku.

— Malfoy… Złaź ze mnie — warknął w pewnym momencie Harry, czując się coraz bardziej nieswojo.

— Zszedłbym, durniu, gdybyś zabrał nogi z mojego tyłka — wycharczał Draco.

— Ja nie…

W tym momencie przeklęte drzwi otworzyły się z hukiem, a pokój rozświetlił błysk fleszy, któremu towarzyszył zbiorowy okrzyk zaskoczenia.
Obydwaj mężczyźni gwałtownie zmrużyli oczy, odwracając głowy w kierunku przejścia, w którym stał… tłum reporterów.

— Ach, więc mamy przyczynę nieobecności dyrektorów na konferencji prasowej! — Głos znienawidzonej dziennikarki Proroka sprawił, że obaj zamarli.

— Panie Malfoy, czy mógłby pan łaskawie zejść z pana Pottera? — jadowity szept Severusa zabrzmiał głośniej, niż gdyby ten krzyczał. Harry opuścił nogi, a Draco poderwał się w tej samej chwili, wskakując za biurko i z przerażeniem stwierdzając, że ogniście czerwony Potter w zdenerwowaniu poprawia swój szlafrok. Ślizgon zerknął w dół, dziękując wszystkim bogom za to, że mebel był wystarczająco wysoki.

— Od jak dawna trwa ten związek?

— Czy pomysł powstania szkoły był wasz wspólny?

— Spotykaliście się już w szkole?

— Czy wasza wzajemna niechęć była tylko przykrywką dla ukrytego związku?

Pytania posypały się z szybkością lawiny.

— Czy niemoralne prowadzenie się dyrekcji nie wpłynie negatywnie na nieletnich uczniów? — Pytanie Rity zmroziło wszystkich.

Draco po raz pierwszy nie wiedział, co powiedzieć. Wszelkie usprawiedliwienia i tak zabrzmiałyby co najmniej niestosownie. W końcu bójka pomiędzy nauczycielami, w dodatku zarządzającymi szkołą, była jednym z najgorszych tłumaczeń. Spojrzał na Pottera. No tak, czego on oczekiwał. Chłopak stał w szoku, nie odzywając się i wpatrując nerwowo w błyskającą fleszami publikę.

— Nasza dyrekcja nie prowadzi się niemoralnie.

Chłodny, lekko drżący głos Hermiony sprawił, że przeniósł na nią spojrzenie. Granger! Tak, jeżeli ktoś mógł ich z tego wyplątać, to tylko pani Wiem Wszystko. Na pewno wymyśli coś, co…

— Panowie Potter i Malfoy są parą od dłuższego czasu i obnoszą się z tym na forum publicznym.

Co ona pieprzy? Draco przyglądał się jej z pewnym zafascynowaniem, spowodowanym najprawdopodobniej szokiem, gdyż, gdyby miał świeży umysł, na pewno już dawno wykrzyczałby swój sprzeciw.

— Niemniej, uczniowie biorą przykład z kadry, związki pomiędzy nauczycielami są źle widziane — prychnęła Skeeter. — Przyzna pani, że to rzutuje na obraz szkoły. Chyba… Chyba, że taki związek zostałby sformalizowany — dokończyła z tryumfem.

Sformalizowany?! Draco spojrzał z przerażeniem na pobladłą twarz swego ojca chrzestnego, po czym przeniósł wzrok na stojącego obok Pottera. Ten jakby wyczuwając jego spojrzenie, odwrócił się i ich oczy spotkały się na moment. No cóż… Przez lata czekał, aby przeklęty Wybraniec patrzył na niego z przerażeniem, jednak zdecydowanie nie o taki moment mu chodziło i wbrew sobie, poczuł coś na kształt solidarności z Gryfonem.

— Ależ oczywiście. — Hermiona sztywno skinęła głową.

— Jak rozumiem, przed rozpoczęciem roku szkolnego? — indagowała nadal Rita, a jej samonotujące pióro poruszało się po pergaminie z szybkością błyskawicy.

— To nie pani interes. — Severus wreszcie się poruszył i stanął przed tłumem, odgradzając ich tym samym od winowajców, którzy wciąż stali jak spetryfikowani.

— Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, co dzieje się za murami tej szkoły. — Oczy reporterki błyszczały radością. Najwyraźniej była podekscytowana nowo odkrytą sensacją.

— To prywatna sprawa, opinia publiczna nie ma tutaj nic do rzeczy. — Severus postąpił krok do przodu.

— Jednakże przyzna pan, że społeczeństwo czarodziejskie jest dość pruderyjne i nie toleruje rozwiązłości, zwłaszcza gdy chodzi o nauczycieli, którzy winni dawać przykład ich dzieciom. — Głos zabrał dziennikarz jakiegoś podrzędnego pisma. Severus zerknął na jego plakietkę. Na fotografii mężczyzna szczerzył się idiotycznie.

— Panie Anderson, pragnę pana zapewnić, że w tej szkole nie będzie to miało miejsca. Jak już wspomniała panna Granger, związek obydwóch panów trwa już dość długo i zostanie zalegalizowany w najbliższym czasie. — Rozsadzała go wściekłość. Miał ochotę odwrócić się i sprawić, by obydwaj winowajcy zapłacili za to, przez co musi przechodzić i to bynajmniej nie z użyciem różdżki!

— Przed czy po rozpoczęciu roku szkolnego? — inny głos przebił się przez jazgot tłumu.

— Przed — wycedził przez zęby Snape. Cóż, pomimo, że Draco był jego chrześniakiem, sam wpakował się w ten bajzel i nawet Severus nie wiedział, jak ma interpretować widok, który zastali po wejściu.

— Dlaczego do tej pory ukrywali fakt, że są razem? — zapytała jakaś jasnowłosa dziewczyna, pisząc na kartce mugolskim ołówkiem.

— Może dlatego, droga pani, że pan Potter jest osobą publiczną i nie miał zamiaru wywoływać zamieszania w mediach? — odpowiedział zgryźliwym tonem. — Sądzę, że zobaczyli państwo już dosyć dzisiejszego dnia. Dalsze informacje prześlemy pocztą. Dziękuję za przybycie i żegnam — zakończył konferencję głosem nie znoszącym sprzeciwu. Wypchnął protestujących reporterów z pokoju, po czym odwrócił się i morderczym wzrokiem obrzucił dwójkę stojącą w pomieszczeniu — Was widzę za piętnaście minut w pokoju nauczycielskim. Ubranych!


***



— Zwariowaliście? Nie pobiorę się z tym… Tym… — Potter zająknął się, wskazując palcem na Draco, który z pobladłą twarzą siedział milczący przy stole.

— Nie masz innego wyjścia. — Severus spojrzał na niego zimno. — Skoro tak wam było spieszno do konsumpcji waszej długoletniej przyjaźni, teraz musicie ponieść tego wszelkie konsekwencje.

— Ile razy mam powtarzać?! Biliśmy się! — wrzasnął roztrzęsionym głosem Harry.

— Leżąc roznegliżowani na podłodze? — zakpił Snape.

— Niedobrze mi chyba. — Zielony na twarzy Ron podpierał głowę ręką, jakby ta zaraz miała mu odlecieć.

— Tłumaczyłem już, drzwi nie chciały się otworzyć — wysapał Gryfon. — Pokłóciliśmy się i…

— Harry… — Hermiona ze zbolałą miną spojrzała na przyjaciela. — Od naszej strony to naprawdę wyglądało inaczej. Nawet ja byłam pewna, że… — zająknęła się. — No wiesz… — Opuściła powieki lekko zaczerwieniona.

— Nie wierzę, po prostu nie wierzę, że mogłaś pomyśleć, że ja z nim… — Chwycił się za głowę i opadł na fotel.

— Harry nie jest nawet gejem — mruknął Ron.

No cóż, wspomniany Harry miał na tyle przyzwoitości, aby odwrócić wzrok.

— To nie ma nic do rzeczy. — Nerwowo stwierdziła Hermiona. — Jutro w każdej gazecie na pierwszej stronie będzie zdjęcie tarzających się po podłodze Malfoya i Pottera. I nie, nie przesadzam — warknęła na widok zdegustowanej miny Harry’ego. — Jeżeli nie chcecie zniszczyć tej szkoły zanim w ogóle została otwarta, w przeciągu czternastu dni musicie podpisać dokumenty ślubne.

— Przesada — Draco wreszcie postanowił się odezwać. — Popiszą i przestaną, ja…

Głośny huk przerwał mu w pół zdania. Ze zgrozą stwierdził, że jego ojciec chrzestny podnosi się i zmierza w jego stronę. Twarz Severusa przypominała teraz chmurę gradową. Gdy oparł ręce na blacie, pochylając się przez stół w stronę młodego czarodzieja, jego oczy żarzyły się mrocznym płomieniem. Draco zamrugał i odruchowo cofnął się, przylegając mocniej do oparcia fotela.

— Przesada? — aksamitny głos Severusa wstrząsnął wszystkimi. — Przesada, mówisz, więc ci to wytłumaczę. Tłum rządnych sensacji szaleńców obejrzał dziś interesujący spektakl, gdzie w rolach głównych wystąpiło dwóch bardzo znanych mężczyzn. Jeden to słynny Harry Potter, Wybraniec, Zbawca Czarodziejskiego Świata. Ktoś, o kim pisze się zawsze i wszędzie. Wystarczy, że pan Potter kichnie, a już rozrasta się to do katastrofy, bo nie daj Merlinie bożyszcze jest chore? Wiesz, co się wtedy dzieje? Tłum magomedyków zbiera się, aby debatować nad nowymi lekami, które być może będą skuteczne na przeziębienie biednego Wybrańca. Myślisz, że to śmieszne? — warknął do Rona, który odważył się zachichotać. — A teraz przypatrzmy się drugiej stronie. Draco Malfoy. Bohater wojenny, słynny szpieg w szeregach Voldemorta. Syn Śmierciożercy, znanego wszystkim Lucjusza Malfoya. Mężczyzna, który gdy wychodzi na ulice, jest oblegany przez tłum dziennikarzy albo rozentuzjazmowanych kobiet, które w przeważającej części też zapewne są reporterkami. Tajemnicą Poliszynela jest to, że obydwaj panowie szczerze się nie cierpią. I teraz podsumujmy — złowieszczo obniżył głos — Te dwie osoby zostają przyłapane praktycznie in flagranti, w dodatku zrobiono im zdjęcia. Jeżeli myślisz, że opinia publiczna zapomni… Jesteś głupszy niż Weasley. — zignorował oburzone prychnięcie Rona. — A więc, albo za tydzień powiesz „tak” i pobierzecie się z Potterem, albo możesz rzucić avadę na tę szkołę, bo skandal, jaki rozpętają media, osiągnie rozmiary apokalipsy i zrobi z tego zamku przybytek wszelkich rozkoszy. To zaś, zapewniam cię, nie spodoba się rodzicom nieletnich, którzy jakkolwiek gorąco uwielbiają Wybrańca, tak jak większość czarodziei, są jeszcze bardziej pruderyjni i zakłamani w swej cnotliwości.

— Naprawdę nic nie możemy zrobić? To jakiś nonsens… — Draco poczuł się nagle złapany w pułapkę bez wyjścia.

— Owszem, możemy. Zamykacie szkołę, Potter wraca do pracy aurora, a ty tracisz pieniądze.

— Mowy nie ma! — warknął Ślizgon, który na wspomnienie utraty funduszy zjeżył się i wyprostował dumnie. — Potter, włożyłem w ten interes połowę majątku, nie dam ci tego zaprzepaścić.

— Och jasne, bo to moja wina — rozdarł się Harry. — Niby ja się na ciebie rzuciłem!

— Sprowokowałeś mnie!

— Gówno prawda!

— Wspomniałeś o moim ojcu!

— A ty jesteś tak sentymentalny, że musiałeś go pomścić, waląc mnie w żołądek?!

— Ty bliznowaty padalcu!

— Oślizgły dupek!

— Spokój! — głos Hermiony przebił się ponad ich wrzaski. — W najbliższą sobotę weźmiecie ślub. Nikt wam nie każe trwać w tym związku wiecznie, za rok możecie się rozejść, a po następnych trzech miesiącach wystąpić o rozwód. Wszystko zgodnie z prawem, wtedy nikt do niczego się nie przyczepi.

— Merlinie, Miona, my się nawet nie lubimy… — Harry spojrzał na nią zbolałym wzrokiem.

— Więc czeka cię rok niezłego aktorstwa — rzuciła przez ramię i wyszła, trzaskając drzwiami.

— Współczuję, stary… Nie dość, że facet, to jeszcze Fretka. To nawet trudno nazwać pechem. — Ron poklepał przyjaciela po ramieniu. — Zero dziewczynek, zero seksu. Naprawdę, paskudnie wdepnąłeś.

— Och, zamknij się, Ron. — Harry potarł skronie palcami, czując zbliżający się ból głowy. To było chore. Złe i w ogóle irracjonalne. Czuł się tak, jakby trwał w koszmarze, z którego nie może się obudzić. Nigdy nie myślał o małżeństwie. W ogóle jego dotychczasowe związki, nie licząc tego z Michaelem, były raczej niewypałami. Zawsze myślał, że coś czuje, angażował się po to tylko, aby kilka tygodni później stwierdzić, że to nie to, że czegoś mu brakuje. Teraz nie tylko miał żyć w fikcyjnym małżeństwie, ale też jako Harry Potter Malfoy… A może Harry Malfoy Potter? Wszystko jedno, każde jedno połączenie tych dwóch nazwisk brzmiało równie źle. Czy mieli mieszkać razem? Spać w jednym łóżku? Zerknął spod oka za Ślizgona, który tępo wpatrywał się w blat stołu. Cholera, nie ma mowy! Dziś podczas bójki z przerażeniem odkrył, że jego reakcje na bliskość Fretki są zdecydowanie nienormalne. Złożył to na karb tego, że dawno z nikim nie był. W momencie gdyby przyszło im sypiać razem… Otrząsnął się na samą myśl o tym. Tylko tego brakowało, aby Malfoy odkrył, że Wybraniec woli chłopców niż dziewczynki. Jakkolwiek w świecie czarodziejów nie było to niczym niezwykłym, Harry widział już oczami wyobraźni ironiczny uśmieszek Ślizgona.

Nie chciał tego małżeństwa, nie tak to sobie wyobrażał. Dlaczego wszystko co złe, musi przytrafiać się właśnie jemu? Czy już nie dosyć wycierpiał? Jego życie było jednym wielkim piekłem, ciągłym podporządkowywaniem się woli innych. Teraz, gdy wreszcie zaznał wolności, znowu ktoś odgórnie zadecydował o jego losie. Czuł się brudny i osaczony. Jak ma wytrzymać ze Ślizgonem przez rok? Przecież to niemożliwe, nikt chyba nie pomyślał o tym, jak bardzo się od siebie różnią.

Podniósł się i spojrzał na Rona. Potrzebował oddechu, czegoś, co pozwoli mu chociaż na chwilę zapomnieć o całej tej popapranej sytuacji. Nie chciał być sam, wiedział, że jeżeli pójdzie do siebie, natłok myśli spowoduje, że zacznie wrzeszczeć i rzucać wszystkim, co wpadnie mu w ręce.

— Ron, pójdziesz ze mną na boisko?

— Jasne, stary. — Weasley spojrzał na niego ze zrozumieniem.


***



W komnacie panowała cisza. Draco wpatrywał się w stół, błądząc palcami po gładkim obszyciu swej szaty. Sprawy nie przedstawiały się zbyt ciekawie. Musieli pobrać się z Potterem. Gdyby sytuacja nie była tragiczna, parsknąłby głośnym śmiechem.

Malfoy i Potter. Od zawsze byli jak ogień i woda, wiecznie skłóceni, pałający do siebie niechęcią i nagle mają być małżeństwem? Na Merlina, co za poroniony pomysł. Widać jego ojcu pisane było zakończyć życie jako roślina, bo gdyby wcześniej się nią nie stał, to na pewno teraz postradałby zmysły. Druga opcja była taka, że zabiłby go bez wahania. Lepsza śmierć niż taki mezalians.
Chociaż z drugiej strony… Kto go tam wie, może uznałby taki mariaż za bardzo sprzyjający Malfoyom? Potter był bogaty, sławny i Draco mógłby zrobić z niego doskonałego pionka w drodze po szczeblach politycznej kariery.

Kurwa, co za pojebana sytuacja. Matka pewnie dołączy do ojca w Świętym Mungu, jęknął bezgłośnie.
W łóżku z Potterem… Westchnął. Nie oszukujmy się, będzie ciężko. W dodatku przez ten rok nie będzie się mógł z nikim spotykać, aby nie zaliczyć kolejnej wpadki. Chociaż dobrze wiedział, że żadna inna nie byłaby tak spektakularna jak ta dzisiejsza.
Rok wycięty z życiorysu, a raczej rok odgrywania dobrego małżonka… Życie jest zdrowo popierdolone.

— Draco? — głos Severusa wyrwał go z rozmyślań. Uniósł głowę i spojrzał chmurnie na wuja.

— Spieprzyłem, prawda? — mruknął cicho.

— Nie da się ukryć. — Snape przymknął oczy, a jego twarz przybrała nieodgadniony wyraz. — Wiesz, że wszystkie gazety ogłoszą twój ślub? To będzie najbardziej medialna uroczystość, odkąd Potter pokonał Czarnego Pana.

— Dobitnie mi to uświadomiłeś — prychnął z goryczą.

— Pozostaje maleńki problem.

— Nie rozumiem… — Spojrzał na mężczyznę pytającym wzrokiem. — Czy może być jeszcze gorzej?

— Samuel. — To jedno imię spowodowało większe spustoszenie w umyśle Draco niż wydarzenia całego dnia. — Musisz powiedzieć Potterowi.

— Nie ma mowy!

— Jak to sobie wyobrażasz? Będziesz wymykał się nocami, kilka razy w tygodniu? Potter wbrew wszystkiemu nie jest głupcem, to były Auror. — Snape uniósł powieki, jego spojrzenie było przenikliwe i emanowało szczerą troską. Było zarezerwowane tylko dla Draco i chłopak poczuł jak robi mu się dzięki niemu cieplej.

— Nie mogę mu powiedzieć… Wiesz, że nie mogę… Matka… — szepnął przerażony.

— Wiem. — Spokojnie kiwnął głową. — Jeżeli poprosisz go o milczenie…

— Myślisz, że się zgodzi? Nie żartuj. — Potarł ręką lekko bolące po bójce ramię. — Poleci z nowiną do Weasleya i Granger.

— Nie sądzę. — Severus pokręcił głową. — Jest Gryfonem, ma swój honor. Jeżeli przysięgnie dotrzymać tajemnicy, zrobi to. W dodatku to Potter, zbawca ludzkości, nosi w sobie ogromne pokłady altruizmu. Jakkolwiek obydwaj go nie znosimy, trudno odmówić mu niektórych rzeczy. Zwłaszcza poczucia obowiązku, zbytniego heroizmu i nadmiernej opiekuńczości.

— To się tyczy jego przyjaciół, mnie nienawidzi. — Draco potrząsnął głową.

— Owszem, jednak będzie twoim mężem. Znając jego tok myślenia, wierzę, że to zobliguje go do milczenia.

— Severusie… — Malfoy podniósł się z krzesła i powoli podszedł do okna. — Zdawałeś sobie sprawę z tego, że życie to sprzedajna zdzira?

— Ja już to wiem, Draco, ty dopiero odkrywasz jej oblicza.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:13 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:29

Beta — Aubrey


X



Szpital Świętego Munga nigdy nie był ulubionym miejscem Draco. Tłumy ludzi przewalały się tam i z powrotem, otaczając go nieprzyjemnymi zapachami i podniesionymi głosami. Zewsząd rozlegały się pojękiwania i pokrzykiwania chorych. Czasami z którejś z odległych sal dochodził wrzask kogoś porażonego klątwą, poparzonego lub poranionego przez jakieś magiczne stworzenie.
Białe ściany korytarzy, szare podłogi i duże zakratowane okna również nie poprawiały nastroju.
Młody mężczyzna szybkim krokiem przemierzył drogę do windy i z ulgą wysiadł na czwartym piętrze. Rozejrzał się dookoła i pchnął drzwi do jednej z bocznych separatek.
Pokój pomalowany był na mdły, lawendowy kolor, na podłodze leżał wyblakły dywan przedstawiający jakiś skomplikowany wzór, w oknie ktoś powiesił białą firankę, która powiewała delikatnie, poruszana sierpniowym wiatrem.
Draco kilka razy odetchnął, zanim podszedł do stojącego pod ścianą łóżka. Przysunął sobie twarde, niewygodne krzesło i usiadł na nim zdecydowanie. Przez chwilę poprawiał szaty, wygładzając je na kolanach, po czym podniósł głowę i spojrzał na leżącego na posłaniu mężczyznę.

— Witaj, ojcze. Zapewne zastanawiasz się, co tutaj robię… — Spróbował nadać tonowi swego głosu spokojnie brzmienie, lecz kolejne spojrzenie na jasnowłosego mężczyznę leżącego bez ruchu pod białą kołdrą spowodowało, że zacisnął usta i gwałtownie wstał z krzesła, by podejść do okna.

— Zabawne, jestem dorosłym człowiekiem, nawet nie możesz mnie skarcić, a nadal gdy patrzę na ciebie, nie potrafię sklecić żadnego sensownego zdania. — Usiadł na parapecie i spojrzał w dół na równo przycięte trawniki. — Właściwie nie wiem, po co tutaj przyszedłem, nawet nie wiem, czy mnie słyszysz… — Zacisnął dłonie na pręcie kraty. — Wstępuję w związek małżeński… Cieszysz się? Zawsze mówiłeś mi, że ród Malfoyów jest silny, dumny i moim obowiązkiem jest go przedłużyć. Cóż… Niekoniecznie odbędzie się to po twojej myśli. Zostanę mężem i będę miał męża. Brzmi znajomo? Tak, idę w ślady twego niegodnego kuzyna, który przez to został wyklęty z rodziny. Nie żeby małżeństwa pomiędzy mężczyznami były czymś dziwnym, prawda? Jednak nie dotyczy to rodziny Malfoy, w końcu my rządzimy się własnymi prawami. — Zaśmiał się ponuro. — Zapewne chcesz wiedzieć, kto jest moim wybrankiem? To naprawdę długa i zawiła historia, gdybyś mógł się ruszać, przeczytałbyś o niej na pierwszych stronach wszystkich gazet. — Zeskoczył z okna i podszedł do łóżka, przez chwilę patrzył z góry na ojca, po czym usiadł obok niego i pochylił się nad leżącym. — Widzisz, ojcze… — Przesunął pomiędzy palcami długi, prawie biały kosmyk. — Przyłapano mnie… przyłapano praktycznie nagiego w uścisku innego mężczyzny. Zawiłość pewnych spraw, o których nie będę się rozwodził, sprawiła, że niestety muszę sformalizować ten związek. To chyba było kuriozum wczorajszego dnia. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, jak zawsze mówiłeś, i zabawne jest to, iż my się nie pieprzyliśmy… — Spojrzał na swoje ręce, w których trzymał nadal kosmyk włosów Lucjusza. — Oczywiście, gdybyś mógł mówić, usłyszałbym zapewne, że Malfoy tak się nie wyraża, ale skoro nie możesz… A więc tłum reporterów zastał nas w pozycji — przyznam — dość niewybrednej. Dzisiejsze zdjęcia w gazetach raczej nie nasuwają żadnych wątpliwości. Ironią losu jest to, że tak naprawdę nie miało to nic wspólnego z seksem, dałem się ponieść emocjom i biłem się. Na pięści, jak zwykły mugol, z całym tym tarzaniem się po podłodze, przekrzykiwaniem i ciągnięciem się za włosy. Widzisz więc, że zaszła horrendalna pomyłka, jednakże… gdyby przyszli później… — Zamilkł na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym potrząsnął głową i przysunął się bliżej, prawie wyszeptując do ucha leżącego ostatnie słowa — Harry Potter. Czy to cię dziwi? — Odsunął się gwałtownie i stanął na środku pokoju. — Harry Potter… mój przyszły mąż. Życie jest zabawne, nie sądzisz? Możesz być spokojny, matka przysłała mi już wyjca. Odniosłem wrażenie, że lekko straciła nad sobą panowanie. Było dużo płaczu, krzyku i rozpaczy nad tym, że nie może mnie wydziedziczyć. Czasami naprawdę opłaca się być głową rodu. Można popełniać błędy, być ostatnim dupkiem, a nikt nie może nic z tym zrobić, ale ty o tym wiesz, prawda?
Zawiodłem cię po raz drugi, ojcze, ale nie po raz ostatni. Jak to mówią, do trzech razy sztuka, a ja już zrobiłem ten trzeci krok. Ród Malfoyów wbrew pozorom nie wyginie, gdyż muszę cię poinformować, że już wyznaczyłem swojego dziedzica.

Zamilkł, jakby się z czymś zmagał, po czym zaczął nerwowo przemierzać pokój.

— Ma na imię Samuel. Piękne imię, nie sądzisz? Arystokratyczne, ty zapewne byś mu takiego nie nadał. Nie, ty w ogóle go nie nazwałeś… Dziecko z przypadku, porzucone i odtrącone, przez rok wychowywane w najgorszym z sierocińców. Alecto przed śmiercią głośno się śmiała, opowiadając mi o nim. Była taka szczęśliwa, mogąc mnie pognębić. Zapewne myślała, że już nie żyje, w końcu mały chłopiec raczej ma marne szanse w takich warunkach, zwłaszcza przez tak długi czas. Myliła się, nawet nie wiedziała jak bardzo. Odnalazłem go… Nie miał imienia, ani nazwiska, a jednak nie było żadnej wątpliwości, że to Malfoy. Ma moje włosy i kolor oczu. Nawet maleńkie znamię pod lewą łopatką jest takie same jak u mnie. Wspaniały chłopak. Inteligentny, ciekawy świata i, co najważniejsze… Nie jest zimny, nie zna słowa „maska”, nie ubiera jej, wstając rano i nie zdejmuje przed snem. Nie nauczyłem go tego i nie mam takiego zamiaru. Wystarczy już skrzywdzonych dzieci w tej rodzinie.
Mówi do mnie „tato”…

Przerwał i niespokojnie spojrzał na ojca.

— Powinienem zapewne go nienawidzić. Szedłem tam z przeświadczeniem, że zabiorę go z tego miejsca, zapewnię mu opiekę w jakiejś rodzinie i zapomnę, że istnieje.
Stał na korytarzu, ubrany w coś szarego i brudnego, a jednak jego oblicze lśniło, odróżniało się tak bardzo od umorusanych twarzy innych dzieci. Spojrzał na mnie i już wiedziałem, że to on. A potem zapytał… „Czy ty jesteś moim tatą?” Wiesz, jak się poczułem? Wiesz, jakie wrażenie to na mnie wywarło? Po raz pierwszy nie wiedziałem, co powiedzieć! Zabrałem go i nie oddałem nikomu! Chociaż nie mogę być z nim cały czas… pozwalam mu mówić tak do mnie. Kiedyś, już niedługo, będę musiał mu powiedzieć, wytłumaczyć i odkładam tę chwilę, odwlekam ją, bo wiem, iż go to zrani…
Zamknąłem ten ośrodek, użyłem wszystkich swoich wpływów, aby te dzieci trafiły pod opiekę ludzi, którzy będą potrafili się nimi zająć. Czarodzieje, nawet ci odrzuceni, nie zasługują na taki los.
Zapewne powiedziałbyś mi, że źle postępuję, że miłosierdzie to cecha ludzi słabych. Ale dzieci, ojcze?

Przystanął przy stole i nalał sobie wody z dzbanka. Przez chwilę ciszę zakłócał tylko śpiew ptaków za oknem. Wesoły i odległy, nie mający nic wspólnego z tym ponurym pokojem.

— Rozgadałem się, ale nigdy nie miałem odwagi wykrzyczeć ci tego w twarz. Wybrałeś mi doskonałego ojca chrzestnego. Świetnie mnie rozumie, ale rozmowa z nim nie jest tym, czego w tej chwili potrzebuję.
Myślę, że tak wiele zmian w moim życiu spowodowało, iż czuję się, jakbym stał przed nową, nieznaną drogą. Zanim na nią wejdę, potrzebuję wyrzucić z siebie to, co zżera mnie od środka. To, co ty sam zasiałeś i patrzyłeś, jak puszcza pędy. Jeżeli mam zacząć od początku, muszę się tego pozbyć, a na pewno doskonale wiesz, że chwasty najlepiej wyrywać pod okiem ogrodnika, nawet takiego, który dopuścił do zaniedbania ogrodu.
Czasami myślę, że normalny syn powinien czuć wyrzuty sumienia, patrząc na własnego ojca, będącego dzięki niemu pustą skorupą. Wiesz, co ja czuję, patrząc na ciebie? Wściekłość. Rozsadza mnie złość na to, że tak bardzo się myliłeś.
Zawsze uważałem cię za kogoś wielkiego, kogoś, kto zawsze ma rację. Byłem dumny z bycia Malfoyem, a ty to zniszczyłeś.
Nigdy nie pozostawiałeś mi wyboru, zawsze chciałeś decydować o moim życiu. Myliłeś się… Bo to cholerne życie było moje! Tylko moje! I to ja miałem prawo pokierować nim tak, a nie inaczej! Nigdy nie chciałem służyć Voldemortowi! Dla mnie był popieprzonym, spaczonym sukinsynem! Nie rozumiałem jego obsesji czystości krwi, bo on sam nie był niczym więcej jak bękartem mugola!
Merlinie, nie jestem dobrym człowiekiem, nie potrafię patrzeć na szlamy jak na równych sobie. Mugole to dla mnie niższy gatunek, o tak, tutaj się zgadzamy. Jednak masowe morderstwa? Fascynacja torturami? Cruciatus w ramach podziękowań za lojalność? Jak bardzo trzeba być chorym? A ty mu służyłeś, położyłeś przed nim naszą rodzinę na srebrnej tacy i sądziłeś, że ja na równi z innymi dam się pożreć. Komu?! Facetowi wyglądającemu jak gad, któremu przerwano proces ewolucji?! Maniakowi na tronie z kości?! Jak widzisz, nigdy nie pociągało mnie sekciarstwo.
Mogłem cię uratować, mogłem zrobić coś, co wykluczyłoby cię z ataku na Hogwart, ale nie zrobiłem tego. — Objął się ramionami jakby nagle zrobiło mu się zimno. — Znowu dzieci, ojcze. Pamiętasz noc przed atakiem? Zapytałem cię: „Dlaczego Hogwart? Tam jest tylko chmara dzieciaków”. Twoja odpowiedź… „Cel uświęca środki.” — Pokręcił głową, jakby nie mógł czemuś uwierzyć. — Poświęciłbyś wszystkie te dzieci, nie mogące się bronić, nie znające czarnej magii, tylko dlatego, że on chciał Hogwart… Zamek, mury, cegły i magia. Bastion, który nigdy mu się nie poddał. Iluzję.
Wtedy zrozumiałem, że jesteś taki sam jak oni wszyscy, zaślepiony, zły, nie masz uczuć, a jeżeli kogoś kochasz, to jest to tylko ten cholerny gad! Więc pozwoliłem ci pójść. Ironią losu jest to, że to nie obrońcy zamku cię zniszczyli, a klątwy twoich własnych Śmierciożerców.

Podszedł do łóżka i ostatni raz spojrzał na Lucjusza.

— Nigdy więcej tutaj nie przyjdę. Nie odczuwam takiej potrzeby. Chciałem tylko, abyś wiedział, że nie zniszczyłeś naszej rodziny. Nie żebyś nie chciał, po prostu nie udało ci się to. Pobierzemy się z Potterem, wprowadzę nemezis do naszej rodziny. Samuel zostanie moim spadkobiercą.
Tylko tyle chciałem, abyś wiedział. Zostań tutaj, bezwładny, bezbronny i umarły za życia. Poczuj, jak smakuje twoja własna porażka.

Przez moment wpatrywał się w nieruchomą twarz ojca, jakby usiłował utrwalić sobie jego wizerunek. Po czym odwrócił się i opuścił pokój.

Po kamiennej twarzy leżącego mężczyzny spłynęła jedna, samotna łza bezsilności i nikt nie byłby w stanie stwierdzić, czy wywołała to wściekłość, czy może ogromny żal za tym, co stracił.


***



Ciche pukanie do drzwi spowodowało, że skulony w rogu kanapy chłopak podskoczył i spojrzał pytająco na węża.

— Panna Granger prosssssi o wpussszczenie jej do śśśrodka — zasyczał gad.

— Niech wjedzie — mruknął Harry i mocniej otulił się kremowym kocem.

Obraz przesunął się, przepuszczając drobną dziewczęcą postać. Hermiona ubrana była w ciemną, śliwkową szatę z drobnym haftem przy mankietach. Szeroki kołnierz miękko układał się na jej ramionach, a drobne guziczki migotały połyskliwą czernią przy każdym ruchu.

— Hej, Miona — jęknął cicho, patrząc podejrzliwie na pokrowiec spoczywający w zgięciu jej ramienia.

— Harry, jak długo masz zamiar się ukrywać? — Spojrzała na niego karcąco.

— Jak długo będzie trzeba. — Wzruszył ramionami. — Żadna radocha patrzeć na wasze grobowe miny.

— Bardzo mi przykro, że się o ciebie martwimy — prychnęła i położyła pokrowiec na oparciu fotela.

— Wiem, wiem. — Machnął ręką i opuścił nogi na podłogę, odrzucając pled. — Co to?

— Umm… — Dziewczyna zaczerwieniła się lekko. — Przysłano twoją szatę ślubną.

— Ślubna szata… — Harry podniósł się i podszedł do fotela z ponurym wyrazem twarzy. — Powiedz, jest czarna, a na ramieniu ma opaskę żałobną?

— Raczej nie. — pokręciła głową. — Posłuchaj, Harry. — Usiadła na kanapie i spojrzała na niego smutno. — Naprawdę rozumiem, że możesz czuć się przytłoczony i zdenerwowany, ale…

— Przytłoczony? Zdenerwowany? — Odwrócił się szybko w jej stronę i roześmiał się gorzko. — Miona, ja jestem przerażony! Mam zostać mężem Malfoya! Czy może być coś gorszego? To tak… to tak… — zawahał się, szukając odpowiedniego porównania. — Jakby tobie kazano związać się z Parkinson. — Westchnął, gdy Hermiona wzdrygnęła się na jego słowa. — Sama widzisz. Moje życie to jakaś jedna wielka pomyłka i ktoś tam najwyraźniej świetnie się bawi, mieszając w nim raz za razem. Czasami mam wrażenie, że kieruje nim jakiś redaktor bardzo poczytnego szmatławca, goniącego za sensacją. Najpierw zabił mi rodziców, potem uczynił mnie zbawcą, następnie przeczołgał kolejno przez etapy niedowierzania, upokorzenia i prawie banicji, po to tylko, aby znowu wsadzić mnie na piedestał. Musi być zachwycony, popularność jego kukiełki osiągnęła szczyty!

— Harry...

— Ale nie, to mu nie wystarczyło. Złoty Chłopiec wypełnił swoje przeznaczenie — ciągnął dalej, jakby nie usłyszał przyjaciółki. — W końcu ileż można pisać ciągle o tym, jak zabił Voldemorta, prawda? Z czasem stałoby się to nudne, a na nudę nie można sobie pozwolić, o nie. Draco Malfoy! Jedna z najbardziej kontrowersyjnych osób, syn Śmierciożercy, super szpieg, bohater wojenny! Połączmy ich, przecież pomimo tego, że walczyli po tej samej stronie, w życiu prywatnym stoją na przeciwległych brzegach przepaści, więc… zbudujmy im most! Czy może być coś bardziej spektakularnego niż małżeństwo pomiędzy wrogami? — Spojrzał na nią ze złością. — A co ja jestem, pieprzona kukiełka? Można pociągać za sznurki i patrzeć jak podskakuje?

— Przestań, wiesz dobrze, że to był wypadek. — Hermiona nerwowo zacisnęła ręce na kolanach.

— Walę takie wypadki! — wrzasnął. — Moim życiem rządzą wypadki, a może ja chcę wreszcie robić coś sam? Decydować o sobie? Dlaczego każdy ma wybór, a moja droga jest wyrysowana jak na jakiejś cholernej mapie?! Dlaczego taki Malfoy może robić co chce, a ja…

— Oszalałeś?! — Dziewczyna zerwała się z kanapy. — Zastanów się, co mówisz! Sądzisz, że dla niego to jest proste? Myślisz, że marzył o tym, aby cię poślubić? Jest mu tak samo ciężko jak tobie!

— Bronisz go! Bronisz cholernego Malfoya?! Nawet ty jesteś przeciwko mnie — zawył, tracąc nad sobą panowanie.

— Nie bronię, po prostu patrzę na to racjonalnie. — Zatrzymała się i spojrzała na niego błagalnie. — Pomyśl, Harry. On też musi być zdruzgotany, on też ma uczucia…

— Merlinie! Zapomniałaś już, jak nazywał cię szlamą? Zapomniałaś, jak miał cię za śmiecia w Hogwarcie? A może jest inny powód? Może po prostu on ci się podoba, chciałabyś być na moim miejscu? Zazdrościsz, że to nie ty staniesz na ślubnym kobiercu? Wyobrażasz sobie, jak wyglądałabym wasza noc poślubna? Draco Malfoy jako kochanek. Ciekawe czy byłby delikatny, czy może wziął cię jak zwykłą…

Piekący ból zaatakował jego policzek, gdy z trzaskiem wylądowała na nim ręka Hermiony. Odruchowo złapał się za niego i zamilkł wpatrując się w przyjaciółkę z przerażeniem. Jego oczy powoli rozszerzyły się w szoku, gdy zdał sobie sprawę co powiedział.

— Wybacz mi, Hermiono, naprawdę przepraszam, taki mi przykro — wymamrotał, opadając zrezygnowany na fotel.

— Powinno ci być przykro — wyszeptała drżącym ze złości głosem. — Gdybyś chociaż chwilę się zastanowił… Gdybyś spojrzał na to chłodno i z dystansem…

— Nie mogę. — Harry z ogromnym wysiłkiem powstrzymał łzy złości, rozgoryczenia i bezsilności. — Po prostu nie mogę. Czuję, jakby ktoś zamknął mnie w klatce, z której nie ma wyjścia.

— Harry… — Uklękła i chwyciła jego twarz w dłonie. — Spójrz na mnie. Dobrze, a teraz posłuchaj. Nie powiem już nic o Malfoyu, może kiedyś zrozumiesz jak bardzo jesteście do siebie podobni. — Westchnęła, gdy w zielonych oczach błysnął gniew. — Wiem, że trudno ci się uspokoić, że ogarnia cię panika, ale musisz to zrobić. Jutro powiesz „tak”, potem wytrzymasz w tym związku przez rok, a potem zaczniesz swoje własne życie, bez zobowiązań. Pomyśl, że robisz to dla tych dzieci, dla sierot, które tutaj znajdą dom i będą mogły dzięki tobie z czystą kartą wejść w dorosłość. To naprawdę gra warta świeczki.

Przez chwilę przyglądał się jej, obserwując emocje malujące się na jej twarzy, po czym pochylił się i ukrył twarz w jej włosach, wdychając ich migdałowy zapach.

— Postaram się.


***



— Jak on się czuje? — Ron oderwał wzrok od skrzynki, w której znajdował się kafel, dwa tłuczki i maleńki złoty znicz. Właśnie rzucał na nią zaklęcie, które miało spowodować, że tylko on mógł ją otwierać. Inkantacja zawierała hasło i reagowała na indywidualną strukturę magii Weasleya. Od rana krzątał się po boisku, usiłując pracą zająć myśli, które nieustannie wędrowały w stronę przyjaciela.

Hermiona usiadła na ławce i ukryła twarz w dłoniach.

— Jest źle, zupełnie stracił nad sobą panowanie, im bliżej ślubu, tym bardziej jest przerażony. Jutro przed ceremonią ktoś będzie mu musiał podać eliksir uspokajający, bo inaczej nic z tego nie będzie.

— Dziwisz mu się? — Ron odstawił skrzynkę i usiadł obok dziewczyny. — Pobierają się z Malfoyem, to chyba najgorsze co mogło go spotkać. Wiesz, jak się nienawidzą.

— Nienawiść to złe słowo, Ron. — Pokręciła głową, nerwowo skubiąc rąbek szaty. — Tak naprawdę, oni nie mają już za co się nienawidzić. Kiedyś, gdy traktowaliśmy Draco jako przyszłego Śmierciożercę, wszystko było proste. On był czarny, my biali, ale teraz? Jedynym, co skłania nas do patrzenia na niego jak na zło konieczne, jest to, iż żyjemy przeszłością. On się zmienił, my się zmieniliśmy i rozpamiętywanie tego, co było, nie przyniesie niczego dobrego.

— Naprawdę mnie zaskakujesz. — Chłopak potargał ręką rude włosy. — Mogę zrozumieć, że nie widzisz w nim już tego wroga, którym był dawniej, ale to nadal Malfoy. Zła Fretka, oślizgły drań patrzący tylko na siebie. Nie wiem, jakim cudem potrafisz zobaczyć w nim coś dobrego.

— Mam dosyć nienawiści… — Spojrzała na niego smutno, a zarazem jej wzrok nabrał intensywności. — Przez tyle lat żyliśmy zastanawiając się, czy kolejny dzień nie będzie tym ostatnim. Wszędzie widzieliśmy wrogów, pułapki i zdradę. Ja już naprawdę nie mogę. Muszę znaleźć w każdym coś dobrego, bo inaczej to wszystko, o co walczyliśmy, nie będzie miało sensu. Draco nie jest potworem. Voldemort był zły. Malfoy… to zwykły facet, mający wady i zalety. Dorósł tak jak i my i czasami kiedy go widzę, wydaje mi się, że dźwiga na swych plecach taki sam bagaż doświadczeń jak nasza trójka. Gdy myśli, że nikt na niego nie patrzy, z jego twarzy opada maska. Wtedy mogę dostrzec to samo piętno, jakie na nas odcisnęła wojna i to sprawia, iż wierzę, że niczym się od nas tak naprawdę nie różni.

Malfoy… Ron przymknął oczy, usiłując wyobrazić sobie chłopaka takim, jakim widziała go Hermiona. To było trudne, trudniejsze niż sądził. Ślizgon był zawsze ich wrogiem. To przez niego pluł ślimakami, to on doniósł na nich, gdy oddawali Norberta, należał do Inkwizycji i wraz z Umbridge śledził ich zaciekle. To cholerny Malfoy był na wieży w noc, gdy Dumbledore postanowił zagrać z nimi w kolejną grę — „umieram i zmartwychwstaję”. Swoją drogą, to było podłe. Jednakże Draco dał sobie wypalić znak, oszpecając się na całe życie tylko po to, aby móc dla nich szpiegować. Zdradził swoją rodzinę, ryzykując wszystkim, co miał. Odrzucił więzy krwi, postawił na szali majątek i szlachectwo. Był po ich stronie, ryzykując co dzień odkrycie i śmierć. I niech mnie szlag, wywiązał się z tego zadania.

Ron powrócił myślami do dnia ataku na Hogwart. Draco zdradził im plany Śmierciożerców, spokojnie stał z pobladłą twarzą na szczycie wieży i obserwował walkę, z ukrycia wydając rozkazy i wskazując na mapie położenie wroga. Weasley myślał wtedy, że to z jego strony tchórzostwo. W końcu oni byli tam, na otwartym polu, czynnie walczyli, narażając się na niebezpieczeństwo, a cholerna Fretka siedziała bezpieczna w wieży Dumbledore’a. Z perspektywy czasu niechętnie przyznał, że Malfoy wykazał się niesamowitą odwagą i determinacją. Nie mógł się ujawnić, gdyż zdradziłby swą rolę szpiega. Jednak ani razu nie zawahał się i prowadził ich pomiędzy pułapkami z iście ślizgońską precyzją. Merlinie, nawet gdy jego ojca trafiły klątwy, on nadal trwał na posterunku. Być może z jeszcze bardziej pobladłą twarzą i z potarganymi włosami. Ron uświadomił sobie, że wtedy po raz pierwszy zobaczył w Draco człowieka. Nie Ślizgona, nie Fretkę, nie dupka, ale po prostu człowieka, z którym walczy ramię w ramię. Po wszystkim wyrzucił tę myśl z głowy i powrócił do oskarżania go o wszystko.

— Nie wiem, czy bym potrafił — mruknął.

— Potrafił co? — Hermiona spojrzała na niego uważnie i dopiero wtedy uświadomił sobie, że powiedział to na głos. Odwrócił twarz w stronę przesmyku, wbijając wzrok w odległą plażę.

— Zdradzić swojego ojca.

— On był Śmierciożercą. — Gryfonka od razu zorientowała się, o czym mówi przyjaciel.

— Pomimo wszystko nie wiem, czy bym był do tego zdolny.

— Zastanawiałeś się kiedyś, co musiał wtedy czuć? — Odgarnęła włosy, które opadły jej na twarz.

— Nigdy tak naprawdę, czasami tylko było coś na kształt zdumienia. Raczej nie chciałem się w to zagłębiać.

— To chyba wiele o nim mówi, prawda?

— Myślisz, że nie skrzywdzi Harry’ego?

— Obawiam się, że mogą skrzywdzić się nawzajem — westchnęła z rezygnacją.


***



Przy niedużym stole, nakrytym haftowanym obrusem, siedziały trzy osoby. Mały, jasnowłosy chłopiec przyglądał się z zainteresowaniem dwojgu dorosłym, których oblicza wyrażały zaniepokojenie.

— Coś się stało? — zapytał niepewnie.

— Draco chciał ci coś powiedzieć. — Severus nigdy nie mówił o chrześniaku jako o ojcu dziecka.

— To będzie coś złego? — Niepokój przemknął przez twarz Samuela.

— Zależy jak na to spojrzeć — mruknął blondyn, uciekając spojrzeniem przed karcącym wzrokiem Mistrza Eliksirów.

— Nie, Sam, to nic złego, po prostu pewnie sprawy się zmieniły i uznaliśmy, że powinieneś o tym wiedzieć. — Snape siłą woli powstrzymał się od kopnięcia starszego Malfoya pod stołem. Cholera, nigdy nie był dobry w rozmowach z dziećmi, a chłopak najwyraźniej chciał zwalić całą rozmowę na niego. — Draco? — powiedział z naciskiem.

— Eee… Tak. — Ślizgon wyprostował się i wziął kilka głębszych oddechów. — Samuelu, w życiu każdego mężczyzny przychodzi taki czas… — Zarumienił się lekko, widząc, jak ojciec chrzestny przewraca oczami. — Przychodzi czas, gdy trzeba pomyśleć o przyszłości i o tym, że żaden człowiek nie powinien być sam — kontynuował dzielnie.

— Nie jesteś sam, masz mnie i wujka Severusa. — Niebieskie oczy uważnie obserwowały dwóch dorosłych mężczyzn.

— Oczywiście, ale to nie wystarczy, każdy człowiek chce mieć kogoś, kto będzie z nim jeszcze bliżej, jako przyjaciel i ktoś bardzo mu drogi — powiedział. Potter jako ktoś bardzo drogi. Merlinie, powinienem sobie odgryźć język. — Dlatego też postanowiłem wziąć ślub — dokończył szybko.

— Brawo — parsknął Severus. — A teraz powiedz mi, to ty, czy Potter pod działaniem eliksiru wielosokowego.

— Bardzo zabawne. — Draco z niesmakiem pokręcił głową. Przed przyjściem tutaj, przygotował sobie mowę, jednak kiedy usiadł już przy stole naprzeciwko dziecka, uświadomił sobie, że tak naprawdę nie wie co mu powiedzieć.

— Żenisz się? — chłopiec wytrzeszczył oczy. — Będę miał mamę?

— Świetnie… — Blondyn miał ochotę uderzyć głową w stół. Severus jako wsparcie moralne wcale się nie sprawdzał, a już na pewno nie teraz, gdy zaciskał usta, usiłując powstrzymać śmiech. — Tatę — mruknął cicho.

— Tatę już mam — stwierdził rezolutnie chłopiec.

— To będziesz miał dwóch — warknął Draco.

— Och… — Dziecko przez chwilę przetrawiało informację. — To dziwne — stwierdziło w końcu.

— Zupełnie nie wiem, jak ty go wychowałeś. — Snape splótł ręce na piersi i po raz kolejny zmierzył chrześniaka wzrokiem, w którym kryło się rozczarowanie nad jego nieudolnością.

— Jest jeszcze za młody na takie tematy — żachnął się Draco. — Chciałem poczekać, aż będzie starszy.

— Jestem już duży — zaperzył się Sam. — Zrozumiałem, będę miał dwie taty.

— Dwóch ojców — poprawił go automatycznie blondyn.

— Jak ma na imię?

— Ha… Harry. — Malfoy czuł jak w gardle rośnie mu wielka gula.

— O, tak samo jak dupek Harry Potter. — Samuel uśmiechnął się radośnie.

Obydwaj mężczyźni spojrzeli po sobie z przerażeniem.

— Samuelu, skąd znasz takie słowa? — Severus poprawił się na krześle, lekko pochylając się w kierunku dziecka.

— No, sami mówiliście nie raz o cholernym dupku Potterze. Jak się leży w łóżku, to wszystko słychać przez drzwi. — Chłopiec wyszczerzył się jeszcze szerzej. Niezmiernie go bawiło zakłopotanie ojca i wuja.

— Mój drogi, może czasami w zdenerwowaniu wyrwało nam się coś takiego… — Draco dziękował bogom, że siedzi, bo czuł jak po wypowiedzi Sama robi mu się słabo. — Jednak musisz pamiętać, że Harry Potter to zbawca czarodziejskiego świata. — Merlinie! Wychwalam cholernego Pottera. Gdzie jest Trelawney?! Ktoś powinien teraz przepowiedzieć koniec świata! — To ktoś bardzo ważny, o kim kiedyś będziesz uczył się na lekcjach historii. Powinieneś wyrażać się o nim z szacunkiem.

— Ty go nie lubisz — rzucił oskarżycielsko Samuel.

— O…oczywiście, że go lubię. — Kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo.

— Akurat — prychnęło dziecko.

— Jest naprawdę inteligentny. — Snape stwierdził, że dawno tak dobrze się nie bawił. Zdenerwowanie malujące się na twarzy chrześniaka i jego nieudolna rozmowa z młodym Malfoyem odbywała się na naprawdę żenującym poziomie.

— Zamknij się — syknął Draco.

— Nic nie mówiłem! — Sam spojrzał na ojca urażony.

— Nie mówiłem do ciebie!

Dziwny odgłos dobiegł ze strony, gdzie siedział Severus. Ślizgon przysiągłby, że Mistrz Eliksirów się dusi.

— Dobrze się bawisz? — zapytał wściekły.

— Jak dawno nie — przyznał bez cienia skruchy mężczyzna.

— Świetnie!

— Wspaniale.

— Mam ochotę cię uderzyć.

— Przemoc przy dzieciach jest wysoce niestosowna.

— Kto to jest?

Obydwaj mężczyźni przerwali kłótnię i spojrzeli w kierunku chłopca, który zadał ostanie pytanie.

— Mężczyzna, już ci mówiłem — westchnął Draco.

— No, to wiem, ale kim jest, co robi? Jak się nazywa?

— Jest dyrektorem nowej szkoły i nazywa się… Właściwie to… — Ślizgon przesunął ręką po włosach, zapomniawszy, że burzy tym samym idealną fryzurę. — Harry Potter.

Przy stole zapadła cisza. Chłopiec przez chwilę wpatrywał się w twarze ojca i wuja z niedowierzaniem, jakby wiadomość powoli torowała sobie drogę do jego umysłu, po czym wybuchnął śmiechem.

— Harry Potter? Ten Harry Potter? Dupek Potter?

— Nie obrażamy członków rodziny. — Draco spojrzał na niego z dezaprobatą. — Nawet tych przyszłych.

— Jasne — zgodził się chłopiec. — Będę miał dwóch ojców, a jeden z nich to słynny Złoty Chłopiec, o którym piszą w gazetach. — Pomyślał przez chwilę, po czym uśmiech znów rozjaśnił jego twarz. — Fajnie!

— Cieszę się, że podchodzisz do tego z takim entuzjazmem. — Mięśnie twarzy blondyna zaprotestowały przeciwko jakiejkolwiek wymuszonej formie uśmiechu.

— No, chłopaki będą mi zazdrościć, nie raz bawiliśmy się w wojnę i nigdy nie mogłem być Potterem — poskarżył się. — Mówili, że mam za jasne włosy, a teraz on będzie moim tatą. Super!

— Zadziwiające jak dzieciom niewiele potrzeba do szczęścia. — Snape przyglądał się chłopcu z pewną dozą fascynacji. — Może powinieneś zaadaptować jego punkt widzenia?

— Proszę cię. — Draco wzdrygnął się teatralnie.

— To kiedy go poznam? Będę mógł teraz mieszkać z tobą? — pytanie na chwilę zawisło w powietrzu, sprowadzając wszystkich na ziemię.

— Eee…

— Doprawdy, zaczynam się obawiać, że potteryzm jest zaraźliwy. — Severus po raz kolejny wywrócił oczami. — Jeszcze nie jesteście po ślubie, a już przejmujesz niektóre jego nawyki.

— Niedługo nabawisz się oczopląsu — warknął Draco.

— Bynajmniej, panuję nad sytuacją.

— To kiedy? — wysoki dziecięcy głos przerwał po raz kolejny zbliżającą się sprzeczkę.

— W odpowiednim czasie. — Malfoy stanowczym ruchem odsunął krzesło i wstał od stołu.

— Czyli jeszcze długo nie. — Chłopiec spuścił oczy w wyrazie rezygnacji. — Nigdy mnie nigdzie nie zabierasz, nie znam nikogo z twoich znajomych poza wujkiem Severusem.

— Tłumaczyłem ci już…

— Czy ty się mnie wstydzisz?

Draco odwrócił się zdumiony w stronę dziecka.

— Nie, oczywiście, że nie, jak mogłeś tak pomyśleć?

— To dlaczego? Wszyscy moi koledzy mieszkają z rodzicami, a ty tylko mnie odwiedzasz. — W oczach chłopca zabłysły łzy. — Teraz się ożenisz i w ogóle nie będziesz o mnie pamiętał — ostatnie zdanie wyszeptał cicho.

Malfoy przez chwilę stał w milczeniu, nie wiedząc co powiedzieć, po czym jakby kierowany jakimś wewnętrznym instynktem, podszedł do dziecka i przyklęknął obok jego krzesła.

— Sam, nigdy nie możesz myśleć, że o tobie zapomnę. — Odgarnął z czoła malucha jasne kosmyki. — Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu i nic tego nie zmieni. Zabrałbym cię ze sobą już teraz, ale najpierw muszę uporządkować pewne sprawy. Nigdy nie chciałbym narazić się na niebezpieczeństwo, dlatego musisz tu zostać. Moje małżeństwo niczego nie zmieni, nadal będę odwiedzał cię tak często jak mogę. Obiecuję, że porozmawiam z Potterem o tobie i… — Zawahał się chwilę. — Może będziesz mógł go poznać osobiście.

— Naprawdę? — Samuel spojrzał w zatroskane oczy ojca, a niebieskie tęczówki błysnęły niespokojnie. — Obiecujesz, że mnie nie zostawisz?

— Nigdy. — Przyciągnął główkę dziecka do swej piersi i zanurzył twarz w miękkich włosach. — Jestem dumny, że mam takiego syna, nigdy o tym nie zapominaj.



Pół godziny później, po położeniu chłopca spać i rozmowie z opiekunką, Draco stanął cicho obok Severusa, który czekał na niego przy kominku.

— Okazywanie uczuć nie jest godne Malfoya, zapewne myślisz, że jestem żałosny. — Spojrzał wyzywająco na wuja.

— Prawdziwy mężczyzna nigdy nie jest żałosny, Draco. Jest czas na siew i czas na zbiory. Dziś zasiałeś coś bardzo ważnego, kiedyś zbierzesz tego plony. To coś, czego twój ojciec nigdy nie rozumiał.

W oczach starszego czarodzieja dało się dostrzec dumę i Draco po raz pierwszy od wielu dni poczuł, że ciężar uciskający jego ramiona jest odrobinę lżejszy.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:14 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:30

Beta — Aubrey


XI




Ciemny korytarz rozświetlały magiczne pochodnie. Powoli powłócząc nogami, Harry wracał do swoich komnat po wyczerpującej grze z Ronem. Musiał jakoś odreagować stres po rozmowie z Hermioną, a quidditch jeszcze nigdy go nie zawiódł. Wilgotne po prysznicu włosy zaczesał do tyłu, by przyjemnie chłodziły jego rozgrzany kark. Jedyne, na co teraz miał ochotę, to rzucić się na łóżko i pozwolić marzeniom sennym porwać go daleko od rzeczywistości. Niestety widok wysokiej postaci, opartej o ścianę tuż obok wejścia do jego komnat, skutecznie rozproszył nadzieję na odpoczynek.

— Malfoy, nie możesz spać? — przystanął i spojrzał na chłopaka podejrzliwie.

— O osiemnastej? Wybacz, Potter, niektórzy z nas dorośli na tyle, by nie chodzić do łóżka zaraz po kolacji. Chyba, że mają ku temu szczególny cel. — Draco odsunął się od ściany i spojrzał na niego badawczo. — Musimy porozmawiać.

— To co ty musisz, a czego ja chcę, to najwyraźniej dwie różne rzeczy. — Harry wymruczał hasło i obraz przesunął się bezszelestnie. — Słuchaj, jestem zmęczony. Przez następny rok będziemy na siebie skazani, daj mi ostatni wieczór luzu. Miło by było pomarzyć, że to nie twoja twarz oszpeci moją ślubną fotografię.

— Nie bądź idiotą, Potty. Naprawdę, przebywanie w twoim towarzystwie dłużej niż to konieczne nie jest czymś, o czym marzę i najchętniej ograniczyłbym to do minimum, jednak to bardzo ważne.

Coś w wyrazie twarzy i postawie Draco skłoniło bruneta do zatrzymania się. To rzeczywiście musiała być poważna sprawa. Wbrew sobie poczuł się zaintrygowany.

— Właź i streszczaj się.

— Uwierz, że chciałbym. — Malfoy minął go i wolnym krokiem wszedł do salonu. — Masz coś mocniejszego? Przyda się nam.

— Chcesz mnie upić? Tak przed nocą poślubną? — zakpił Złoty Chłopiec.

— Tak, o niczym bardziej nie marzę, jak o dobraniu się do twojego tyłka, w końcu kto nie chciałby przelecieć Wybrańca — zaszydził Ślizgon, a Harry przeklął się w duchu za prowokowanie go.

Z szafki stojącej pod ścianą wyciągnął dwa pękate kieliszki i nalał do nich sporą porcję koniaku.

— O co chodzi? — zapytał, siadając na kanapie z trunkiem w dłoni.

Draco podniósł kieliszek i od razu upił duży łyk, zagłębiając się jednocześnie w fotelu stojącym naprzeciwko.

— Chciałbym ci opowiedzieć pewną historię.

— Zamieniam się w słuch. — Ciekawość Harry’ego wzrosła. Cóż, Malfoy raczej nigdy nie dzielił się z nim żadnymi opowieściami, a sądząc po wyrazie jego twarzy, było to coś szczególnego.

— Zanim zacznę, chcę abyś obiecał mi, że cokolwiek powiem, nie opuści tego pokoju.

— Jasne.

— Mówię poważnie, Potter. — Draco pochylił się do przodu i wbił w niego przenikliwe spojrzenie. — Przysięgnij. Nie chcę, aby Weasley lub Granger dowiedzieli się o tym. W ogóle gdyby nie okoliczności, ta rozmowa nigdy nie miałaby miejsca.

— Ron i Hermiona są moimi przyjaciółmi, nie mam przed nimi tajemnic — żachnął się brunet.

— Przysięgnij na honor Gryfona, albo po prostu zapomnij, że w ogóle tutaj byłem. — Szare oczy zwęziły się nieznacznie. — Nie ufam ci, a ty nie ufasz mnie, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Wbrew sobie chcę wierzyć, że postępuję słusznie, wyjawiając ci to teraz. Jednakże reszta… — Zakręcił kieliszkiem, przenosząc wzrok na miodowy płyn. — Wiewiór ma za długi język, czasami się nie hamuje, a Granger jest zbyt dociekliwa. Nie chcę, aby ktoś drążył w moim życiu prywatnym.

Harry spoważniał i wyprostował się na kanapie.

— Jaki szkielet ukrywasz w szafie, Malfoy?

— Taki, o którym głośno się nie mówi. — Draco upił kolejny łyk koniaku.

— Pytanie brzmi: dlaczego chcesz mi wyjawić swoje ciemne sprawki? — Harry wstał i dolał alkoholu do kieliszka Malfoya, po czym wrócił na swoje miejsce.

— Pech chciał, że będziemy małżeństwem. — Ślizgon uśmiechnął się smętnie. — Severus przekonał mnie, że nie powinienem…

— Więc to Snape cię do mnie przysłał? — Spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Powiedzmy, że odpowiednio mnie ukierunkował. — Blondyn wzruszył ramionami.

— Dobra… — Harry czuł coraz większą ciekawość. Nigdy nie przeszedł obojętnie obok żadnej tajemnicy, a sekret Malfoya to naprawdę było coś. — Przysięgam na honor Gryfona, na Złotego Chłopca, czy co tam jeszcze chcesz.

Draco spojrzał na niego ze złością.

— Nie kpij! Jeżeli nie potrafisz uszanować mojego żądania, to najlepiej będzie, jak od razu wyjdę. — Zrobił ruch, jakby chciał podnieść się z fotela.

— Przysięgam na mój honor, że cokolwiek powiesz, nie opuści tego pokoju. — Brunet momentalnie spoważniał. Ponownie wstał, uzupełnił swój kieliszek, po czym rzucił na pomieszczenie Muflliato. — Czy to cię satysfakcjonuje?

— Tak. — Draco skinął głową. — Widzisz, Potter, jesteś ostatnią osobą, której chciałbym zdradzić ten sekret. Jesteś też, o ironio, moim przyszłym mężem i byłym aurorem, węszenie masz we krwi, więc prędzej czy później sam być go odkrył. — Zamyślił się. — Właściwie zakładam, że stałoby się to szybciej, niż bym chciał. Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, która skłania mnie do wyjawienia ci go. Ktoś chciałby cię poznać.

— Kto? — W Harrym obudziła się czujność.

— Sam się domyślisz, kiedy zakończę opowieść. — Draco podniósł się i podszedł do okna, stając tyłem do Gryfona. Przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się, od czego zacząć, po czym cichym, stłumionym głosem rozpoczął opowieść.

— Historia stara jak świat. Bogaty arystokrata zdradza żonę. Nic nowego, prawda? Jednak tym razem dzieje się coś, do czego nie powinien był nigdy dopuścić. Kobieta zachodzi w ciążę. Zapewne pomyślisz: jak na razie to żaden wielki szok, to się zdarza. Jednak ta opowieść ma swoje drugie dno. Mężczyzna i kobieta należą do mrocznej organizacji, która służy bardzo potężnemu i okrutnemu panu. Widzisz, Potter, ciąża u Śmierciożerczyni to rzecz mocno niepożądana. Ogranicza kobietę na długi czas, a przecież służba u Czarnego Pana niesie za sobą szereg obowiązków. Zapewne większość z nich pozbyłaby się niechcianego balastu, jednak ta jedna postanowiła urodzić dziecko. Nie kierowały nią żadne pobudki uczuciowe, bynajmniej, nigdy nie poczuwała się do bycia matką. Jednakże w jej chorym umyśle zrodził się zupełnie nieprawdopodobny pomysł. Dziecko gorliwych Śmierciożerców, potomek czystej krwi, idealne geny na równie idealnego przyszłego sługę. Jeżeli tylko można by było zapewnić mu odpowiednie wychowanie, pozbawić wszelkich hamulców, to wyrósłby z niego ktoś, kogo Czarny Pan na pewno by docenił.

Draco zamilkł na moment, a Harry zorientował się, że przez cały ten czas siedział z uchylonymi lekko ustami, kurczowo zaciskając rękę na szkle. Przez chwilę w głowie zaświtała mu myśl, że Malfoy opowiada o sobie, ale zaraz odrzucił ją jako absurdalną. Ślizgon był prawowitym potomkiem Lucjusza, nie został poczęty poza małżeństwem. Więc o kim, do diabła, mówił?

— Co się stało z tym dzieckiem? — zapytał cicho.

— Och… oczywiście. — Blondyn ocknął się z zamyślenia, nadal wpatrując się w okno. — Urodził się chłopiec. Na razie był za mały, aby cokolwiek można było w nim ukształtować. Matka oddała go na wychowanie swoim rodzicom. Nie potrzebowała go przy sobie, przecież nic do niego nie czuła. Ojciec również nie wyobrażał sobie, aby mógł się nim zajmować. Był arystokratą, miał żonę i własne dziecko, to byłaby skaza na jego honorze. Tak więc maluch przez trzy lata mieszkał z zimnymi i oschłymi dziadkami, którzy zatrudnili niańkę i umyli ręce, tak naprawdę nie chcąc mieć z nim nic wspólnego. Być może plany jego matki spełniłyby się w pełni, jednak coś stanęło im na przeszkodzie. Czarny Pan zginął z ręki Wybrańca, a tym samym dziecko straciło jakąkolwiek wartość. Jego matka trafiła przed sąd i została skazana na dożywocie w Azkabanie. Ojciec… ojciec chyba zupełnie zapomniał, że istniało, nigdy nawet go nie widział, nie życzył sobie tego. Dziecko trafiło do sierocińca, dziadkowie nie chcieli go dłużej utrzymywać. Rok później aurorzy złapali kilku ważnych Śmierciożerców i kobieta została sprowadzona w roli świadka na przesłuchanie. Tak się stało, że jej zeznania zostały poddane konfrontacji i w lochach ministerstwa pojawił się zupełnie nieoczekiwany gość. Syn jej byłego kochanka.
Można śmiało założyć, że matka chłopca oszalała. W akcie zemsty, śmiejąc się przeraźliwie, opowiedziała młodzieńcowi o niewierności jego ojca. Najprawdopodobniej chciała go zranić, upokorzyć. I odniosła zwycięstwo. — Draco dopił koniak i odstawił szkło na parapet. — Nastolatek był zaszokowany, okazało się, że ma brata, o którym do tej pory nie wiedział. Nie myśl, że nagle zapałał do niego wielkim uczuciem. Nic bardziej mylnego, tak naprawdę nie czuł nic poza ogromnym zawodem. Ojciec do końca pogrążył się w jego oczach. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. Przedtem czuł do niego żal, niechęć, teraz po prostu go znienawidził. Jednakże chłopak był arystokratą, miał swoją dumę. Dziecko, jakkolwiek bękart, miało jego krew. Postanowił więc odnaleźć je i zabrać z sierocińca, a potem oddać komuś na wychowanie, oczywiście za odpowiednią zapłatą. To spowodowałoby, że miałby poczucie dobrze spełnionego obowiązku i w jakiś sposób naprawiłby błędy ojca. Po miesięcznych poszukiwaniach znalazł się w jednym z najgorszych czarodziejskich przytułków. Na korytarzu w tym czasie przebywało kilkanaścioro dzieci, a wszystkie jednakowo brudne i zaniedbanie. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie, aby spośród tłumu szarych postaci wyłowić tę jedną. Naprawdę, nie dało się jej przegapić, to było jak spojrzenie w lustro. Dzieciak chyba odniósł to samo wrażenie, gdyż na widok młodzieńca wyprostował się i zadał jedno pytanie: czy jesteś moim tatą?

Harry wstrzymał oddech. Ta historia przeszła jego najśmielsze oczekiwania. Sam nie wiedział, czego się spodziewał. Zbrodni? Krwi? Czegoś wstydliwego? Na pewno wszystkiego po trochu, jednak na pewno nie tego. Czuł się zupełnie wytrącony z równowagi, w głowie kłębiły mu się tysiące pytań, jednak nie śmiał się odezwać. Bał się przerwać Malfoyowi, aby ten przez przypadek nie zatrzymał się, nie pozostawił go w zawieszeniu. Na szczęście Draco po chwili milczenia podjął przerwany wątek.

— Co może odpowiedzieć człowiek na takie pytanie? Co można poczuć, patrząc na miniaturkę samego siebie? Czy można pozostać niewzruszonym, gdy spojrzenie dziecka wyraża tak ogromną nadzieję? Być może ojciec chłopca odwróciłby się bez słowa, jednak jego brat tak nie potrafił. Nie umiał zostawić go komuś obcemu, odebrać mu tego, na co tak naprawdę zasługiwał. Przecież nie było winą tego wpatrzonego w niego dzieciaka, że pojawił się na świecie w takich okolicznościach. Zrobił więc jedyne, co przyszło mu do głowy. Zabrał stamtąd malucha i ukrył go, wynająwszy opiekunkę. Odwiedzał go tak często jak mógł, nigdy nie wyprowadzając chłopca z błędu i pozwalając mu nazywać się ojcem.

— Czy dziecko nie mogło zamieszkać z nim? — odważył się zapytać Harry.

— Niestety, to nie było możliwe. Matka młodzieńca nigdy by tego nie zaakceptowała. Malec znalazłby się w wielkim niebezpieczeństwie. Był przecież skazą na honorze rodziny, dowodem zdrady. Czymś zupełnie niepożądanym, a więc zbytecznym. Znając swoją rodzicielkę, chłopak dobrze wiedział, że pozbyłaby się malucha przy najbliższej okazji.

Draco odwrócił się od okna. Wyglądał na zmęczonego tą długą opowieścią. Jasna twarz była blada, a oczy straciły cały swój blask. Harry miał wrażenie, jakby po raz pierwszy zobaczył Malfoya pokonanego.

— Kim byli rodzice chłopca?

— Alecto Carrow i Lucjusz Malfoy.

To było zbyt wiele dla Gryfona. Drżącą ręką odstawił kieliszek na stół i wstał z kanapy. Właściwie rozumiał, dlaczego Draco opowiedział mu tę historię. Mieli być małżeństwem i trudno byłoby mu ukryć istnienie chłopca, zwłaszcza gdyby, jak sam mówił, chciał go często odwiedzać. Jednakże kiedy mężczyzna zaczynał opowiadać, Harry spodziewał się… teraz już naprawdę sam nie wiedział czego.

— Chcę go poznać. — Podniósł głowę i spojrzał na blondyna.

— Jesteś tego pewien? — Ślizgon przyglądał mu się podejrzliwie. — Nie chcę, abyś go zranił. To nie jego wina, kim byli jego rodzice, to tylko niczego nieświadome dziecko — powiedział ostro, a Harry po raz pierwszy poczuł coś na kształt podziwu, szacunku i sympatii dla stojącego przed nim mężczyzny. Nigdy nie przypuszczał, że będzie on kiedyś bronił kogoś, kto… Właściwie kogo? Swojego brata? Merlinie, co za pokręcona historia.

— Za kogo ty mnie uważasz? Sądzisz, że oceniłbym dziecko tylko po tym, kto był jego rodzicem?

— Mnie tak oceniłeś. — Draco nie wydawał się przekonany. — Wystarczyło kilka słów Weasleya i już mnie sklasyfikowałeś.

— Nie. — Harry podszedł do niego i spojrzał stanowczo. — To nieprawda. Opinia Rona tak naprawdę nie miała z tym nic wspólnego. Sam to spowodowałeś swoimi słowami.

— Niczego złego nie powiedziałem — zaperzył się Malfoy. — Oferowałem ci przyjaźń!

— Przyjaźń? Przypomnij sobie swoje słowa: pewne rodziny czarodziejów są o wiele lepsze od innych. Pamiętasz? To mnie zniechęciło, bo ja nigdy nie czułem się lepszy. Powiedziałeś to do chłopca, który wychował się w komórce pod schodami. Jak myślisz, co sobie mogłem pomyśleć?

— Niefortunny zbieg okoliczności. — Ślizgon skrzywił się.

— Najwyraźniej. Wracając do tematu, nadal chcę go poznać.

— Jesteś tego pewien?

— Jak niczego innego w tej chwili.


***



Jasnowłosy chłopiec siedział na łóżku i czytał książkę. Na widok otwierających się drzwi uniósł głowę, uśmiechnął się szeroko i zeskoczywszy z posłania, podbiegł do wchodzącego mężczyzny, ciasno obejmując go w pasie.

— Przyszedłeś wcześniej niż zwykle, tato.

— Przecież obiecałem, że będę cię często odwiedzać. — Draco szybko objął chłopca, po czym dosunął go delikatnie od siebie. — Chciałbym, abyś kogoś poznał.

Oczy dziecka zaskrzyły się ciekawością, jednak nie przyzwyczajony do wizyt, odruchowo cofnął się i niepewnie zerknął w kierunku drzwi.

— To Harry Potter. — Malfoy wskazał ręką na wchodzącego do pokoju bruneta.

Wystarczyło jedno spojrzenie, aby Harry był pewien, że naprawdę ma przed sobą brata Ślizgona. Dziecko wyglądało jak miniaturka Draco, a właściwie jak on sam, kiedy zobaczył go po raz pierwszy. Jedyną różnicą było to, że chłopiec był młodszy, wyglądał na około osiem lat i nie miał ulizanych włosów. Wręcz przeciwnie, miękko opadały na jego ramiona, nadając mu wyraz delikatności i niewinności. Niebieskie oczy otoczone firanką ciemnych rzęs patrzyły z ciekawością i pewną obawą. Czyżby bał się, że zostanie odrzucony?

Harry przyklęknął na jedno kolano i wyciągnął rękę w jego kierunku.

— Mów mi Harry. — Uśmiechnął się zachęcająco, czując na sobie uważny wzrok Ślizgona, który wyglądał, jakby był gotowy wyrzucić go, gdyby w jakikolwiek sposób zranił dziecko.

— Samuel… Samuel Gra… — Spojrzał na Draco, a gdy ten skinął głową, dokończył cicho. — Malfoy.

— Miło mi w końcu cię poznać. Twój tata dużo mi o tobie opowiadał. — Brunet podświadomie oceniał chłopca. Było w nim coś, co bardzo różniło go od reszty Malfoyów. Pomijając niezaprzeczalne podobieństwo, Sam wydawał się pozbawiony sztywności i arogancji. Cech, które wydawały się przypisane tej rodzinie. — Masz piękne imię, Samuelu.

— Tata mi je nadał. — Dziecko uśmiechnęło się, uszczęśliwione komplementem. Pierwsze lody najwyraźniej zostały przełamane. Harry wyciągnął z kieszeni pudełko czekoladowych żab i wręczył je chłopcu, który przyjął je z piskiem radości. Jak to dobrze, że sam uwielbiał słodycze i że zawsze miał u siebie ich spory zapas.

— Może usiądziemy? Po… Harry’emu na pewno jest niewygodnie klęczeć na podłodze. — Draco delikatnie popchnął chłopca w głąb pokoju. — Podziękuj za prezent, Sam — upomniał go łagodnie.

— Dzięki! — Dziecko ponownie rozjaśniło się w uśmiechu, niecierpliwie rozrywając pudełko.

— Dziękuję. — Poprawianie chłopca było czymś, co Malfoy robił już automatycznie.

— Przecież podziękowałem! — Sam spojrzał na niego z wyrzutem, wpychając do buzi żabę.

Harry parsknął śmiechem, po czym zamilkł gwałtownie, gdy Draco obrzucił go morderczym spojrzeniem.

— Znis się s foim fatom? — Samuel spojrzał pytająco na Pottera.

— Nie mówimy z pełnymi ustami. — Znowu upomniał go blondyn. — Połknij, a potem zadaj pytanie.

Maluch skinął głową, pospiesznie przełykając smakołyk.

— Żenisz się z moim tatą?

— Eee… tak, pobieramy się — mruknął Harry.

— Fajnie, tata jest dobry. — Poważnie skinął głową. — Ty też musisz być dobry, jesteś bohaterem.

— Staram się, Sam, jednak to inni ocenią, czy mi się udało. — Potter wziął ze stołu jedną z papierowych serwetek i wytarł ubrudzony czekoladą kącik ust chłopca. — Co takiego? — spojrzał pytająco na Draco, który poruszył się na krześle niespokojnie.

— Nic. — Malfoy odwrócił wzrok. Widok Przeklętego Złotego Chłopca zajmującego się troskliwie Samuelem, dzieckiem, które poznał przed chwilą, coś w nim poruszył.

— Będziecie mieszkać razem? — Malec przekrzywił główkę, oczekując odpowiedzi.

— Cóż, zapewne tak… — Harry nie bardzo chciał odpowiadać na takie pytania. — W końcu będziemy małżeństwem.

— Acha, będziesz moim tatą. — Chłopiec uśmiechnął się rozbrajająco. — Szkoda, że ja nie będę mógł z wami mieszkać. Tata mówi, że to niebezpiecznie.

— Tata ma rację, jednak mogę cię zapewnić, że postaramy się, aby to nie trwało długo i będziemy często cię odwiedzać.

— Naprawdę?

Gryfon poczochrał włosy dziecka i spojrzał na Draco. Szare oczy mówiły wyraźnie: Nie obiecuj czegoś, czego nie będziesz chciał dotrzymać. Wytrzymał jego spojrzenie i, nie odwracając wzroku, powiedział.

— Naprawdę, to będzie dla mnie przyjemność. W końcu musimy się lepiej poznać, prawda?

Z niewiadomych przyczyn Draco poczuł, jakby odnosiło się to do relacji pomiędzy nimi i odwrócił głowę, wbijając wzrok w ścianę. Harry zmieszał się lekko i ponownie przeniósł spojrzenie na chłopca.

— Jak poznałeś tatę? — Nieświadomy napięcia panującego pomiędzy dorosłymi Samuel patrzył wyczekująco na Wybrańca.

— Chodziliśmy do jednej szkoły. — Uśmiechnął się do dziecka.

— I tam się pokochaliście?

— Eee… — Harry z paniką na powrót wbił wzrok w Draco, który poczerwieniał i wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć. Kurwa mać, poproszę nowy zestaw pytań!

— Sam, ludzie nie zakochują się na zawołanie. — Malfoy pierwszy odzyskał głos. — Miłość wiąże się z zaufaniem i trzeba dobrze kogoś poznać, aby móc go obdarzyć tak mocnym uczuciem.

— No, ale chyba się znacie dobrze... — Mały wyglądał na zdezorientowanego.

— To prawda, znamy się. — Harry zerknął na Malfoya spod oka. — Wiesz jak to jest pomiędzy chłopakami, czasami się kłóciliśmy… — Niech żyją niedomówienia! — Jednak zazwyczaj się dogadujemy. — Harry, jesteś obłudnym Ślizgonem! — Na pewno jednak będziemy wszyscy świetną rodziną.

— To dlatego tata nazywa cię dupkiem. — Pokiwał ze zrozumieniem chłopiec.

Harry z rozbawieniem spojrzał na Malfoya, który z udaną nonszalancją wzruszył ramionami. A czego oczekiwałeś, Potter? mówiły jego oczy. Hymnów pochwalnych?

— To takie nasze prywatne powiedzonko, wcale nie oznacza, że się nie lubimy.

— Ja nie nazywam swoich kolegów dupkami. — Sam zamrugał i ziewnął szeroko, po czym spojrzał na Draco i po niewczasie zasłonił buzię dłonią.

— I bardzo dobrze, nie należy naśladować we wszystkim dorosłych, czasami musisz podejmować własne decyzje, jeżeli uważasz, że są słuszne. — Potter uśmiechnął się i rozejrzał po pokoju. — Myślę, że najwyższy czas położyć się spać, my też powinniśmy już iść.

— Jeszcze chwileczkę. — Chłopiec zrobił maślane oczy i zerknął na ojca.

— Nic z tego, Sam, może ty juto będziesz mógł pospać dłużej, ale nas czeka bardzo wczesna pobudka.

— No tak, ślub… — Dziecko zeskoczyło ze stołka i podbiegło do Draco. — Odwiedzisz mnie szybko?

— Oczywiście. — Malfoy pochylił się nad nim, czule głaskając go po twarzy. — Teraz zmykaj do łazienki, a potem do łóżka, niania zapewne już przygotowała kąpiel.

Chłopiec skinął główką i ruszył w kierunku łazienki. W połowie drogi zatrzymał się i odwrócił z wahaniem.

— Ty też przyjdziesz? — Spojrzał niepewnie na Harry’ego.

— Jeżeli tylko chcesz.

Oczy dziecka rozjaśniły się i szeroki uśmiech wypłynął na jego twarz.


***



Pół godziny później dwóch mężczyzn wynurzyło się z kominka, otrzepując popiół. Przez chwilę dało się słyszeć tylko furkot materiału, po czym zaległa kłopotliwa cisza.
Draco uniósł głowę i napotkał badawcze spojrzenie Harry’ego, który przyglądał mu się z zagadkowym wyrazem twarzy.

— Masz jakiś problem, Potter?

— Absolutnie żadnego. — Gryfon nadal nie spuszczał z niego wzroku.

— Cóż… Pamiętaj, że przysięgłeś, iż nikomu nie zdradzisz tego, o czym dziś się dowiedziałeś — mruknął, poprawiając szatę i kierując się w stronę wyjścia.

— Nie rób ze mnie głupca, Malfoy. Nigdy nie naraziłbym dziecka na niebezpieczeństwo.

— Oczywiście, jednak zrobiłeś coś równie złego.

Harry spojrzał na niego pytająco.

— Za dużo mu obiecałeś! Powiedz mi, Potter, co sobie myślałeś, mówiąc mu, że postaramy się, by szybko zamieszkał z nami? Kiedy? Teraz na pewno nie, więc może po rozwodzie?

— A co miałem powiedzieć? — Harry oparł się o gzyms kominka i splótł ręce na piersi. — Samuel to inteligentny chłopak, zadawał proste i trafne pytania. Gdybym zaczął unikać odpowiedzi, potraktowałby mnie jak oszusta.

— Mogłeś to jakoś inaczej ująć. Najpierw działasz, a potem myślisz. — Malfoy odwrócił się do niego plecami, wpatrując się w wijącego się na obrazie węża. — Nie chcę, aby kiedyś przez to cierpiał.

— Wiem, przepraszam. Naprawdę go polubiłem. — Harry wpatrywał się w plecy mężczyzny ze smutkiem.

— Tak... — Draco zatrzymał się jakby nad czymś się zastanawiał, po czym wyprostował ramiona jakby podjął jakąś decyzję. — Mimo wszystko dziękuję — mruknął, nie odwracając się.

Harry od razu pojął, o co chodzi Ślizgonowi.

— To świetny dzieciak, Malfoy.

— Wiem.

— Nie zepsuj go.

— Nie ucz mnie, jak mam go wychowywać. Robię to od czterech lat, Potter.

— Oczywiście, robisz to.

Czy mu się wydawało, czy głos Pottera zabrzmiał niespodziewanie miękko? Odepchnął od siebie tę myśl i opuścił komnaty Złotego Chłopca.


***



Wysoki, czarnowłosy mężczyzna stał lekko zgarbiony przed lustrem i przyglądał się sobie krytycznie. Nieprzespana noc na pewno nie wpłynęła na niego korzystnie. Rewelacje, jakimi uraczył go Malfoy dzień wcześniej, spowodowały, że długo siedział w salonie, rozmyślając nad tym, co się wydarzyło. Samuel wywrócił o sto osiemdziesiąt stopni to, co wedle własnego mniemania wiedział o Ślizgonie. Facet był nieprzewidywalny i chociaż nadal go nie lubił, to jednego był pewien. Na nudę nie miał co liczyć.

Westchnął i powrócił do rzeczywistości, krytycznie przyglądając się ślubnemu ubraniu.

— Wyglądam jak kretyn.

— Wyglądasz wspaniale. — Hermiona obeszła go dookoła, poprawiając zapinaną pod szyją pelerynę.

— Dlaczego to ja mam biały strój? To mi się bezsprzecznie wiąże z panną młodą — zrzędził młodzieniec. — Malfoy na pewno wystąpi w czymś ciemnym i stylowym.

— Po pierwsze, to nie jest białe tylko écru, po drugie, ten kolor obowiązuje w świecie czarodziei. Zapewniam cię, że Draco też będzie miał jasny strój.

— W ogóle dlaczego musimy to zrobić w ministerstwie? Nie można zwyczajnie wziąć ślubu w szkole? Przecież ten związek to kpina.

— O tym wiesz ty, ja i kilka innych osób, reszta jest przekonana, że to związek z miłości — tłumaczyła spokojnie dziewczyna. — Jeżeli nie chcesz, aby w gazetach pojawiły się jakieś plotki, musisz zrobić to zgodnie ze zwyczajem. Komnata ślubów nie powstała przypadkiem, służy konkretnemu celowi.

— Taa, jasne. — Wyszedł z łazienki i stanął na środku pokoju. — Czuję się jak przebieraniec — jęknął ponownie.

— Jeżeli to dla ciebie będzie pocieszeniem, powiem ci w sekrecie, że na pewno wyglądasz lepiej niż Malfoy. Masz ciemną karnację i czarne włosy, to wspaniale pasuje do jasnego stroju. Według mnie wyglądasz oszałamiająco. — Hermiona rzeczywiście wpatrywała się w przyjaciela cielęcym wzrokiem.

Wykończona stójką jasna koszula uszyta była najdelikatniejszego lnu, bufiaste rękawy kończyły się mankietem, który zdobiły złote spinki w kształcie liści powoju. Bladozłota atłasowa kamizelka idealnie podkreślała ładnie rzeźbiony tors. Dopasowane kolorystycznie spodnie z wysokogatunkowej wełny opinały smukłe nogi chłopaka, akcentując szczupłe biodra. Długa peleryna o tej samej barwie obszyta była złotą lamówką, zapięta pod szyją misternie zdobioną zapinką, zakończoną łańcuszkiem i delikatnie falowała przy każdym jego ruchu. Jej dół zdobił wąski haft wykonany pojedynczą połyskliwą nicią, przedstawiający pnącza powoju. Wysokie buty uszyte z miękkiego, jasnego zamszu stanowiły dopełnienie całości stroju.

— Mam nadzieję, że tego, co projektował to ubranie, spalono na stosie. Nikt normalny nie chciałby w tym chodzić.

— Faceci — dziewczyna westchnęła i wypchnęła chłopaka z pokoju. — Chodźmy już, robi się późno.

— Na śmierć nigdy nie jest za późno — mruknął, podążając za nią z miną skazańca.


***



Droga do głównego holu minęła Harry’emu nadspodziewanie szybko, ledwo opuścił swoje komnaty, już stał na miejscu. Z rezygnacją oparł się o kolumnę, czekając na tradycyjne spóźnienie Malfoya.
Za chwilę miał wziąć ślub, a czuł się tak, jakby ktoś prowadził go na szafot. To zdecydowanie nie był jego dzień i nic nie mogło poprawić mu humoru.
Ciche kroki dobiegły go od strony lochów. Odwrócił się, oczekując Mistrza Eliksirów, jednakże jego oczy rozszerzyły się w szoku, gdy obok ubranego na czarno Snape’a zobaczył jego przeciwieństwo.

Strój Malfoya nie różnił się niczym od jego własnego, pomijając srebrne wykończenia. Jednakże to, jak prezentował się w nim młodzieniec, było zupełnie inną bajką. Będąc w czwartej klasie na mistrzostwach świata w quidditchu, Harry widział wile i do dziś pamiętał, jakie wrażenie wywarły na nim jako chłopcu. W tej chwili patrząc na Draco, czuł jak owo wspomnienie rozsypuje się w pył, a jego miejsce zajmuje wysoki, szczupły młodzieniec. Jasne włosy wydawały się jeszcze bardziej miękkie niż zazwyczaj i otulały delikatną twarz. Ślizgon z niewiadomych przyczyn nie nałożył na nie żelu, ale pozwolił im opadać swobodnie jedwabistymi pasmami. Srebrna lamówka odbijała światło pochodni, nadając kosmykom lekko platynową barwę oraz sprawiając, że oczy chłopaka nabrały intensywniejszego stalowego koloru. Dopasowane spodnie podkreślały smukłe uda. Draco podniósł głowę i spojrzał na Wybrańca z niechęcią, która w chwilę później ustąpiła wyrazowi zupełnej bezbronności, a na blade policzki wpełzł zdradziecki rumieniec.

— Cholera — wyrwało się Harry’emu.

— Ocknij się, masz cokolwiek nieprzytomny wyraz twarzy. — Ron trącił go w ramię, powodując, że poczuł się, jakby wracając do rzeczywistości, z hukiem uderzył o ziemię.

— Eee… — Spojrzał na przyjaciela błędnym wzrokiem. — Co mówiłeś?

— Mionka, miałaś mu podać eliksir zaraz po deportacji w ministerstwie. — Weasley pokręcił z rezygnacją głową.

— Wyobraź sobie, że jeszcze go nie wypił — prychnęła w roztargnieniu dziewczyna. Przed chwilą jej wzrok błądził pomiędzy Draco a Harrym i zaczęła obawiać się, że prędzej czy później nabawi się potężnego zeza. Jednakże było warto, miała wrażenie, że zdążyła uchwycić coś dziwnego. Zdecydowanie musiała przemyśleć sobie parę spraw.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:15 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:31

Beta — Aubrey


XII




Hol ministerstwa przepełniony był fotografami i znajomymi Harry’ego i Draco. Pojawiła się Luna, Neville, Seamus, przybył nawet Oliver, który na ten czas uzyskał zwolnienie od swojego trenera quidditcha. W kącie stała rodzina Weasleyów, wszyscy ubrani w swe najlepsze stroje i machający do Pottera niepewnie. Na ławce pod odbudowaną fontanną siedziała Ginny i wielkimi, zdziwionymi oczami przypatrywała się zmierzającej do komnaty ślubów parze. Lupin, rozmawiający z jakimś aurorem, uśmiechnął się do chłopaka i uniósł do góry kciuk.
Mieli jeszcze około dziesięciu minut do przybycia czarodzieja, który miał udzielić im ślubu. Draco witał się ze swoimi znajomymi, nie okazując po sobie wzburzenia, ani zaniepokojenia zbliżającym się małżeństwem. Ze spokojem i cynicznym uśmiechem malującym się na twarzy przyjmował niepewne gratulacje Zabiniego, Goyle’a oraz Pansy i kilku innych Ślizgonów. Dla Złotego Chłopca wszystko to wyglądało sztucznie i na pokaz. Fałszywa oprawa do fałszywego związku.

— Harry! — Dobrze znany mu głos przebił się przez tłum i nagle młodzieniec znalazł się w ścisku silnych ramion. Poczuł znajomy zapach i instynktownie poddał się objęciom, zastygając w nich na dłużej.

— Michael, cieszę się, że tu jesteś — wyszeptał z twarzą schowaną w zagłębieniu szyi swojego byłego chłopaka.

— Gdzie indziej mógłbym być? — Mężczyzna odgarnął kosmyk włosów z jego twarzy, przyglądając mu się badawczo. — Co jest grane?

— Zgadnij… — Harry pokręcił głową, uśmiechając się jednak dzielnie, gdyż naokoło co chwilę błyskały lampy aparatów.

— Nie wiem, co skłania cię do tego, ale to, co robisz jest złe — szepnął mu Michael do ucha, lekko pochylony. Tuż za nim stał Dennis Creevey, przyglądając im się zazdrośnie.

— Nie wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? — Potter wyszczerzył zęby w imitacji śmiechu.

— Nie wierzę w miłość od kolejnego ciosu — prychnął blondyn. — Poza tym, wejrzeń mieliście tysiące. Doprawdy, cud, że was dotąd nie zabiły.

— Wiesz, to powinien być radosny dzień, weź ze mnie przykład i uśmiechaj się do publiczności. — Harry bezwiednie przekrzywił głowę, gdy palce chłopaka musnęły jego wrażliwy kark.

— Nie płacą mi za aktorstwo, tobie też nie. — Michael spojrzał na niego ponuro. — Musisz mi wytłumaczyć, co to za maskarada.

— Po prostu odnalazłem swoje przeznaczenie…

— W mojej osobie. — Brunet drgnął, gdy nagle obok jego boku zmaterializował się Draco, zatrzymując znaczące spojrzenie na ręce mężczyzny. — Po prostu Harry, wraz z pozbyciem się okularów, wreszcie przejrzał na oczy i dostrzegł, co dla niego najlepsze.

— Draco… — Michael cofnął się, obejmując ramieniem Dennisa, który momentalnie przylgnął do jego boku. — Miło cię widzieć.

— Jeżeli jeszcze zapytasz, co tutaj robię, pomyślę że tłuczek walnął cię o jeden raz za dużo — prychnął Malfoy, spod oka obserwując swego byłego kolegę. Przez długi czas mieszkali w jednym dormitorium, jednak nigdy nie byli przyjaciółmi.

— Sądząc po twoim stroju, przyszedłeś jako towarzystwo dla Harry’ego. Powiedz mi, ten ślub to zabezpieczenie dla pieniędzy, które włożyłeś w szkołę?

Draco zacisnął pięści, siłą woli powstrzymując się od czegoś, czego potem mógłby żałować. Pochylił się w kierunku przeciwnika i zniżył głos, szepcząc mu prawie do ucha.

— Nie. Widzisz, Miki, powiem ci w sekrecie, że odkryłem, iż Potter jest cholernie ognistym kochankiem i doszedłem do wniosku, że żal marnować tak wprawne usta dla innych.

— Ty…

— Przestańcie! — Harry co prawda nie dosłyszał ostatniego zdania wypowiedzianego przez Draco, ale widząc blednącą ze złości twarz Michaela, postanowił interweniować. — Naprawdę, doceniam to, że przyszedłeś, mam nadzieję, że wraz z Dennisem pojawicie się na przyjęciu.

— Oczywiście, nie przepuścilibyśmy takiej okazji. — Michael łypnął na Draco złowrogo. — Porozmawiamy później.

— Wątpię, Harry jako dyrektor szkoły jest bardzo zajęty, poza tym… — tu uśmiechnął się kpiąco — będzie miał wiele bardzo absorbujących zajęć — wycedził, z satysfakcją odnotowując, że policzki Pottera pokryły się czerwienią.

— Insynuujesz, że…

— Bierzemy ślub, Michael, zrozumienie tego może ci pomóc uporządkować sobie pewne sprawy. Poza tym, twój kochanek wygląda na zaniepokojonego, powinieneś się nim zająć.

— Malfoy, przeginasz — syknął Harry, jednocześnie posyłając szeroki uśmiech jakiemuś reporterowi, który zdołał się przecisnąć przez tłum.

Draco — Ślizgon zaakcentował swoje imię, posyłając mu zirytowane spojrzenie. — Myślę, że powinniśmy się zbierać. Właśnie otworzono komnatę.

Harry westchnął i pożegnał skinieniem głowy swojego byłego partnera. Nadeszła chwila, której bał się najbardziej. Czy on wczoraj myślał, że Malfoy się zmienił? Merlinie, jak bardzo można być naiwnym?
Przekroczyli próg pokoju, zanurzając się w morzu zapachów. Komnata zapełniona była kwiatami. Pośrodku stało kilka ławek, na których zasiąść mieli świadkowie i najbliżsi przyszłych małżonków. Gryfon bezradnie rozejrzał się za Hermioną, która obiecała dać mu eliksir uspokajający, jednak dziewczyny nigdzie w pobliżu nie było. Mężczyzna stojący na podwyższeniu dał znak, aby zbliżyli się do niego.
Ubrany w szaty w kolorze burgunda, uśmiechał się szeroko, prezentując otoczeniu swoje nieskazitelne uzębienie. W pewien sposób przypominał Gilderoya Lockharta. Harry’ego przeszedł zimny dreszcz.
Powoli podeszli ku niemu i wstąpili na zaokrąglone podium, wyścielone czerwonym dywanem.

— Stańcie naprzeciwko siebie — zagrzmiał tubalnym głosem czarodziej.

Harry odwrócił się w kierunku Draco, kątem oka obserwował zebranych w sali ludzi.
Na przedzie siedziała Narcyza Malfoy, przyglądając im się zimnym, odpychającym spojrzeniem. Tuż obok niej miejsce zajął Severus. Z tyłu tłoczyli się Pansy, Zabini i Goyle.
Po drugiej stronie, w pierwszym rzędzie zasiadali Hermiona, Ron i Remus. Kolejną ławkę zajęli rudowłosi Weasleyowie, z minami bardziej odpowiednimi na pogrzeb niż na ślub.
Donośny głos mężczyzny stojącego przed nimi odwrócił jego uwagę od gości.

— Moi drodzy, przybyliście, aby dzielić tę doniosłą i radosną chwilę z tymi oto dwoma wspaniałymi mężczyznami. W dzisiejszych liberalnych czasach, gdy tak niewiele osób decyduje się sformalizować związki, ci młodzi ludzie zapragnęli kultywować jakże piękną tradycję czystokrwistych rodów, z których się wywodzą.

Draco westchnął bezgłośnie, prawie słysząc, jak jego ojciec chrzestny wywraca oczami, słuchając tego nadętego monologu.

— W obliczu ich wielkiej miłości…

Harry opuścił powieki zrezygnowany i jego spojrzenie padło na dłoń Malfoya, który właśnie na swoim udzie wystukiwał palcami sobie tylko znany rytm. Przekrzywił głowę i uważniej zaczął przyglądać się chłopakowi.

— … jaśniejącej na ich młodych twarzach, serca każdego z nas wypełnia szczęście i oczekiwanie.

Powieka Draco wyraźnie drgnęła i nagle Harry poczuł, że za chwilę po prostu wybuchnie śmiechem. Przygryzł policzek, zaciskając usta i w tym momencie ich spojrzenia skrzyżowały się.

— Oczekiwanie na ten cudowny moment, który wreszcie połączy ich gorejące serca i pozwoli im w pełni radować się swą bliskością, stąpając po ścieżce pełnej nadziei…

Brew Malfoya uniosła się, a kącik ust skrzywił nieznacznie. Harry zacisnął pięści, gdy jego ramiona zaczęły nagle dygotać od powstrzymywanego z trudem śmiechu.

— …Chwały i cudownej pieśni poranka, który symbolizuje ich nowo rozpoczęte życie. Czyż nie wspaniały jest fakt, że tak ogromne pokłady uczuć, kiedyś, być może nieodległej przyszłości, zaowocują nowym, poczętym w tym związku…

— Merlinie — jęknął Draco i Harry w tym momencie nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

Pompatyczny czarodziej jakby ocknął się i przypomniał sobie, że stoją przed nim dwaj młodzieńcy, po czym poczerwieniał mocno. Jednak w sekundzie jego oczy przybrały ponownie nieco nieobecny, szklisty wyraz. Kontynuował tubalnym głosem.

— Spełnijmy zatem ich marzenie i niech przysięgi połączą tych dwóch na wieczność. — Mężczyzna odwrócił się w stronę Draco i spojrzał na niego poważnie. — Powtarzaj za mną. Mój dom będzie twoim domem.

— Mój dom będzie twoim domem — powiedział chłopak, mimowolnie nadal patrząc na Harry’ego, któremu nagle zupełnie przeszła ochota do śmiechu.

— Mój chleb będzie twoim chlebem.

— Mój chleb będzie twoim chlebem — blondyn nadal mówił spokojnie, co niezmiernie zaskakiwało Gryfona.

— Moje ciało będzie twoim ciałem.

— Moje ciało będzie twoim ciałem. — Myśli Harry’ego poszybowały w kierunku sypialni i jego mięśnie mimowolnie zesztywniały.

— Moja magia będzie twoją magią. — Po sali rozeszło się zbiorowe westchnienie.

Severus wstrzymał oddech, a jego usta uchyliły się w niedowierzaniu. Co to za formuła? Nikt nigdy nie odważył się jej wypowiadać w aranżowanych małżeństwach. Dzielenie magii było bardziej intymne niż seks. Dotykało rdzenia magicznego czarodziei i łączyło ich na zawsze, powodując, że od tej pory mogli współczarować. Przysięgi takie składali sobie tylko magowie pewni swojego uczucia i przeznaczenia, inaczej magia odrzucała ich z ogromną siłą, powodując niejednokrotnie trwałe uszkodzenia w ich zasobach energii. Niektórzy na zawsze zostawali charłakami. Draco nie mógł wypowiedzieć tej przysięgi, znał konsekwencje! On i Potter nie byli sobie przeznaczeni, połączył ich fatalny zbieg okoliczności. Najwyraźniej nie tyko on zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje. Wśród Weasleyów zapanowało ogromne poruszenie, a Ronald szeptał coś nerwowo do stojącej obok niego Granger.

— Moja magia będzie twoją magią — wyszeptał Draco z nagle pobladłą twarzą, jego głos zadrżał mimowolnie, co nie uszło uwadze Harry’ego.

— Moje życie będzie twoim życiem. Klnę się na mój honor, że tak się stanie — dokończył czarodziej, a Malfoy powtórzył za nim cicho. Mężczyzna skinął głową i odwrócił się w kierunku Harry’ego, powtarzając znajome już formułki.

— Niech ktoś powstrzyma Pottera — syknął Snape. — Nie wolno mu dokończyć przysięgi!

— Milcz, Severusie. — Stojąca obok Narcyza wyglądała na niezwykle spokojną. — Nie wolno ci przerwać ceremonii.

Mistrz Eliksirów spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Jeżeli przysięga się dopełni, Draco może zostać charłakiem lub zginąć! Nie możemy do tego dopuścić.

— Nic mu nie będzie, Malfoyowie są zbyt potężni. — Kobieta spojrzała na niego ze złością. — Ten ślub to farsa! Lepiej byłoby, gdyby teraz został przerwany, zanim mój syn popełni mezalians.

Severus przyglądał się jej ze zgrozą. Narcyza była szalona, wierzyła, że Draco będzie mógł się obronić przed pradawną magią. Był jeszcze czas, on mógł to przerwać, on mógł…

— Moje życie będzie twoim życiem. Klnę się na mój honor, że tak się stanie. — Głos Gryfona przerwał jego rozważania. Spojrzał na podwyższenie. Jeszcze chyba nigdy w swoim życiu tak bardzo się nie bał.

Za późno.

Powietrze wokół nich zafalowało wyraźnie. Atmosfera zagęściła się, a po komnacie rozszedł się dziwny, słodki zapach. Sylwetki młodzieńców zauważalnie straciły kontury, jakby zostali oddzieleni od realnego świata jakąś niematerialną barierą. Stojący przed nimi mężczyzna połączył ich lewe dłonie i uniósł różdżkę.

— Zatem niech się stanie! — Białe światło oślepiło na moment siedzących w komnacie. Gdy fala blasku minęła, wszyscy po raz pierwszy mogli zobaczyć pierwotną formę magii. Falowała dookoła dwóch połączonych dłońmi młodzieńców. Energia Draco miała odcień srebrzysty i otaczała go jak żywa materia. Potter stał w miejscu otulony jasną, gdzieniegdzie jarzącą się szmaragdowo poświatą. Przenikały się one powoli, tworząc całość, która rozbłyskała złotymi refleksami.
Magia powoli wchłaniała się w ich ciała, rozpływając się i niknąc z oczu zdumionych ludzi. Po chwili wszystko wróciło do normy, tylko włosy Draco i Harry’ego nadal falowały, jakby targane niewidocznym wiatrem.


***



Harry stał na środku wielkiej sali jadalnej, która na ten dzień została przekształcona na potrzeby uroczystości i z przylepionym do ust uśmiechem przyjmował życzenia napływających gości. Do zamku zostali wpuszczeni tylko trzej reporterzy, „Proroka Codziennego”, „Magazynu Czarodziejskiego Faktu” oraz „Żonglera”. Ostatni dostał wejściówkę raczej ze względu na Lunę, niż na oferowane wiadomości. Wszyscy byli wyjątkowo podnieceni i Potter nie bardzo wiedział, dlaczego ludzie tak bardzo ekscytują się tym ślubem. Kilka życzeń naprawdę nim wstrząsnęło.

— Chłopie, naprawdę nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale masz moje pełne poparcie. Wiesz, to ciągle Fretka i Malfoy, jednak skoro jesteście sobie przeznaczeni… Z tym nie można walczyć. — Ron poklepał go niezdarnie po ramieniu. — Wiem, że będzie ci trudno i w ogóle, w końcu to facet, a ty… — Jego twarz była równie czerwona jak włosy. — No, ale magia wie, co robi, nie?

Potter patrzył na niego jak na wariata.

— Harry… — Chwilę później palce Ginny jak szpony wbijały się w jego ramię. — Ja naprawdę nie wiedziałam i cieszę się twoim szczęściem. — Dziewczyna siąknęła głośno nosem, po czym odwróciła się i uciekła, pozostawiając zdezorientowanego chłopaka z coraz bardziej mieszanymi uczuciami.

— Cóż, drogi chłopcze, to wielki dar i prawdziwa rzadkość. Merlin wie, że komu jak komu, ale tobie należało się trochę szczęścia. — Lupin jowialnie poczochrał jego włosy, jakby nadal miał przed sobą dziecko.

Twarz Harry’ego stanowiła żywy obraz niedowierzania i zdezorientowania.
Jego wzrok spoczął na Michaelu, który przyglądał mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy, gdy zobaczył, że na niego patrzy, uśmiechnął się lekko i podszedł szybkim krokiem.

— Malfoy ze wszystkich ludzi? Harry, mój drogi, nie powiem, iż nie jestem zaskoczony. Jesteście jak ogień i woda. — Tym razem nie przytulił go, tylko potrząsnął jego ręką, zachowując dystans. — Zawsze potrafiłeś spaść na cztery łapy. I jeżeli znam kogoś, kto szczególnie zasłużył na miłość, to właśnie ciebie.

Złoty Chłopiec otworzył usta, aby coś powiedzieć, jednak został otoczony przez tłum i pociągnięty w stronę stołu nowożeńców. W jego głowie panował chaos. Coś było zupełnie nie tak! Dlaczego nawet najbliżsi składali mu gratulacje, jakby osiągnął pełnię szczęścia? Przecież przyjaciele wiedzieli, że ten ślub był farsą. Co jest grane, do cholery?

Draco unikał go, odkąd opuścili ministerstwo. Umiejętnie lawirował pomiędzy gośćmi, jednak ani razu nie podszedł do swojego świeżo poślubionego męża. Harry przyglądał mu się ukradkiem i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Malfoy jest czymś wystraszony, chociaż z uśmiechem grał swoją rolę.

— Panie Potter… — Młody człowiek, którego widział dziś w otoczeniu aurorów, stanął przed nim i podał mu jakąś teczkę. — To kopie dokumentów potwierdzających zawarcie małżeństwa. Mieliśmy wręczyć je państwu na miejscu, jednak zbyt szybko opuściliście ministerstwo.

— Dziękuję. — Harry ostrożnie wziął teczkę i ruszył w kierunku wyjścia z sali. To był idealny moment, aby wreszcie dowiedzieć się czegoś. — Ron! — krzyknął na widok przyjaciela. — Przejdziesz się ze mną? Muszę odnieść te papiery.

— Jasne. — Weasley odstawił na stolik talerzyk z niedojedzonym ciastem i ruszył za nim.

Kiedy tylko za ich plecami ucichł gwar dobiegający z jadalni, nie zwalniając kroku, Harry spojrzał na przyjaciela i zapytał.

— Co się do diabła dzieje?

— Niby co? — Ron wszedł za Potterem na schody prowadzące do jego komnat.

— Czemu wszyscy odstawiają szopkę? Te gratulacje i w ogóle, jakbym połączył się z nim na wieczność. Ja rozumiem, że musimy odgrywać swoje role, ale tak między sobą możemy być szczerzy.

Ron spojrzał na niego dziwnie, przystając pod obrazem węża, który na dźwięk głosu Harry’ego odsunął się, wpuszczając ich do środka.

— Harry, ty wiesz co się dzisiaj stało, prawda? — zaczął ostrożnie.

— Wziąłem ślub z Malfoyem i tym samym wyciąłem sobie rok z życiorysu? — Potter oparł się o ścianę, obracając w dłoniach teczkę z dokumentami.

— Nie wiesz… — Ron usiadł na kanapie, nerwowo pocierając skronie.

— Możesz jaśniej? Zaczynam się denerwować.

— Usiądź może lepiej, co? — Weasley westchnął z rezygnacją. — Nie wiem, od czego zacząć.

— Może od początku? — podpowiedział Potter, osuwając się po ścianie i siadając na miękkim dywanie.

— Cholera… Widzisz, są dwa rodzaje przysiąg małżeńskich. Zazwyczaj ludzie przysięgają sobie, że będą dzielić dom, życie, pomagać sobie nawzajem, zapewniać opiekę w potrzebie.

— Nie widzę różnicy w tym, co przysięgaliśmy sobie z Malfoyem.

— Niby wszystko tak samo, ale w waszej przysiędze pojawiła się deklaracja dzielenia ze sobą magii. Harry, to ewenement, starożytna formuła, prawie nikt się na to nie decyduje. Wasza magia jest teraz połączona, możecie współczarować!

— Co? — Oczy Wybrańca rozszerzyły się w szoku.

— Podzieliłeś z nim moc. Można powiedzieć, że wasza magia jest teraz kompatybilna, uzupełnia się. To bardzo niebezpieczna przysięga, gdyby coś poszło nie tak, mogliście zginąć lub stać się charłakami. Jeżeli masz zamiar zabić teraz Fretkę, to odpuść sobie. Był przerażony, od razu było widać, że nie nic nie wiedział i został postawiony przed tym zupełnie bezwiednie.

— Rozwód? — Pottera ogarnęło złe przeczucie.

— Nie wiem, Harry. To magia, raz połączona… Nigdy nie było rozwodów w czystomagicznych związkach. Nawet nie wiem, czy wasza moc może być rozdzielona, a jeżeli tak, to czy nie wpłynie to na was. To ingerencja w rdzeń, a z tym nie ma żartów.

— Ja pierdolę… — Brunet pobladł i ze złością zerknął na trzymaną w ręku teczkę. — Dlaczego akurat na mnie musiało to trafić? — Wyciągnął papiery i w zdenerwowaniu przebiegł po nich wzrokiem. — Nie chcę teraz o tym myśleć, porozmawiam z Hermioną, ona na pewno znajdzie na to sposób.

— Kurcze, słuchaj, nie obraź się albo coś… — Ron bawił się rękami, wykręcając sobie palce. — Może to przeznaczenie? Nie wściekaj się, po prostu to przemyśl.

— Ron! — Harry patrzył na niego z przerażeniem. — To Malfoy! Fretka! Wredny Ślizgon! Nie lubimy go, nie trawimy jego osoby, pamiętasz?

— Wiem, ale cholera… Takie coś zdarza się bardzo rzadko, wszyscy wierzą, że to jak odnalezienie drugiej połówki czy jakoś tak, nazwij to jak chcesz.

— Nie poznaję cię! — Potter pokręcił głową. — Zresztą… — spojrzał na papiery. — Może da się to jakoś odkręcić. Najwyraźniej coś z piórem było nie tak, bo nie widzę naszych podpisów.

Ron wsunął palce pomiędzy swoje rude włosy i jęknął coś niezrozumiale.

— Co znowu? — Harry spojrzał na niego niespokojnie.

— Pióro nie było zepsute — wymamrotał przyjaciel. — Wiesz, te podpisy, no… One się pojawią.

— Kiedy? — Potter przełknął ślinę, tknięty złym przeczuciem.

— No, kurde Harry, wiesz…

— Właśnie problem w tym, że nie wiem! — Brunet mocniej zacisnął palce na dokumencie.

— Pojawią się, jak… Cholera no, musisz się z nim przespać — wysapał Ron i odwrócił twarz w kierunku okna, unikając wzroku Złotego Chłopca.

— Jak to prze… przespać? — Wybraniec pobladł lekko.

— Ja pierdzielę, normalnie, skonsumować małżeństwo. Takie jest prawo.

— Czyli że co? Noc poślubna? — Harry poczuł, jak robi mu się słabo. To paranoja czy tylko zły sen?

— Wiesz, małżonkowie zwykle ze sobą śpią — mruknął Ron.

— Ale my nie jesteśmy normalnym małżeństwem! — wrzasnął chłopak. — Nie mów mi, że wiedzieliście o tym od samego początku, że Malfoy wiedział!

— Myślałem, że wiesz — zaperzył się przyjaciel. — Zawsze tak było!

— Wyobraź sobie, że nigdy dotąd nie brałem ślubu! Skąd do diabła miałem znać takie szczegóły? W mugolskich małżeństwach nie ma takich rzeczy, nikt nikomu do sypialni nie zagląda!

— Nie wrzeszcz na mnie! To nie moja wina, ja tego nie ustalałem! Dawniej sprawdzano prześcieradła, albo magicznie wykrywano takie rzeczy, jednak za dużo z tym było zachodu, więc zaczarowano dokumenty tak, że pokazują one nazwiska w momencie, gdy związek staje się ważny.

— Ron, ale Merlinie, ja i Malfoy… Razem?! — jęknął Harry.

— No wiem, kurcze, ty nawet nie jesteś gejem, rozumiem jak musi być ci trudno — westchnął Weasley.

— Powiedzmy. — Potter podniósł się z podłogi i powlókł do sypialni, gdzie wrzucił papiery na dno szuflady. Odwrócił się i jego wzrok padł na łóżko. Kurwa, to będzie ciężka noc — jęknął w duchu.


***



Severus błądził po sali, obserwując otaczających go ludzi. Widział, jak Potter zniknął z Weasleyem i zastanawiał się, gdzie mogą tak długo być. Szlag, reporterzy już rozglądali się za Wybrańcem. Czy on nie mógł przynajmniej raz stanąć na wysokości zdania? Przez całe popołudnie zastanawiał się nad tym, co wydarzyło się w ministerstwie i doszedł do wniosku, że to nie było dziełem przypadku. Skierował swe kroki w stronę siedzącej przy stoliku Narcyzy, która z zaciętą miną sączyła wino.

— Jak to zrobiłaś? — zapytał bez ogródek, siadając obok niej.

— Nie wierzysz w mój dar przekonywania? — Kobieta nawet nie udawała, że nie wie o co chodzi.

— Wierzę w Imperiusa — warknął. — Jak mogłaś zrobić to własnemu synowi?!

— Zrobiłam to dla niego! — Skrzywiła się ze złością. — Ten facet był oporny. Imperio i delikatna modyfikacja pamięci nie są niczym złym, kiedy działa się w dobrej sprawie.

— Niczym złym? To niewybaczalne! — syknął zdenerwowany. Narcyza go przerażała. — Przez ciebie odczytano starożytną formułę, Draco mógł zginąć!

— Przesadzasz, nic by się mu nie stało, jego moc jest zbyt wielka, poza tym… — spojrzała na niego beznamiętnie. — Czasami śmierć jest lepsza niż wstyd, który sprowadził na rodzinę tym małżeństwem.

— Jesteś szalona! To Potter! Wiesz, ile osób marzyło o tym, aby oddać mu rękę swej córki? Ludzie uważaliby to za zaszczyt, a ty…

— Ten człowiek zniszczył moją rodzinę, to przez niego Lucjusz leży teraz w szpitalu. To on sprowadził Draco na złą drogę — warknęła, gwałtownie odsuwając od siebie kieliszek.

— Nie rób ze swego syna marionetki w rękach Pottera. Draco sam wybrał, co było optymalne w tej sytuacji.

— Nie będę o tym z tobą rozmawiała. Jesteś takim samym zdrajcą jak on, a ja muszę dbać o honor rodziny, zwłaszcza teraz, gdy Lucjusz już nie może. — Odsunęła krzesło i wstała, poprawiając szatę. — Mam dosyć tej farsy, wracam do siebie.

Patrzył jak lawirowała pomiędzy ludźmi z fałszywym uśmiechem na twarzy, po czym stanęła przy kominku i wrzuciła do niego proszek Fiuu. Musiał porozmawiać z Draco. Narcyza była niebezpieczna i osłony nie powinny wpuszczać jej do zamku bez uprzedzenia.

— A więc Imperius. — Jasnowłosy chłopak usiadł ciężko na krześle, które dopiero co opuściła jego matka.

— Słyszałeś.

Draco ruchem głowy wskazał biały muślin, który ozdabiał ścianę obok stolika i przy okazji zasłaniał ukryte za nią drzwi.

— Byłem w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej porze. — Wzruszył ramionami. — To wariatka. — Spojrzał na ojca chrzestnego z rozgoryczeniem.

— Powiedziałbym raczej, że jest bardzo zdeterminowana i nienawidzi Pottera.

— Mogła nas zabić — warknął. — Mnie mogła zabić! Przedłożyła własne dyktatorskie zapędy nad moje życie. Od dawna wiedziałem, że jest opętana na punkcie swego nazwiska, ale nie sądziłem, że do tego stopnia.

— Mogłeś to przerwać, mogłeś nie wypowiadać tych słów. — Snape spiorunował go wzrokiem.

— Mogłem, ale to by zniszczyło to, nad czym pracowaliśmy. Gazety nie dałyby nam żyć. Poza tym, nie jestem tchórzem.

— Nie jesteś — zgodził się Snape. — Co teraz?

— Noc poślubna. — Draco rozparł się na krześle i skrzywił się, widząc wchodzącego do sali Pottera. — Ale najpierw dajmy ludziom to, czego oczekują. — Wstał i podszedł do wyraźnie zdenerwowanego Harry’ego.

— Przedstawienie musi trwać — mruknął, nachylając się nad nim, łapiąc go za rękę i wyciągając oszołomionego mężczyznę na środek pomieszczenia. — Grają naszą melodię.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:15 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:32

Beta — Aubrey


XIII


Zbliżała się druga, gdy goście wreszcie zaczęli się rozchodzić. Sieć Fiuu na tę noc została otwarta i większość z zaproszonych mogła wrócić do domów. Byli też tacy, którzy zdecydowali się zostać i skorzystać z zamkowych sypialni, między innymi rodzina Weasleyów i Lupin.

Harry rzucił niespokojne spojrzenie w kierunku Draco. Przez cały wieczór obserwował chłopaka, próbując wyobrazić sobie ich noc poślubną i w żaden sposób nie mógł znaleźć wyjścia z zaistniałej sytuacji.

Oparł się o ścianę i spod półprzymkniętych powiek przypatrywał się mężowi.

Mąż.

No cóż, jak absurdalnym by to nie było, Malfoy był jego mężem i nosił jego nazwisko, tak jak i on nosił jego. Draco Lucjusz Apollo Malfoy-Potter i Harry James Potter-Malfoy. Uznali, iż takie rozwiązanie będzie najmniej krzywdzące i żaden z nich nie sprzeciwił się tej propozycji.
Ślizgon przez większą cześć życia był jego wrogiem. Potter nie lubił go, uważał za egoistycznego i rozwydrzonego dupka, traktował jak wcielone zło i naprawdę ciężko było o tym zapomnieć.
Harry znalazł się w cokolwiek nieciekawym położeniu i jeżeli ta noc nie miała skończyć się śmiercią jednego z nich, to musiał zmienić swoje nastawienie i w jakiś sposób zaakceptować zbliżający się kataklizm.
Westchnął i uważniej zaczął przyglądać się Ślizgonowi, szukając czegoś, co zadziałałoby na jego korzyść.

Malfoy był szpiegiem podczas minionej wojny.

Dobrze, punkt dla niego. Tajny agent w szeregach Voldemorta to nie byle kto. Niezaprzeczalnie pomógł wygrać tę wojnę, jego informacje były dla Zakonu bezcenne i wiele osób spało dziś snem sprawiedliwych tylko dlatego, że dzięki Draco mogli w porę zadziałać. Nie ulegało wątpliwości, że misja, której podjął się jako siedemnastolatek, była ciężka i niebezpieczna, a tylko wrodzony spryt uchronił go przed okrutną śmiercią, przeznaczoną dla zdrajców. W dodatku chłopak poświęcił dla sprawy własnego ojca i tym samym odciął się od rodziny. Harry nie wiedział, czy sam zdobyłby się na taki krok. Musiał przyznać, że czuł pewien rodzaj podziwu dla determinacji młodego mężczyzny i siły jego przekonań. Jedno było pewne — jeżeli Draco czegoś się podejmował, doprowadzał to do końca, nie zważając na koszty.

Draco zaopiekował się bratem.

Kolejny punkt. Dziecko było bękartem i przyjęcie go do rodziny stanowiło ryzyko, że kiedyś w przyszłości zagrozi ono pozycji Malfoya jako jedynego dziedzica, a jednak chłopak zdecydował się nim zająć i robił to naprawdę dobrze. Harry długo nie mógł uwierzyć, że ktoś taki jak Ślizgon potrafi być tak dobrym i czułym opiekunem. Najwyraźniej pod maską cynicznego arystokraty kryło się dużo więcej, niż do tej pory sądził.

Draco był przystojny.

Właściwie odkrył to dopiero dziś, widząc go stojącego w holu. Do tej pory nigdy nie zastanawiał się nad walorami zewnętrznymi Malfoya. Ba, nie zastanawiał się nad jego żadnymi walorami! Jednak jeżeli miał być obiektywny, to musiał przyznać, że widok mężczyzny ubranego w ślubny strój naprawdę zadziałał na jego wyobraźnię. Tak, Draco był facetem, na którym ciężko było nie zawiesić wzroku. Wysoki, smukły, ładnie zbudowany… Wbrew sobie Harry zaczął się zastanawiać, czy jego mąż w łóżku jest tak samo chłodny i opanowany jak na co dzień i przewrotny uśmiech rozjaśnił jego twarz. Nie! Na pewno nie. Malfoy zdecydowanie potrafił być żywiołowy, a kiedy tracił nad sobą kontrolę... Tak, ich bójki były spektakularne.

Draco był hetero.

Cholera, i całe jego przemyślenia diabli wzięli. Po co on się w ogóle zastanawiał nad dobrymi stronami Ślizgona, skoro i tak nic z tego nie będzie?! Mężczyzna prędzej go przeklnie, niż pozwoli się dotknąć, a Harry nie był już taki pewien, czy zadowoliłby się jednym dotknięciem.
Przesunął wzrokiem po całej sylwetce Malfoya, który akurat w tym momencie odwrócił się tylko po to, aby uchwycić taksujące spojrzenie. Najpierw jego twarz wyrażała zaskoczenie, a potem uśmiechnął się ironicznie. Potter skrzywił się i odwrócił wzrok, wychodząc z sali i po drodze żegnając stojącego w przy stoliku Lupina.
Szlag, powinien był się z kimś przespać, kiedy jeszcze miał czas. Od kilku miesięcy był sam, a to na pewno nie było korzystne. Obawiał się, że kiedy znajdzie się z Malfoyem w jednym łóżku, może mieć problem z powstrzymaniem się. W końcu kto by nie chciał sprawdzić, czy włosy Draco wszędzie mają ten niesamowity odcień platyny? Poza tym, on po prostu musiał to zrobić, bo inaczej te durne dokumenty nie uzyskają mocy prawnej, siła wyższa. Tak sobie tłumacz, Potter, w pokoju jest butelka koniaku, może ona sprawi, że sam w to uwierzysz. Warknął cicho i zaczął powoli wspinać się po schodach.

W momencie, gdy skręcał do swoich komnat, z korytarza obok wynurzył się Malfoy. Harry zamrugał, z zaskoczeniem stwierdzając, że mężczyzna zdołał się przebrać w czarne spodnie i niebieską koszulę. Szybki był, musiał wyjść zaraz po nim bocznymi drzwiami i znaleźć jakieś tajne przejście.
Doprawdy, powinien przestać się zastanawiać, bo traci przez to poczucie czasu.
Draco minął go bez słowa i stanął w przejściu, rzucając mu dziwne spojrzenie. No tak, wybór sypialni. Harry, podrapał się po karku i wzruszając ramionami, wysyczał hasło, jednocześnie instruując węża, że od tej pory powinien wpuszczać pana Malfoya, nawet kiedy jego nie ma w komnatach. Gad skinął głową i przejście otworzyło się cicho. Potter cofnął się o krok, przepuszczając blondyna przed sobą i wszedł za nim do swojego salonu.

— Proponuję napić się czegoś — mruknął, podchodząc do barku.

Malfoy skinął głową, nie spuszczając z niego uważnego spojrzenia. Harry odwrócił się i sięgnął do barku. To już druga noc, gdy raczył się z Draco koniakiem, czyżby miało im to wejść w nawyk? Powoli napełnił kieliszki i odstawił butelkę na blat, po czym odwrócił się, chcąc podejść do chłopaka. Ku jego zaskoczeniu, ten stał tuż przed nim.

— Eee… — Inteligentnie otworzył usta, przyglądając się rozpiętej koszuli. — Malfoy, naprawdę uważam…

Draco przysunął się jeszcze bliżej i delikatnie wyjął z jego rąk kieliszki, odstawiając je na barek. Ich ciała niemal się stykały i Harry poczuł, jak jego nozdrza wypełnia kwiatowy zapach słodkiej konwalii. Co do cholery… zdążył pomyśleć, zanim pochłonęły go usta Malfoya. Pocałunek był gwałtowny, niemal desperacki. Dłonie mężczyzny błądziły po jego ciele w szalonym tempie, zrzucając kamizelkę i rozrywając koszulę. Kilka guzików potoczyło się po podłodze.
Ślizgon smakował bananem i czymś, czego Harry nie potrafił zidentyfikować, a co zdecydowanie mu nie odpowiadało. Jego usta były suche i jakby niewprawne, a jednak nie pozwalały odpowiedzieć na pocałunek, dominując go w sposób graniczący z gwałtem.
Potter szarpnął się i odepchnął blondyna, instynktownie wyciągając przed siebie ręce.

— Mal… Draco, przestań! — warknął, patrząc na niego ze złością. — Powinniśmy najpierw porozmawiać.

Malfoy zmrużył oczy, jakby go nie dosłyszał, na powrót przylgnął do jego ciała, ocierając się i gładząc tors zimnymi dłońmi. Jego język prześlizgnął się po obojczyku, zmierzając w dół.
Potter sapnął i chwycił go za ramiona, potrząsając nim gwałtownie.

— Kurwa, dosyć! — krzyknął rozeźlony. — Pogięło cię do reszty?

Blondyn spojrzał na niego zranionym wzrokiem i jęknął coś cicho. Złoty Chłopiec potrząsnął głową, nadal trzymając go na dystans.

— Nie rozumiem, co w ciebie wstąpiło — powiedział, przyglądając mu się w szoku. Wbrew temu, co czuł, jego ciało zdążyło zareagować na bliskość chłopaka. Malfoy w rozpiętej koszuli, z potarganymi włosami i zaczerwienionymi policzkami, prezentował sobą obraz istnej rozpusty i Harry musiałby być ze stali, aby nie zacząć odczuwać pożądania. Jednak… nie potrafił. Nie w ten sposób, nie kiedy Ślizgon rzucał się na niego jak zwierzę.
Natrętna myśl wtargnęła do jego umysłu. Czy Draco był aż tak zdesperowany, aby zrobić to szybko i bez słowa? Poczuł się poniżony w najgorszy z możliwych sposobów. Jego mąż musiał uważać seks z nim za odrażający. On jest hetero! To zupełnie normalne. Usiłował jakoś się uspokoić, jednak poczucie poniżenia było silniejsze.


***



Draco obserwował wyjście Pottera z niejakim zdenerwowaniem. Pożegnał już ostatnich gości w sali i na pozór spokojnie skierował się w stronę drzwi. Zaraz po ślubie skorzystał z myślodsiewni Severusa i pozbył się natrętnej myśli o wydarzeniach w ministerstwie. To wyciszyło chociaż trochę jego skołatany umysł.
W żołądku czuł supeł, który od kilku godzin nie chciał się poluźnić. Jak miał niby sprawić, żeby Złota Zakała Ludzkości się z nim przespała? Przecież ten narwany Gryfon w momencie, gdy go dotknie, rzuci na niego klątwę i będzie miał cholerne szczęście, jeżeli nie straci przy tym żadnej części ciała. Może powinien zastosować na sobie czar zmiany płci? W jakiejś księdze widział to zaklęcie, jednak na samą myśl robiło mu się niedobrze. Nie! Musi przekonać Pottera, że dobro ich wszystkich wymaga poświęcenia. Znając jego bohaterski charakter, przełknie on niechęć i pozwoli mu na konsumpcję.
Konsumpcja — to słowo było takie zimne i pozbawione finezji. Musi przestać o nim myśleć, bo nawet widok Wybrańca mu nie pomoże.

Draco nie oszukiwał się. Od czasu ich rozmowy na boisku uważnie obserwował mężczyznę i znajdował go nader pociągającym. Potter był wysoki, umięśniony w odpowiednich miejscach. Miał przystojną twarz, której ozdobą były duże szmaragdowe oczy i pełne usta. Gryfon poruszał się w nieświadomie zmysłowy sposób, było w nim coś z dużego kota. Ślizgon zakładał, że był to efekt ciężkiej pracy jako szukającego i późniejszego aurora. Jednym słowem, jego mąż to ktoś, kogo chętnie widziałby w swoim łóżku, a że przy okazji był to Złoty Chłopiec? Cóż, zaliczeniem Pottera naprawdę nie każdy mógł się pochwalić.

— Draco, gotowy na noc poślubną? — Głos Michaela spowodował, że zatrzymał się w pół kroku.

— Czy to cię dziwi? — Spojrzał na niego, opierając się niedbale o futrynę.

— Właściwie to nie, jednak nie mogę zrozumieć, dlaczego Potter. — Na jego twarzy zagościł cyniczny uśmieszek, lecz oczy pozostały poważne. Widać było, że zależy mu na odpowiedzi, co niezmiernie dziwiło Malfoya. Owszem, zauważył, że jego świeżo poślubiony małżonek był w dość bliskiej przyjaźni ze Ślizgonem, jednak to nie usprawiedliwiało jego ciekawości.

— Pomyśl chwilę, Złoty Chłopiec, Wybraniec, Zbawca Świata. To ikona. — Draco uśmiechnął się z przekąsem. — Malfoy nigdy nie przegapi czegoś, na czym można zarobić.

— Czyli to związek z czysto materialistycznych pobudek? — Michael zesztywniał, lecz na jego twarzy nadal gościł ten sam wyraz. — Dlaczego w takim razie zdecydowaliście się na połączenie mocy? Nie jesteś takim głupcem, aby ryzykować własne życie bez potrzeby.

— Hmm… Przyłapałeś mnie. — Draco potarł w zamyśleniu brodę. — Właściwie łączy nas bardzo silne uczucie. Odkrycie tego było jak uderzenie tłuczkiem, potem już nic nie było takie samo. — Strzepnął z szaty jakiś niewidoczny okruch. — Co nie zmienia faktu, że Harry jest, kim jest. Miłość i biznes, czy to się nie dopełnia?

Michael przyglądał mu się z namysłem. Miał dziwne przeczucie, że nie wszystko tutaj jest takie, na jakie wygląda. Przez całe wesele obserwował obu mężczyzn i było widać, że przebywają ze sobą dostatecznie długo, aby nie powstały plotki. Harry był wyraźnie spięty, a na twarzy gościł fałszywy uśmiech. Znał go na tyle, aby wiedzieć kiedy chłopak kłamie. Malfoy zdecydowanie coś ukrywał.

— Jeżeli go skrzywdzisz…

— To co mi zrobisz, Miki? Możesz być jego przyjacielem, ale ja jestem jego mężem. — W oczach Draco błysnęła groźba. — Nie zbliżaj się do niego, jeżeli masz zamiar mieszać. Uwierz, nie chcesz mieć we mnie wroga.

— Nie groź mi, Draco. — Mężczyzna rzucił mu niechętne spojrzenie i ruszył w kierunku wyjścia, gdzie czekał na niego wyraźnie zniecierpliwiony Dennis. Mijając blondyna, przystanął i spojrzał na niego złośliwie. — Tak między nami, jego kark jest wyjątkowo wrażliwy, niemal ci zazdroszczę. Ciekawe czy płomień płonący w Złotym Chłopcu zdoła stopić sopel lodu, jakim jesteś. — Zniknął za drzwiami, pozostawiając Malfoya, w stanie całkowitego osłupienia.

Draco przez chwilę stał jak spetryfikowany. Co to, do cholery, było? Jego myśli pędziły jak szalone. Potter lubił kobiety, skąd więc Michael znał takie szczegóły? A może coś przegapił? Czyżby nie wiedział czegoś o swoim mężu? Wbrew sobie poczuł, jak zalewa go fala złości. Gryfon najwyraźniej był kimś więcej niż tylko przyjacielem Ślizgona. Z jednej strony miałoby to swoje plusy, gdyż niwelowało problemy łóżkowe, z drugiej… Draco czuł zawód. To było bardzo przewrotne uczucie.

Powoli wszedł na schody, kierując się do swej sypialni. Przystanął pod obrazem smoka i z namysłem spojrzał ku komnatom Harry’ego. To była jego noc poślubna, poświecił naprawdę wiele dla tej szkoły i niech go diabli, jeżeli czegoś z tego nie będzie miał. Zdecydowanym krokiem podszedł do przejścia prowadzącego do pokoi Pottera i groźnym spojrzeniem zmierzył wijącego się gada. Jednak zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, obraz przesunął się, wpuszczając go do środka.


***



Widok stojącego w przejściu Malfoya spowodował, że w dłoni Harry’ego instynktownie pojawiła się różdżka, a on sam cofnął się za barek. Co jest, kurwa?!

Pan Draco sssgodnie z poleceniem sssossstał wpusssszczony — zasyczał wąż, przerywając ciszę.

Jesssteśśś pewien, że to Malfoy?

Ssstruktura wassszej magii jessst terasss połączona, nie mylę sssię, to barssso wyraźne. — Gad zwinął się w kłębek.

Harry momentalnie skierował różdżkę na stojącego przed nim mężczyznę.

— Kim. Ty. Do. Cholery. Jesteś! — wysyczał, jednak teraz zdecydowanie był to język angielski.

Fałszywy Malfoy cofnął się o krok z przerażonym wyrazem twarzy.

— Harry, ja… — Głos blondyna był cichy i niepewny, po bladych policzkach zaczęły toczyć się łzy. Całe ciało zatrzęsło się i chłopak wybuchnął płaczem, powodując tym samym, że Wybraniec nerwowo spojrzał na stojącego pod ścianą Draco, jakby u niego poszukiwał pomocy.

— Widzę, że niewiele brakowało, a nie byłoby mnie przy mojej własnej nocy poślubnej — wycedził Malfoy, gdy otrząsnął się z pierwszego szoku.

— Nie bądź śmieszny. — Harry nadal nie opuszczał różdżki. — Mam nadzieję, że to naprawdę ty.

— Jeżeli chodzi ci o osobę z którą spędziłeś wczorajszy wieczór na dość niecodziennej wizycie, to tak, ja. — Widok ulgi na twarzy bruneta spowodował, że ruszył w jego kierunku, przystając dopiero obok niego. — Więc kim jest to coś? — Wskazał z obrzydzeniem na swego sobowtóra.

— Dobre pytanie. — Potter, który przez cały ten czas patrzył na Draco, odwrócił głowę w stronę intruza. — Eliksir wielosokowy, prawda? Masz dwa wyjścia: albo mówisz od razu, kim jesteś i co chciałeś zrobić, albo poczekamy tutaj w trójkę, aż przestanie działać.

— Mam u siebie antidotum. — Malfoy wzruszył ramionami, widząc zdziwiony wzrok Harry’ego. — Korzyści płynące z bycia chrześniakiem Mistrza Eliksirów.

— Przydatne koligacje. — Wybraniec uśmiechnął się lekko, po czym jego spojrzenie na powrót stwardniało. Oparł się o barek i jakby od niechcenia zaczął bawić się różdżką. — Widzisz, mój tajemniczy nieznajomy, my aurorzy mamy takie powiedzenie: „Kiedy perswazja zawodzi, sięgnij po Tormente”, inaczej: cel uświęca środki. — Skrzywił się złośliwie. — Wiesz, że człowiek potrafi znieść zaskakującą ilość bólu? — Szybkim ruchem rzucił na pokój Silencio. — Nie chcemy nikogo obudzić, prawda?

— Przestań! — chłopak jęknął cicho, cofając się ze strachu. — Nie zrobisz tego! Nie jesteś już aurorem, a Malfoy będzie świadkiem!

— Naprawdę? — zdziwił się Harry. — Draco, czy dzisiejszej nocy wydarzyło się coś, co skłoniłoby cię do zeznań przeciwko własnemu mężowi? — Spojrzał na mężczyznę pytająco.

— Niedopełnienie obowiązków małżeńskich? — prychnął kpiąco blondyn, usiłując ukryć zaskoczenie wynikające z zachowania Pottera. Czy on naprawdę miał zamiar rzucić zaklęcie torturujące? Ten wieczór zapowiadał się wyjątkowo interesująco, a jego nowo poślubiony małżonek okazał się osobą zdecydowanie wartą bliższego poznania.

— Myślę, że winę za to zwalimy na naszego nieproszonego gościa. — Wybraniec zaśmiał się zimno, z satysfakcją patrząc, jak pod fałszywym Draco uginają się nogi i cofa się on praktycznie na czworaka, byle dalej od niego. Kucnął, przykładając różdżkę do ust i przekrzywił głowę, jakby się nad czymś zastanawiał. — Wiesz, myślę, że pominiemy perswazję, zniszczyłeś moją koszulę. — Podniósł z ziemi oderwany guzik, przyglądając mu się z zaciekawieniem.

— Dlaczego to robisz? — Cichy głos sprawił, że spojrzał w stronę intruza. — Dlaczego jesteś taki okrutny? Chciałam ten jeden raz… ostatni raz spróbować, poczuć jak to jest być kimś, kogo kochasz. Nawet jeżeli musiałabym poświęcić to, kim jestem. Dlaczego on, Harry? — Blondyn wyciągnął oskarżycielsko palec w kierunku Malfoya. — Co w nim jest takiego czego zabrakło mnie? Wredny, zimny, egoistyczny Ślizgon! — Głos podnosił się z każdym wypowiedzianym słowem. — Byłam z tobą zawsze! Czekałam na ciebie! Stałam u twego boku w najgorszych chwilach! I co? Co za to dostałam?! Odrzuciłeś mnie jak zużytą, niepotrzebną rzecz!

— Ginny? — Harry podniósł się, patrząc z niedowierzaniem. — Coś ty zrobiła?

— Co ja zrobiłam?! — wrzasnęła, ręką rozmazując na twarzy łzy. — Chciałam jeden raz poczuć się kochana! To wszystko! Chciałam, abyś zrobił to ze mną, chciałam mieć co wspominać… — Zająknęła się, łkając rozpaczliwie. — Co ty wyprawiasz, Harry?! To Malfoy! Mężczyzna! Jak możesz chcieć z nim być?! Ty nie jesteś taki!

— Jaki, Ginny? — Głos Harry’ego nagle stał się odległy i zimny. Draco spojrzał na niego z zainteresowaniem. — Wykreowałaś sobie obraz idealnego faceta, a to z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Wiesz, dlaczego nigdy nam się nie układało? Dlaczego nigdy z tobą nie byłem w ten sposób?

— Nie… — Spojrzała na niego z przerażeniem — To niemożliwe…

— Potter lubi chłopców. — Malfoy postanowił zaryzykować.

— Nieprawda! — Spojrzała na niego, w jej wzroku czaiła się histeria. — Nie masz niczego, czego ja bym nie mogła mu ofiarować.

— Właściwie, wydaje mi się, że mam coś czego ty nie masz — wycedził ironicznie. — Eliksir wielosokowy być może ofiarował ci to… jednak wątpię, abyś potrafiła się nim odpowiednio posłużyć.

Czerwony rumieniec zalał blade policzki, kiedy do Ginny dotarło, o czym mówił blondyn.

— Harry, myślę, że najwyższy czas na antidotum. Dochodzi trzecia w nocy, a przed nami ta najprzyjemniejsza część wieczoru. — Spojrzał na Pottera sugestywnie.

Nerwy Harry’ego były napięte do granic możliwości. Aluzja Malfoya co do jego orientacji zupełnie wytrąciła go z równowagi. Właściwie bał się konfrontacji. Czy Draco zarzuci mu kłamstwo, gdy Ginny opuści to pomieszczenie? Do tej pory nie potwierdził domysłu Ślizgona, ale też nie zaprzeczył. Ciche Accio spowodowało, że podniósł głowę i ujrzał w ręce męża buteleczkę z żółtawym płynem. Mężczyzna podszedł do swojego sobowtóra i wręczył mu eliksir.

— Pij i wynoś się. Podawanie ci tego to czyste marnotrawstwo, ale nie mam zamiaru pozwolić, żebyś paradowała w mojej postaci po korytarzach. To uwłacza nazwisku Malfoy.

Dziewczyna wyrwała fiolkę z jego ręki i bez namysłu połknęła jej zawartość. Harry przez chwilę zastanawiał się, co by było, gdyby okazała się ona trucizną, jednak szybko uznał, iż zadziałała tutaj nabyta podejrzliwość aurora. Kiedy podniósł wzrok, na podłodze, w za dużym męskim ubraniu siedziała drobna, rudowłosa dziewczyna, patrząc na niego rozpaczliwie. Draco szarpnął ją za ramię i postawił na nogi, po czym pchnął w kierunku drzwi. Potter otworzył usta, aby zaprotestować przeciwko takiemu traktowaniu kobiety, jednak w tej samej chwili przypomniał sobie, jak bardzo go zraniła swym zachowaniem. Podniósł się i bez słowa odwrócił w kierunku barku, jednym haustem opróżniając napełniony kieliszek.

— Potter, frapuje mnie jedno… Przyszedłem za wcześnie, czy za późno? — Głos Draco zabrzmiał tuż za jego plecami.

— Wiesz dobrze, że na początku myślałem, że to ty — odgryzł się Harry.

— Dlatego wyglądasz jak ktoś po całkiem udanej grze wstępnej? — Ślizgon stanął tuż obok niego i sięgnął po drugi kieliszek.

— Masz z tym jakiś problem, Malfoy? Sam przed chwilą stwierdziłeś, że jestem gejem, więc dlaczego sądzisz, że odrzuciłbym taką możliwość?

— Bo to nie byłem ja! — Draco upił trochę trunku i spojrzał na niego zirytowany, ale też częściowo rozbawiony. Złoty Chłopiec o mało nie pieprzył się z jego sobowtórem. Doprawdy, intrygujące.

— Zakładam, że była to jedyna możliwość zaciągnięcia cię do łóżka — odpowiedział sucho Gryfon. — Może powinienem zacząć żałować straconej okazji.

— O czym ty, do cholery, mówisz? — Blondyn dokończył koniak i odstawił szkło na blat.

— Malfoy, do tanga trzeba dwojga, a ja zdecydowanie nie jestem kobietą! — Harry wywrócił oczami.

— Merlinie, Potter... — Draco wystudiowanym ruchem przeciągnął ręką po włosach, odrzucając do tyłu głowę. — Czy naprawdę muszę zadeklarować się jeszcze bardziej jednoznacznie?

— Ty…

— Och, zdecydowanie ja. — Ślizgon uniósł brew, patrząc na niego kpiąco.

— Hmm…

— Tak, pomijając ten jakże przykry incydent sprzed chwili, na czym skończyliście? — Malfoy postąpił krok w kierunku Harry’ego. Brunet wciągnął głęboko powietrze. Nie, to zdecydowanie nie były konwalie. Malfoy pachniał jak dojrzałe cytrusy, świeżo zerwany jaśmin, delikatny cedr i szczypta wanilii. Nie wiedział, jakiej wody używa mężczyzna, ale w tej chwili to nie było ważne. Najbardziej interesowało go to, że zapach pomimo swej intensywności nie przytłaczał, lecz działał na jego zmysły w sposób bardzo zadowalający.

— Właściwie trudno to nazwać jakimkolwiek początkiem — wyksztusił, zastanawiając się, do czego to wszystko prowadzi.

— Cóż, zabrakło finezji. — Kącik ust Draco uniósł się w ironicznym uśmieszku.

— Najwyraźniej. — Harry przełknął ślinę. Merlinie, świat oszalał, chciał tego Ślizgona tu i teraz. Tak, naprawdę powinien był przespać się z kimś, kiedy jeszcze był ku temu czas, może teraz nie odczuwałby tak palącej potrzeby.

— Niszczenie tak wspaniałych ubrań powinno być karalne. — Mężczyzna dotknął koszuli Pottera w miejscu, gdzie została naderwana i przesunął palcem wzdłuż poszarpanego szwu.

Brunet wciągnął powietrze, gdy palce Malfoya zetknęły się z jego skórą. Wbrew sobie poczuł, jak jego ciało powlekło się drobniutką gęsią skórką. Nie może! Nie może przecież iść do łóżka z Draco! Na Merlina! Są chyba na tym świecie jakieś bariery, których nie powinno się przekraczać, prawda? To Fretka, a on jako dobry Gryfon ma swoje zasady i nigdy ich nie złamie. Nie ma mowy!

Ręka Draco cofnęła się i Harry poczuł się nagle bardzo osamotniony. Ślizgon przyglądał mu się przez chwilę z rozbawieniem, po czym oparł dłonie na blacie, po obu stronach jego bioder, więżąc go pomiędzy sobą a barkiem. Zagryzł wargę, gdy poczuł, jak dzięki temu manewrowi ich biodra się zetknęły. Penis Pottera drgnął radośnie. Zdrajca! Odwrócił głowę, uciekając spojrzeniem od jasnoniebieskich oczu i koncentrując się obrazie. Wąż… Węże z natury są chłodne, syczące i mają ostre zęby, w dodatku atakują swoją ofiarę z zaskoczenia. Te gady wiją się pośród traw, są długie, śliskie, a ich ciało pręży się i… Ja pierdolę! Jego prywatny wąż podskoczył w momencie, gdy Ślizgon dotknął językiem wyeksponowanej szyi. Spojrzał w dół. Kiedy jego ręce spoczęły na biodrach blondyna? Merlinie, tracił kontrolę nad własnym ciałem. Podniósł wzrok i uchwycił zaciekawione spojrzenie Draco.

— Wyglądasz jakbyś szedł na stracenie. Nie jesteś prawiczkiem, prawda? — Oczy Malfoya przybrały barwę zachmurzonego nieba.

— Mam dwadzieścia dwa lata — warknął Harry, jakby to cokolwiek wyjaśniało.

— Weasley też ma, a jakoś wątpię, aby łóżko kojarzyło mu się z czymś innym niż sen i polucje. — Blondyn uśmiechnął się krzywo.

— Proszę cię, nie mów o Ronie w takiej chwili. — Potter z ulgą stwierdził, że jego gad rozluźnił się nieznacznie.

— Masz rację, to zabija wszelką romantyczność. — Draco skinął głową.

— My nie jesteśmy romantyczni, Malfoy. — Spojrzał na niego z pobłażaniem.

— Potter, to nasza noc poślubna. Chcesz czy nie, musimy to zaakceptować. Pozwól, że nakreślę ci obraz sytuacji. Ty jesteś gejem i ja jestem gejem, ty masz penisa i ja mam penisa. Pytanie brzmi: co z tym zrobimy? Dodam tylko, że wspólne rękodzielnictwo, jakkolwiek wyuzdanie by to nie zabrzmiało, nie sprawi, że magia uzna ten związek za skonsumowany.

— Więc proponujesz mi seks — skwitował Harry, mimowolnie uśmiechając się lekko.

— Bardzo dobry seks, przynajmniej z mojej strony. — Oczy Draco pociemniały.

— Raczej nie mam możliwości odmówić, prawda? — Gryfon oblizał wyschnięte usta, co nie umknęło uwadze blondyna.

— Jeżeli tak bardzo brzydzi cię myśl, że masz to zrobić ze mną… — Twarz Malfoya stężała, a on sam postąpił krok do tyłu.

Ręce Harry’ego zatrzymały go i przyciągnęły z powrotem, zaciskając się mocniej na jego biodrach.

— Właściwie to bardzo kusząca myśl.

Ciało Ślizgona wyraźnie się rozluźniło.

— Więc masz zamiar coś z tym zrobić? — zapytał spokojnie.

— Tak myślę. — Dłonie Pottera prześlizgnęły się na jego plecy, powoli wysuwając koszulę ze spodni męża. Ciche westchnienie wyrwało się z piersi mężczyzny, gdy poczuł na skórze chłodne palce Gryfona.

— I nie wycofasz się w połowie, bo nagle dopadną cię wątpliwości?

— Nie sądzę. — Harry z zainteresowaniem gładził linię kręgosłupa Ślizgona. Ciało było ciepłe i gładkie. Poczuł, że bardzo chciałby zbadać je całe, zobaczyć, czy wszędzie jest tak cudownie delikatne.

— Zważ, że nie mam ochoty prowadzić z tobą tej monosylabicznej dyskusji do rana. Zawsze uważałem, że nadmierne gadulstwo jest oznaką zdenerwowania, a to wybitnie nie…

— Zamknij się, Malfoy. — Usta Złotego Chłopca spoczęły na wargach męża, skutecznie go uciszając.

To zdecydowanie było inne przeżycie niż to, którego doświadczył kilkadziesiąt minut wcześniej. Usta Draco były miękkie i bez oporów rozchyliły się pod naciskiem, pozwalając mu na pogłębienie pocałunku. Ślizgon smakował kroplą koniaku i słodkich pomarańczy. Jego język zdecydowanie nie miał w sobie niczego z nieśmiałości i chętnie zapraszał do zabawy.
Harry westchnął z przyjemności. Pieprzyć zasady!

Koszula łagodnie opadła na podłogę, gdy sprawne palce Draco poradziły sobie ze spinkami przy mankietach. Przesunął opuszkami palców po gładkiej, oliwkowej skórze Gryfona, napawając się widokiem. Miał rację, Potter był naprawdę wspaniale zbudowany. Ciekawe czy wszędzie… Poczuł chłodne powietrze na ciele i zamrugał zdezorientowany. Harry nie bawił się w powolne pozbawianie go garderoby, najwyraźniej posłużył się magią bezróżdżkową, a rozgrzane już dłonie badały krzywiznę bioder blondyna. Draco poczuł się zakłopotany tym, że został tak swobodnie wystawiony na widok głodnych oczu Wybrańca i odruchowo przylgnął do jego piersi, jakby chciał ograniczyć mu pole widzenia. Kontakt skóry ze skórą był elektryzujący.
Gryfon był ciepły, niemal gorący. Jego własne ciało chyba nigdy nie osiągnęło takiej temperatury, jednak Malfoy miał wrażenie, że w tej chwili szybko dostosowywało się do tej gwałtownej zmiany. Rozpaczliwie zapragnął więcej. Więcej ciepła, więcej skóry, więcej dotyku. To, że Potter nadal był w spodniach, zaczęło mu niewiarygodnie przeszkadzać. Chciał poczuć go pod sobą całego, nagiego i rozpalonego.
Dotyk nagich ud Harry’ego był dla niego wstrząsem. Znieruchomiał w momencie, gdy zrozumiał, co się stało.

— Jasna cholera! — wyrwało się z jego ściśniętego gardła. — Jak?

— Mnie nie pytaj, to ty — skwitował krótko Potter, zaciskając jednocześnie dłonie na jego nagich pośladkach. To było dla Draco kolejnym szokiem, nigdy by się nie przyznał, ale do tej pory jego moc opierała się na różdżce, więc jakim cudem…

Harry poruszył się lekko i ich penisy otarły się o siebie. Doznanie było tak intensywne, że skutecznie wypędziło z głowy Ślizgona wszelkie zbyteczne myśli. Cofnął się, pociągając mężczyznę w stronę kanapy, lecz Potter zamiast podążyć za nim, mocniej objął go w pasie, na powrót przyciskając do siebie. Usta bruneta wyznaczały ścieżkę wzdłuż jego szyi, liżąc i kąsając delikatnie. Z gardła Draco wydobył się cichy jęk, a kolana ugięły się pod nim, gdy wargi męża zacisnęły się w miejscu, gdzie można było wyczuć przyspieszony puls.

Powoli osunęli się na miękki dywan. Malfoy objął przygniatające go ciało, prawie krzycząc o więcej pieszczot. Poczuł język kochanka trącający delikatnie jego sutek i wygiął się lekko, ocierając przy tym o udo bruneta, które znalazło się nagle pomiędzy jego nogami.

Harry uniósł głowę, uśmiechając się lekko. Roziskrzonym wzrokiem zmierzył leżące pod nim idealne ciało mężczyzny.
Draco naprawdę wszędzie był blondynem!
Delikatne, jasne włoski pokrywały mleczną skórę jego ud, prawie zlewając się z nią i stając się przez to praktycznie niezauważalnymi.
Pochylił się i wsunął ciekawski język do pępka, wyrywając tym samym z ust Malfoya sapnięcie. Poczuł, jak palce chłopaka zanurzają się w jego włosach, popychając jego głowę niżej.

Uśmiechnął się złośliwie, kąsając płaski brzuch i liżąc biodra. Głaskał wrażliwą skórę ud, przesuwając palcami ku ich wnętrzu.
Przed jego oczami drgał spragniony pieszczot członek Draco, tak jak i on sam smukły i doskonały. Zapragnął nagle sprawdzić, czy jest też tak samo gładki jak reszta tego arystokratycznego ciała. Pochylił głowę i trącił nosem jądra mężczyzny, z radością wsłuchując się w jego ciche, gardłowe jęki.
Kto by pomyślał, że za tą chłodną powłoką kryje się tak namiętny kochanek…
Poczuł aromat piżma. Perfumy Ślizgona, zmieszane z jego naturalnym zapachem, stanowiły połączenie pobudzające zmysły do szaleństwa. Jego własny członek domagał się więcej uwagi, lecz postanowił na razie go zignorować.

Palce Draco zacisnęły się w jego włosach niecierpliwie. Westchnął zadowolony i wreszcie pozwolił sobie skosztować tego, co tak bardzo go kusiło. Tak, penis Malfoya był tak samo gładki jak reszta jego ciała. Przesunął po nim językiem, zbierając z czubka słonawe krople i rozprowadzając je po całej jego długości.
Biodra mężczyzny szarpnęły się ostro. Unieruchomił je dłońmi, mocniej przyciskając do dywanu, po czym spojrzał w górę.
Oczy Draco zasnuwała delikatna mgiełka, sprawiając, że lśniły jak dwie srebrne monety i wpatrywały się w niego desperacko. Uśmiechnął się lubieżnie i nie przerywając kontaktu wzrokowego, powoli zanurzył jego domagającą się dalszej uwagi męskość w ciepłym wnętrzu swych ust.

— O, Merlinie — jęknął Ślizgon, zamykając oczy, jednak zaraz na powrót odszukał wzrokiem spojrzenie Pottera.

Głowa Harry’ego unosiła się rytmicznie, a jego język nieprzerwanie sunął po prężącym się z rozkoszy członku. Dłoń Gryfona rozsunęła bardziej uda Draco, pieszcząc delikatnie nabrzmiałe jądra. Uniósł głowę i zassał końcówkę penisa, wsuwając język do szczeliny, po czym znów wsunął go prawie całego do ust.
Zamruczał, a Ślizgon jęknął głośno, czując bardzo pobudzające drgania wokół swej męskości. Jeżeli Harry zrobi to jeszcze raz, dojdzie…

To otrzeźwiło go na tyle, że delikatnie pociągnął czarne włosy, nie pozwalając Gryfonowi na więcej.
Potter spojrzał na niego zdziwiony, jednak posłusznie podsunął się do góry, oddając Draco inicjatywę.

Przez chwilę całowali się namiętnie, przygryzając i ssąc swoje wargi, badając krzywiznę zębów i pozwalając sobie na krótkie, urywane jęki.

Harry poczuł nagle, że leży na dywanie, a Draco przejmuje kontrolę nad sytuacją.

Usta Malfoya znaczyły wilgotną ścieżkę wzdłuż jego szyi, powoli przesuwając się w kierunku sutków. Gdy poczuł, jak zęby chłopaka zaciskają się na jednym z nich, jęknął głośno i przesunął dłońmi po kształtnych ramionach. Pośladki Draco były wypięte do góry, kiedy on sam klęczał pomiędzy jego nogami, teraz badając językiem brzuch.
Harry zacisnął palce, czując, jak bardzo chciałby dotknąć tych mlecznych półkul, zagłębić się pomiędzy nie i…

— Tak, właśnie tak… — wyjęczał, zapominając, o czym myślał przed chwilą. Jego kręgosłup wygiął się konwulsyjnie. Usta Draco były tak niewiarygodnie gorące i utalentowane. Poruszały się wolno, badając każdy milimetr jego członka, pieszcząc go i ssąc raz mocniej, to znowu subtelniej, jakby chciały zapamiętać jego kształt i smak.

Ręce Malfoya gładziły jego pachwiny, przesuwały się na uda, rozchylając je szeroko i wędrowały wzdłuż szczeliny pomiędzy pośladkami Harry’ego, gładząc ją i naciskając delikatnie na ukryte pomiędzy nimi wejście.

Niesamowite usta opuściły nagle drżący z podniecenia członek i przesunęły się niżej, biorąc w posiadanie napięte jądra mężczyzny. Chwilę później Gryfon miał wrażenie, że Draco coś mówi, jednak krew szumiąca w jego uszach skutecznie utrudniała mu skupienie się na jakichkolwiek słowach. Do rzeczywistości przywróciło go poczucie śliskości w najbardziej intymnym miejscu jego ciała. Coś napierało na nie i otwierało wolno i łagodnie, zagłębiając się i badając je ze znawstwem.

— Co ty robisz, Malfoy? — wyjęczał w momencie, gdy jeden z palców Draco wsunął się w niego, budząc uczucie lekkiego dyskomfortu.

— A jak myślisz, Potter? — Ślizgon uniósł głowę, na powrót pochylając się nad jego penisem. W momencie, gdy drugi palec dołączył do pierwszego, jego język przebiegł wzdłuż sączącego się z rozkoszy członka.

— Niby dlaczego ja mam być na dole? — Harry westchnął z przyjemności, jednak nie sprawiło to, że jego wątpliwości zniknęły.

— Bo jesteś dobrym i uległym Gryfonem? — Draco uśmiechnął się lubieżnie, pochylając głowę i zaciskając usta wokół pulsującej męskości.

— To… to… to wcale nie jest… cholera, nie przestawaj… wytłumaczenie — wyjęczał Potter.

— Równie dobre jak inne. — Malfoy lizał teraz główkę członka, jednocześnie krzyżując palce we wnętrzu Harry’ego i rozciągając go powoli. Brunet nie wiedział, czy użył on zaklęcia, czy może przywołał jakiś lubrykant, jednak uczucie śliskości i gorąca było niesamowite.

— Maaalfoy — zawył chłopak, gdy trzeci palec dołączył do pozostałych. — Powinniśmy to… prze… przedyskutować. — Szarpnął biodrami, gdy nagle Draco uniósł głowę i zgiął palce, muskając delikatnie czuły węzeł w jego wnętrzu. — O cholera, zrób to jeszcze raz — wycharczał.

— Jestem starszy, mam pierwszeństwo. — Draco uśmiechnął się radośnie i po raz kolejny dotknął prostaty, pocierając ją mocno. — Przestań, zrób to jeszcze raz… Jesteś taki niezdecydowany, Harry.

— Więcej! — Potter doszedł do wniosku, że nie będzie się w tym momencie kłócił. Draco wysunął palce i wytarł je o poszarpaną koszulę Gryfona.

— Odwróć się — mruknął, klepiąc go lekko w pośladek. Harry obdarzył go rozbawionym spojrzeniem, lecz posłusznie przekręcił się na brzuch, klękając i chętnie wypinając pośladki.

Malfoy przez chwilę podziwiał widok, jak miał przed oczami. To było naprawdę ekscytujące. Złoty Chłopiec tak wyeksponowany, tak otwarty, tak… zdeprawowany.

— Taki rozpustny — westchnął z satysfakcją, sięgając po przywołany wcześniej olejek i rozcierając go na swym członku. Podniósł się i chwycił za biodra mężczyzny, pocierając śliskim penisem o jego anus. Potter sapnął i mocniej wypiął biodra, ku wielkiej przyjemności Malfoya. Blondyn pchnął i powoli zagłębił się w ciasne, gorące wejście.

Jak dobrze…

Zatrzymał się, czując jak mięśnie Pottera zaciskają się na jego członku w geście protestu.

— Rozluźnij się, Harry — szepnął, pochylając się i liżąc jego łopatkę. Przez chwilę czekał, aż chłopak przyzwyczai się do tego bolesnego, pomimo przygotowania, uczucia wypełnienia, po czym wszedł dalej, aż poczuł, że minął tę najtrudniejszą barierę. Wtedy pchnął biodrami, zagłębiając się do końca. Z jego ust wyrwał się jęk rozkoszy.

Gorące ciało Gryfona otaczało go ciasno, powodując uczucie mrowienia w dole brzucha. Klęczał tak bez ruchu z przymkniętymi oczami, czekając na znak ze strony partnera, iż ten jest już gotowy. Po chwili nastąpił odzew i brunet poruszył się lekko, jakby na próbę.
Draco mocniej zacisnął dłonie na jego pośladkach, dostosowując się do tempa.
Miał świadomość, że długo tak nie wytrzyma. Jego ciało było zbyt napięte i błagało o spełnienie.
Westchnął i nieco przyspieszył ruchy, przylegając jednocześnie do pleców kochanka i zanurzając dłoń pomiędzy jego udami. Sączący się członek Pottera drgnął i wyprężył się na spotkanie palców.
Pieścił go powoli w rytm ruchów bioder, drugą ręką gładząc brzuch i podszczypując wrażliwe i stwardniałe od pieszczot sutki.

Harry czuł, jak męskość Malfoya wsuwa się i wysuwa w jego wnętrza. W pewnej chwili Draco zmienił kąt i chłopak krzyknął głośno, czując, jak twarda główka uderza prosto w jego prostatę, a zręczne palcem mocniej zaciskają się na penisie.

— Szybciej! — Targnął biodrami, przyspieszając i mocniej nabijając się, na tego cudownego członka. Merlinie, to co Ślizgon z nim robił, przechodziło jego najśmielsze wyobrażenia. Czuł się taki pełny, rozciągnięty. Euforia i uczucie graniczącej z obłędem przyjemności mieszało się z bólem, gdy Draco raz za razem zagłębiał się w nim, uderzając o jego biodra. Jądra ocierały się o jądra, wywołując drżenie i powodując, że czuł, jakby wszystkie końcówki jego nerwów były teraz nastawione na przyjemność i nic poza tym. — Mocniej! Do cholery, zrób to mocniej! — wychrypiał, wiedząc, że jeszcze kilka sekund i osiągnie spełnienie, o jakim nigdy nie marzył.

— Potter, jesteś taki zdeprawowany. — W głosie Draco dało się wychwycić nutkę zachwytu. — Twoi fani byliby mocno zaszokowani, gdyby poznali cię od tej strony.

— Nie pieprz, Malfoy — warknął Harry, jednak przemieniło się to w głośny skowyt, gdy kciuk Ślizgona potarł wrażliwą końcówkę jego penisa, a członek blondyna uderzył naprawdę mocno, sprawiając, że kolana pod nim zadrżały.

— Taki język w ustach obrońcy światła... — Draco pochylił się i polizał go wrażliwym karku, przygryzając skórę. — Tak wyzbyty moralności, namiętny i gorący, cudownie ciasny i drżący z rozkoszy... — Harry warknął coś niezrozumiale. Słowa Malfoya sprawiły, że poczuł, jak jego ciało rozpada się na tysiąc drobnych kawałeczków. — Tylko dla mnie i tylko dzięki mnie.
Zęby Ślizgona zacisnęły się na gładkiej skórze karku i Potter nie wytrzymał. Ochrypły krzyk wyrwał się z jego piersi. Przed oczyma pojawiła się feeria barw i świateł, a ciało napięło, wywołując uczucie, jakby wszystko kumulowało się w dole jego brzucha, biodrach, pachwinach i udach i wybuchło w jednym momencie. Odchylił głowę do tyłu, otwierając usta jakby chciał jeszcze coś powiedzieć i wytrysnął, wypełniając dłoń Draco swym gorącym nasieniem. Przez długą chwilę orgazm targał jego ciałem, jakby przelewały się przez niego kolejne fale ognia, paląc jego żyły.

Draco westchnął i poruszył szybciej biodrami, czując jak mięśnie we wnętrzu Pottera zaciskają się spazmatycznie, otulając jego członka gorącą i pulsującą rękawiczką. Wtulił twarz w zagłębienie szyi partnera, zaciskając mocniej zęby na rozgrzanej skórze karku, jakby chciał powstrzymać własny krzyk rozkoszy. W momencie, gdy orgazm wziął go w posiadanie, stracił resztki opanowania i jęknął głośno, drżąc od niesamowitej przyjemności, jaka ogarnęła jego ciało. Męskość wreszcie uwolniona z okowów kontroli, zesztywniała i trysnęła gorącą spermą, wypełniając po brzegi to ciasne i przyjazne wnętrze.

Draco powoli wysunął się z Pottera, sięgając po różdżkę. Przez chwilę z satysfakcją podziwiał, jak wąska stróżka spermy wolno wypływa z wnętrza mężczyzny, torując sobie drogę pomiędzy pośladkami, wzdłuż jąder, aż na udo, po czym szybko rzucił zaklęcie czyszczące, usuwając wszelkie pozostałości po ich niedawno przeżytej euforii.

Wszelkie, poza dwoma drżącymi jeszcze ciałami.

Opadł wyczerpany na dywan i zapatrzył się w sufit. Obok Potter obrócił się na bok i oparłszy głowę na ręce, przyglądał mu się z ciekawością.

— Właśnie eksplorowałem tyłek Wybrańca — mruknął Draco, jakby z pewnym zdziwieniem.

— Właśnie przeleciał mnie Malfoy, uwierz, to równie wstrząsające — prychnął Harry.

— Twoje plebejskie zwyczaje nie mogą wejść nam w nawyk. Chędożenie się na dywanie jest poniżej mojej godności.

Gryfon parsknął śmiechem. Tylko Malfoy mógł użyć słowa „chędożenie” i zachować przy tym kamienną twarz.

— Cóż, czyli kontrakt został dopełniony — zakpił Potter. — Mam nadzieję, że noc poślubna była wystarczająco satysfakcjonująca dla wymogów magicznych ministerialnych papierów.

— Nie wiem. — Draco przygryzł wargę, patrząc na niego spod lekko opuszczonych rzęs. — Mimo wszystko dywan to nie małżeńskie łoże.

— Sugerujesz…

Brew Malfoya uniosła się.

— Sypialnia, mówisz... — Harry odwrócił głowę i zamyślonym wzrokiem spojrzał na drzwi prowadzące do zielonego pokoju. — Cóż… — wycedził, słysząc obok siebie cichy śmiech Ślizgona.

Dwie rozedrgane energie unosiły się, wirując dookoła leżących na dywanie mężczyzn. Rozbudzały pożądanie, drażniły zmysły dotyku, zapachu, smaku. Badały się nawzajem powoli, acz nieustępliwie. Ich działania miały moc jedynego w swoim rodzaju, potężnego afrodyzjaku. Niewidoczne, niewyczuwalne, snuły swą sieć, wprawiając niczego nieświadomych magów w euforię i podniecenie. Rdzenie magiczne mężczyzn jednoczyły się, zespalały. Oddalały problemy, przynosząc na tę jedną noc zapomnienie i wywołując reakcje, które w innych okolicznościach wymagałyby znacznie więcej czasu. Wciąż niezależne moce uczyły się odpowiadać na przeznaczoną tylko sobie sygnaturę, asymilowały się, poznawały, zapamiętywały. Dopiero za kilka godzin nowo powstała wspólna magia miała osiągnąć swój pełny kształt, stać się spójną całością, uspokoić, wyciszyć, a w konsekwencji przywrócić czarodziejom zdolność racjonalnego i chłodnego myślenia. Rytuał synergii dopełniał się i nikt już nie mógł go przerwać.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:16 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:37

Beta — Aubrey


XIV



Ciemnowłosy mężczyzna mocniej wepchnął pod brzuch zwiniętą poduszkę i naciągnął prześcieradło na głowę, chroniąc twarz przed sierpniowym słońcem. Przeciągnął się z jękiem, czując protestujące mięśnie. Niechętnie otworzył jedno oko i zmrużył je natychmiast od nadmiaru światła. Pomijając ogarniającą go pomimo późnego popołudnia senność, czuł się doskonale. Usiadł i z kolejnym jękiem poczochrał odstające na wszystkie strony włosy, rozglądając się niemrawo za swoim szlafrokiem. Nie znajdując go w zasięgu wzroku, przechylił się w prawo i z zaskoczeniem stwierdził, że opiera się o czyjąś zwisającą z łóżka nogę. Co jest? Powędrował wzrokiem wzdłuż lekko umięśnionej łydki, poprzez jasne udo, aż do mlecznego, jędrnego pośladka i… podniósł się gwałtownie. Nie zważając na swą nagość, popędził do łazienki, gdzie oparł się o ścianę, ciężko dysząc.

— Haaary — zawyło lustro. — Wyglądasz jakbyś pieprzył się do samego świtu!

— Zamknij się z łaski swojej. — Potter błądził myślami wokół ostatniej nocy, usiłując znaleźć jakieś przekonujące wyjaśnienie dla swojego zachowania.

— I biegasz nago. — Zwierciadło zdecydowanie miało gdzieś humory właściciela. — Nie żebym narzekał.

— Odeślę cię do domu Syriusza — ostrzegł Harry.

— Przyznaj, że nie potrafiłbyś zostawić mnie w pustym mieszkaniu, samego, zagubionego, patrzącego w zimne kafelki, zachodzącego kurzem, paty…

— Sprezentuję cię Hermionie. — Mężczyzna wreszcie oderwał się od ściany i zdecydowanym krokiem podszedł do prysznica. Odsunął zasłonkę i odkręcił kurek z zimną wodą.

— A to już było wredne! — rozdarło się lustro. — Nie możesz mi tego zrobić! Rama by mi pękła! Poza tym ćwiczyłaby przemowy, patrząc w mą taflę. Jestem bardziej niż pewien, że prowadzi prywatne monologi! Zdecydowanie się nie zgadzam wisieć na ścianie jako odbicie kogoś, kto lubi słuchać swojego głosu! Poza tym… Ona ma biust! To takie nieestetyczne i…

Harry przestał słuchać narzekania zwierciadła, pogrążając się w myślach.

Uprawiałem seks. Na dywanie, w łóżku i… Merlinie! To była najgorętsza noc w moim życiu! Niech ktoś rzuci na mnie Obliviate…

Brunet uderzył głową w mokrą ścianę. Zdawał sobie sprawę, że musiał skonsumować związek, aby nabrał on mocy prawnej, jednak zdecydowanie nie musiał robić tego w ten sposób.

I to po tym, jak tłumaczyłem mu, że seks bez uczuć jest zły. Harry, ty hipokryto!

— To twój mąż!

— Nie mam męża! — W głosie zwierciadła zabrzmiały podejrzane nuty. Potter zorientował się, że ostanie zdanie powiedział na głos. — Jesteś pewien, że w trakcie bzykania nie spadłeś głową w dół? Nie żebym podejrzewał cię o bycie aż taką łamagą, ale w szale zapamiętania…

Ignorując lustro, Harry na powrót zagłębił się w swoje rozważania, nalewając przy tym obficie szamponu na dłoń. Czy powinien się wstydzić? Nie wiedział, jak spojrzy teraz Malfoyowi w oczy.

Ślizgon raczej nie był stroną bierną.

Może i nie, ale to Fretka! Przyzwyczajony jest do szybkiego seksu, jednak on? On tak nie robi! Z Michaelem było zupełnie inaczej. Lubili się, cenili jako towarzysze. A Draco? Draco nie ceni nikogo poza samym sobą.

Zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica, wycierając się energicznie. A co, jeżeli teraz żałuje? Może będzie mu wypominał tę noc? Żądał zadośćuczynienia… Na dziurawe skarpety Zgredka, to takie skomplikowane.

— A niech mi tafla trzaśnie! — Głos lustra sprawił, że odsunął ręcznik od twarzy, zerkając na nie pytająco i zamarł w pół ruchu. W zwierciadle odbijała się rozespana twarz jego męża. Odwrócił się gwałtownie, drapując materiał wokół bioder.

— Malfoy! Co ty na Merlina tutaj robisz?!

— Litości, Potter, nie musisz się drzeć od samego rana — mruknął mężczyzna, ciaśniej owijając się prześcieradłem. — Jeżeli zawsze po przebudzeniu jesteś taki wrzaskliwy, to mogę zostać zmuszony do współczucia Weasleyowi, a to naprawdę napawa mnie zgrozą.

Ślizgon patrzył na niego krytycznie. Jego jasne włosy były zmierzwione, usta lekko opuchnięte, a na twarzy malował się odcisk od szwu poduszki. Wyglądał… Wyglądał jak ktoś, kto właśnie przeżył bardzo namiętną noc. I na domiar złego, była to prawda absolutna.

— Harry, wiesz że seks pod prysznicem to jedno z erotycznych marzeń większości dwunożnych? — zapytało słodkim głosem lustro.

— Zapomnij — warknął, nadal nie odrywając wzroku od Malfoya.

— Wstrętny kłamczuch! Już ja dobrze wiem, co robiłeś dziś w nocy z tym bogiem seksu! — jęknęło. — A biednemu wisielcowi nie chcesz ofiarować odrobiny przyjemności.

— Wiesz, Potty… — Draco uśmiechnął się ironicznie. — Naprawdę nie sądziłem, że przytargasz tutaj za sobą to coś. Musisz być naprawdę spragniony uwagi.

— Nie przeginaj! — Wkurzany z dwóch stron, Harry mocniej zacisnął ręcznik na biodrach. — Właściwie co ty tutaj robisz?

— Przyszedłem wziąć prysznic, to chyba naturalna kolej rzeczy. — Ślizgon wzruszył ramionami, wymijając go i idąc w stronę kabiny.

— Nie możesz u siebie?

— Potter, nie mam zamiaru paradować po korytarzu w takim stanie tylko po to, aby cię uszczęśliwić, więc zrób mi tę przyjemność i wyjdź. Chyba… — Przekrzywił głowę, patrząc na niego z jawną prowokacją. — Że chcesz popatrzeć.

Harry prychnął i ruszył w stronę drzwi. Wcale nie chciał patrzeć! W końcu gołej Fretki nie widział?

Pod prysznicem? Ociekającego wodą? Nie.

— Jasna cholera, to małżeństwo jest takie kłopotliwe — westchnął rozgoryczony. Złapał za klamkę z irytacją, obrzucając tym razem niewinne lustro złowrogim spojrzeniem. W tym momencie za plecami usłyszał szelest upuszczanego materiału.

— Słodki Merlinie — sapnęło lustro i… zaparowało.

Harry ryknął ze złości i wypadł z pomieszczenia, głośno trzaskając drzwiami. Mógłby przysiąc, że złocone ramki zwierciadła zadrżały.


***



Draco szybkim krokiem zmierzał w kierunku lochów. Właściwie nazwa „lochy” kojarzyła mu się z mrocznymi, ponurymi korytarzami, podobnymi do tych w Hogwarcie, tutaj jednak było zupełnie inaczej. Ściany z jasnego kamienia oświetlały magiczne pochodnie, obrazy na ścianach dyskutowały ze sobą, śmiejąc się radośnie. Od czasu do czasu dało się słyszeć szczęk miecza, gdy rycerze ze złotych ram urządzali pojedynki, rozlegały się też pijackie pieśni bardów, przy wtórze chichotu rozochoconych dam. Ślizgon stwierdził, że jak na jego mało towarzyski humor, jest tutaj za jasno i za wesoło.

Magiczne bariery przed kwaterami Snape’a przepuściły go, delikatnie muskając jego skórę. Obraz, na którym dumny orzeł drwiąco spoglądał na stojącego pod drzewem łowcę, przesunął się z szelestem.

Mężczyzna siedzący za biurkiem i przeglądający jakieś papiery podniósł głowę i przyjrzał się uważanie wchodzącemu.

— Wyglądasz jak ofiara losu — rzucił w końcu, wskazując ręką jeden z stojących przed kominkiem foteli.

— Dziękuję, Severusie, też miło mi cię widzieć — prychnął Draco, zajmując miejsce i sięgając od razu po leżący na stoliku egzemplarz Proroka. — Widzę, że reporterzy nie próżnowali — westchnął, przyglądając się pierwszej stronie gazety, na której on i Potter wychodzili z komnaty ślubów. Na fotografii poniżej wirowali w rytmie walca na środku wielkiej sali. — Czy tylko ja sądzę, że nasz Wybraniec wygląda na nieco oszołomionego?

— Potter zawsze wygląda na oszołomionego. — Snape usiadł naprzeciwko z kubkiem parującej kawy. — Załatwiłeś wszystko?

— Oczywiście, za kogo mnie masz. — Draco uniósł gazetę, zasłaniając nią twarz.

— Dziwię się, że nadal możesz chodzić. Czyżby Potter choć raz zachował się normalnie i nie rzucił na ciebie klątwy za samą myśl o deprawacji jego cnotliwej osoby?

— Nie powiedziałbym, że normalnie, jak i nie zakładałbym na twoim miejscu, że święty chłopiec był nieskalany — westchnął i odłożył Proroka na stół.

— Ach, czyli jednak gazety mówiły prawdę o jego podbojach, panna Ginewra wyglądała na cokolwiek załamaną. — Severus upił łyk kawy, krzywiąc się złośliwie.

— Pomińmy kwestię Weasleyówny. — Malfoy poprawił szaty i usiadł wygodniej, zakładając nogę na nogę. — Potter nigdy jej nie dotknął. Delikatnie mówiąc, nie była w jego guście.

Snape uniósł brew, przyglądając się chrześniakowi z ciekawością.

— Nie lubi rudych kobiet?

— Jeżeli wytniesz z tej wypowiedzi „rudych”, to reszta się zgadza. — Chłopak uśmiechnął się lekko.

— Och…

— Severusie, tak oszczędne formy wypowiedzi ci nie przystoją. — Spojrzał na niego kpiąco.

— A więc pan Potter woli…

— Mężczyzn — dokończył spokojnie Draco. — Co, nie ukrywam, znacznie ułatwia mi życie.

— I ta noc…

— Była jedną z najlepszych w moim życiu, jakkolwiek sprawia mi pewien dyskomfort psychiczny przyznanie się do tego. — Malfoy uniósł dłoń, przyglądając się swoim wypielęgnowanym paznokciom.

— Cóż, cieszę się, iż widzę cię w dobrym zdrowiu. Twój wyraz twarzy cokolwiek mnie zmylił, nie wyglądasz na kogoś, kto właśnie przeżył hmm… jak to określiłeś, najlepszą noc w swym życiu. To dobrze rokuje temu związkowi, chociaż mówię to bardzo niechętnie.

— To niczego nie rokuje. — Draco opuścił rękę i zagryzł nerwowo wargę.

— Nie rozumiem.

— Nie musisz.

— Draco!

— Och, dobrze! — Chłopak wstał i podszedł do biurka podnosząc jeden z pergaminów i przyglądając mu się niedbale. — Potter to niewychowany gbur, rano kazał mi spadać. Rozumiesz to? Mnie!

— Kazał ci opuścić swoją sypialnię, jak rozumiem… — Snape pokiwał głową.

— Nie dokładnie, po prostu zapytał, dlaczego muszę brać prysznic u niego. Poczułem się jak zużyta rzecz, którą się wyrzuca. Uwierz, to nie było miłe. Tylko własnemu opanowaniu zawdzięczam to, że nie rzuciłem w niego żadną klątwą.

Severus przyglądał mu się z rozbawieniem oraz lekkim niepokojem czającym się w kącikach oczu.

— Czego oczekiwałeś? Pocałunku na dzień dobry? Wybacz, Draco, ale to, że ku twojemu zaskoczeniu ta noc nie okazała się katastrofą, nie oznacza od razu, że Potter zacznie przynosić ci śniadania do łóżka, oczarowany twoim ciałem.

— Zmieńmy temat, nie mam ochoty na twoją kpinę, zostaw ją dla swoich przyszłych uczniów. — Draco odwrócił się w jego kierunku ze zniecierpliwieniem. — Co teraz?

— Masz problem. — Snape od razu zrozumiał, o czym mówi chrześniak. — Związki magiczne są bardzo rzadkie i praktycznie nierozerwalne.

— Wspaniale! Czyli jestem uwiązany do Pottera na całe życie? — Malfoy pozieleniał lekko na twarzy. — Musi być jakiś sposób!

— Śmierć jednego z małżonków? — zasugerował mężczyzna.

— Och, w sumie to nie taki zły pomysł, poświęcę się i uduszę Pottera poduszką. Nie żartuj, musimy coś zrobić, nie mam zamiaru męczyć się z Wybrańcem u boku przez całe życie.

— Poduszką? — Snape spojrzał na niego z niesmakiem. — Zawsze mówiłem, że te mugolskie książki mają na ciebie zły wpływ. Wracając do tematu… — westchnął i potarł skroń długimi palcami. — Oczywiście sprawdzę w starych księgach wszystko o rytuałach połączeń magicznych, jednak o ile pamiętam, był tylko jeden przypadek rozwodu. Skończył się tragicznie dla obydwóch małżonków.

— Świetnie, to napawa entuzjazmem. — Draco machnął ręką i przywołał do siebie paterę z owocami. — Kiedy jestem zdenerwowany, robię się głodny — mruknął, patrząc na zaskoczony wyraz twarzy Severusa.

— Odkąd to magia bezróżdżkowa nie stanowi dla ciebie problemu?

Malfoy zamrugał i zaskoczony spojrzał na półmisek.

— Nie zastanawiałem się nad tym, po prostu chciałem te winogrona… Jednak gdy zapytałeś… Pierwszy raz miał miejsce wczoraj w nocy, rano nie zwracałem na to uwagi, dopiero teraz… Nie mam pojęcia jakim cudem tak nagle… — Poderwał się z fotela i zaczął nerwowo krążyć po pokoju. — Coś się musiało stać!

— To coś nazywa się Potter. — Snape skrzywił się lekko. — Najwyraźniej w chwili połączenia waszych mocy jego zdolności stały się dostępne również dla ciebie. To na swój sposób fascynujące.

— Czyli Potter…

— Tak, najprawdopodobniej potrafi to, co ty, chociaż jeżeli chodzi o niego… — Zawahał się na moment. — Twój mąż już wcześniej był bardzo potężny.

— Chcesz powiedzieć, że może nawet nie dostrzec zmian — skwitował kwaśno młodszy Ślizgon.

— Będąc szczerym, tak.

— Przypomnij mi, że mam zwrócić się do ciebie, jeśli kiedyś będę szukał pocieszenia.

Snape przewrócił oczami i sięgnął po winogrono. Obracał je przez chwilę w palcach, zastanawiając się nad czymś, po czym spojrzał na chrześniaka, a w jego czarnych oczach pojawiło się zadowolenie.

— Popatrz na to jak na dar, niejeden czarodziej marzy o mocy Złotego Chłopca.

— Łyżka miodu w beczce dziegciu — prychnął. — Nie wiem czy to godna rekompensata. Muszę się jakoś rozładować, mam wrażenie, jakby coś ciężkiego przygniatało mnie do ziemi. — Wstał i ruszył w kierunku drzwi. — Myślę, że odwiedziny u starego przyjaciela będą idealnym pomysłem.

— Draco! — Głos Severusa zatrzymał go w miejscu. — Najwyraźniej nie wiesz wszystkiego o więzi magicznej. Pozwól, że cię uświadomię…


***



Harry wszedł do jadalni, nerwowo rozglądając się dookoła. Odetchnął z ulgą, gdy nie dostrzegł nigdzie Ginny. Odkąd Malfoy opuścił jego komnaty, wydarzenia z poprzedniego wieczora powróciły ze zdwojoną siłą. W głowie miał mętlik i sam nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Zachowanie dziewczyny naprawdę go zaskoczyło. Oczywiście wiedział, że czuła do niego coś głębszego, jednak nigdy nie sądził, że mogłoby to doprowadzić ją do takich zachowań. To, że jej groził, powodowało, że czuł sam do siebie niesmak. Jako auror czasami był zmuszony do nieco brutalniejszych metod, zwłaszcza podczas przesłuchań, jednak nigdy nie torturował nikogo, a Tormente na pewno nie było jego ulubionym środkiem perswazji. Chciał przestraszyć intruza, zmusić go do mówienia. Był zdenerwowany i być może zareagował przesadnie.

Westchnął i usiadł przy stole, krótko witając się z siedzącymi tam bliźniakami i Ronem. Hermiona rozmawiała pod oknem z państwem Weasley i Lupinem.

— I? — Przyjaciel spojrzał na niego uważnie.

— I co? — Udał, że nie zrozumiał pytania.

— Żyjesz. — Rudzielec wzruszył ramionami, a Fred z George’em przysunęli się bliżej, nie chcąc uronić ani słowa z tej wybitnie intelektualnej konwersacji.

— Czyżbyś kopał mi już grób? — Harry założył sobie na talerz grzankę i kilka plasterków sera. Nie był głodny.

— Jak rozumiem, Malfoy też ma się dobrze? — bardziej stwierdził niż zapytał.

— Kiedy go ostatnio widziałem, był cały i zdrowy.

— Och… — Ron najwyraźniej oczekiwał większych rewelacji i był zawiedziony. — No ale…

Jego wypowiedź przerwała nadlatująca sowa. Ptak miał szaro-czarne upierzenie, a do jego nóżki przywiązana była złota koperta. Wylądował przed Harrym i trącił go lekko dziobem w rękę. Chłopak odwiązał przesyłkę i poczęstował go kawałkiem chleba.

— To z ministerstwa — stwierdził, patrząc na adres nadawcy.

— Wiem. — Ron, lekko zielony na twarzy, odsunął talerz z jedzeniem. — W takich kopertach przysyłają potwierdzenie ważności związku.

— Jak… subtelnie — mruknął Potter, wsuwając przesyłkę do kieszeni. Nie miał zamiaru otwierać jej przy stole.

— Haaarrry... — Fred zamrugał, wachlując się dłonią. — Ty ogierze!

— Zdradź nam, kto był na górze? Mamy panią Potter czy panią Malfoy? — George podparł policzek na ręce, wpatrując się w bruneta maślanymi oczami.

— Było długo i intensywnie, czy założyłeś mu worek na głowę i z okrzykiem „Za ojczyznę” poświęciłeś się dla dobra ludzkości?

Harry nie wiedział, czy ma zacząć się śmiać, czy płakać. Bliźniacy nie znali słowa „takt” i byli gorsi od hiszpańskiej inkwizycji. Zerknął na Rona, który wyglądał, jakby zjadł coś wyjątkowo niestrawnego.

— Malfoy wszędzie jest taki blady?

— Wątły?

— Delikatny?

— Jest naturalnym blondynem?

— Widziałeś kiedykolwiek zarost u Fretki?

— Myślisz, że tam też tak ma?

— No… ale że tak za pomocą zaklęcia golącego, czy może mu nie urosło?

— Może arystokraci nie mają?

— Nie wiem, nigdy nie byłem z arystokratą.

— A reszta miała?

— Przeważnie.

— Fred? — Harry wreszcie się ocknął, przerywając tę dziwaczną wymianę zdań.

— Co? — Bliźniak spojrzał na niego pytająco. Obok Ron z zieleni przeszedł w soczysty fiolet.

— Czy ty właśnie powiedziałeś, że…

— Sypiam z facetami? Myślałem, że wszyscy wiedzą. — Chłopak wzruszył ramionami.

— Ja nie wiedziałem! — Jego młodszy brat chyba chciał wrzasnąć, ale wyszło mu tylko zachrypnięte jęknięcie.

— Bo ty, Roniaczku, jesteś jak gumochłon na grządce sałaty.* Ślepe to, głuche i ciężko kapujące.

— No… — Fred pokiwał głową. — Kiedyś byłem w mugolskim kinie, tam był taki fajny film o robotach. Ty masz podobnie, reagujesz na słowa: jedzenie i quidditch.

— Byłeś w mugolskim kinie? — Harry był wyraźnie zaskoczony.

— Jasne, chodziłem kiedyś z mugolem. — Starszy Weasley wyszczerzył się radośnie.

— Serio? I nie zorientował się, że jesteś czarodziejem? — Potter zapomniał już o wcześniejszych rozmowach bliźniaków, zaaferowany odkryciem.

— Było ciężko, ale dałem sobie radę, potem poznałem Rufusa i rozstaliśmy się.

— Czyli teraz masz faceta czarodzieja?

— To mniej kłopotliwe.

— Jesteś gejem? — Ronowi wreszcie udało się wrzasnąć.

— Tak — odpowiedział automatycznie Harry jednocześnie z Fredem, niezbyt zwracając uwagę na otoczenie.

Przy stole zapanowała cisza.

Trzy pary oczu wpatrywały się w Wybrańca z wyraźnym zaskoczeniem i niedowierzaniem.

— Harry… — Przyjaciel przełknął ślinę i odwrócił się w jego stronę. W jego oczach malował się czysty, niczym nie skalany szok.

— No stary, gdybym wiedział wcześniej… — Fred gwizdnął przeciągle, a George odchylił się na krześle i zaczął chichotać jak opętany.

— Malfoy jednak wiedział, co robi — wysapał, prawie się krztusząc.

— To Fretka też?! — Ron był bliski apopleksji. — Ale Harry, no… Harry…

— Co Harry? — zniecierpliwił się Potter. Zdecydowanie nie tak miał zamiar poinformować przyjaciela o swej orientacji. — I skąd wiecie, że Draco…

— Draco? — wysapał chłopak. To, że Złoty Chłopiec wymówił imię ich największego wroga, najwyraźniej przepełniło czarę, bo zaczął bujać się na krześle, wyglądając przy tym jak osierocone dziecko.

— Potty, mówił ci już ktoś, że jesteś osłem? — wycedził Fred, w zupełnie malfoyowski sposób przeciągając samogłoski. — I nie patrz na mnie tymi wielkimi, zielonymi oczami, to sprawia, że się rumienię, a ja nienawidzę rumieńców — dodał, po czym już normalnym głosem stwierdził — Malfoy jest wręcz rasowy.

— Merlinie… — Ron zabujał się mocniej.

— Najwyraźniej dobrze się bawicie. — Do stolika podeszła Hermiona wraz z resztą towarzystwa.

— Harry jest gejem — radośnie poinformował ich George, a Potter w tym momencie miał ochotę zapaść się pod ziemię.

— Harry! To cudownie! — Panna Granger uśmiechnęła się radośnie.

Od strony Rona dał się słyszeć głośny huk przewracanego krzesła.


***



Krótko po ich rozmowie Potter doszedł do wniosku, że o orientacji Malfoya wiedzieli wszyscy poza nim i Ronem. Jedynym pocieszeniem był fakt, że jak do tej pory nikt nie wątpił w to, iż Harry wszedł w ten związek z szeroko otwartymi oczami i dobrze zdawał sobie z tego sprawę. On sam nawet nie próbował wyprowadzać ich z błędu. W końcu ile razy w ciągu jednego dnia można z siebie rozbić głupca?

Idąc do swych komnat, zastanawiał się nad swoją przyszłością. Czy to, że był mężem Malfoya znaczyło, że mają razem zamieszkać? Szczerze mówiąc, nie wyobrażał sobie życia z Draco. Wspólne komnaty, śniadania, rozmowy. Nie, to zdecydowanie przekraczało granicę jego wyobraźni. Miał wrażenie, że w jakiś sposób uraził rano Ślizgona, ale analizując całą ich łazienkową rozmowę, nie widział niczego złego w swoim zachowaniu. Przecież Draco nie mógł oczekiwać, że powita go, rzucając mu się na szyję. A może oczekiwał?

— Nie, na pewno nie — mruknął, pokonując ostatnie stopnie schodów.

— Potter, czyżby po wyjeździe Weasleyów samotność zamieszała ci te resztki umysłu, jakie posiadasz?

— O co ci chodzi? — westchnął. Nie chciał walczyć.

— Mówienie do siebie jest pierwszą oznaką szaleństwa. — Draco zaplótł ręce na piersi, czekając, aż Harry zrówna się z nim, po czym ruszyli razem w kierunku komnat.

— Słuchaj, nie mam ochoty na kłótnie. — Brunet wyszeptał hasło i wszedł do swoich pokoi.

— Nie ignoruj mnie! — Malfoy wkroczył za nim i z zaciętą miną stanął na środku salonu.

— Nie miałem takiego zamiaru.

— Owszem, miałeś! Nie jesteś jedynym pokrzywdzonym przez los. Tkwimy w tym obaj, czy tego chcesz czy nie.

— Wiem o tym aż za dobrze — mruknął.

— Czyli zdajesz sobie sprawę, z tego że…

— Że co? Że jestem uwiązany do ciebie? Oczywiście, napawa mnie to co prawda przerażeniem, jednak wewnętrznie żywię nadzieję, iż jakoś będziemy to mogli odkręcić.

— Połączyła nas magia, to nie takie proste. — Draco zasępił się. — Nie wiem, czy w ogóle jest to możliwe.

— Och… cudownie. — Harry przysiadł na brzegu kanapy i ukrył twarz w dłoniach. — Powiedz mi, Malfoy, wiedziałeś?

— O zjednoczeniu mocy? Tak — przyznał niechętnie Ślizgon. — To stara rytualna przysięga, bardzo niebezpieczna. Jeżeli coś pójdzie nie tak, może zabić lub pozbawić zupełnie magii.

— Więc dlaczego? — Potter uniósł głowę i spojrzał na niego z wyrzutem. — Dlaczego nie przerwałeś tej farsy?

— Miałem swoje powody — mruknął blondyn.

— Powody? Jakie kurwa powody były dla ciebie tak ważne, że podjąłeś takie ryzyko?! — głos Harry’ego drżał od tłumionej z trudem wściekłości. — Pieniądze? Tak bardzo żal ci było włożonej w tę szkołę fortuny, że postanowiłeś zniszczyć nasze życie?

— Naprawdę mnie nienawidzisz, prawda? — Draco przekrzywił głowę, przyglądając mu się badawczo. — Jako facet, wbrew temu, co mówiłeś, nie odrzucisz szansy dobrego pieprzenia, ale coś więcej nie mieści ci się w głowie.

— To nie tak!

— A jak?! Jak, do cholery? Myślisz, że mnie z tym dobrze? Sądzisz, że rozpiera mnie szczęście, bo zdobyłem ikonę czarodziejskiego świata? Naprawdę, jakkolwiek mam duże ambicje, tak małżeństwo z tobą jest ostatnią rzeczą, którą zrobiłbym dla pieniędzy czy sławy! — Odwrócił się i podszedł szybko do barku, nalewając sobie kieliszek koniaku. — Kurwa, przez ciebie wpadnę w alkoholizm — warknął, wypijając wszystko jednym łykiem.

— Nie zwalaj winy na mnie, gdybym wiedział… gdybym zdawał sobie sprawę, nigdy bym nie wypowiedział tej przysięgi! — Gryfon trząsł się ze złości. — I nie nienawidzę cię, może kiedyś tak było, teraz po prostu cię nie lubię. Śmiem twierdzić, że ty również najchętniej nie oglądałbyś mojej twarzy codziennie, dlatego nie mogę zrozumieć, dlaczego podjąłeś tak wiążącą decyzję za na obu. Musiałeś wiedzieć, że nie zdaję sobie sprawy, w co się pakuję!

— W nocy nie narzekałeś. — Malfoy odstawił kieliszek na blat i odwrócił się w jego stronę.

— To był seks! Zwykłe pieprzenie! Nie ważne jak dobre, to nie łączy ludzi! Nie sprawia, że zakochują się w sobie, bo przeżyli najlepszy orgazm w swoim życiu!

— Masz rację, nie sprawia — zgodził się mężczyzna.

— Więc dlaczego?...

— Mówiłem ci, miałem swoje powody.

— Pieprzę twoje powody, nie rozumiem ich, wytłumacz mi to, do cholery! — wrzasnął rozwścieczony.

— Ta szkoła jest ważna, jest bezpieczna…

— Bezpieczna?

— Muszę patrzeć w przyszłość. Kiedyś ci to wytłumaczę.

— Merlinie, jesteś takim egoistą! — Harry westchnął i przeczesał włosy palcami. — Myślisz tylko o sobie.

— W tym przypadku nie tylko — szepnął Draco, jakby do siebie.

— I co teraz? Będziemy udawać całe życie, że wszystko jest w porządku? Żyć obok siebie, tak naprawdę nie żyjąc ze sobą? A jeżeli kiedyś naprawdę poznamy kogoś, kogo będziemy w stanie pokochać? Nie wiem, czy będę potrafił zniszczyć takiej osobie życie, spotykając się z nią ukradkiem na chwilę zapomnienia.

— Nie będziesz mógł. — Malfoy odwrócił głowę, wbijając wzrok w przeciwległą ścianę.

— Najprawdopodobniej nie…

— Nie o to mi chodziło. Nie będziesz mógł mieć tych chwil zapomnienia, patetycznie mówiąc, jesteś zmuszony do wierności.

Harry spojrzał na niego spłoszonym wzrokiem.

— Nie zmusisz mnie do…

— Ja? — żachnął się Draco. — Uwierz mi, Potter, gdyby to ode mnie zależało, byłbym teraz u któregoś z moich znajomych i oddawał się chwilom rozkoszy, aby zapomnieć o tym parszywym związku. Magia! Magia nam nie pozwoli. Krótko mówić, jeżeli dobrowolnie nie zdecydujemy się na celibat, co szczerze mówiąc brzmi dla mnie niedorzecznie, jesteśmy skazani na siebie.

— Merlinie… — Harry jęknął zdruzgotany. — To jakaś paranoja.

— Uwierz, jestem tak samo wstrząśnięty jak ty.

— Nie wiedziałeś?

— Dowiedziałem się przed chwilą.

— Nie da się tego jakoś obejść? — Potter nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

— Powinienem czuć się urażony — prychnął Draco. — Dzień po ślubie, a ty już myślisz o zdradzie. Nie, nie da się tego obejść. Łączą nas więzy mocy. Jeżeli się z kimś kochasz, uwalniasz swoją energię, nad tym nie da się zapanować. Energia nieodłącznie wiąże się z mocą, a ona nie dopuści do tego, abyś połączył się z kimś, kto nie jest z tobą kompatybilny.

— Ty jesteś…

— Tak, ja jestem, nasze rdzenie magii połączyły się, jestem kluczem do zamka. Przykro mi, ale innych drzwi nie otworzysz. Energia od razu wyczuje sygnaturę innego czarodzieja i odrzuci ją.

— Czyli co? Nie stanie mi? — Harry zaśmiał się histerycznie.

— Nie bądź wulgarny. Nie mam pojęcia, jak to działa. Może skrzywdzić twojego partnera, może skrzywdzić ciebie, może… jak to ująłeś, sprawić, że nie będziesz zdolny.

— Mam dwadzieścia dwa lata, Malfoy, gdybym miał zamiar żyć w celibacie, zostałbym mnichem!

Draco spojrzał na niego ironicznie.

— To naprawdę był najlepszy orgazm w twoim życiu? — zapytał, unosząc brew.

— Bardzo śmieszne. — Harry dziękował Merlinowi za ciemną karnację, która ukryła jego rumieniec.

— Nie wiem jak ty, ale ja nie zostałem stworzony do bycia mnichem — wzruszył ramionami Ślizgon.

— Czyli że co? Mamy…

— Mniej więcej, chyba że masz aspirację wyhodować sobie mięśnie jednej ręki. — Malfoy przewrócił oczami. — Oprzytomniej, Potter, jesteśmy na siebie skazani.

— A ty? — Gryfon spojrzał na niego z zaciekawieniem.

— Ja? Nie lubię wymuszonego seksu, moi partnerzy zwykle byli entuzjastycznie nastawieni. Jeżeli zdecydujesz się na abstynencję, najwyżej cię przeklnę.

— Cóż… to bardzo motywujące, masz niesamowity dar przekonywania — prychnął brunet.

— Po prostu jestem praktyczny, zawsze potrafiłem oddzielić sypialnię od życia codziennego.

— To cyniczne.

— Nikt nie powiedział, że życie to bajka.

— Z tobą u boku? — Harry wstał i również podszedł do barku, jednak zamiast koniaku nalał sobie soku do wysokiej szklanki. — Niemożliwe.

— Obydwaj jesteśmy zgodni co do tego, że działamy sobie na nerwy. Jednocześnie… cóż, wczorajsza noc pokazała, że hmm… potrafimy współpracować.

— Malfoy, czy ty proponujesz mi zawieszenie broni? — Złoty Chłopiec uniósł napój do ust, przyglądając się mężczyźnie znad szkła.

— Z ogromnym bólem muszę stwierdzić, że twój dziewiczo nieskalany umysł czasami budzi się z letargu. To nie tak, że nagle cię polubię, nie wyobrażaj sobie niczego. Jednak okoliczności, w jakich się znaleźliśmy, zmuszają nas poniekąd do pewnych ustępstw.

— Rozumiem. — Harry skinął głową, uważnie słuchając słów Ślizgona.

— Dlatego, skoro już zdecydowaliśmy się na ten karkołomny krok i tkwimy w tym obydwaj, to życzę sobie, abyś przynajmniej starał się zachować pozory na forum publicznym.

— To oczywiste — mruknął Potter. — Niemniej nie napawa mnie to zbytnim optymizmem.

— W tej kwestii jesteśmy zgodni.

— Masz zamiar wprowadzić się do mnie? — Harry nie mógł się powstrzymać od zadania tego pytania.

— Oddzielne sypialnie są wręcz pożądanym elementem w wyższych sferach. — Draco podszedł do barku i nalał sobie szklankę soku. — Sądzę, że możemy sobie pozwolić na odrobinę prywatności i pozostawić nasze komnaty niezmienione.

— Czyli ty u siebie, ja u siebie? — upewnił się Potter.

— Dokładnie, chyba że… — Malfoy odwrócił się do niego, unosząc brew. — Wolałbyś, abym spędzał noce u ciebie.

— Nie wiem, skąd przyszedł ci do głowy taki pomysł — prychnął Harry, odwracając głowę.

— Potter! — To jedno słowo mówiło wszystko.

— Nie pochlebiaj sobie.

— Potter…

— I przestań w kółko powtarzać moje nazwisko!

— Wiesz, w czym tkwi twój problem? Wstydzisz się przyznać, że w nocy było ci dobrze. — Kącik ust Malfoya uniósł się lekko.

— Ostatnia noc…

— Była… — zamruczał Draco.

— Nieporozumieniem.

— Ha!

— To był wypadek przy pracy.

— Ha!

— Draco!

— No proszę, znasz moje imię — prychnął. — Złoty Chłopcze, jakkolwiek byś nie zaprzeczał, ostatnia noc była czymś, czego długo nie zapomnisz.

— Czyżbyś mówił o sobie? — Harry uśmiechnął się ironicznie, lecz zaraz spoważniał, widząc jak Malfoy rusza w jego kierunku. Zacisnął pięści, gdy doszedł go znajomy zapach mężczyzny. Ślizgon przystanął tuż przed nim i pochylił się lekko, zbliżając usta do jego ucha i powodując tym samym, że chłopak poczuł coś na kształt wyładowania elektrycznego, które przeszło wzdłuż jego kręgosłupa.

— Ostatniej nocy wiłeś się w jękach na tym dywanie. Twoje ciało składało się z pożądania, dyszałeś i błagałeś o więcej. Ostatniej nocy pozwoliłem ci się wziąć w łóżku, obejmowałem cię nogami, a ty ponaglałeś mnie, wydając z siebie dźwięki świadczące o nieziemskiej rozkoszy. Ostatniej nocy zawarłeś pakt z diabłem, sprzedając mi swoją duszę, tak jak ja sprzedałem ci swoją, podpisaliśmy cyrograf. Nie ma ucieczki, nie ma zapomnienia. Pytanie brzmi: chcesz więcej, Harry?


*cytat by Ansei ;]
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:17 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Akame » 14 lis 2010, o 19:38

Beta — Aubrey


XV



Stół prezydialny zaścielał biały obrus, ozdobiony wzdłuż brzegów haftem przedstawiającym błękitne róże. Harry siedział na środku i obserwował Hermionę, która prowadziła długi rząd uczniów w kierunku miejsca, gdzie miała odbyć się ceremonia przydziału.
Na podwyższeniu kilka metrów od niego stał stary artefakt symbolizujący magię żywiołów.

Długo zastanawiali się nad tym, jak ma przebiegać przydział, aż wreszcie ku zaskoczeniu wszystkich sytuację rozwiązała babka Neville’a, która po rozmowie z wnukiem dostarczyła ten cenny przedmiot. Okazało się, że był on w ich rodzinie od kilkudziesięciu lat, czyli odkąd ojciec pani Longbottom przywiózł go z Egiptu jako prezent od tamtejszego władcy.

Artefakt miał kształt okrągłego talerza, na którego krawędziach umieszczone były kryształowe symbole ziemi, powietrza, wody i ognia. Pośrodku znajdowało się wyżłobienie, gdzie kładło się dłoń. W dawnych czasach na dworach żyli czarodzieje specjalizujący się w określonej formie magii, dzięki temu przedmiotowi adept mógł określić swoje predyspozycje do formy szkolenia, jakie chciał podjąć.

Artefakt był unikalny i niezwykle cenny. Dar pani Longbottom bardzo poruszył Harry’ego, zwłaszcza, że starsza kobieta nie zażądała za niego zapłaty, tłumacząc mu, iż rodzinny skarb nie mógł trafić w lepsze ręce, a teraz wreszcie dopełni się jego przeznaczenie. W dodatku wygłosiła mowę o sile przyjaźni i lojalności, jaką Potter wykazał wobec jej wnuka. Widać było, iż jest niezwykle dumna z tego, że Neville został profesorem w szkole należącej do Wybrańca.

Harry wstrzymał oddech, gdy pierwsza z uczennic podeszła do artefaktu i ostrożnie umieściła dłoń na środku. Symbole zamigotały i zatoczyły kilka kręgów, zanim trzy z nich zgasły, pozwalając zapłonąć jasnym, niebieskim światłem kryształowi symbolizującemu wodę.
Dziewczynka zamrugała zaskoczona i niepewnie rozejrzała się po sali, zatrzymując wzrok na Hermionie, która skinęła głową Daphne. Ślizgonka od razu podeszła do dziecka i poprowadziła je w kierunku stołu, nad którym dumnie powiewał sztandar z migoczącą kroplą wody.
Daphne Greengrass została opiekunką domu wody dzień wcześniej, gdy na zebraniu odbyło się głosowanie w sprawach przydziału. Pieczę nad domem ziemi objął Neville, ognia — Hermiona, a powietrza — Quarion.
Ustanowienie Neville’a opiekunem Terran, Malfoy skomentował w swój własny sposób, stwierdzając, że wreszcie Longbottom znalazł się tam, gdzie od początku być powinien. Jak zwykle stosował swoje własne porównania, a dom ziemi widział jako odpowiednik Hufflepuffu.

Przydział trwał ponad dwie godziny. Trzy roczniki, na które składało się ponad dwustu uczniów, wreszcie zasiadły na swoich miejscach, rozglądając się dookoła i zapoznając z nowymi znajomymi. Jako że nie dojeżdżała tutaj żadna kolej, dzieci przybyły na miejsce za pomocą świstoklików, dołączonych do listów z wykazami podręczników i przedmiotów potrzebnych do nauki. Według Rona listy te nie różniły się niczym od tego, który dostał w wieku jedenastu lat, poza tym, że na dole widniał podpis Harry’ego.

— Od razu widać, które pochodzą z dobrych rodzin, a które zostały wzięte z ulicy — prychnął Draco, przerywając rozmyślania bruneta.

— Masz z tym jakiś problem? — Harry spojrzał na niego ze złością. Mundurki w postaci długich, ciemnogranatowych szat z kapturami i herbem domu na piersi, dostarczono dzień wcześniej i czekały one na dzieci w ich dormitoriach. Potter zdawał sobie sprawę, że niektóre z nich nie mogły sobie pozwolić na ich zakup, a nie chciał, aby powtórzyła się sytuacja z balu po turnieju trójmagicznym, gdy Ron wystąpił w dziwacznej szacie, będącej powodem do kpin niektórych uczniów. Tym sposobem zatrudniono krawcową, która przygotowała identycznie stroje, dzięki czemu biedniejsze maluchy mogły poczuć się bardziej komfortowo. Jeden ze sponsorów dostarczył też odpowiednią ilość podręczników, kociołków i innych rzeczy, które były potrzebne do nauki. Potter postanowił, że nikt nie będzie się śmiał ze zniszczonych książek czy starych piór biedniejszych uczniów. Na ile to było możliwe, wspólnymi siłami z Ronem, Nevillem i Hermioną starali się niwelować te różnice.

Niestety w tej chwili dzieci były jeszcze ubrane w swe domowe ubrania i niechętnie musiał przyznać, że na pierwszy rzut oka widać było ogromną różnicę pomiędzy uczniami z sierocińców oraz ubogich rodzin, a arystokratami. Ku ogromnemu żalowi, nie mógł niestety przyjąć wszystkich, zresztą niektóre rodziny nie chciały pozbyć się darmowej siły roboczej. W szkole znaleźli się więc uczniowie, którzy dysponowali pewną siłą magiczną, pozwalającą im wystartować na równych prawach. Reszta zależała od nich i ich samozaparcia.

Mężczyzna zdawał sobie sprawę z tego, że nie unikną konfliktów. Maluchy wychowane w różnych sferach miały wpojone różne zasady. Jedne rozpieszczone i przyzwyczajone do usługiwania, inne zmuszone do tego, by od najmłodszych lat nauczyć się jak dbać o siebie, niejednokrotnie używając pięści i krzyku. Wiedział, że będzie ciężko, miał jednak nadzieję, że dadzą radę i poradzą sobie wspólnymi siłami.

— Ja? Problem? Żadnego. — Malfoy wzruszył ramionami. — Zastanawiam się tylko, jak bachory z przytułku poradzą sobie w cywilizowanym otoczeniu. Już teraz rozglądają się wokół, jakby wypuszczono je z klatek.

— Przyzwyczają się, a my im w tym pomożemy — warknął Harry. — Nie traktuj ich, jakby były zwierzętami. To, że ktoś wychował się w sierocińcu, nie przekreśla go jako człowieka i nie pozbawia inteligencji. Sądziłem, że kto jak kto, ale ty powinieneś o tym wiedzieć najlepiej — szepnął, spoglądając na niego znacząco.

Draco otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, jednak skończyło się tylko na wzruszeniu ramion. Chwilę potem Potter stwierdził, że Ślizgon w zamyśleniu przygląda się jednemu z biedniejszych dzieci, które z zachwytem gładziło drobną dłonią elegancki materiał nieplamiącego się obrusa. Harry mógł tylko przypuszczać, o czym w tej chwili myśli blondyn.

Ich związek był najdziwniejszą rzeczą, jaka kiedykolwiek mu się zdarzyła. W dzień nadal kłócili się o każdą rzecz. Malfoy był dupkiem i egoistycznym bufonem, który działał mu na nerwy. Czasami aż ręka świerzbiła, aby wyciągnąć różdżkę i rzucić na niego jakąś klątwę, zwłaszcza gdy ten wygłaszał któryś ze swych narcyzowatych monologów. Jednak w nocy…

Harry właściwie nie wiedział, jak ma to sobie tłumaczyć. Noce były gorące, namiętne i pełne dzikiego seksu. Sama obecność Draco w jego sypialni rozbudzała zmysły i czuł się tak, jakby w momencie, gdy docierał do niego zapach Ślizgona, gdy pod palcami czuł fakturę jego skóry, umysł zalewała myśl tylko o jednym, przyćmiewając całą rzeczywistość.
Czasami odnosił wrażenie, że Malfoy jest tym tak samo zdziwiony jak on, zwłaszcza gdy po wszystkim wpatrywał się w niego swymi zachmurzonymi oczami, jakby nie mógł uwierzyć, że znowu dał się ponieść i pół nocy spędził w tym szaleństwie. Zdaniem Złotego Chłopca cała ta sytuacja była dziwna i podejrzana.
Niekiedy miał ochotę rzucić czar wykrywający trucizny i afrodyzjaki na własne jedzenie, jednak powstrzymywał się, nie chcąc w ten ostateczny sposób poddać się paranoi.

To nie ja! — miał ochotę krzyknąć, gdy po raz kolejny z jego gardła wydobywały się błagające jęki o więcej. — Ja się tak nie zachowuję! Potrzebuję uczucia! Miłości… A to… To tylko zwierzęcy seks dla zaspokojenia, nic więcej! — myśli te ulatywały, gdy tylko czuł na skórze dotyk Draco, a zapach jego ciała otumaniał go, doprowadzając do szaleństwa.

Wraz z nadejściem poranka powracała logika, zażenowanie i niezrozumienie dla siebie i swego kochanka. Malfoy ubierał się i wracał do swoich komnat, wyglądając, jakby uciekał przez tym, co robił w nocy. Harry coraz częściej przyłapywał go, gdy przyglądał mu się podejrzliwie, jakby winą za wszystko obarczał właśnie jego. Zdecydowanie musiał z kimś o tym porozmawiać, pytanie brzmiało — z kim…

— Potter! — Łokieć Ślizgona wbił mu się w żebro, wyrywając go z zamyślenia.

— Co? — Spojrzał na niego nieprzytomnie.

— Wszyscy czekają. — Draco ruchem głowy wskazał znacząco na salę.

Przemówienie, no tak. Miał wygłosić mowę. Podniósł się z krzesła i rozejrzał po sali, odchrząkując cicho. Wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę z wyczekiwaniem.

— Eee…

Draco warknął pod nosem coś niepochlebnego. Harry wyłowił z tego tylko dwa słowa: idiota i bogin. Jak to miało się łączyć — nie wiedział. Z lewej strony dobiegło go ciche prychnięcie Snape’a. Zdecydowanie powinien wziąć się w garść.

— Ekhm — odchrząknął, tuszując swą własną niezręczność. — Chciałbym powitać was w Emeraldfog, zamku, który od dziś stanie się waszym nowym domem na kolejne siedem lat. Może na początek przedstawię grono pedagogiczne, od lewej: Terry Boot, profesor za którego sprawą, dowiecie się wszystkiego o transmutacji. Neville Longbottom będzie was uczył zielarstwa, jak mało kto zna się na wszelkich ziołach i roślinach, Hermiona Granger zapozna was z podstawami Numerologii, Ronald Weasley nauczy was latania na miotle, jak i będzie trenerem drużyn quidditcha. — Po komnacie rozległ się szmer podnieconych głosów, gdy Ron pomachał wesoło. — Justin Finch—Fletchley podzieli się z wami swą wiedzą o mugolach. — Justin uśmiechnął się lekko i skinął głową. — Draco Malfoy wpoi wam wiedzę o zaklęciach. — Ku jego zaskoczeniu Ślizgon wstał i ukłonił się lekko.

— Nasza współpraca na pewno okaże się sukcesem — stwierdził i usiadł na powrót na krześle.

— Tak, od prawej mamy Severusa Snape’a, najlepszego ze znanych mi mistrzów eliksirów. Dzięki niemu docenicie piękno kipiącego kotła, on pokaże wam jak oczarować umysł i usidlić zmysły, nauczy jak uwięzić w butelce sławę, uwarzyć chwałę, a nawet powstrzymać śmierć, jeśli tylko… pozwolicie mu na to. — Wzrok Snape’a wyrażał chęć mordu. Harry uśmiechnął się złośliwie, kontynuując. — Profesor Calioppe Slyp zapozna was z historią magii, a profesor Daphne Greengrass zajmie się opieką nad magicznymi stworzeniami. Poznajcie też Patil Parvati, dzięki której zajrzycie w przyszłość i być może odkryjecie swoje przeznaczenie. — Falując bladozieloną suknią, Parvati podniosła się, posyłając uczniom zamglone spojrzenie i skinęła lekko głową przystrojoną pomarańczowym turbanem. Od kiedy ją zobaczył dzisiejszego ranka, Harry zadawał sobie pytanie, czy dziewczyna aby za bardzo nie wcieliła się w swoją rolę wieszczki. — Quarion Ceroo. — Wskazał ręką stojącego z prawej strony stołu centaura. — Zaznajomi was z astrologią. Ja sam będę was uczył obrony przed czarną magią. — Spojrzał na kartkę, która leżała przed nim na stole, sprawdzając, czy o kimś nie zapomniał. — Opiekę nad biblioteką przejęła pani Meryl Doyle, do niej możecie się zwracać w poszukiwaniu odpowiedniej lektury lub pomocy naukowej, zaś nad skrzydłem szpitalnym panują doktor Brian Murray i pielęgniarka Susan Larsen. — Uniósł głowę i uśmiechnął się, patrząc na zaciekawione twarze dzieci. — Mam nadzieję, że was nie zanudziłem. Ufam, iż spędzicie tutaj niezapomniane chwile, zdobędziecie wiedzę i nawiążecie wspaniałe przyjaźnie. Lekcje zaczynają się jutro o dziewiątej rano, cisza nocna trwa od dwudziestej drugiej do szóstej. Jeżeli będziecie mieć jakieś pytania, możecie zwrócić się bezpośrednio do opiekunów waszych domów. Po półroczu wybrani zostaną prefekci, oczywiście będą nimi osoby najbardziej wyróżniające się. Na razie nie znamy się na tyle, aby móc zdecydować o wyborze. Profesor Weasley poinformuje was też o tym, kiedy można będzie zacząć się starać o miejsce w drużynie quidditcha. Sądzę jednak, że nie nastąpi to wcześniej niż za miesiąc. To tyle ze spraw organizacyjnych. Teraz zapraszam was na obiad, a potem opiekunowie zaprowadzą was do dormitoriów, gdzie czekają na was szaty i podręczniki szkolne. Każdy z was otrzyma też mapkę z rozkładem poszczególnych klas. Życzę smacznego. — Sala rozbrzmiała oklaskami, a Harry usiadł wreszcie szczęśliwy, że część wstępną ma już za sobą. Przemówienia nigdy nie były jego mocną stroną.

— Powiem ci, Harry — Justin pochylił się w jego stronę. — Że dzięki tobie wreszcie doceniłem krótkie i zwięzłe przemówienia Dumbledore.

— Dzięki, naprawdę nie chciałem przynudzać, mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiał przedstawiać każdego z osobna. — Potter spojrzał na stół, na którym przed chwilą pojawiły się potrawy. No cóż, jak widać, pewne rzeczy się nie zmieniały. Już jutro miał poprowadzić swoje pierwsze lekcje i musiał przyznać, że pomimo zdenerwowania naprawdę nie mógł się tego doczekać.


***



Późnym wieczorem, otulony swym czarnym szlafrokiem, Harry rozczesywał wilgotne po prysznicu włosy.

— Wyglądasz jak kupka nieszczęścia. — Lustro oczywiście musiało skomentować jego kwaśną minę.

— Dzięki — prychnął, mocniej ciągnąc jeden z kosmyków i w końcu z uczuciem porażki rzucił na siebie suszący czar. Włosy od razu ułożyły się po swojemu, co chłopak skwitował wzruszeniem ramion.

— Masz faceta, który wygląda jak chodzący koncentrat seksu, pieprzysz się z nim co noc do upadłego, nie rozumiem, skąd ten skrzywiony wyraz twarzy.

— Nie wszystko opiera się na seksie. — Harry mocniej zawiązał pasek od szlafroka i schylił się po rozrzucone na podłodze ubrania.

— Jasne, że nie wszystko. — Jeżeli zwierciadło miałoby ramiona, zapewne by nimi wzruszyło. — Tylko istnienie całego świata. Pragnę cię oświecić, że gdyby nie dobre bzykanko, ta planeta nadal byłby głuchą puszczą, rozrastającą się przez zapylenie. Zresztą to też forma prokreacji.

— Wybacz, ale ja i Malfoy raczej nie przyczynimy się do zwiększenia zaludnienia. — Potter wrzucił do kosza bieliznę, a swoją czarną koszulę powiesił na wieszaku.

— Nieistotne — mruknęło lustro. — Chociaż, gdyby po ziemi chodziło więcej takich boskich blondynów… Och, o ileż świat byłby piękniejszy. Z drugiej strony, gdybyś przyczynił się do zwiększenia szeregów brunetów z minami jak po butelce któregoś z eliksirów Snape’a…

— Nie chcesz tego dokończyć — warknął Harry, a szklana tafla o dziwo zamilkła posłusznie.

Westchnął i wyszedł z łazienki, kierując się do salonu. Za chwilę zapewne przyjdzie Draco i… Nie, nie będzie o tym myślał, sytuacja i tak powoli zaczynała go przerastać.
Usiadł na kanapie i oparł bose stopy o stolik.
Przez te cztery lata zdążył się przyzwyczaić do telewizora, miał ochotę włączyć jakiś kanał i po prostu w spokoju pooglądać komedię czy sport, jak to robili nieraz z Ronem. Niestety, zamek zawierał w sobie tak ogromną ilość magii, że jakikolwiek mugolski sprzęt prędzej wyleciałby w powietrze niż zaczął działać. Poza tym, skąd niby miałby wziąć tutaj prąd?

Panna Hermiona ssstoi za drzwiami. — Gad, śpiący do tej pory na obrazie, poruszył się niespokojnie.

Wpuśśść ją — mruknął, szybko ściągając nogi ze stołu i poprawiając poły szlafroka.

Płótno przesunęło się i do pokoju weszła jego przyjaciółka. Spod ciasno upiętego koka wysunęło się kilka kosmyków, sprawiając, że skromna fryzura straciła swój pierwotny kształt.

— Jestem padnięta. — Dziewczyna z westchnieniem usiadła w fotelu i pomasowała palcami skronie.

— Jakieś problemy? — Spojrzał na nią uważnie.

— Nic, z czym nie mogłabym sobie poradzić.

— Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. — Uśmiechnął się lekko. — Więc?

— Mieliśmy pierwszą bójkę — mruknęła niechętnie. — Aleksander Taylor nazwał Roya Browna śmietnikowym szczurem, na co ten złamał mu nos, wrzeszcząc coś o arystokratycznych dupkach, reszty nie powtórzę. To tak w skrócie.

— Zaczyna się wesoło. — Harry podrapał się po karku. — Wiesz, że to dopiero początek?

— Poradzimy sobie. — Wstała i przesiadła się na sofę, klepiąc go pocieszająco po ręce. — Muszą się do siebie przyzwyczaić.

— Tak, poradzimy, ale wcześniej skrzydło szpitalne będzie miało pełne ręce roboty. — Znów się uśmiechnął, tym razem krzywo.

— Na razie obydwaj mają szlaban. — Hermiona wzruszyła ramionami. — To początki, potem będzie lepiej — pocieszyła go niemrawo. — Lepiej powiedz, co u ciebie, ostatnio chodzisz jakiś przybity.

— Uwierz, trudno tryskać humorem, kiedy ma się za męża dupka pokroju Malfoya — prychnął.

— W kwestii słownictwa dogadałbyś się z Royem. — Szturchnęła go łokciem w bok. — Nie może być aż tak źle.

— Jest… — zawahał się — dziwnie.

— Mógłbyś rozwinąć? — Spojrzała na niego zachęcająco.

— Po prostu dziwnie i już. — Odwrócił głowę, wbijając wzrok w barek.

— Hmm… Wiesz, odkąd się pobraliście, dużo czytałam na temat związków magicznych.

— I czego się dowiedziałaś? Można z tego jakoś wyjść? Jakieś nowe szczegóły? — W zielonych oczach błysnęło zainteresowanie.

— Jeżeli pytasz o rozwód… Był tylko jeden przypadek, jednak skończyło się tragicznie. Połączone magią rdzenie reagują na siebie bardzo mocno. Mogłabym to porównać do bliźniąt syjamskich z jednym sercem. Cokolwiek zrobisz, jedno z nich zginie.

— Świetnie, po prostu kurwa świetnie! — Oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. — Ja nie wytrzymam, Miona, nie dam rady spędzić z nim całego życia, prędzej czy później któryś z nas popadnie w obłęd i zabije drugiego. Raczej prędzej niż później.

— Aż tak go nienawidzisz? — Położyła dłoń na zgarbionych plecach Harry’ego, masując napięte mięśnie.

— Nie nienawidzę go… Po prostu jesteśmy jak dwa bieguny, nadajemy na innych falach. Nienawiść to mocne słowo, kiedyś nie zawahałbym się go użyć. Teraz po prostu go nie lubię, działa mi na nerwy. Odpychamy się.

— Czy… — Zaczerwieniła się lekko. — To dotyczy też strefy intymnej?

— Nieważne. — Wstał i podszedł do okna, spoglądając w dół na ogród oświetlony magicznym światłem.

— Harry, to ważne. — Pokręciła głową, wsuwając za ucho zbłąkany kosmyk. — Jeżeli wszystko poszło dobrze, seks powinien być dla was czymś wspaniałym, niemal nieziemskim.

— Jeżeli wszystko poszło dobrze? — Usiadł na parapecie i spojrzał na nią zaskoczony.

— Tak, w książkach jest napisane, że jeżeli dwie osoby dzielą ze sobą moc, ich przeżycia stają się dużo intensywniejsze. Magia działa na nich jak katalizator, potęguje reakcje na głos, zapach, smak i dotyk tej drugiej osoby. Służy za jedyny w swoim rodzaju afrodyzjak. To dlatego w takich małżeństwach nie ma mowy o niewierności. Po czymś takim inni wydają się dużo mniej atrakcyjni. Owszem, dostrzegasz, gdy ktoś jest przystojny, jednak przy bliższym kontakcie zauważasz różnice. Będziesz porównywał, oceniał i niestety nigdy nie poczujesz tego, czego doświadczasz z partnerem, z którym związany jesteś mocą. Zawsze wypadnie to na niekorzyść tego, z kim nie jesteś związany. To osłabia popęd, moc odwraca się i ciągnie cię tam, gdzie może się połączyć z kompatybilną ci osobą. W twoim przypadku to Malfoy.

— No tak! — wykrzyknął podniecony. — Teraz rozumiem, to nie moja wina, że… No wiesz — zająknął się i nerwowo zamachał rękami. — To przez magię! Jeżeli by jej nie było, nigdy nawet nie zwróciłbym uwagi na Draco! Z jednej strony mi ulżyło, a z drugiej… Cholera! Pieprzę się z Malfoyem wbrew mojej woli!

— Zwariowałeś? — Granger poderwała się z kanapy. — Zupełnie źle mnie zrozumiałeś! Magia tylko wzmacnia działanie bodźców zmysłowych. Gdybyś nie pożądał Darco, wasz związek nigdy nie doszedłby do skutku. Już w trakcie zaślubin zostalibyście okaleczeni przez własną moc, która odrzuciłaby niechcianą ingerencję w swój rdzeń!

— Chcesz mi wmówić, że ja tego chciałem?! — Spojrzał na nią z paniką w oczach.

— Niczego ci nie wmawiam, tak po prostu jest!

— Oszalałaś… Słyszysz samą siebie? To przecież Malfoy! Wredna Fretka! Nigdy się nie lubiliśmy. Już nie pamiętasz tych ciągłych bójek i wyzwisk? Sądzisz, że teraz chciałbym… że Malfoy by chciał… Że chcielibyśmy być razem?! — Zielone oczy ciskały błyskawice w kierunku przyjaciółki. — Nigdy, powtarzam, nigdy świadomie nie zrobiłbym czegoś tak idiotycznego.

— Świadomie może i nie — zgodziła się szybko. — Jednak nie możesz zaprzeczyć, że on ci się podobał, zresztą to musiało działać w obie strony. Może ty jeszcze się nie zorientowałeś, ale twoja podświadomość już o tym wiedziała. Wybacz, Harry, ale nie istnieje inne wytłumaczenie. Magia nie zmusza was do bycia razem, ona tylko wskazuje wam kierunek, działa w połączeniu z waszym wewnętrznym pragnieniem. Nie potraficie się sobie oprzeć, bo w chwili gdy jesteście razem, wszystko inne traci na znaczeniu. Magia odrzuca racjonalizm i uprzedzenia. To istota natury i kieruje się tylko waszymi pierwotnymi instynktami, wydobywając je na powierzchnię.

— A one mówią, że nikogo innego nie chcę pieprzyć tak jak Malfoya?

— Dokładnie.

— Świetnie. Po prostu super. — Harry roześmiał się histerycznie. — To brzmi jak historia z kiepskiego romansu. W dzień wrogowie, w nocy kochankowie. No ale ok, czemu nie? Mój problem to seks, a jeśli nawet nie — to seks przesłania mój problem. Innymi słowy, jestem wrogiem Malfoya, wszędzie poza łóżkiem. A co z miłością? Z oddaniem? Z zaufaniem?

— Harry, jestem pewna, że gdybyś się postarał… Po prostu wierzę, że miłość jest ci jeszcze pisana.

— Jak na razie miłość jest dla mnie pojęciem czysto erotycznym — powiedział z niechęcią.

— Nie mów tak. — Spojrzała na niego ze smutkiem.

— Miona, czuje się jak pies, który nie potrafi powstrzymać swego instynktu na widok kości i od razu zaczyna merdać ogonem.

— Nie musisz być aż tak dosadny — prychnęła, jednak nadal patrzyła na niego ze współczuciem.

— Przepraszam… Wiesz, w tym wszystkim Malfoy ma o wiele lepiej niż ja. On uwielbia siebie samego, patrzy w lustro i od razu ma romans.

— Jesteś okrutny, on przeżywa te same rozterki, co ty. Nie mogę uwierzyć, że po tym jak się zmienił, jak opowiedział się po naszej stronie, poświęcił własną rodzinę, odrzucił to, czego uczono go przez całe życie, ty nadal widzisz w nim tylko wrednego gada. Wierzę, że i on ma swoje dobre strony i potrafi okazywać uczucia.

— Nie pomagasz mi… — westchnął.

Hermiona miała rację. Malfoy nie był zimnym i wrednym draniem. Nikt, kto by widział go z Samuelem, nie poważyłby się o takie stwierdzenie. Harry doskonale pamiętał, jak zmieniło się oblicze Draco na widok dziecka. To była ta strona Ślizgona, której nikt nie znał, delikatna, czuła i troskliwa. Nie mógł zaprzeczyć, że wychował on chłopca wspaniale, a na pewno kosztowało go to wiele trudu. Dzieciak, nie znający dotychczas uczuć rodzicielskich, odrzucony przez matkę, skazany na oziębłych dziadków, w końcu odesłany do sierocińca. Harry raczej nie wierzył, aby ten ufny chłopak o roześmianych oczach był taki sam jeszcze cztery lata temu. To dzięki Draco stał się zwykłym szczęśliwym dzieckiem.

Jednak on to nie Samuel. Jedyne, co ich łączyło, to ciągłe kłótnie i dogryzanie sobie na każdym kroku. Będąc szczerym, musiał przyznać, że Malfoy się zmienił. Z rozwydrzonego kretyna wyrósł inteligentny, bystry mężczyzna. Nadal cyniczny, ironiczny i złośliwy, jednak nie wzbudzał w nim już chęci mordu… Wzbudza za to zupełnie coś innego. Parsknął cicho.

— Coś się stało? — Hermiona spojrzała na niego badawczo.

— Nie, po prostu uświadomiłem sobie, że moje życie jest jednym wielkim absurdem.


***



— Nie, Malfoy! Nie możesz wyrzucić mojego lustra z okna najwyższej wieży. — Harry właśnie naprawił machnięciem różdżki szlochające na kilka głosów odłamki zwierciadła, które leżały na podłodze.

— Mogę i zrobię to, jeżeli jeszcze raz zaproponuje mi indywidualny pokaz tańca erotycznego na środku łazienki. — Draco z godnością pozbył się szlafroka, rzucając go niedbale na poręcz krzesła i wsunął się pod kołdrę, zupełnie nie przejmując się swoją nagością.

— Naprawdę chciało, abyś dla niego zatańczył? — Harry westchnął mimowolnie na widok smukłych kształtów męża.

— Nazwało to tańcem godowym, zakończonym najwyższą ekstazą tryskającą gejzerem rozkoszy. — Blondyn położył się na boku, opierając głowę na ręce. — Będziesz tam tak stał i rechotał, czy ruszysz swój Złoty Tyłek? Przypominam ci, że rano mam lekcję i muszę wcześniej wstać.

— Gejzerem rozkoszy… — Potter zrobił kilka kroków w kierunku posłania i zwinął się na kołdrze wstrząsany spazmami śmiechu. Gdzieś w zakamarkach umysłu miał świadomość, że to znowu się dzieje. W momencie, gdy Malfoy wchodził do jego sypialni, rozum opuszczał to pomieszczenie, pozostawiając tylko żądzę i oczekiwanie. Myśl ta jednak uciekła tak szybko jak się pojawiła, gdy poczuł we włosach rękę Ślizgona. Westchnął i zamruczał z rozkoszy.

— Rozmawiałem dziś z Severusem — szepnął Draco, pieszcząc skórę jego głowy.

— Wymyślił jakieś nowe przezwiska dla mnie? — zapytał, szybko pozbywając się okrycia i wpełzając pod kołdrę. — Coś, czego nie znam?

— Naprawdę go nie doceniasz. — Mężczyzna przysunął się bliżej, przylegając do jego boku. Dreszcz wstrząsnął ciałem Harry’ego, gdy gorący i twardy członek otarł się o jego biodro. — Uświadomił mi parę istotnych rzeczy.

— Na przykład? — Potter odwrócił się w jego stronę, pocierając nosem bladą szyję i upajając się zapachem leżącego przy nim kochanka.

— Na przykład to, że nie możemy nic poradzić na to, co dzieje się w tej sypialni. — Blondyn poruszył się lekko, wsuwając nogę pomiędzy uda Pottera, który jęknął cicho, gdy ich penisy otarły się o siebie.

— Bo nasza wspólna magia jest jak magnes, który przyciąga nas do siebie. — Harry przesunął językiem po wrażliwej skórze za uchem blondyna. Merlinie, czuł się jak spragniony, który nagle dotarł do źródła i wreszcie mógł pić z niego do woli, pozwalając, by zaparło mu dech. To zdecydowanie nie było normalne… Tylko kto przejmowałby się normalnością, mając pod sobą to gorące ciało?

— Widzę, że pogodziłeś się z książkami w bibliotece. — Draco odchylił głowę i mocniej przywarł do niego, gładząc napięte mięśnie na jego plecach.

— Od tego mam Hermionę. — Harry wsunął rękę pomiędzy ich splecione ciała, owijając palce wokół naprężonych członków i pocierając je lekko, co wyrwało głośny jęk z ust blondyna, który wygiął się pod nim spragniony dotyku.

— Ignorant — warknął gardłowo Malfoy, chwytając go za dłoń i mocniej zaciskając ją na ich penisach.

— Nie mów, że czujesz się ignorowany — zakpił Potter, przygryzając lekko jego sutek i drażniąc go gorącym oddechem. — W tej chwili masz całą moją uwagę.

— Jeszcze nie do końca. — Draco szarpnął go za włosy, zmuszając go tym samym do uniesienia głowy, po czym uciszył jego protest pocałunkiem.


***



Korytarze pełne były biegających tam i z powrotem dzieci, którzy z mapkami w dłoniach szukali sal lekcyjnych. Wysoki blondyn wyminął jakąś grupkę spieszącą w kierunku lochów i wszedł do sali, w której miał rozpocząć swoją pierwszą lekcję. Podszedł do dużego dębowego biurka i odwrócił się w kierunku uczniów, opierając się o nie i splatając ręce na piersi. Rozejrzał się po komnacie, przyglądając z uwagą siedzącym przed nim dzieciom.

— Nazywam się Draco Malfoy i będę was uczył zaklęć — powiedział cichym, pewnym głosem, sprawiając, że szepty uciszyły się natychmiastowo. O tak, to zawsze skutkowało. Jedyną pożyteczną rzeczą, którą nauczył go ojciec, było to, jak przyciągnąć uwagę i pokazać pospólstwu, kto tutaj rządzi. — Jak już wczoraj mówiłem, żywię nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało. Oczekuję, że sprostacie moim wymaganiom. Na swoich lekcjach nie toleruję rozmów, niepotrzebnych pytań i… ignorancji. — Wzdrygnął się lekko, przypominając sobie, w jakich okolicznościach padło ostatnio to słowo. — Nie toleruję również spóźnień! — warknął w kierunku trzech uczniów, którzy zdyszani wpadli do klasy i ze spuszczonymi głowami zajmowali teraz miejsca w ostatnich wolnych ławkach. — Jeżeli chcecie szacunku i mojej uwagi, oczekuję od was tego samego. To działa w obydwie strony. Uwierzcie, nie chcecie mieć we mnie wroga. — Zatrzymał wzrok na drobnym szatynie, który wpatrywał się w niego z jawnym przerażeniem. Tegan Rookwood, bratanek Augusta Rookwoda, szpiega na usługach Czarnego Pana. Co za ironia, ich rodzina była tak źle postrzegana przez społeczeństwo, że zdecydowano się posłać chłopca do szkoły Pottera, aby pokazać swe poparcie dla Wybrańca. Będzie musiał uważniej przyjrzeć się nazwiskom, na pewno to nie jedyne dziecko, które w ten sposób wykorzystano dla poprawy wizerunku rodziny. Oderwał wzrok od chłopca i ponownie skupił się na klasie.

— Przejdźmy do lekcji, dziś poznacie pierwsze z zaklęć. — Wyciągnął różdżkę i machnął nią w powietrzu. — Flippendo! — Krzesło stojące obok biurka przesunęło się w jego kierunku i zatrzymało tuż przed nim. — Proste zaklęcie służące do przesuwania małych lub lekkich przedmiotów. Wyjmijcie różdżki i na razie bez wypowiadania słów machnijcie nią w powietrzu, tworząc kształt dwupoziomowej spirali. Nadgarstek luźno, palce trzymają drewno delikatnie. Nie! Ty w drugiej ławce, jak ci na imię?

— Gilda. — Jasnowłosa dziewczynka z chudymi warkoczykami podskoczyła spłoszona.

— Wiesz, jak wygląda spirala? — Dziecko kiwnęło niepewnie głową. — Więc zanim komuś wybijesz oko, przestań tworzyć ósemki i nie machaj różdżką, jakby to była pałka do quidditcha.

— To córka handlarki ziołami. — Ciemnowłosy chłopiec siedzący w trzecim rzędzie uśmiechnął się pogardliwie. — Mój tata mówi, że jej mama to charłaczka, nikt się z nią nie chciał ożenić, więc wzięła dziecko z przytułku.

— A ty jesteś?... —

— Malcolm Vendell. — Chłopak wstał i ukłonił się z szacunkiem.

— Syn ambasadora Norwegii. — Draco od razu rozpoznał nazwisko.

— Tak, ale moja mama jest Irlandką, panie profesorze. — Malcolm rozejrzał się po sali, chcąc sprawdzić, jakie wrażenie wywarło na pozostałych jego pochodzenie.

— Rozumiem — mruknął Malfoy. — Dziękuję za wyjaśnienia. Następnym razem jednak, jeżeli chcesz coś powiedzieć, podnieś rękę, a teraz wróćmy do lekcji.


***



Kiedy Harry wszedł do pokoju nauczycielskiego, panował w nim gwar i podniecenie. Wszyscy zdawali sobie sprawozdania z pierwszych lekcji, jakie mieli okazję prowadzić. Rozejrzał się po komnacie i jego wzrok padł na siedzących w kącie Severusa i Draco.
Snape w ciszy sączył herbatę, a Malfoy w skupieniu przeglądał jakieś papiery. Zaintrygowany podszedł i zajrzał mu przez ramię.

— Spis uczniów i ich pochodzenie? — zapytał kpiąco. — Sprawdzasz koligacje rodzinne?

— Możliwe — mruknął blondyn, przewracając kolejną kartkę papieru. — Dobrze jest poznać swoich podopiecznych.

— Tak, a zwłaszcza tych bogatych z odpowiednimi koneksjami — prychnął Harry, sięgając ponad jego ramieniem po dzbanek z kawą.

— Koneksje są po to, aby je wykorzystywać, ktoś taki jak ty nigdy tego nie zrozumie. — Draco podniósł się i pozbierał dokumenty ze stołu. — A teraz wybacz, za piętnaście minut mam kolejną lekcję, pozwolisz, że czas wolny spędzę w miejscu, gdzie niczyje wścibskie oczy nie będą mi zaglądać w papiery.

— Witamy o poranku — mruknął do siebie Harry, patrząc za oddalającym się Malfoyem. — Co mu jest? — spojrzał na Severusa, który obserwował ich znad filiżanki.

— Twój mąż miał dziś ciekawą pierwszą lekcję. — Mężczyzna oderwał spojrzenie od pleców znikającego za drzwiami blondyna. — Ośmielę się stwierdzić, że przeszłość pokazała mu się w krzywym zwierciadle.

— Nie rozumiem. — Potter spojrzał na Snape’a ze zdziwieniem.

— Nie jestem zaskoczony, nigdy nie byłeś zbyt błyskotliwy. Pociesza mnie fakt, że nasze lekcje to już tylko nieprzyjemne wspomnienie. — Severus wstał i minął go, obrzucając po drodze złośliwym spojrzeniem.

Harry przez chwilę zastanawiał się, o co mogło chodzić, po czym wzruszył ramionami i usiadł przy stole. Może Draco miał już za sobą pierwszą lekcję, ale on dopiero się na nią wybierał.
Ostatnio edytowano 14 lis 2010, o 20:18 przez Akame, łącznie edytowano 1 raz
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości