[Z] [T] Światło pod wodą

chyba nie trzeba mówić nic więcej ;-)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:22

Nie ma chyba lepszego prezentu mikołajkowego niż wklejenie dzisiaj na nasze forum Światełka.
Za tą piękną niespodziankę ślicznie dziękujemy NocnejMarze, która zgodziła się na publikacje swoich tłumaczeń znajdujących się na mirriel.
Powiem jeszcze tylko od siebie, że to właśnie od pomysłu ściągnięcia Światła wzięła się cała akcja "Z siatką na motyle" i cóż, miłego czytania :)
A.




"Światło pod wodą"


Wybór: Toroj
Autorka: Maya
Tłumaczenie: NocnaMaraNM
Korekta: Toroj
Tytuł oryginalny: Underwater Light
Oryginał: dostępny tylko w pdfie


Rozdział pierwszy
Chcę Odnaleźć Siebie Każdego Dnia

Choćby zaraz
Która droga poprowadzi mnie dziś

Choć odpowiedzi brak
Na ulicach życia odnaleźć chcę
Siebie sam
By uwierzyć, że w labiryncie życia
Znajdę miejsce gdzie ja - jestem sobą

Chcę choćby zaraz
Która droga poprowadzi mnie znów

Choć odpowiedzi brak...*





Pogrążając się w wodzie, Harry rozmyślał o sobie. Albo... raczej nie o sobie.
Myślał o osobie, której odbicie widział w oczach innych.
Harry Potter.
Chłopiec, Który Przeżył.
Chłopiec, który pokonał Czarnego Pana.
Chłopiec, którego zwycięstwo okazało się porażką, bo nie potrafił zapobiec jego odrodzeniu. Ponieważ to on właśnie był źródłem życiodajnej siły, dzięki której potwór narodził się na nowo, potężniejszy niż kiedykolwiek.
Chłopiec, którego czczono pomimo że nie potrafił nawet ocalić swojego szkolnego kolegi.
Zwykłe, bezradne dziecko, ścigane przez Voldemorta, nie mające nikogo, kto by się o nie troszczył.
Harry Potter – Chłopiec, Który Zawiódł.
Ten, dla którego wszyscy byli tacy mili. Ten, którego wszyscy tak żałowali.
Tak jakby... przez cztery lata był głównym bohaterem opowieści, a potem nagle stał się w niej epizodyczną postacią; nieistotnym utrapieniem w obliczu posępnego widma wojny, toczącej się za murami Hogwartu.
Kiedy przechodził korytarzami, na zmęczonych, pełnych napięcia twarzach osób, które mijał, pojawiał się wymuszony uśmiech. Niemal słyszał ich myśli – biedny, skrzywdzony Harry, nie możemy pozwolić, aby Harry czuł się źle...
Tak, jakby nadal był dzieckiem.
Przez ostatnie trzy lata każdy próbował robić wszystko, aby Harry Czuł Się Lepiej.
Nie ma rzeczy bardziej okrutnej i bezwzględnej niż litość. To uczucie, jakim obdarza się kogoś słabego, kiedy nie starcza już sił na pogardę. Uczucie, które nie ma nic wspólnego z miłością.
Ścigany współczującymi spojrzeniami, przemykał się pod ścianami, aby usiąść w najdalszym kącie klasy, lub by wślizgnąć się do łóżka i ukryć pod kocami.
Chciał uciec od tych wszystkich walentynek, które były imitacjami hołdu złożonego mu przez Ginny Weasley na drugim roku. Od meczów quidditcha, w których Krukoni i Puchoni przegrywali, by Harry Potter mógł upajać się wspaniałymi zwycięstwami.
Harry prawie się już z tym pogodził. Skoro chcą coś dla niego robić, to po co ich powstrzymywać? I tak nie dało się tego uniknąć, a walka z tym była z góry przegrana.
A teraz jeszcze to.
Ostateczne upokorzenie, ostatni obraźliwy gest w stronę żałosnej, skrzywdzonej istoty.
Kolejny Turniej Trójmagiczy, trzy lata po tamtym.
Pozwólmy Harry`emu to załatwić, pozwólmy Harry`emu wygrać, pozwólmy mu przekonać się, że nic złego się nie zdarzyło; potem będziemy mogli klaskać, a chłopiec sierota będzie szczęśliwy. Czyż to nie będzie przyjemne?
Niemal rzucił im to w te współczujące twarze. Ale jednak zrezygnował, jak zwykle zresztą.
Jeśli taka była cena, jeśli chcieli przekonać się, czy odzyskał już równowagę po zmartwychwstaniu Voldemorta, i czy mogą nareszcie zająć się swoim życiem... niech tak będzie.
Harry kochał niektórych z nich. Chciał, żeby byli zadowoleni.
Zwyciężył smoka. Przyjął zaproszenie na bal od Parvati Patil i tańczył z nią, dopóki nie oddaliła się do swojego chłopaka, Deana Thomasa. (Potem wypił trochę wody, którą Seamus Finnigan zamienił w rum. Tylko tyle, aby ogarnęło go litościwe zobojętnienie, ale nie na tyle, żeby ktokolwiek zaczął się o niego martwić.)
Harry pamiętał ten bal bardzo wyraźnie.
W rzęsiście oświetlonej, dusznej sali, starał się uśmiechać do każdego, kto przechodził obok. Bardzo szybko poczuł się oszołomiony i zrobiło mu się niedobrze. Hagrid i jego żona, Dumbledore oraz Hermiona i Ron rzucali w jego stronę niewymuszone uśmiechy.
I nagle wszystko zaczęło wirować. Roziskrzone światła lamp mieszały się z barwnymi refleksami włosów, sukien i biżuterii. Całość przypominała feeryczny obraz, z którego spływała farba. Kolory przenikały się i migotały.
Postacie tańczących Hermiony i Rona zamieniły się w jedną rozmazaną plamę. Błękit oczu Dumbledore`a zlewał się z niebem zaczarowanego sufitu wielkiej Sali. Czerń włosów Padmy Patil tworzyła kontrastową abstrakcję z niemal białą czupryną Malfoya, który systematycznie upijał się przy stole Slytherinu.
To był koszmar. Przytłoczony narastającym uczuciem rozpaczy, Harry ukrył głowę w ramionach i udawał, że jest po prostu zmęczony.
W porównaniu do balu, drugie zadanie wydawało się być błahostką.
Udał się do łazienki prefektów, tym razem legalnie, ponieważ był prefektem (bo czyż biedny, kochany Harry mógłby nim nie być?). Rozwiązał swoją zagadkę.
Skrzeloziele leżało na jego poduszce, starannie ułożone przez wiernego Zgredka. Skrzat nadal udawał przywiązanie, które zapewne dawno już stopniało.
Merlinie... Był tak wdzięczny tej chłodnej wodzie; mętna zieleń otaczała go i pochłaniała, kryjąc przed wzrokiem innych. Niemal pragnął pozostać tu na zawsze.
A jeśli bym został? pomyślał nagle. Wiedział, że efekt działania skrzeloziela można usunąć zaklęciem. Mógłby tak zapadać się w dół, na samo dno, aż jego płuca rozsadziłaby potrzeba nabrania oddechu. A potem nie byłoby już nic, poza ciszą i otaczającą go chłonną kąpielą wody.
Ale jak czuliby się inni...? Udowodniłby im, że mieli rację... Okazałby się tym słabym dzieckiem, za które go uważali. Dzieckiem, które nie potrafi stawić czoła rzeczywistości.
Harry nie był typem człowieka, który wybierał najłatwiejsze wyjście z sytuacji. Nawet teraz mógł walczyć. Nawet teraz, chciał walczyć.
Więc... powinien teraz poszukać Rona, znaleźć go i czekać, aż uwolnią wszystkich zakładników, a potem zdobyć punkty w nagrodę za swoją rycerskość.
Znaleźć Rona.
Harry płynął, rozkoszując się kojącym ruchem wody opływającej jego zmęczone ciało. Mijał obojętnie wszystkie niebezpieczeństwa, które nie mogły mu zagrozić.
W końcu odnalazł siedzibę trytonów – miejsce, gdzie przebywali zakładnicy. Uważnie przeszukiwał wzrokiem przestrzeń, starając się dostrzec intensywną czerwień włosów Rona.
I wtedy coś sięgnęło w głąb jego piersi i chwyciło za serce, a jego świadomość została gwałtownie przeniesiona do innego, znacznie bardziej realnego i przerażającego świata.
Przerażony i zrozpaczony wbijał wzrok w obce twarze zakładników. Czuł, jakby skrzeloziele przestało działać, jakby nagle zaczął tonąć. Opanowało go przemożne pragnienie zaczerpnięcia tchu. Zamknął oczy, nie chcąc oglądać tego widoku.
Nie mógł jednak powstrzymać się od ponownego ich otwarcia.
Tuż przed nim, w ponurych, szmaragdowych odmętach jeziora, które nadawały jego twarzy wygląd maski z kolorowego szkła, stał Draco Malfoy.

*
Harry wpadł w panikę. Zupełnie zapomniał o skrzelozielu i przekonany, że tonie, zaczął się krztusić.
Nie mógł oddychać.
W końcu zdał sobie sprawę, że jest w szoku.
Dławiąc się, niezgrabnie przekręcił się w wodzie i desperacko usiłował włożyć głowę pomiędzy kolana. Słyszał, że to dobry sposób na... na ...
Och, co to ma znaczyć?
Malfoy nie chciał zniknąć. Nadal był przywiązany do skały, a jego włosy kreśliły srebrne gryzmoły w zielonej toni. Zupełnie jakby jezioro burzyło się, przetrzymując w sobie ślizgońskiego zakładnika.
Czy to jakiś żart? Nie, Dumbledore zabiłby Malfoya, gdyby ten spróbował zrobić coś takiego. To musi być jakaś pomyłka, zdecydował Harry. Albo w zagadce był jakiś potworny błąd i tak naprawdę chodziło o ocalenie najgorszego wroga!
Merlinie, muszę się dowiedzieć, o co tu chodzi!

Harry dokładnie wiedział, w jaki sposób powinien odegrać swoją rolę. Powinien być tutaj pierwszy, a następnie czekać, aż zostaną uwolnieni wszyscy zakładnicy. I tak właśnie by zrobił beznadziejnie bohaterski Harry.
Ale nagle nie mógł już dłużej tego znieść.
Mam dość tych wszystkich bzdur!
Muszę się dowiedzieć.

Przeciął linę, którą Malfoy przywiązany był do skały.
Zabierze swojego zakładnika, a potem dowie się, o co w tym wszystkim, do diabła, chodzi!
Już nie jest głupiutkim dzieckiem. Jeśli zakładnicy naprawdę mogliby umrzeć,
zostawiłby tu Malfoya.
Naturalnie, Rona nie byłoby tak trudno objąć - Harry nie czułby się tak skrępowany, dotykając przyjaciela.
Otoczył ręką talię Malfoya, dziękując wszystkim mocom za to, że chłopak jest szczupły.
Pozytywny aspekt Malfoya? Ha! Trzeba ostrzec Ministerstwo.
Harry pracował chwilę nad wyrazem twarzy, tłumiąc w sobie histerię, która podpowiadała mu, że na brzegu powinien szarpać ludzi za szaty i bełkotliwie żądać wyjaśnień. Kilka razy głęboko odetchnął wodą.
A potem wybił się mocno i skierował w górę, w stronę jaskrawych przebłysków.
Światło. Jasny cel, który był w zasięgu jego wzroku. Prosto. Na wyciągnięcie ręki.
A potem Harry nie da im tego, czego się po nim spodziewają. Chciał poznać prawdę, chciał jej natychmiast.
Wynurzył się i zaczerpnął haust powietrza.
Niebo ponad nim było piękne. Widok czystego błękitu uśmierzył trochę zamęt w jego głowie. Zniwelował zaklęciem działanie skrzeloziela i spokojnie, powoli zaczął płynąć do brzegu.
Wtedy właśnie Malfoy otworzył oczy i wydał zduszony okrzyk. A następnie podjął dość efektywną próbę utopienia Harry`ego.
Zaskoczony Harry nabrał łyk powietrza i... nie zdążył zrobić już nic innego.
Poszli pod wodę. Harry walczył, żeby wydostać się na powierzchnię. W zielonych odmętach, pośród wirującej czerni szat, dostrzegł naznaczoną piętnem strachu, jasną twarz Malfoya. Oczy chłopaka wypełnione były przerażeniem.
Harry rozpoznał ten wyraz twarzy. Taki sam widywał w lustrze, gdy po nocy pełnej koszmarów pochylał się nad umywalką.
Zdołał chwycić Malfoya za kołnierz, wyrwał jego głowę ponad powierzchnię wody.
- Przestań, albo się utopisz! - starał się to powiedzieć pewnym, spokojnym głosem.
Malfoy zamrugał. Mokry i przerażony niemal do nieprzytomności, wyglądał młodziej, niż gdy miał jedenaście lat. Powoli kiwnął głową.
Harry złapał go mocniej i starał się utrzymać ich na powierzchni wody.
Każdy mięsień Malfoya był napięty do granic możliwości.
- W porządku Malfoy, oddychaj. Właśnie tak, już dobrze – uspokajał go Harry Potter, Św. Walerian Od Spanikowanych. Był zniesmaczony, że robi to z takim przekonaniem.
- Dobrze? – prychnął Malfoy, zwycięzca konkursu na Największego Imbecyla Hogwartu. – Znajduję się na środku jeziora, przemoczony, jestem uczepiony kompletnego idioty i usiłuję nie wpaść w histerię. Który z powyższych faktów można określić mianem dobrze?
- Zamknij się, to cię wyciągnę z jeziora.
- Dlaczego w ogóle tu jestem? – zapytał Malfoy arogancko.
- Nie wiem! – zirytował się Harry. – Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz!
- A skąd miałbym wiedzieć? Dumbledore przysłał po mnie, a kiedy wszedłem do jego biura, nagle straciłem przytomność!
- Niczego wcześniej nie wyjaśniali?
Na twarzy Malfoya pojawiła się obłuda – coś, co pojawiało się na niej bardzo często.
- Cóż... – przez chwilę zwlekał z odpowiedzą. – Możliwe, że wyjaśniali.
- Co?
- Nie wiem, przecież nie słyszałem – odparł Malfoy ostro. – Spóźniłem się. Malfoyowie nie zwykli natychmiast pędzić do gabinetu dyrektora. Malfoyowie zawsze elegancko się spóźniają.
Jego wyniosły głos zadrżał lekko, gdy chłopak rozejrzał się po otaczającej go wodzie. Harry złagodniał bo przyszło mu do głowy, że Malfoy zachowuje się tak wstrętnie, ponieważ jest przerażony.
Taak, w takim razie strach paraliżuje go od pierwszego dnia w szkole.
- Nie wiedziałem, że boisz się wody, Malfoy.
- Rzadko kiedy okazujemy i omawiamy swoje uczucia, Potter. Poza tym, każdy ma jakieś fobie – odparł. – Znam jednego takiego, który mdleje na widok dementorów – dokończył złośliwie.
- Zamknij się Malfoy. Zaczynam żałować, że nie zostawiłem cię związanego z resztą zakładników.
- Zakładników?!!
Harry skrzywił się zastanawiając, czy pękły mu bębenki w uszach.
- Uhm – odpowiedział ostrożnie, mając nadzieję, że nie sprowokuje tym następnego przeraźliwego wrzasku.
- Co chcesz przez to... Mówisz o Turnieju Trójmagicznym?
- Nie Malfoy, mówię o bandytach, którzy porwali połowę szkoły. Tak, o Turnieju!
- Ale... do cholery, jak...?
- To proste. Musiała zajść jakaś potworna pomyłka.
- Coś jak twoje narodziny? – zasugerował Malfoy.
- Jak tylko dotrzemy do Dumbledore`a, na pewno...
- I oto, proszę państwa, zawodnik Hogwartu, Harry Potter!
Lee Jordan, przyjaciel bliźniaków, wieloletni komentator meczów quidditcha, zrobił niespodziewaną karierę i został szefem Departamentu Magicznych Gier i Sportów w miejsce Bagmana. Krążyły plotki, że Percy Weasley do tej pory był zielony z zazdrości.
Mówiło się także, że Jordan był strasznie zaborczy jeśli chodzi o magiczne mikrofony, i że nadal z niepokojem oglądał się przez ramię, gdy w pobliżu była profesor McGonagall.
W tej chwili Harry marzył, aby profesor McGonagall wykopała Jordana z loży komentatora.
- Cała szkoła drży z niecierpliwości, aby dowiedzieć się, kim jest zakładnik Harry`ego, skoro jego najlepsi przyjaciele, Hermiona Granger i Ron Weasley znajdują się na widowni. Wszyscy z napięciem czekają, aby zobaczyć kto jest jego szczęśliwą wybranką...
I wtedy Malfoy zaczął wydawać dźwięki sugerujące, że się dusi.
A Harry zorientował się, że idzie do brzegu prowadząc Draco Malfoya - obaj ociekają wodą, są mocno objęci, a głowa Malfoya opiera się na jego ramieniu.
Na oczach całej szkoły.
- Wygląda... wygląda jak... – niepewny głos Jordana zadrżał i osłabł. – Cóż... Na wrota Azkabanu...
Tłum zgromadzony na trybunach przez chwilę patrzył na nich w osłupiałym milczeniu. Zaraz potem rozszalał się huragan głosów.
- Cholera – powiedział Harry.
Malfoy zatrzymał się, zastanowił, a potem wybuchnął wiązanką efektownych przekleństw.
Jednynie pani Pomfrey nie wydawała się być zaskoczona całą tą sytuacją. Podbiegła do nich, kiedy tylko wydostali się na suchy brzeg.
- Głupi turniej – denerwowała się. – Żeby kazać delikatnym dzieciom nurkować we wstrętnym, zimnym jeziorze!
- Nie jestem delikatny! – oburzyli się chóralnie Harry i Draco.
Harry spojrzał na Malfoya z konsternacją.
- Oczywiście, że nie jesteś, Draco – rzekła uspokajająco pani Pomfrey. – Popatrzcie na siebie – ciągnęła. – Ledwo stoicie. Wyglądacie, jakbyście zaraz mieli zwymiotować.
- Pewnie bym to zrobił, gdyby Potter był w kąpielówkach – wymamrotał Malfoy, odsuwając się z irytacją od Harry`ego. Wyprostował się i zrobił niemal przeźroczysty.
Zatoczył się i Harry w ostatniej chwili znowu go złapał.
Malfoy skrzywił się, a pielęgniarka chwyciła go, podtrzymując z taką łatwością, jakby był Gabrielą Delacour.
- Pff... – prychnęła. – Co ten dyrektor sobie myślał... zaraz się okaże, że jesteś w szoku.
- Wcale nie – wykłócał się Malfoy, ale nie tak pewnie jak zwykle, gdy sprzeczał się z panią Pomfrey. Wydawał się bardzo osłabiony. Mokre włosy przylepiły mu się do twarzy.
Gdy pani Pomfrey odezwała się ponownie, jego oczy zabłysły przerażeniem.
- Musimy natychmiast zdjąć z ciebie te przemoczone ubrania – oznajmiła i szybkim ruchem ściągnęła mu wierzchnią szatę przez głowę.
Pielęgniarka rozbierająca ucznia!
Kolejna sensacja w szkole.
Harry pierwszy zauważył, że Malfoy pod szatą nosi kompletny zestaw mugolskich ubrań.
Żarliwie podziękował za to Merlinowi. Miał dość wstrząsów jak na jeden dzień. Swoją drogą, był trochę zaskoczony, że Malfoy hołduje mugolskiej modzie.
No ale to zrozumiałe, przecież nigdy nie zastanawiał się, co Malfoy nosi pod szkolną szatą.
Pani Pomfrey najwyraźniej nie podzielała ulgi Harry`ego.
- Cóż za dziwaczne ubrania nosicie – stwierdziła i chwyciła brzeg swetra Malfoya.
Zdążyła unieść go nieco w górę, odkrywając kawałek białej skóry, gdy Malfoy gwałtownie zaprotestował.
- Nie pozwolę sobie robić zdjęć bez koszuli! – krzyknął. – A przynajmniej nie bez pokaźnej finansowej gratyfikacji – dodał po namyśle.
- Zdję... – Uwaga Harryego odwróciła się w końcu od spektaklu z Malfoyem i panią Pomfrey w rolach głównych i zwróciła ku gromadzie fotoreporterów biegnących w ich kierunku.
- Och, Merlinie!
Usłyszał jak za jego plecami Malfoy puszcza kolejną wiązankę przekleństw, przeplataną natarczywymi żądaniami koca.
Harry`ego ze wszystkich stron otoczyły głosy.
- Harry, czy możesz nam powiedzieć...
- Harry, jakie to uczucie, gdy się...
- Harry, czy to nie Draco Malfoy...
- ...syn zamieszanego w tę tragedię...
- Proszę, tu jest koc, panie Malfoy. Muszę powiedzieć, że jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam, żeby uczniowie tak mówili!
- Śmierdzący, szmatławy koc...
Harry mrugał oślepiony błyskami aparatów, ale bez problemu domyślił się, których wypowiedzi dotyczy komentarz pani Pomfrey.
Poza tym, trudno było nie rozpoznać charakterystycznego dla Malfoya, zimnego, przeciągłego tonu.
Harry nadal był oszołomiony błyskami fleszy i hałasem wokół niego, gdy pani Pomfrey okryła go kocem. Czuł na sobie ciężar spojrzeń – tych pytających, współczujących, wyczekujących spojrzeń, pod którymi czuł się jak małe przestraszone dziecko.
- Och, dajcie spokój tej biednej skrzywdzonej sierotce – wycedził Malfoy. – Nawet normalnie ma problemy ze skonstruowaniem logicznej wypowiedzi.
Harry wyprostował się i rzucił Malfoyowi wściekłe spojrzenie.
- Harry, czy możesz nam wyjaśnić... – zaczęła jakaś reporterka.
Harry zwrócił się w jej stronę.
- Nie, nie mogę – powiedział wyraźnym, silnym głosem. – Najwyraźniej zaszła tu jakaś pomyłka co do osoby zakładnika. Jestem pewien, że profesor Dumbledore będzie mógł wszystko wyjaśnić... zamierzam porozmawiać z nim tak szybko, jak tylko będzie to możliwe...

*
- Nie mogę przedstawić ci żadnego innego wyjaśnienia, poza jedynym oczywistym – powiedział spokojnie Dumbledore.
Harry nigdy nie był obojętny w stosunku do swojego ekscentrycznego dyrektora. Był też pewien, że jego uczucia są odwzajemnione. Jednak olbrzymi szacunek, jakim darzył swojego mentora, zawsze w jakimś stopniu powstrzymywał go przed wyrażaniem swoich uczuć w sposób żywiołowy.
Jednak teraz Harry wpadł w szał.
- Jak to nie może pan...?! Jak wybierani są zakładnicy?! – wrzeszczał. – Czy pan ich wybiera? Jakim sposobem? Kto popełnił pomyłkę?
Dumbledore, zupełnie niewzruszony w obliczu rozszalałego chłopca, napił się cytrynowego sorbetu.
Harry pomyślał, że to bezwzględne i beztroskie zachowanie.
- Oczywiście to Czara Ognia wybiera zakładników – wyjaśnił dyrektor cierpliwie. - Czy naprawdę myślisz, Harry, że wykorzystujemy tak potężny artefakt tylko do wybierania zawodników? Czara jest źródłem tajemnej wiedzy. Myślę, że możemy ufać jej wyborom.
- Sranie w banie!
Harry nigdy wcześniej nie zaklął przy nauczycielu.
- A czy nie wybrała mnie na zawodnika tylko dlatego, że Crouch umieścił tam kartkę z moim imieniem? – denerwował się. – Tajemna wiedza, już to widzę! Pewnie Voldemort używa więcej mrocznej mocy, żeby rzucić zaklęcie na sałatkę jarzynową!
- Harry, usiądź i postaraj się uspokoić.
Dumbledore przerwał i wyczekująco spojrzał na Harry’ego. Był niczym pogodny, stary monarcha, udzielający audiencji zbłąkanemu poddanemu.
Harry, który nie zauważył nawet, że stoi, spojrzał na niego wyzywająco.
- Oczywiście, od ostatniego – „razu, kiedy wszystko zepsułeś, pozwalając Cedrikowi umrzeć i pomagając odrodzić się Czarnemu Panu” – niefortunnego wypadku, obłożyliśmy Czarę silnymi zaklęciami zabezpieczającymi. Zapewniam cię, Harry, że tym razem nic nie mogło zakłócić jej działania.
Harry wydał niezrozumiały dźwięk protestu, ale dyrektor uspokoił go ruchem ręki.
- Posłuchaj Harry, nie widzę żadnego powodu, dla którego Voldemort miałby zrobić coś takiego. Jeśli efektem jego mrocznego planu miało być to, że pan Malfoy się zamoczył, moglibyśmy spokojnie zaprzestać z nim walki.
- Ale... ale dlaczego? – wyjąkał Harry.
Dumbledore sięgnął po cukierka.
- Nie mam pojęcia Harry, naprawdę. Przykro mi to mówić, ale nie znam pana Malfoya zbyt dobrze. Niestety, nie mam tyle czasu, aby dokładnie zapoznać się z każdym z moich uczniów. Każdy widzi, że to nieszczęśliwy, raczej antypatyczny młody człowiek, ale biorąc pod uwagę całą tę tragedię, kto mógłby go winić za to, jak się zachowuje?
Dumbledore spojrzał na Harry`ego przenikliwie.
- Zapewne znasz go lepiej? W świetle tego, co się wydarzyło...
- Nie! – zaprzeczył głośno Harry. – Nie znam go, to znaczy... cóż, oczywiście, że... nic o nim nie wiem. To znaczy, ja go nienawidzę. Jest absolutnie odrażający, uważam że...
- Postaraj się nie zrujnować mi biurka, jeśli możesz – poprosił Dumbledore spokojnie. – Nienawiść, to chyba lekka przesada. W końcu każdy z nas ma jakieś antypatie, prawda? A pan Malfoy jest po naszej stronie.
Harry zacisnął pięści.
- W każdym razie Harry... nie jestem w stanie udzielić ci lepszego wyjaśnienia – westchnął Dumbledore. – Wygląda na to, że w tych czasach jest coraz mniej jasnych odpowiedzi. Jestem nieco zajęty, Harry, więc jeśli byłbyś tak miły...
Harry spojrzał na Dumbledore`a. Dyrektor wydał się bardziej zmęczony i dużo starszy niż wtedy, gdy widział go ostatnim razem. Egoistyczne uczucie złości sklęsło w nim na ten widok.
Dumbledore był osobą, która utrzymywała w równowadze cały ten czarodziejski świat, szarpany wojną. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że Knot chowa głowę w piasek jak struś; wszyscy wiedzieli o tajemniczych zaginięciach i wszyscy bardzo się bali... Dumbledore stanowił jedyną barierę pomiędzy czarodziejami, a chaosem.
A Dumbledore - w sercu Harryego pojawiło się uczucie bólu, gdy zdał sobie z tego sprawę - był starym człowiekiem.
- Ja... przepraszam, profesorze – wyszeptał. – Jeśli jest coś, co mógłbym...
- Och, nie Harry. Nie martw się.
Znowu to samo. Harry Potter – dziecko, które należy chronić. Harry Potter, cząstka tego całego zamieszania.
Harry wzruszył ramionami.
- Dobrze. Dziękuję, profesorze.
Cóż więcej mógł powiedzieć?
- Jeszcze jedno, Harry.
Harry zatrzymał się w progu.
- Przypomnij sobie i przemyśl dokładnie słowa zagadki.
Przemyśl to...
Drzwi zamknęły się, a Harry zapatrzył się w półmrok na schodach.
„Zabraliśmy to, czego najbardziej będzie ci brak”.
Nie rozumiał. Ale zamierzał zrozumieć.


* Bartek Wrona „Odpowiedzi brak”
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:23

Rozdział drugi
Podaję Ci Rękę


Wszystko się zmienia
Wszystko, co dnia
Wszystko na oślep do przodu gna

Jak w wielkim tyglu
Tętni i wrze
W starym kaftanie ciągle nam źle

Nigdy nie zatrzymasz, nie
Tego, co się życiem zwie
Co za niespokojny duch
Ciągle wszystko wprawia w ruch

Świat się zmienia, a my z nim...*



Harry wszedł do pokoju wspólnego Gryffindoru. Zamrugał i osłonił oczy przed ostrym światłem, a także, żeby ukryć przed innymi widniejące w nich zakłopotanie.
Natychmiast został otoczony przez Gryfonów, którzy chcieli mu pogratulować wygranej.
- Świetnie ci poszło Harry – Seamus.
- Biedny Harry, wyobraźcie sobie, ratować Malfoya! – Ginny.
- To było fantastyczne Harry, ale czy nie mogłeś podtopić go trochę bardziej? – Ron.
- Co powiedział profesor Dumbledore? – Hermiona.
Gdy Hermiona zadała w końcu to pytanie, wszyscy popatrzyli na niego z wyczekiwaniem, pewni, że będzie mógł wszystko wyjaśnić.
Harry poczuł, że jest kompletnie wykończony.
- Nie ma pojęcia, co się stało – odparł. – Podobnie jak ja.
Po krótkiej chwili ciszy, w pokoju wybuchł głośny gwar rozmów.
- Cóż, cokolwiek to było, byłeś wspaniały! – krzyknął Seamus.
- Musiałeś być zszokowany, kiedy ujrzałeś tam Malfoya – podsumowała Hermiona.
Malfoy.
Merlinie. Muszę pomyśleć o Malfoyu.

Musiał się stąd wydostać, żeby spokojnie to wszystko przemyśleć.
Rozglądnął się po pokoju. Neville Longbottom lewitował ku niemu puchar. Harry rozchmurzył się trochę, widząc że chłopak ubrany jest w marynarkę od garnituru i ogrodniczki.
Teraz, gdy świat czarodziejski podzielił się na dwa obozy, wszyscy stali się ekstremistami. Albo kochałeś mugoli, albo ich zabijałeś.
Opozycjoniści Voldemorta przejmowali każdy mugolski zwyczaj. Po lekcjach większość uczniów chodziła w mugolskich ubraniach.
Osoby z rodzin czystej krwi, takie jak Neville, nie bardzo sobie jednak z tym radziły. Harry nadal przechowywał zdjęcie „incydentu ze strojem baletnicy”, które zrobił na piątym roku Colin Creevey.
Hermiona łagodnie dotknęła jego ramienia.
- Wyglądasz na zmęczonego, Harry.
Spojrzał na nią z wdzięcznością.
- Rzeczywiście, jestem zmęczony – przytaknął gorliwie.
- Może powinieneś trochę odpocząć.
Palce Harryego zacisnęły się na jej ręce w wyrazie niemego podziękowania. Oddała uścisk, patrząc na niego z malującym się w oczach okropnym współczuciem.
Gdy wychodził, Gryfoni do niego machali.
W końcu był wolny.
Harry oparł się o drzwi. Teraz musi spróbować to wszystko zrozumieć.
„Zabraliśmy to, czego najbardziej będzie ci brak”.
Dlaczego Malfoya?

*

Mógł zrozumieć dlaczego nie chodziło o Rona. Kochał Rona, zawsze go kochał, ale teraz trochę się od siebie oddalili. Minimalnie, ale pomimo to Harry czuł się opuszczony.
Empatia nigdy nie była silną stroną Rona. Trzy lata temu przyjaciel nie mógł zrozumieć, że Harry nigdy nie zgłosiłby się do Turnieju Trójmagicznego, nie mówiąc mu o tym.
Teraz Harry jeszcze bardziej potrzebował zrozumienia, którego Ron nie mógł mu zaoferować.
Nie pomagało także to, że Ron pochłonięty był teraz bez reszty związkiem z Hermioną, na której punkcie kompletnie oszalał.
Ale dlaczego nie Hermiona...?
Hermiona był mądra – jedyna z całej trójki, która chyba najlepiej rozumiała, co się z nim dzieje.
Albo Syriusz. Syriusz był z dala od Harry`ego przez cały piąty i szósty rok, ale teraz uczył w szkole, pomagając Lupinowi, który prowadząc zajęcia z zielarstwa i obrony przed czarną magią był bardzo przepracowany. Syriusz, który starał się okazać mu tyle ciepła w ostatnich dniach.
Harry nadal miał nadzieję, że uda mu się zbliżyć do ojca chrzestnego, chociaż marzenia, które snuł jako trzynastolatek, że Syriusz mógłby go adoptować, dawno już pogrzebał.
A jednak, gdyby to była Hermiona, albo Syriusz...
Gdyby to był ktokolwiek, tylko nie Malfoy!
Harry przeszedł szybkim krokiem przez pokój i usiadł we wnęce okiennej. Podwinął nogi i oparł policzek o chłodną taflę szyby.
Zamknął oczy.
Malfoy.
Pod jego powiekami pojawił się obraz wykrzywionej w szyderczym uśmiechu bladej twarzy.
Harry był zdumiony, że tak szybko potrafił wywołać z pamięci ten obraz, i że był on tak wyraźny. To prawdopodobnie dlatego, że tak długo go znał. W końcu, od kilku lat chodził z tym kretynem do szkoły.
Ale co to była za znajomość? Znajomość pogłębiająca wzajemną pogardę. W przypadku Harry`ego i Malfoya, pogarda ta była głęboka jak rów Mariański.
Co zmieniło się przez ostatnie trzy lata?
Niewiele.
Malfoy nadal był tym samym złośliwym dupkiem, który tak głęboko zalazł Harry`emu za skórę. Zdumiewające, że Harry nie czuł go jeszcze w kościach.
Harry straszliwie go nie znosił.
Tyle, że teraz, według jakiejś cholernej czary najwyraźniej było inaczej. Jego zdradziecka podświadomość podpowiadała mu to samo.
Czy Malfoy zmienił się przez te ostatnie trzy lata?
Niewiele.
Nie... to nie była do końca prawda.
Przecież była ta... sprawa z Lucjuszem Malfoyem. Ojciec Malfoya zniknął na początku ich piątego roku. Plotki, które rozniosły się po świecie czarodziejów mówiły, że chcąc zyskać więcej władzy, próbował szpiegować Voldemorta. Czarny Pan podobno się o tym dowiedział i kazał go zgładzić.
Harry nie znał szczegółów. W zawierusze wojennej znikały całe rodziny, wszyscy byli przerażeni... nikomu nie zależało, żeby dochodzić prawdy.
Harry skrzywił się z satysfakcją, przypominając sobie, jak Lucjusz Malfoy usiłował zabić Ginny; jak stał w kręgu Śmierciożerców, obserwując chłopca w wieku własnego syna, beznadziejnie walczącego z Czarnym Panem. Pamiętał jego śmiech...
Po głębszym zastanowieniu, ta satysfakcja wydawała się czymś potwornym. Harry nigdy nie czuł nawet odrobiny sympatii do Malfoya. Wtedy pomyślał tylko: „Cóż... nareszcie się zamknie”.
„Oni zginą pierwsi, teraz, gdy Czarny Pan powrócił”.
Draco Malfoy bardzo się mylił – to jego ojciec zginął pierwszy.
A Harry niemal podświadomie zgadzał się z bezlitosnym wyrokiem Rona: „Dostał to, na co zasłużył”.
Nie wyglądało na to, że Malfoy pogrążył się w ciężkiej żałobie. Ku zdumieniu wielu osób, on i jego przyjaciele od razu przyłączyli się do Młodzieżowej Sekcji Zakonu Feniksa, którą opiekował się Lupin. I, co jakoś nikogo nie zaskoczyło, bardzo szybko stali się jego najbardziej niszczycielską siłą.
Dumbledore miał rację. „Pan Malfoy jest po naszej stronie”.
Draco Malfoy nie był Śmierciożercą.
Zaraz... czy to oznacza, że chłopak miał charakter?
„Zapewne znasz go lepiej” - powiedział Dumbledore.
Malfoy zawsze był potwornie irytujący, ale pomimo tego, że jego ojciec był Śmierciożercą, sam nigdy nie wyglądał na mordercę. Nie oddał Hermionie, gdy ta uderzyła go na trzecim roku. Owszem, mówił obrzydliwe rzeczy i grał bardziej nieczysto niż zawodowiec uprawiający zapasy w błocie, ale nie był zabójcą.
W porządku. Harry był gotów przyznać, że Malfoy nie jest czarnym charakterem.
Ale to nie wyjaśniało, dlaczego miałby być kimś, kogo Harry`emu brakowałoby najbardziej na świecie.
Harry przycisnął twarz do okna.
Denerwowało go to, że nie czuje nawet odrobiny sympatii do Malfoya. Harry uważał się za bardzo porządnego człowieka. Powiedział nawet Blaise Zabiniemu, że jest mu przykro z powodu jego matki, chociaż nikt do końca nie wiedział czy pani Zabini zniknęła, bo została zabita, uciekła, czy przeszła na mroczną stronę.
To właśnie było najbardziej denerwujące w Malfoyu. Był jedyną osobą, która potrafiła doprowadzić tego, żeby Harry zniżył się do jego poziomu.
Och, Harry nawet pod klątwą Imperiusa potrafił się sprzeciwić rozkazowi Czarnego Pana... a potem wrócił i zachowywał się jak idiota, z powodu Draco Malfoya.
Nie może pozwolić, by Malfoy zobaczył go brudnego, w zniszczonych okularach. Nie może pozwolić, by Malfoy zobaczył jak prowadzą go do skrzydła szpitalnego po spotkaniu z dementorami. Musi pokonać Malfoya w quidditcha.
Nagle przypomniał sobie początek szóstego roku.
Miał szesnaście lat i marzył o tym, żeby być wyższy. W ciągu lata jego modły zostały w końcu wysłuchane – w bardzo krótkim czasie urósł dość sporo. Nadal, niestety, nie był zbyt umięśniony, ale w końcu przestał być tak śmiesznie niski.
Wiedział za to, kto nadal będzie niski. Dlatego właśnie, ożywiony bardziej niż w ciągu dwóch ostatnich lat, krążył jak oszalały po pociągu, szukając Malfoya, chcąc popatrzeć na niego z góry.
Harry przypomniał sobie jaki ogarnął go gniew, gdy zaglądając do jednego z przedziałów, napotkał szare, zimne oczy - dokładnie na poziomie swoich.
Wpadł w furię. Poczuł się tak, jakby Malfoy urósł specjalnie, by go zdenerwować.
Co oczywiście było absurdem.
Ale nie zmniejszyło jego wściekłości. Tak właśnie działał na niego Malfoy.
Podobnie jak na spotkaniach Młodzieżowej Sekcji Zakonu Feniksa, kiedy Malfoy mimochodem wspomniał o mugolach, a ponury nastój Harry`ego błyskawicznie zamieniał się we wzburzenie. Albo podczas tych nudnych meczów quidditcha, kiedy Harry nagle ruszał do akcji, zelektryzowany widokiem złośliwej twarzy Malfoya. Ten chłopak potrafił udawać nawet wielkiego kibica Puchonów, pod warunkiem, że przeszkadzało to Harry`emu.
Nie wspominając o meczach Gryffindor kontra Slytherin. Podczas ostatniego Malfoy miał ze sobą książkę z zasadami quidditcha i przytaczał każdą regułę, którą właśnie łamał. Oszukiwał brawurowo, bezwstydnie i robił wszystko, żeby wygrać.
W końcu obaj zaczęli na siebie wrzeszczeć i nie wiadomo jak by się to wszystko skończyło, gdyby pani Hooch siłą nie odciągnęła Harry`ego na bok. Harry kipiał ze złości.
Ale czuł wtedy że... żyje.
Harry bardzo powoli zsunął się z parapetu.
Podszedł do łóżka i położył się, obserwując dobrze znany obraz, który na przeciwległej ścianie tworzyły promienie księżyca. Plamy bladego światła przesuwały się po tynku, malując na nim dziwaczne kształty.
Nie lubił Malfoya. Nigdy go nie lubił.
„Zabraliśmy to, czego najbardziej będzie ci brak”.
Ale w jakiś sposób Malfoy był dla niego... ważny. Był wyzwaniem, którym nikt inny nie ważył się być. Sprawiał, że Harry miał ochotę wstać i udusić go, ale sprawiał także, że Harry w ogóle miał ochotę wstać. Dostarczał Harry`emu powodów do działania, do życia.
To wszystko było takie pokręcone.
I tak było przez lata. Nie żeby Malfoy robił coś specjalnego. Był po prostu sobą – solą w oku Harry`ego. Doprowadzał go do wściekłości niczym notoryczny ból głowy.
Harry nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy... a teraz, gdy sobie to uświadomił, był zszokowany.
Właściwie żył tak naprawdę tylko w tych momentach, gdy odnajdywał w sobie gniew, który budził w nim ochotę do życia. Tylko wściekłość sprawiała, że w jego żyłach szybciej płynęła krew, że widział świat wyraźnie, i tylko ona wywoływała w nim chęć, aby reagować.
Tak jakby był narkomanem uzależnionym od adrenaliny, a Malfoy dilerem, który mu jej dostarczał. To wszystko... w jakiś sposób musiało stać się dla niego ważniejsze, niż jego przyjaciele.
I jak w takim razie to świadczy o nim i jego życiu?
To wszytko jest obelgą dla tych, których kochał. A jeśli Malfoy jest dla niego tak ważny, jakkolwiek nie byłby to dziwny i przerażający sposób, to w takim razie... to potworne, że Harry`emu nie było przykro z powodu śmierci jego ojca.
Harry usiadł i szarpnął zasłony przy łóżku.
Był wstrząśnięty, gdy uświadomił sobie, jak bardzo w tej chwili jest skoncentrowany na życiu. Depresja odeszła w zapomnienie, oddychał szybko i głęboko.
Skulił się na łóżku, jak gdyby próbował schować się, uciec przed własnymi myślami.
To nie mogła być prawda. Nie był pewien... nie to wszystko nie było prawdziwe.
A jednak, wydawało się to tak niepokojąco bliskie prawdzie.
Musiał dowiedzieć się wszystkiego. Jeśli Malfoy był dla niego ważny, nie mógł dłużej pozostawać jego wrogiem. Musiał być jakiś powód, dlaczego miał taki wpływ na Harry`ego.
I Harry musiał odnaleźć ten powód.
Zrobił już wszystko, co mógł zrobić sam. Tym razem Dumbledore nie potrafił mu pomóc.
Nie było sensu dłużej o tym myśleć.
Ale nadal o tym myślał, przez cały czas.
Myślał o tym, przewracając się niespokojnie na łóżku. Zapomniał nawet rozebrać się i przykryć kocami.
Jutro...
Jutro będzie musiał stanąć twarzą w twarz z Malfoyem.

*

- Harry, wydajesz się być nieco spięty.
Harry wzdrygnął się nerwowo.
- Ja... uh, nie. Czuję się świetnie – odparł niespokojnie.
Hermiona przyglądała mu się z troską, zapominając o trzymanym w ręce toście. Harry rozpaczliwie starał się sprawiać wrażenie, że spokojnie spał przez całą noc, że nie jest w tych samych ubraniach co wczoraj, i że naprawdę, naprawdę nie spogląda cały czas w stronę drzwi, czekając na pojawienie się Malfoya.
Hermiona obserwowała go jeszcze przez chwilę, po czym wróciła do jedzenia tosta.
Po prostu patrzę na drzwi, próbował udowodnić całemu światu Harry. Fascynujące drzwi. Nie doceniałem ich odpowiednio w ciągu sześciu lat i muszę to teraz nadrobić.
Śniadanie dobiegało końca, a Malfoya ciągle jeszcze nie było.
Oh, no, proszę! Przecież to nie w porządku. Śniadanie jest najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia. Nikt nie powinien go tak lekkomyślnie opuszczać.
Nawet Crabbe i Goyle siedzieli przy stole, Pansy Parkinson i Millicenta Bulstrode, i Blaise Zabini, i cała ta jego paczka. Inaczej zwana „Świtą Malfoya”.
Harry gapił się na nich, dopóki tego nie zauważyli i nie obrzucili go paskudnymi spojrzeniami. Szybko odwrócił wzrok.
To nie moja wina. Po prostu chcę z nim porozmawiać. Ludzie powinni jeść śniadanie.
- Harry, nic nie zjadłeś – odezwała się Hermiona.
Kompletnie rozkojarzony Harry, wziął tosta, posmarował go i ugryzł wielki kęs.
Po czym zorientował się, że je tosta z owsianką.
To jakiś absurd.
I tak było przez cały dzień.
Siedem lat – pomyślał Harry. - Prawie przez siedem lat marzyłem, żeby wpadł w jakąś czarną dziurę, a w dniu, kiedy chcę z nim porozmawiać, on znika, jakby zapadł się pod ziemię.
Och nie. Chyba nie zniknął tak jak inni? Nie teraz!
Harry był zszokowany, gdy poczuł coś w rodzaju lęku.
To dziwne uczucie na szczęście zniknęło, kiedy wśród grupy Ślizgonów wchodzących do sali eliksirów, dostrzegł właściciela najjaśniejszej czupryny w szkole.
Nareszcie!
- Chodźcie – ponaglał Rona i Hermionę. – Szybko, na eliksiry. Nie ma czasu na pieprzenie.
Pieprzenie? Chyba zwariował!
Nie ma czasu na myślenie o tym. Musi iść na eliksiry, potem Malfoy przechodząc obok jego ławki jak zwykle obdarzy go jakimś ohydnym komentarzem, a on zamiast zgrzytać zębami i powstrzymywać się przed uderzeniem go, powinien...
Um. Cóż. Nie doszedł jeszcze do tej części. Ale powinien coś powiedzieć. Zdecydowanie.
Słowa. To był plan.
Zupełnie bezużyteczny zresztą.
Bo Malfoy nie przeszedł obok jego stolika. Każdy inny Ślizgon minął go, mamrocząc nawet więcej obelg niż zwykle. Najwyraźniej byli przekonani, że całe to wydarzenie było intrygą, mającą na celu upokorzenie ich przywódcy.
Harry nie miał pojęcia, co o tym myśli Malfoy. Chłopak usiadł z tyłu klasy i był bardzo cichy.
Byłoby to nawet przyjemne, gdyby Snape był tak samo cicho.
- No, no, no, pan Potter – powiedział, krzywiąc się jeszcze bardziej niż zwykle. – Wygląda na to, że pana plan nie tylko miał przysporzyć panu sławy, ale także przedstawić Ślizgonów w złym świetle. Gratulacje, bardzo dziecinne zagranie.
- Ale profesorze – oburzył się Ron. – Przecież Harry nie mógł...
- To była pomyłka – wtrąciła się Hermiona. – Harry nie...
Harry odwrócił się, żeby sprawdzić, czy Malfoy podziela zdanie Snape`a.
Malfoy siedział z kamienną miną, wbijając wzrok w przestrzeń przed siebie. Ta ascetyczna twarz o ostrych rysach nie zdradzała żadnych uczuć. Harry nie był w stanie domyślić się, jakie emocje kryją się pod ta maską.
- Panie Potter – wycedził Snape. – Proszę się odwrócić. W stronę katedry. Tam, gdzie stoję, prowadząc lekcje. Dziękuję.
Harry poczuł, że się rumieni. To było strasznie żenujące.
No, więc porozmawia z Malfoyem po lekcji.
Nie porozmawiał. Malfoy, otoczony tłumem Ślizgonów, wyszedł z klasy zaraz po lekcji. W ten sam sposób, okrążony przyjaciółmi, przyszedł na lunch, na lekcję opieki nad magicznymi stworzeniami, na obiad i tak samo cały czas chodził po korytarzach.
Ślizgoni tłoczyli się wokół niego jak pszczoły wokół kwiatu. Harry stwierdził nagle, że to okropnie frustrujące.
Dlaczego tak go lubicie? Przecież to irytujący dupek!
Przez całe lata Malfoy pojawiał się, żeby wyśmiewać Harry`ego, sam, a teraz ludzie postanowili otoczyć go żywą fortecą.
Po całym dniu, Harry wrócił do pokoju wspólnego Gryffindoru bardzo zmęczony. Nie zrealizował swojego postanowienia. Czuł się przygnębiony, sfrustrowany i...
Miał dość. Był wykończony kręceniem się koło Malfoya i oczekiwaniem, aż ten udzieli mu audiencji.
Skoro postanowił, że porozmawia z Malfoyem, to pójdzie i porozmawia z Malfoyem.
- Wchodzę na spacer – ogłosił w pokoju wspólnym i wybiegł, zanim ktoś zdążył zaproponować, że mu będzie towarzyszył.

*

W połowie drogi do lochów Slytherinu Harry zmienił zdanie.
Przecież to śmieszne. Wcale nie chciał rozmawiać z Malfoyem. Nienawidził tego kretyna. Na pewno nie miał zamiaru wkroczyć pomiędzy Ślizgonów i zrobić z siebie idioty przed Malfoyem.
Och Merlinie. Znowu to bezsensowne uczucie niepokoju.
Harry pamiętał, jak na drugim roku usłyszał walentynkę od Ginny, pamiętał jak był zrozpaczony, kiedy zorientował się, że Malfoy też to słyszy. W jakiś sposób zależało mu na opinii tego idioty.
Musiał dowiedzieć się dlaczego.
Wziął głęboki oddech i pospiesznie przeszedł przez korytarze koncentrując się na tym, aby dotrzeć do pokoju wspólnego Slytherinu, zanim straci resztki odwagi.
Kiedy znalazł się w lochach, zaczął walić w nagi kamień, który zagradzał wejście do dormitoriów Ślizgonów.
Oczywiście, pomyślał. Tylko Ślizgoni mogą mieć wejście ukryte przed uczniami z innych domów. Tylko Ślizgoni robili takie rzeczy, i tylko Ślizgon mógł pojawić się na dnie jeziora, gdzie nikt nie chciał go ujrzeć, a następnie przez cały dzień nie odzywać się do kogoś, kto chciał z nim porozmawiać.
Zaczął dobijać się gwałtowniej.
Ściana przed nim rozsunęła się. Harry rozglądnął się próbując zorientować się w sytuacji.
- Znowu zapomniałeś hasła, Pritchard? – zapytał Malcolm Baddock, mały, podejrzanie wyglądający typek z czwartego roku.
Zamarł ujrzawszy Harryego Pottera, championa Gryffindoru, który strasznie rozczochrany i wyraźnie zdenerwowany stał u progu kwater Slytherinu.
- Eeee – wyksztusił Harry, w krytycznym momencie tracąc władze nad własnym językiem.
Baddock zamrugał i nadal stał zdumiony faktem, że Harry nie zniknął.
Harry rozpaczliwie starał się opanować.
- Eeee... – wydukał, przeklinając się w duchu. – Eeee... Um. Czy mógłbym zobaczyć się z Malfoyem?
Tak. Niezbyt elokwentnie może, ale w końcu wystarczająco wyraźnie.
Malcolm Baddock gapił się na niego jeszcze przez moment, a potem odwrócił się i pobiegł, krzycząc:
- Ej, wszyscy! Chodźcie tu szybko!
Nie minęło kilka sekund i Harry nagle stał przed wielkim tłumem Ślizgonów, przepychających się, aby zobaczyć ten nieprawdopodobny widok.
Tuż przed nim znajdowali się Pansy Parkinson i Blaise Zabini. Oboje mieli identyczne, groźne miny.
To nie był dobry pomysł.
- Czego chcesz, Potter? – zapytał wrogo Blaise, przyglądając mu się podejrzliwie.
Pansy skrzyżowała ręce na piersiach i zagrodziła przejście, jak gdyby Harry przemocą usiłował wedrzeć się do pokoju wspólnego.
Harry przełknął ślinę.
- Czy mógłbym zobaczyć się z Malfoyem?
Och, Merlinie. Teraz zamienił się w papugę, histerycznie powtarzającą to samo zdanie.
- Po co? – spytała Pansy lodowaty tonem. – Co jeszcze chcesz zrobić?
- Nic! Nic nie zrobiłem! – zaprotestował Harry. – Po prostu muszę z nim porozmawiać!
Blaise i Pansy wymienili twarde spojrzenia i najwyraźniej podjęli jakąś decyzję.
- No to nie porozmawiasz – poinformowała go lakonicznie Pansy i zaczęła zamykać mu drzwi przed nosem.
- Co się tu do diabła dzieje? – zapytał ktoś władczym, rozdrażnionym tonem. – Niektórzy próbują się tu uczyć, wiecie...
Nie można było nie rozpoznać tego arystokratycznego głosu. Podobnie jak nie dało się pomylić z niczym niemal białych włosów Malfoya, którego głowa pojawiła się, gdy chłopak zaczął przepychać się przez tłum.
Harry jednocześnie poczuł ulgę i strach, podobnie jak wtedy, gdy myślał, że Malfoy zniknął.
Uzmysłowił sobie, że nie tylko bał się, czy coś złego nie stało się Malfoyowi, ale także tego, co Malfoy mógł zrobić jemu. Skoro Malfoy był dla niego ważny – Malfoy mógł również go skrzywdzić. A Malfoy uwielbiał krzywdzić ludzi.
Kiedy Malfoy w końcu pojawił się przy drzwiach, gapił się przez chwilę z szeroko otwartymi oczami. Wydawał się być tak samo zaskoczony jak Malcolm Baddock.
- Ty! – krzyknął bezmyślnie. Potem, ku wielkiej zazdrości Harry`ego, opanował się błyskawicznie i spytał chłodno – Czego chcesz?
Będę spokojny.
- Chcę z tobą porozmawiać – powiedział Harry i zaczerwienił się.
Malfoy skrzyżował ręce na piersiach i niedbale oparł się o framugę drzwi. Spoglądał na niego nieprzeniknionym wzrokiem. Srebrzystymi, błyszczącymi, nic nie zdradzającymi oczami.
Harry zauważył, że Malfoy ubrany jest w dżinsy i biały sweter. Był jednym z nielicznych Ślizgonów noszących mugolskie ubrania.
- No? Czekam – ponaglił go. – Mów.
Harry rozglądnął się. Otaczający ich Ślizgoni, mieli wyjątkowo groźne miny. Skupieni przy wejściu wyglądali niczym zęby w paszczy rekina.
- Moglibyśmy porozmawiać sam na sam? – rzucił rozpaczliwie.
Malfoy był wyraźnie zaskoczony, ale gestem uciszył rozlegający się w pokoju szmer oburzenia.
- Sądzę, że tak – powiedział wolno. Wyszedł za próg i podszedł do Harryego, który oddalił się kilka kroków od wejścia.
Kamienna ściana zamknęła się przed nosem osłupiałych Ślizgonów. Harry poczuł się zdecydowanie lepiej.
Spojrzał na Malfoya, który opierał się nonszalancko o ścianę i nagle powróciła do niego wcześniejsza nerwowość.
Zaczynał rozumieć dlaczego robienie z siebie idioty w oczach Malfoya było takie okropne. Malfoy był zdecydowanie zbyt opanowany jak na chłopca w jego wieku, a to automatycznie stawiało innych w niekorzystnym położeniu.
Noo... E... – zaczął Harry. – Może powinniśmy znaleźć jakąś pustą klasę, czy coś takiego?
Nie miał zamiaru zostać w lochach, gdzie każdy mógł na nich wpaść, a potem rozsiewać po całej szkole nie wiadomo jakie plotki.
Malfoy uniósł jasną brew.
- I tak zbyt wiele czasu spędzam w klasach, dzięki. Możemy się przejść nad jezioro.
- Malfoy, na błoniach jest zimno, a żaden z nas nie ma płaszcza!
- No i? – odparł Malfoy. – Powiedziałeś, że chcesz porozmawiać. Ja chcę się przespacerować nad jeziorem. Tam możemy pogadać... o ile oczywiście nie zmieniłeś zdania.
W tym momencie Harry przypomniał sobie, że nienawidzi Malfoya.
- Dobrze – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Malfoy posłał mu triumfalny uśmiech. Harry poczuł jak krew zaczyna buzować mu w żyłach.
- Świetnie – podsumował Malfoy. – Chodźmy.

*

Ponad błoniami wiał zimny, silny wiatr. Wszystko zdawało się płaszczyć i giąć pod jego naporem. Tylko na ponurej tafli jeziora pojawiały się małe, buntownicze fale. Wiatr był ostry i porywisty, a całe niebo skrywały chmury i tylko czasem w rozległej bieli pojawiały się plamy stalowej szarości.
Harry odczuwał przejmujące zimno, a podmuchy wiatru targały jego włosami i szatami
Malfoy szedł powoli, tuż przed nim, z rękami w kieszeniach, jakby wyszedł na spacer w ciepły letni dzień. Jego włosy minimalnie poruszały się na wietrze, jakby niewidzialne palce przeczesywały je odgarniając z czoła niesforne kosmyki.
Harry zastanawiał się, co na Merlina ma mu powiedzieć.
To na tyle jeśli chodziło o jego plan. Teraz miał wyniosłego Ślizgona w swoich rękach, czekającego na słowa, które do tej pory nie pojawiły się w głowie Harry`ego.
Przez chwilę szli w milczeniu. Malfoy wydawał się być zadowolony z tej ciszy, podobnie jak i z pogody. Stracił wszystkie oznaki niepewności, które okazywał wcześniej.
Nagle odwrócił się. Jego oczy zdawały się być ciemniejsze, przybrały odcień niejednolitej szarości, niemal identycznej jak kolor jeziora, które znajdowało się za jego plecami.
Mówił wolno i przeciągle, jak zwykle.
- Chciałeś po prostu trochę z kimś pomilczeć, Potter? Bo mam randkę z gorącą czekoladą i podręcznikiem, a to powoli staje się nudne.
- Z... podręcznikiem? – wydukał Harry. Nie mógł wyobrazić sobie Malfoya zajmującego się czymś tak przyziemnym jak nauką.
- No cóż, Potter. Jesteśmy w szkole. Wydawało mi się, że nawet ty uczyłeś się trochę przez te wszystkie lata. Lekcje wymagają nieco zaangażowania.
- Zamknij się, Malfoy – prychnął Harry. – Próbuję ci coś powiedzieć.
- Więc mów.
Malfoy zatrzymał się i spojrzał na Harry`ego wyzywająco, ale z czającym się w oczach rozbawieniem.
- Eeee... – powiedział Harry. – Ech. Um. Tak.
- Zdaje się, że to nie jest twój dobry dzień?
- Malfoy! – wybuchnął Harry. – Czy mógłbyś po prostu być przez chwilę cicho i udawać, że jesteś choć trochę ludzki? Naprawdę muszę ci coś powiedzieć, a nie mogę tego zrobić, gdy ciągle przerywasz mi tymi głupimi komentarzami.
- Jasne – Malfoy wzruszył ramionami.
- Będziesz cicho? – zapytał Harry podejrzliwie.
- Nie mam całego dnia na wysłuchiwanie twojego żałosnego bredzenia. Przyrzekam, że będę grzeczny – obiecał. - Na honor Ślizgona.
Harry bardzo wątpił w wagę takiej obietnicy, ale...
- W porządku. Więc... Ja... uh, wiesz ta sprawa z jeziorem, wczoraj, pamiętasz?
Harry zamilkł czekając na reakcję Malfoya. Malfoy obserwował go w milczeniu, dopóki Harry nie zauważył, że na jego ustach igra kpiący uśmieszek. Wtedy zdał sobie sprawę...
- Na różdżkę Merlina! Możesz mówić, kiedy zadaję ci pytania!
- Och, naprawdę mogę? – spytał Malfoy niewinnie. – Bardzo przepraszam. Nie chciałem przerywać ci potoku słów. Oczywiście, że pamiętam, ty idioto.
- Eee... Czy nie zastanawiałeś się, o co w tym chodzi?
- Nie bardzo. Złożyłem to karb mojego nieodpartego uroku osobistego. Zdaję sobie sprawę, że jestem bardzo seksowny, więc przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Życie jest zbyt krótkie, by zastanawiać się nad bzdurami.
Harry ułożył nowy plan. Zabije Malfoya, ukryje jego zwłoki w jeziorze, a potem sprawdzi, czy naprawdę będzie mu go brakowało.
- Malfoy, przestań się wygłupiać! – wrzasnął. – Myślałem o tym.
- I do jakich wniosków doszedłeś, Cudowny Chłopcze? Nie wątpię, że są niezmiernie błyskotliwe.
Oczy Malfoya powiedziały: „Imbecyl”.
Harry odwrócił oczy i zagapił się w jezioro. Gdy patrzył na Malfoya, bieg jego myśli wyraźnie zakłócało pragnienie obicia go do nieprzytomności.
- Och, Potter, wyduś to wreszcie.
Harry wziął głęboki oddech i rzucił się w wir wyjaśnień.
- No więc... Dumbledore powiedział, że to nie był przypadek. Nie miałem pojęcia, co o tym sądzić, ale wiedziałem, że muszę sam rozwiązać tę kwestię, wiec myślałem o tym całą noc i znalazłem tylko jeden powód, dlaczego tak się stało. Wiesz, że jesteśmy czymś w rodzaju rywali?
- Nie – zaprzeczył Malfoy. Harry obrócił się ku niemu z niedowierzaniem. – Jesteśmy wrogami, Potter – sprostował protekcjonalnym tonem. – Ty mnie nie cierpisz i ja ciebie nie cierpię. Obaj pragnęlibyśmy ujrzeć drugiego w piekle. To nie jest jakieś tam współzawodnictwo w quidditchu. To czysta, zajadła nienawiść.
Och... cóż, to było obiecujące.
Harry badawczo przyglądał się rozmówcy. Malfoy uniósł rękę, chwycił w palce jeden kosmyk włosów i zaczął się nim bawić czekając na dalszą wypowiedź Harry`ego. Wyglądał na zamyślonego.
- Obojętne – zgodził się Harry i pospiesznie ciągnął. – Po prostu... myślałem o tym i to jedyny powód, który znalazłem. A teraz nie mam pojęcia co z tym zrobić, ale eee... doszedłem do wniosku, że twoja opinia w jakiś sposób jest dla mnie ważna. Oczywiście, to głupi wniosek, ale nadal nie potrafię wymyślić niczego innego i dlatego chciałem sprawdzić, czy to prawda. I nie jestem sobie w stanie wyobrazić, dlaczego tak by miało być, skoro ty wydajesz się być, nie obraź się, jednym z najpotworniejszych ludzi na świecie, ale jeśli nie jesteś, to mogłoby coś wyjaśnić, więc chciałem dowiedzieć się i zrozumieć dlaczego um... Eee...
Harry był głęboko wdzięczny, że musiał przerwać to trajkotanie, by zaczerpnąć oddechu.
Malfoy przekrzywił głowę, najwyraźniej oszołomiony i trochę ubawiony.
- Potter, ty wariacie, czy ty próbujesz zaoferować mi przyjaźń?
Harry ze świstem wypuścił powietrze.
- Tak.
- Och. Hmmm.
Malfoy znowu się zamyślił. Harry był nieprzyzwyczajony do takiej miny na obliczu Malfoya. Roztargnienie, które zastąpiło jego zwykły, drwiący uśmiech, było niemal urocze.
Przyglądał mu się przez chwilę.
W końcu Malfoy odezwał się.
- A co ja z tego będę miał?
To bezceremonialne, ślizgońskie pytanie kompletnie zbiło Harry`ego z tropu.
- C... co?
- Cóż, jeśli będę twoim przyjacielem, to czy powiesz mi jakie jest hasło do dormitoriów Gryffindoru, żebym mógł wślizgiwać się tam i podrzucać Weasleyowi do łóżka martwe zwierzęta?
- Nie!
- Ok, zdradzisz mi wszystkie brudne sekrety Weasleya i Granger, żebym mógł je odpowiednio ubarwić i rozprzestrzenić po szkole?
Harry nie mógł się zdecydować, czy jest przerażony, czy chce mu się śmiać.
- Nie!
- Czy mogę namówić cię, żebyś przeszedł na mroczną stronę?
- N... – zaczął Harry i spojrzał na niego z zakłopotaniem. To, pomimo wszystko, było bardzo poważne pytanie. – A chciałbyś?
Malfoy wydął wargi.
- Niekoniecznie. Chociaż to mogłoby być zabawne.
Harry potrząsnął głową z niedowierzaniem.
I tak, owszem, z pewną dozą rozbawienia. Nikt inny nie miał tak rażąco paskudnego charakteru jak Malfoy, a to, że obnosił się z nim tak bezwstydnie budziło niemal chęć wybaczeniu mu.
- Dobrze – powiedział w końcu Malfoy.
Harry zamrugał
- Ty... ty się zgadzasz?
- To właśnie zwykle oznacza słowo „tak”.
Harry był kompletnie zdezorientowany.
- Dlaczego?
- Achhh... – Malfoy odchylił głowę i spojrzał w niebo. Jego nagle odsłonięta szyja wydawała się tak łatwa do zranienia. – Nie wiem. Możesz to nazwać niezdrową ciekawością.
Harry poczuł się dziwnie zagubiony, Osiągnął to, co sobie postanowił, a teraz... Właśnie, co teraz powinien powiedzieć Malfoyowi? Ma zacząć narzekać na wstrętnego Snape`a? Ma do niego mówić Draco? Ten pomysł wydawał się niedorzeczny.
Szli obok siebie przez chwilę, aż w końcu Harry zaryzykował i popatrzył na Malfoya.
Chłopak odwzajemnił spojrzenie. Wyglądał jakby chciał coś powiedzieć. Niepewnie spoglądał na Harry`ego spod srebrnej grzywki.
- Co zwykle robisz ze swoimi przyjaciółmi? – zapytał Harry niezręcznie.
- Mówię im co mają robić, a oni potem odchodzą i zostawiają mnie w spokoju.
- Och... – ten pomysł nie wydawał się Harry`emu zbyt zachęcający.
- Zrobisz to, co ci powiem? – zapytał Malfoy wprost.
- Nie!
- Ech – powiedział Malfoy ponuro. – Cóż... no więc, co ty zwykle robisz z przyjaciółmi?
- Eeee... dużo rozmawiamy, jaki jesteś wstrętny.
- Więc możesz to robić. Traktuję to jako komplement.
Harry zamilkł. Jakaś jego część domagała się, by powiedział Malfoyowi, że to była pomyłka, a potem uciekł.
Ale tak naprawdę... wcale nie chciał tego zrobić.
Malfoy skrzywił się trochę, gdy powiał silniejszy wiatr.
- Skoro i tak zapadło to niezręczne milczenie... – zauważył niezwykle słabym głosem. – Moglibyśmy wejść do środka? Zamarzam.
Harry nie mógł się powstrzymać od śmiechu.
- Zamknij się Potter.
- Mówiłem ci, Malfoy.
- A ja ci powiedziałem, żebyś się zamknął!
Malfoy odwrócił się i zaczął szybko iść z powrotem, porzucając udawanie spokojnego spacerowicza.
- Chciałem tylko przyjrzeć się posępnemu krajobrazowi, na Magię Kreatywną – narzekał.
- Na...? – Harry niejasno przypomniał sobie listę i rozmowy o nauce w pokoju wspólnym. – Ach, taki przedmiot? Ciekawy?
Malfoy zatrzymał się raptownie.
- Żartujesz? To najlepszy przedmiot w szkole!
- Och, ja wybrałem to, co Ron – przyznał się Harry. – I tak nie wiedziałem czego będą uczyć.
- Na wrota Azkabanu... To właśnie dzieje się, gdy ludzi wychowanych przez mugoli zapisuje się do szkół magii. – Harry zamierzał z oburzeniem skomentować tę rasistowską wypowiedź, ale Malfoy najwyraźniej nieświadomy popełnienia faux pass, szedł pod wiatr i głośno mówił przez ramię. – Magia Kreatywna... polega na transcendencji talentów.
Harry gapił się na niego bezmyślnie.
Malfoy westchnął z irytacją.
- To jakby... są czarodzieje i czarownice, którzy potrafią tworzyć fantastyczne księgi, sztuki czy obrazy, przekształcając magię i własny talent w dzieło, które potrafi oczarować nawet mugoli... Nawet mugole mówią o takiej rzeczy, że jest magiczna.
Harry nigdy przedtem nie widział tak rozentuzjazmowanego Malfoya. Zauważył także, że teatralne gesty, których Malfoy używał zwykle okrutnie wyśmiewając się z innych, osobliwie pasują do tego żywiołowego opisu. Oczy Malfoya błyszczały, a chłopak wydawał się bardzo otwarty. Harry nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej widział takiego Malfoya.
Mógł się założyć, że wszyscy Ślizgoni byli chorzy, słysząc jak Malfoy opowiada o Magii Kreatywnej, która najwyraźniej była jego ulubionym przedmiotem.
Jednakże musiał przyznać, że jest niemal oczarowany. Malfoy zachowywał się jak szczęśliwe dziecko.
Nawet kiedy byli młodsi, Malfoy nigdy nie zachowywał się jak dziecko.
Chyba, że wliczyć w to częste momenty, kiedy starał się udowodnić, że jest lepszy niż inni.
- Mugole tracą poczucie czasu, gdy wsłuchują się w magicznie wykreowany koncert, albo wpatrują w magicznie wykreowany obraz. Ponieważ magia wysysa czas, przenosi ich nagle w inny wymiar, a kiedy wracają, nie wiedzą co się stało, ale są świadomi, że przeżyli... coś – kontynuował Malfoy żarliwie – i... możemy się pospieszyć Potter? Robi się ciemno i umieram z zimna.
- Wy, Ślizgoni, jesteście tacy delikatni – stwierdził Harry.
- Och, zamknij się. I idź szybciej. Pewnie umrę na zapalenie płuc. Nie możesz iść szybciej? Zimno mi, zimno mi, zimno mi!
Ach, kolejny pokaz rozwydrzonego dzieciaka.
Harry przyspieszył. Oczywiście nie można było pozwolić, żeby Malfoy zachowywał się w ten dyktatorski sposób, ale... w jego wykonaniu wyglądało to jakoś... naturalnie.
I było to tak odmienne od gryfońskiej taktyki „nie oddychaj zbyt mocno na Harry`ego bo się może załamać”.
Malfoy nie przestał narzekać, dopóki nie znaleźli się bezpiecznie w zamku.
- Już jest ciepło – roześmiał się Harry. – Przestań lamentować.
- Nie lamentowałem, niemal umarłem z hipotermii – zrzędził Malfoy. - Ja... hm...
Malfoy wpatrywał się w coś i Harry podążył za jego wzrokiem.
Zbliżali się do nich Ron i Hermiona.
- Harry, szukaliśmy cię wszę... – zawołał Ron i nagle zamilkł.
Oczy Malfoya błyszczały w cieniu, który padał na jego zadumaną twarz.
- No to do zobaczenia jutro – wymruczał. – W tym samym miejscu, o tej samej porze.
Odwrócił się i odszedł, zanim Harry miał szanse odpowiedzieć.
Harry zdał sobie sprawę, że tak czy inaczej, nie było to pytanie. Brzmiało raczej jak rozkaz.
Ten chłopak był nieznośny. Ale możliwe, że zdradliwa podświadomość Harry`ego i tym razem miała tu coś do powiedzenia.
Potrząsnął głową, roześmiał się trochę ponuro i ruszył na spotkanie przyjaciół.
- Harry... czy to był Malfoy? – zapytał zdumiony Ron.
- Eeee... – odparł Harry.

* Golec uOrkiestra „Świat się zmienia”
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:24

Rozdział trzeci
Pod Trzema Miotłami


Opowiadaj mi, opowiadaj mi o sobie,
opowiedz mi, o czym chcesz

Niech słowa znów ożywią to, co miało już nie żyć,
ja nie chcę być już sam


Harry powiedział Ronowi i Hermionie, że owszem, to był Malfoy, i wyjaśnił, że chciał z nim porozmawiać o tym, co zdarzyło się podczas turnieju.
Nie powiedział im jednak nic więcej.
Nie chciał ich okłamywać. Nie wstydził się niczego, ale czuł się tak, jakby to co wydarzyło się nad jeziorem było zbyt kruche, by o tym opowiadać. Jak na razie wszystko ułożyło się nadspodziewanie dobrze, ale jeśli wmieszać w to Rona – Powód, Dla Którego Rudowłosi Zyskali Złą Sławę, Malfoy stałby się jedynie niewielkim punktem na horyzoncie. Punktem wskazującym na Harry`ego i Rona i krzyczącym: „Profesorze Snape, oni próbowali mnie zabić!”.
A Harry nie chciał do tego dopuścić. Był zdumiony, jak bardzo tego nie chciał.
Nie dlatego, że Malfoy zrobił się nagle miły. Słodka, grzeczna wersja Draco Malfoya spowodowałaby, że Harry pędem pognałby do Dumbledore`a i zaczął bełkotać o szpiegach w Hogwarcie i eliksirze wielosokowym. Malfoy nadal był paskudnym, zepsutym, rozwydrzonym sobą, może trochę mniej wrogim, ale niezmiennie posiadającym doprowadzoną do perfekcji umiejętność ubliżania ludziom.
Jak zwykle... Czyli dokładnie tak, jak być powinno.
Z jakiejś przyczyny Harry był z tego bardzo zadowolony.
Harry miał jeszcze jeden powód, aby nie mówić przyjaciołom o wieczornym spotkaniu. Sam za bardzo tego nie rozumiał, ale był zazdrosny – sprawę Malfoya chciał zachować dla siebie.
Tak dawno nie miał niczego naprawdę swojego; czegoś, o czym nie wiedziałyby media, albo Ron i Hermiona, którzy przecież, odkąd byli ze sobą, mieli swoje własne małe tajemnice.
Zresztą, miał przeczucie, że czuliby się bardzo dotknięci, gdyby się dowiedzieli, że coś przed nimi zataja.
Nie powiedział im. Po prostu.
Następnego dnia, gdy podczas śniadania zobaczył jak Zabini, pomagając Malfoyowi usiąść obok siebie, złapał go za łokieć, Harry’ego nawiedziło podobne uczucie zazdrości.
Co ty sobie myślisz Zabini? Nie musisz być taki łapczywy.
Harry Potter, Chłopiec, Który Zwariował.
- Bardzo się cieszę, Harry, że ostatnio nie jesteś już taki przygnębiony – odezwała się Hermiona.
- Przygnębiony? – zapytał nieobecnym tonem Harry, kiedy Malfoy zajął miejsce obok Zabiniego. – Dlaczego miałbym być przygnębiony?
Voldemort. Wojna. Cedric. Wszechogarniający go smutek. Poczucie winy.
Aaa... To.
Zapomniałem, pomyślał zdumiony Harry. Zupełnie o tym zapomniałem!
Hermiona rozpromieniła się.
- Masz rację, Harry. Nie ma powodu.
Nie powinienem zapomnieć. Ale zapomniałem i... to takie wspaniałe uczucie.
- Chodźmy. Mamy teraz obronę przed czarną magią – powiedział Ron. – Ciekawe kto będzie prowadził zajęcia, Lupin, czy Syriusz?
Harry wstał, podnosząc ciężką torbę Hermiony.
Gdy wychodzili z wielkiej Sali, rzucił okiem na Malfoya i Zabiniego, którzy prowadzili bardzo ożywioną dyskusję. Zauważył, że usta Malfoya układają się w słowa „magia kreatywna” i uśmiechnął się pod nosem, widząc jak wspaniale Zabini udaje zainteresowanie.
Gdy mijał stół Slytherinu, jakiś impuls kazał mu zatrzymać się na moment.
- Cześć, Malfoy – powiedział.
Pansy Parkinson, Crabbe, Goyle i Zabini wbili w niego wzrok, a ich oczy mówiły „Giń-Potter-Giń!”.
Malfoy, spokojnie, jakby nie był otoczony żądnymi krwi wilkami w ludzkiej skórze, sięgnął po tosta i odpowiedział:
- Dzień dobry, Potter.
Harry poczuł niepojętą satysfakcję, gdy usłyszał te trzy słowa, które spowodowały, że Ślizgoni oraz Ron zakrztusili się ze zdumienia.
Oczywiście, po tym incydencie musiał całą sprawę wyjaśnić nieco obszerniej, bo Ron był bliski ogłoszenia, że Voldemort „wielosokował” się w Harry`ego i trzeba go natychmiast zabić.
- Zdecydowałem, że będę trochę bardziej uprzejmy – powiedział w drodze na obronę przed czarną magią. – Chcę się dowiedzieć, o co chodziło z tym jeziorem.
- Cóż, tak, rozumiem cię, Harry – zgodziła się Hermiona, zdeklarowana poszukiwaczka wiedzy. – Ale naprawdę, Malfoy...
Ron prawie się opluł.
- A ja nie rozumiem! To na pewno był jakiś ślizgoński spisek! Jesteś zbyt łatwowierny, Harry. Ślizgoni nie są tacy jak my. To bestie, mówię ci, szalone, okrutne...
Przerwał, żeby przywitać się z profesorem Lupinem.
- Witam profesorze. Zastanawiałem się właśnie kto dziś będzie prowadził zajęcia. Czy nie zbliża się... – Obrazowo przedstawił wycie do księżyca.
- Proszę, zajmijcie swoje miejsca – odparł Lupin z pobłażliwym uśmiechem.
- Tak – podsumował Ron. – Na czym to ja skończyłem?
- Mówiłeś, że Ślizgoni to szalone, okrutne bestie – podpowiedział mu Harry. – Ale potem przerwał ci wilkołak.

*

Harry nie mógł uwierzyć, że ciągle spogląda na zegarek.
Minuty wlokły się niemiłosiernie. A Malfoy nie pojawił się na lunchu.
Jeśli opuszcza się ciągle posiłki, można wpaść w chorobę- pomyślał.
- Czym się tak martwisz, Harry?
- Wcale się nie martwię – oburzył się. Hermiona wzruszyła ramionami i ugryzła jabłko.
Może Malfoy jest chory. Wyglądał bardzo blado.
Pani Pomfrey powinna się baczniej temu przyjrzeć. Powinna zaordynować witaminy. Te lochy są prawdopodobnie bardzo niezdrowe dla delikatnych osób.
Harry myślał o tym przez kilka godzin i był raczej zaskoczony, gdy Malfoy pojawił się nad jeziorem. Chłopak wdrapał się na pagórek, spóźniony o całe dwadzieścia minut, ale wyglądał jak okaz zdrowia.
- Chodź, Potter – powiedział po prostu, odwrócił się i zaczął iść z powrotem.
Harry, oburzony, poderwał się, żeby go dogonić.
- Hej, Malfoy. Spóźniłeś się. Gdzie twoje maniery?
- Mnie one nie dotyczą – odparł Malfoy, wyraźnie znudzony. – Chodź.
- Gdzie idziemy? – zapytał Harry podejrzliwie.
- Nie mam zamiaru zaziębić się tu na śmierć – poinformował go Malfoy. – Poza tym, zauważyłem wczoraj, że masz problemy z płynnym i składnym mówieniem. Dlatego idziemy do pubu.
- Pubu? I to ma sprawić, że zacznę się składnie wyrażać?
- Och, tak. Alkohol nadaje wszystkiemu to cudownie złudne wrażenie sensu – zapewnił Harry’ego Malfoy.
- Nawet jeśli czuję się trochę spięty, gdy jestem w twoim towarzystwie... Gdzie idziesz?
- Do szkoły – oświadczył Malfoy. – Jest takie sekretne przejście, które prowadzi wprost do Hogsmeade, otwiera się za pomnikiem...
- Jednookiej wiedźmy – dokończył wolno Harry. – Skąd wiesz?
- Znalazłem je cztery lata temu – odpowiedział Malfoy, zadowolony z siebie. – Weasley nie mówił sam do siebie w drodze do Hogsmeade. Nie jest zbyt sprytny, ten twój chłoptaś. Więc uznałem, że pewnie chodzisz do Hogsmeade jakimś skrótem, przez szkołę, w swojej pelerynie niewidce... i znalazłem go.
Więc z nim jest podobnie, pomyślał Harry. Stara się wprawić mnie w zakłopotanie. A skoro chce, żebym jakoś zareagował, widocznie dla niego też to coś znaczy.
- Wiesz o mojej pelerynie? – zapytał.
- Nie Potter – prychnął Malfoy. – Tak naprawdę myślałem, że mam halucynacje. Oczywiście, że wiem i następnym razem, jak będziemy iść do pubu, weźmiemy ją ze sobą.
- Następnym razem...? Nie zgodziłem się iść z tobą nawet tym razem!
Harry podążał za Malfoyem, czując się coraz bardziej jak piesek wyprowadzany na spacer. Malfoy nie odezwał się więcej, dopóki nie znaleźli się w korytarzu prowadzącym do pomnika.
- Nie sądzę, żebyś do końca zrozumiał całą tę sytuację, Potter. – Obejrzał się przez ramię.
Harry poczuł nagle silne uderzenie w piersiach, jakby ktoś mocno wyrżnął go w żebra.
- C... co masz na myśli?
- Nie idziesz ze mną jako mój współtowarzysz, wiesz... – Uśmiech Malfoya był lodowaty jak podmuch mroźnego wiatru. – Jestem w stanie doprowadzić cię do sklepu, nawet jeśli nie będziesz współpracował.
Harry powoli zaczęło ogarniać oburzenie.
- Chcesz powiedzieć, że jeśli nie pójdę się z tobą napić, to...
- Dokładnie – Malfoy wyszczerzył zęby.
Harry zamierzał właśnie powiedzieć Malfoyowi, gdzie może wsadzić sobie taką „przyjaźń” i dodatkowo zasugerować, żeby popchnął ją sobie różdżką i miotłą, gdy nagle zdarzyło się coś zupełnie niespodziewanego.
Malfoy zauważył, że Harry jest wściekły i uśmiechnął się.
Urok nie był słowem, które przychodziło Harry`emu do głowy, gdy myślał o Draco Malfoyu. A jednak...
Harry poczuł nieodpartą potrzebę, żeby zamrugać.
Większość gestów Malfoya była dokładnie wystudiowana. Uśmiechanie się było najwyraźniej szczególnie dopracowaną sztuką.
Odznaczało się wyjątkowo wyrafinowanym artyzmem. Światło powoli rozjaśniało tę bladą, chłodną twarz, aż w końcu jego oczy zabłysły jak lód w słońcu.
Stał w pustym korytarzu z tym kunsztownym, wirtuozowskim uśmiechem na twarzy, dopóki Harry naprawdę nie był zmuszony zamrugać.
Kiedy otworzył oczy, uśmiech zbladł, a Harry był tym niemal rozczarowany.
- Chodź Potter. Odłożyłem na później odrabianie zadania z magii kreatywnej, żeby się z tobą napić.
- Och, czuję się zaszczycony – powiedział Harry, bardziej słabo niż sarkastycznie.
- I powinieneś.
Malfoy odwrócił się i poszedł przodem, jakby był absolutnie przekonany, że Harry za nim podąży. Nie raczył nawet tego sprawdzić.
- Poza tym będziesz mi mógł wyjawić swoje szokujące sekrety – dodał z satysfakcją. Wyglądał na urażonego sceptycznym spojrzeniem Harry`ego. – Co? Przecież wyjawię ci moje!
- Tak – wycedził Harry. – Tyle, że Ślizgoni uwielbiają opowiadać o swoich brudnych sprawkach. Nie jestem pewien, czy to uczciwa wymiana.
Malfoy obrzucił go raczej zdumionym wzrokiem, a potem roześmiał się i wzruszył ramionami.
Echo tego śmiechu rozbrzmiewało jeszcze, gdy wślizgiwali się w przejście obok pomnika.

*

- Malfoy! To intymne pytanie!
- Wcale nie! Więc jak?
- Malfoy, potrafisz być takim strasznym draniem.
Harry zmrużył oczy. Światła w Trzech Miotłach wydawały się być jaśniejsze niż kiedykolwiek.
Zaraz, to ostatnie słowo nie brzmiało tak, jak powinno...
- Potter, jesteś kompletnie pijany – stwierdził rozbawiony Malfoy.
Harry skupił wzrok na twarzy Malfoya. Z początku widział tylko złocistą plamę - światło lamp mieszało się ze srebrzystym blaskiem włosów i oczu - ale chwilę później rozmazane linie nabrały kształtu.
- Nie jestem - odparł Harry bardzo wyraźnie. Zorientował się, że ma trochę problemów z poprawnym wypowiadaniem słów.
- Wypiłeś tylko trzy szklanki miodu. Jesteś cienkim zawodnikiem, Potter.
Malfoy wypił co najmniej pięć i był tylko trochę odprężony.
Trzeba się uważniej przyjrzeć tym Ślizgonom.
- Odpowiedz, Potter – zażądał władczo rozpieszczony dzieciak, siedzący naprzeciwko. – Taki unik jest niegodny mężczyzny.
- Och... już dobrze... Dwa.
Malfoy zakrztusił się miodem.
- Ach, Potter, ależ z ciebie Lockhart.
- Zamknij się Malfoy.
- Zaraz, zaraz. To były niewinne cmoknięcia w policzek? Czy z języczkiem?
- Malfoy, nie możesz zadawać takich pytań... Nie za pierwszym razem.
Malfoy osłabł ze śmiechu.
- To kto był tą pechową bidulką?
- Cho Chang – przyznał Harry niechętnie. – Na piątym roku.
Bardzo dokładnie pamiętał ten moment. Cho Chang wzięła go na stronę i powiedziała mu, że nie może dłużej znieść wspomnień, i że przenosi się, aby kontynuować naukę w Beauxbatons. Gdy ponuro spoglądał w jej śliczną twarz, dodała, że za nic nie obwinia Harry`ego, a potem pocałowała go w usta.
Tak bardzo czekał na ten moment, a kiedy już nadszedł...
Poczuł na jej ustach smak współczucia, jego ust dotykała litość. Pocałunek Cho Chang wyrażał to samo, co każdy dotyk, każde słowo ofiarowane mu tamtego roku.
Odsunęła się, a on jeszcze raz spojrzał w twarz, o której marzył tak długo i nagle zapragnął, żeby już nigdy więcej jej nie oglądać.
Draco Malfoy gwizdnął.
- Chang? Nieźle, Potter... czekaj, a te plotki o Ginny Weasley, to prawda?
- Tak – odparł z rezygnacją.
Kilka pocałunków z Ginny. Nadal czuł się winny, że wykorzystał młodszą siostrę Rona, aby odpędzić jakoś samotność. Tak bardzo starał się jej pragnąć, pragnąć czegokolwiek - wtedy, na szóstym roku.
Nie udało się. Myślał o Ginny, jakby była jego młodszą siostrą.
Nagle przypomniał sobie jakie stosunki panują pomiędzy Weasleyami i Malfoyami.
- Masz zamiar powiedzieć coś o Weasleyach? – zapytał ostro.
Malfoy był zaskoczony.
- Nie. Zawsze miałem słabość do rudych. Twój Weasley jest oczywiście znakomitym wyjątkiem.
- Och? – zainteresował się Harry. – Teraz twoja kolej Malfoy. Ile?
- Eeee... – Malfoy zamrugał. – Poczekaj chwilę.
Zaczął zapamiętale liczyć coś na swojej serwetce.
No naprawdę, Snape powinien zwracać nieco większą uwagę na to, jak prowadzą się jego podopieczni.
- No dobrze, więc z kim ten pierwszy.
- Ach – Malfoy gestem zamówił następną kolejkę. – Pansy Parkinson, na trzecim roku. Pamiętasz, wtedy kiedy moje młode życie prawie zakończyło się w szponach tego hipogryfa? Przyszła potem do skrzydła szpitalnego i prawie się na mnie położyła. Praktycznie rzecz biorąc, byłem w szoku.
- Chyba nie aż tak bardzo – uśmiechnął się Harry. – Byłeś z nią na Balu Bożonarodzeniowym, na czwartym roku.
- No cóż – Malfoy wzruszył ramionami. – Zaprosiła mnie.
Trudno było powstrzymać się, by nie podziwiać jego gładkich policzków.
- Co się tak gapisz? – Malfoy spojrzał na Harry`ego i uniósł brew. – Malfoyowie zawsze czekają na zaproszenie. O, tu masz liczbę.
Podał Harry`emu serwetkę.
Dobry Merlinie!
- Czy jest w ogóle tyle osób w całej szkole?
Malfoy uśmiechnął się rozpustnie.
- Jeśli policzysz z kadrą.
- Eeeeee...
Na widok miny Harry`ego, Malfoy wybuchnął śmiechem. W ogóle Malfoy śmiał się dużo tego wieczoru.
Oczywiście, pewnie jest nieźle wstawiony.
- Poza szkołą też istnieje życie, Potter – dodał, kiedy się uspokoił.
Madam Rosmerta podeszła do ich stolika i spojrzała na nich z błyskiem w oku.
- Na pewno nie macie już dość, chłopcy?
- Rosmerto – Malfoy popatrzył na nią, przerażony. – Przecież mnie znasz! Noc jest młoda i ja także. Zamierzamy upić się znacznie bardziej, zanim pójdziemy do domu.
Harry pomyślał, że jeśli upije się jeszcze bardziej, w ogóle nie będzie w stanie nigdzie iść.
- Jesteś okropny, Draco – westchnęła Rosmerta, stawiając przed nimi dwie kolejne szklanki. – I usiłujesz zdeprawować biednego, niewinnego Harry`ego Pottera. Przerażasz mnie.
- Uwielbiasz to! – zawołał za nią Malfoy. Odwrócił się do Harry`ego i uśmiechnął się figlarnie. – Miła kobieta. Kiedy na trzecim roku nie chciała mnie obsługiwać, starałem się z nią flirtować. Powiedziała, że jestem najmłodszym, który tego kiedykolwiek próbował.
- Malfoy, jesteś pewien, że nie jesteś alkoholikiem?
- To nie ja tu jestem niepełnoletni – poinformował go Malfoy wyniośle. – W styczniu skończyłem osiemnaście lat. **
- Nie miałeś osiemnastu lat na Balu Bożonarodzeniowym – wymamrotał Harry.
- Podobnie jak ty. I nie sprzeczaj się ze starszymi od siebie. Hmmm... Tak, miałem ci zadać następne pytanie, ale skoro całowałeś się tylko z dwiema dziewczynami, można uznać, że znam już na nie odpowiedź.
- Co...? Och! – Ku swemu zmieszaniu, Harry zaczerwienił się okropnie. – Malfoy!
Malfoy roześmiał się i oparł o ścianę.
- Biedny cnotliwy Potterek...
- Zamknij się! Ile niezliczonych tysięcy ty zaliczyłeś?
Kąciki ust Malfoya uniosły się lekko.
- Niezliczonych tysięcy? Jesteś w błędzie myśląc, że wszyscy Ślizgoni to zdemoralizowani grzesznicy. To tylko... hm... osiemdziesiąt dziewięć procent prawdy.
- Ile, Malfoy? – ku własnemu zdumieniu, Harry naprawdę był ciekawy.
Malfoy zastanowił się.
- Podaj mi moją serwetkę.
Harry roześmiał się, potrząsnął głową i wypił następną porcję miodu.
Malfoy z uznaniem kiwnął głową.
- Wiedziałem, że tak naprawdę nie jesteś niewinny – podsumował. – W istocie omijasz wszelkie szkolne zasady wielkim kołem, a wszyscy zachowują się tak, jakbyś był aniołem.
Harry uniósł brwi.
- A ty co o tym sądzisz?
- Myślę, że aniołowie nie upijają się na szkolnym balu. Wiem także, że miewasz wyjątkowo diabelskie pragnienia, żeby rozkwasić mi twarz. Nie... masz w sobie paskudną bestię. – Spokojny, analityczny wyraz twarzy Malfoya przerodził się w drwiący uśmiech. – Dlatego zdecydowałem się dać ci szansę.
- Jestem porażony twoją wiarą we mnie – wycedził Harry.
To było coś nowego. Nikt nigdy nie spodziewał się po Harrym złego zachowania.
- Postaram się wymyślić jakiś odpowiednio zły uczynek.
Malfoy lekceważąco machnął ręką.
- Nie bądź śmieszny, jesteś nowicjuszem. Bądź rozsądny. Po prostu bierz przykład ze mnie.
Harry zaczął podejrzewać, że Malfoy jest jednak pijany. Jego oczy błyszczały jasno i dziko, a platynowe włosy były nieco rozwichrzone.
Harry kontrolował jeszcze tylko niektóre funkcje motoryczne, upijał się z Malfoyem, którego zdrowy rozsądek najwyraźniej tłumiły opary alkoholu.
To było interesujące.
- Wiem! – oznajmił Malfoy. – Powinniśmy zaśpiewać karaoke.
Harry spojrzał w zachwyconą twarz towarzysza.
- Jesteś szalony...
- Więc będzie jeszcze zabawniej – zapewnił go Malfoy. Zerwał się na równe nogi z gracją, jakiej Harry nie byłby wstanie z siebie wykrzesać nawet na trzeźwo i zaczął ściągać Harry`ego z krzesła.
I właśnie wtedy pojawił się Hagrid. Malfoy zniknął pod stołem.
Harry, zdezorientowany, patrzył gdzieś w okolice swoich kolan, a Hagrid już go zauważył i ruszył w jego stronę.
- Och, nie... – pisnął Malfoy.
Harry resztką sił starał się powstrzymać od śmiechu..
- Cześć Harry! – przywitał go Hagrid w ten sam serdeczny sposób, w jaki robili to wszyscy Gryfoni.
Jego czarne oczy zlustrowały chwiejącego się Harry`ego, a potem stół, na którym znajdowały się dwie szklanki.
- Wpadłem ino na parę głębszych – kontynuował. – Olimpia nie bardzo lubi jak to robię, więc będę się musiał pospieszyć... Eeeee, Harry... – zniżył głos do konspiracyjnego szeptu. – Czy ja ci nie przeszkadzam?
Harry przez chwilę gapił się na niego bezmyślnie. W końcu z oszołomienia wyrwało go dobiegające spod stołu, bardzo, bardzo łagodne przekleństwo.
Harry zaczął nagle kaszleć.
Niestety, Hagrid pomyślał, że to wynik zakłopotania.
- Ach... wybacz Harry... Jest w toalecie, tak?
- Um – powiedział Harry.
Hagrid szturchnął go po przyjacielsku w ramię, a Harry o mało co nie spadł z krzesła.
- Bardzo się cieszę, Harry. Najwyższy czas, żebyś zaczął się trochę zabawiać.
- Tak jakbyś ty coś o tym wiedział – rozległ się głos w okolicach kolan Harry’ego.
Harry oparł się pokusie histerycznego roześmiania się i kopnięcia Malfoya.
- W takim razie idę – zahuczał Hagrid. – Nie chcę cię kłopotać. Wypiję tylko jednego i pójdę do domu. Ale powiedz mi coś, Harry... – znowu go klepnął. – Ładna jest?
- Eeee... – odparł Harry.
- Obłędnie – odezwał się ten cholerny głos pod stołem.
Hagrid powoli oddalił się w kierunku baru. Jak tylko zniknął z pola widzenia, spod stołu wynurzył się rozczochrany Malfoy. Chwycił Harry`ego i wywlókł go z pubu.
Nocne powietrze trochę otrzeźwiło Harry`ego, ale i tak musiał się bardzo starać, żeby stać prosto.
Malfoy nie wyglądał na pijanego, tyle, że wydawał się bardzo rozluźniony, a na jego zazwyczaj bladym obliczu kwitł jaskrawy rumieniec.
- Wiejemy!
Harry zamrugał.
- O co chodzi?
- Och, strasznie się go boję – wyznał Malfoy z rozbrajającą szczerością. – Zawsze się go bałem. Szczuje na nas dzikie bestie i każe czytać krwiożercze podręczniki. Poza tym jest wielki i przerażający.
Harry był zdumiony. Malfoy, zawsze tak despotyczny w stosunku do Hagrida, boi się? Z tego, co zaobserwował, Harry sądziłby raczej, że to Malfoy usiłuje zastraszyć Hagrida.
Harry nie mógł tego zrozumieć. Jaki człowiek zachowuje się w ten sposób w stosunku do kogoś, kto budzi w nim lęk?
Malfoy zastanowił się przez chwilę.
- O rany, nie sądzę żebym kiedykolwiek przyznał się do czegoś takiego na trzeźwo. – Wzruszył ramionami. Ten gest wydał się zamroczonemu Harry`emu nienaturalnie płynny i powolny. – No cóż, przypuszczam, że w takich sytuacjach zawsze istnieje ryzyko chlapnięcia czegoś kompromitującego.
Harry był trochę urażony.
- Nie szukam słabych punktów, żeby cię zaatakować, Malfoy.
Malfoy przekrzywił głowę, a padające na jego włosy światło ulicznej latarni wydobyło z nich srebrne refleksy.
- Robisz to, gdy gramy w quidditcha – zauważył. – Co czyni z ciebie świetnego gracza.
- To co innego. Życie to nie gra.
Malfoy znowu uśmiechnął się w ten denerwujący sposób.
- Naprawdę?
Ale Harry nie odpowiedział, zbyt zajęty staraniami, aby nie upaść.
- Uważaj Potter. Miejsca leżące, w rynsztoku, są zarezerwowane dla prawdziwych alkoholików. Trzeba sobie na nie zasłużyć.
- Wyciągnąłbyś mnie, gdybym stoczył się do rynsztoka? – zaciekawił się Harry, który zaczynał wątpić, czy jest zdolny stać prosto.
- Za kogo ty mnie masz! Zaszczyciłbym cię pogardliwym uśmiechem.
Och, wspaniale.
Nie godząc się na taką alternatywę, Harry dzielnie kontynuował chwiejną wędrówkę. Był zaskoczony, gdy zapadła pomiędzy nimi zupełnie niekrępująca cisza.
Przeklęty Malfoy miał rację, co do alkoholu. Cholerny zdemoralizowany Ślizgon.
- Więc, zabrałeś mnie na drinka – odezwał się Harry. – Co będzie jutro? Burdel?
Każdy inny byłby zdruzgotany, słysząc jak Harry mówi coś takiego.
Malfoy roześmiał się.
- No wiesz!? – zganił Harry`ego. – Musimy coś sobie zostawić na czwartek.
Zbliżali się do szkoły. Harry bardzo starał się iść prosto. Malfoy po drodze obracał się wokół wszystkich latarni.
Rozeszli się na korytarzu. Harry zastanawiał się, co powinien powiedzieć.
W końcu zdecydował się na:
- Jutro, o tej samej porze?

*

Następnego dnia Harry obudził się z dziwnym wrażeniem, że to wszystko było snem.
Upijał się z Malfoyem? To zbyt nieprawdopodobne.
Kiedy próbował usiąść, poczuł się tak, jakby w głowę uderzył go tłuczek.
Och, więc to prawda?
Bardzo, bardzo ostrożnie podniósł się z łóżka.
- Harry! Gdzie byłeś? Strasznie się denerwowaliśmy! – krzyknął mu do ucha Ron.
- Proszę... mógłbyś nie mówić tak głośno? – jęknął Harry.
- Wyglądasz jak zombie – pocieszył go Ron ze szczerością, z której był znany i uwielbiany w każdym kręgu piekła.
- Bo czuję się jak zombie. Cierpię na asynergię.
Sarkazm Harry`ego wynikał z rozgoryczenia faktem, że guziki piżamy zdawały się być przyklejone do dziurek.
- Harry, ty wyglądasz jakbyś... wyglądasz jakbyś pił przez całą noc.
- Nie całą.
Piegi prawie wyskoczyły z twarzy pobladłego Rona.
- Co?! Gdzie byłeś, z kim byłeś... o nie, Harry, powiedz, że to nie był Malfoy!
- No właściwie, tak jakby Malfoy – przyznał Harry.
Ron ciężko oddychał przez nos. Purpura policzków tworzyła okropny kontrast z kolorem jego włosów.
Chwycił Harry`ego za ramię.
- Zaczekaj, muszę się ubrać... – zaprotestował Harry, zaplątany w szatę. Ron czekał, najwyraźniej bliski utraty cierpliwości.
- Gdzie idziemy? – dopytywał się Harry podążając za Ronem. Czuł się naprawdę bardzo słabo.
- Do Hermiony – odparł Ron. – Jest znacznie lepsza w wygłaszaniu potępiających przemówień niż ja.
- Wiesz Ron, ale to naprawdę nie...
Ron obrócił się, kierując w jego stronę oskarżycielsko palec.
- Nie odzywaj się, dopóki nie znajdziemy Hermiony!

*

- ...nie mogę uwierzyć, że jesteś taki nieodpowiedzialny, Harry, w tygodniu! W takim stanie nie będziesz mógł skupić się na lekcjach! Powiedz przynajmniej, że odrobiłeś zadania, Harry...
- A kogo obchodzą głupie zadania! – zawył Ron. – Co z Malfoyem?
To trwało już jakiś czas. Na początku Wielka Sala była pusta, ale teraz kilku Gryfonów bezczelnie przysłuchiwało się całej rozmowie.
Harry osunął się na krześle tak, że jego oczy znalazły się na poziomie talerza.
- A tak, Malfoy – powiedziała Hermiona z dezaprobatą. – Czy on odrobił lekcje?
Ron wydał dźwięk jak czajnik na chwilę przed wybuchem.
Hermiona westchnęła.
- Harry, wiem, że jesteś ciekawy dlaczego zdarzył się ten incydent na turnieju, ale to nie powód, żeby zamiast się uczyć, spędzać czas z takim wrednym typkiem jak Malfoy. Zawsze możemy poszukać czegoś na ten temat w bibliotece. Jakkolwiek, oczywiście, jesteś wolnym człowiekiem i możesz robić co chcesz.
Harry i Ron popatrzyli na nią ze zdumieniem.
- Ron, spójrz na to z innej strony – powiedziała Hermiona rozsądnie. – Jeśli Harry będzie się ciągle kręcił koło tego idioty, w końcu się wścieknie i go zaatakuje. A wtedy ty będziesz miał szanse, żeby wygrać zakład.
Harry nagle wyprostował się, ignorując tępy ból w tyle głowy.
- Zakład? Jaki zakład?!
- No, pamiętasz ostatni mecz Gryffindor kontra Slytherin?
Tym razem, pomimo turnieju, na prośbę wszystkich Domów, Dumbledore nie odwołał szkolnych rozgrywek quidditcha.
- Ty i Malfoy wyglądaliście tak, jakbyście zaraz mieli się pobić – kontynuowała Hermiona, spokojnie smarując tosta dżemem. – Ron zaczął się zakładać, że zwyciężysz. Miał szanse na sporą wygraną, bo wszyscy wiedzą, że Malfoy nie walczy czysto.
Harry prawie się obraził.
- Ron był bardzo rozczarowany – poinformowała go Hermiona pogodnie. – Ale pewnie w końcu do tego dojdzie, prawda? To znaczy, nikt inny nie doprowadza cię do wściekłości. Nie możesz znieść tego chłopaka. Na pewno nie wytrzymasz z nim długo.
Harry musiał przyznać, że ma rację, niemniej jednak czuł, że jest zupełnie inaczej.
- Nikt by nie potrafił – zapewniła Hermiona, poklepując go pocieszająco po ramieniu. – Zawsze powtarzam Lavender, że Malfoy jest nieznośny. Nie oszuka mnie tą swoją powierzchownością ładnego chłopca.
- Ładnego! – wypluł Ron ironicznie.
Harry uśmiechnął się na wspomnienie nieświadomego komplementu Hagrida. Ron był wściekły.
- Chodźcie – powiedziała Hermiona. – Musimy iść na zajęcia.
Wychodzili, kiedy do Sali wszedł Malfoy. Ani jeden odstający włosek nie burzył jego idealnej fryzury i w ogóle wyglądał tak, jakby niewinnie spał przez całą noc.
Ron, który szedł z przodu, wpadł na niego.
- Uważaj! – prychnął Ron, który nie był w nastroju, aby puścić Malfoyowi płazem zniewagę, jaką czynił samym swoim istnieniem.
- Nie musisz się tak okropnie spieszyć, Weasley – zakpił Malfoy. – Nie możesz aż tak dosłownie traktować powiedzenia “czas to pieniądz”.
- Malfoy! – krzyknął Harry.
Hermiona skrzywiła się z niechęcią.
Malfoy minął ich obojętnie.
- Zmieniłem zdanie, jeśli chodzi o ten twój pomysł zaprzyjaźnienia się z Malfoyem, Harry - powiedział Ron, ledwo powstrzymując gniew. – I jeśli chodzi o niego, zmieniłem też zdanie na temat tego, że zabijanie jest złe.
Harry zagryzł wargi.
Był zły, gdy stwierdził jak bardzo zaskoczyło go zachowanie Malfoya. Przecież dokładnie wiedział, jaki on jest. Malfoy zachowywał się tak jak zwykle... i Harry był zirytowany, że pozwolił sobie zapomnieć, jakim jest draniem.

*

Harry był wykończony.
Przez cały dzień stawał w obronie Malfoya, gdy Ron i Hermiona go oskarżali. Wcale nie było to takie proste, bo sam uważał, że zachowania Malfoya nie dało się niczym usprawiedliwić. Chciał także poważnie porozmawiać z Malfoyem na temat Rona.
Pomimo tego, wcale nie zamierzał rezygnować z tej dziwacznej formy... przyjaźni. Wstydził się trochę przed sobą, że cały dzień zastanawiał się, co Malfoy zaplanował na dzisiejszy wieczór. I że tak niecierpliwie oczekiwał tego spotkania.
Wczoraj było... interesująco.
A ostatnio nic nie było interesujące.
Harry z niecierpliwością wypatrywał widoku platynowej czupryny.
Ale Malfoy się nie zjawiał.
W ciągu następnych trzech kwadransów stało się jasne, że Ślizgon nie przyjdzie.
Nad jeziorem było bardzo zimno, ale Harry`ego rozgrzewało uczucie narastającej złości.
Gdy wracał do szkoły, kipiał już z wściekłości.

* Ocean “Godzina 38”
** Autorka zapomniała, że w świecie czarodziejów pełnoletność osiąga się w wieku lat siedemnastu.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:24

Rozdział czwarty
Zrozumieć Kim Jesteś


Zakładasz szary płaszcz
Łatwo wtapiasz się
W upiornie trzeźwy świt
Obmyślasz każdy gest
Na wypadek, by...
Nikt nie odgadł kim naprawdę jesteś
*

Harry zamierzał zdybać Malfoya gdzieś na boku i porządnie nim potrząsnąć, ale jego plany zostały zniweczone przez Ślizgonów, otaczających swojego przywódcę, gdziekolwiek ten się nie ruszył.
Był zadziwiająco popularny, jak na wstrętnego, nieznośnego palanta, który nie przychodzi na umówione spotkania!
Tylko możliwość wygarnięcia mu tego skłoniła Harry`ego do pójścia następnego dnia nad jezioro.
W dodatku czuł się poniżony, że w ogóle musi iść na to spotkanie. A to wywołało w nim jeszcze większą złość.
Jedynie to, że Malfoy już czekał nad jeziorem i podniósł się, aby wyjść mu na przeciw, uśmierzyło trochę jego wściekłość.
- Co cię zatrzymało, Potter? – odezwał się Malfoy.
Nie wyglądał, jakby czuł się choć trochę winny. To przesądziło sprawę.
- Gdzie ty wczoraj, do diabła, byłeś?!
Malfoy uniósł brew, najwyraźniej zdumiony tym pytaniem.
- W swoim pokoju wspólnym. Grałem w karty.
- Dlaczego...? – zapytał ostro Harry i pomimo gniewu zdał sobie sprawę, że... czuje się zraniony.
- Bo koledzy mnie o to prosili, a oni są Ślizgonami – odpowiedział Malfoy, patrząc na niego wyzywająco.
- To co z tego? – rzucił Harry gniewnie.
Malfoy, który widocznie zaplanował całą tę sytuację, był przygotowany na taki atak.
- Oni są ważniejsi – odparł błyskawicznie. – Nie rozumiesz? Cóż, więc właśnie ci wyjaśniłem.
- Wyjaśniłeś... – powtórzył Harry zimno.
Malfoy przybrał obojętną minę, założył do tyłu ręce i zaczął iść w kierunku brzegu.
- Na czym stoisz.
Na brzegu jeziora, w którym mieszka wielka kałamarnica?
- O czym ty mówisz? – prychnął Harry.
- To kwestia lojalności. Jestem lojalny w stosunku do Ślizgonów. Bo tak musi być.
A co to ma wspólnego z nieprzychodzeniem na umówione spotkania?
Harry nie rozumiał dlaczego, zamiast kopnąć Malfoya tak, żeby wpadł do jeziora, zapytał:
- Dlaczego?
Malfoy zatrzymał się i gwałtownie odwrócił w stronę Harry`ego. Wiatr odgarnął mu włosy do tyłu. Bez tej srebrnej oprawy, jego twarz nie wydawała się tak nieprzystępna.
- Czy nigdy nie słyszałeś nic złego na temat Ślizgonów?
- Słyszałem? Sam mówiłem złe rzeczy o Ślizgonach – odpowiedział Harry. – Jesteście draniami, którzy grają nieczysto w quidditcha.
- Oooch, a Gryfoni mają niespodziewany talent do wykręcania kota ogonem. Do cholery, bardzo dobrze wiesz, o czym mówię. Slytherin ma opinię obozu treningowego dla Śmierciożerców.
Harry nie odpowiedział, ale obawiał się, że zdradziła go mina. Bardzo dobrze pamiętał, że każdy czarodziej, czy czarownica, który zszedł na złą drogę, pochodził z domu Slytherina.
Malfoy o wiele lepiej potrafił kontrolować wyraz twarzy. Harry nie widział na niej żadnej emocji, gdy chłopak potwierdził jego przypuszczenia.
- Widzę, że jednak wiesz. Cóż Potter, to wojna, a jak wiesz, podczas wojny bardzo łatwo osądza się kogoś z góry. Za każdym razem, gdy znika kolejna osoba, ludzie odwracają się od Ślizgonów. Ale my nie spełniamy niczyich nadziei. Nie bawimy się grzecznie z innymi dziećmi, bo grzeczna zabawa jest nudna. Jesteśmy Ślizgonami, a to oznacza, że jesteśmy wredni i niegodni zaufania. Ale to nie znaczy, że każdy z nas marzy tylko o tym, by stać się sługą Czarnego Pana.
- Nigdy nie mówiłem nic takiego – powiedział Harry, a w jego pamięci odżyło przykre wspomnienie, jak bezmyślnie powtarzał: „Każdy Ślizgon...”.
- Naprawdę? – zadrwił Malfoy. – Nigdy nie powiedziałeś nic takiego? Nigdy nawet nie słuchałeś takich rzeczy? I podobna myśl nie przemknęła przez twoją cnotliwą gryfońską głowę?
„Śmierdzący Ślizgon.”
„Dlaczego nie wyrzucić wszystkich Ślizgonów ze szkoły?”
Harry milczał.
- Tak myślałem – podsumował Malfoy.
Ta wymiana zdań nie wyglądała tak, jak zaplanował to sobie Harry.
- To nie znaczy, że możesz...
- Zawodzić cię? – Malfoy uśmiechnął się. – Ależ tak. Mogę to robić. Będę to robił. Chcę to robić. Czy teraz wszystko jasne?
- Jak słońce. Wy, Ślizgoni, musicie trzymać się razem, więc będziesz mnie traktował jak śmiecia za każdym razem, kiedy przyjdzie ci na to ochota.
Harry miał nadzieję usłyszeć coś w rodzaju zaprzeczenia. Zamiast tego jednak Malfoy obdarzył go dziwnym uśmiechem i wolno pokiwał głową.
- Cóż... – powiedział Harry. – Nie wygląda to dla mnie zbyt obiecująco.
- Czy ja wiem... – odparł Malfoy. – Ty też nie musisz być dla mnie miły. Nigdy nie przywiązywałem dużej wagi do kurtuazji. Spóźniaj się, bądź nieuprzejmy, w ogóle się nie pojawiaj. Daję ci szansę pobawienia się, dla odmiany, niegrzecznie.
Znowu się uśmiechnął, trochę demonicznie i dużo swobodniej.
- Jeśli ci to nie odpowiada, to spadaj. Wiem, że mam trudny charakter i niełatwo mnie k... – przerwał, żeby coś rozważyć. – Zaprzyjaźnić się ze mną.
Harry zastanowił się.
Nie... nie oczekiwał że ta rozmowa tak się potoczy. Spodziewał się, a raczej miał złe przeczucia, że konwersacja szybko zamieni się w konflikt pomiędzy wściekłym Gryfonem a rozwydrzonym Ślizgonem.
I prawie tak było. Ale... Malfoy miał rację.
Harry wiedział jacy są Ślizgoni. Zawsze trzymali się razem. Stali za sobą murem, wliczając w to również Snape`a.
Właściwie Malfoy... zachował się w porządku, choć w okrutny sposób. Ostrzegał Harry`ego, jasno dawał do zrozumienia, jakie jest jego stanowisko.
Harry nie był pewien, czy chce iść na taki układ. Ale jakby nie było, był Gryfonem. A Gryfoni nigdy nie myśleli o tym, w co się pakują. Poza tym, Harry był zaintrygowany. Gdyby teraz odszedł, prawdopodobnie umarłby z ciekawości.
Uśmiechnął się do Malfoya.
- Jesteś osobą, której polubienie jest niemal niemożliwością. Ale myślę, że jakoś się tego nauczę.
- No, skoro ci to pasuje, to się ruszaj – stwierdził znudzony Malfoy.
- Nie idę znowu do pubu... Umierałem cały wczorajszy dzień.
- Znowu do pubu? – Malfoy wydawał się urażony. – Masz mnie za jakiegoś drania bez polotu?
Zanim Harry zdążył odpowiedzieć, Malfoy pokręcił głową.
- Nie, idziemy na boisko quidditcha.
Harry zawahał się. Zapadał zmrok. Poza tym, nadal czuł się trochę niewyraźnie.
Malfoy spojrzał na niego i uniósł brwi.
- Oczywiście jeśli nie jesteś jeszcze zmęczony kopaniem ci tyłka.

*

- No Potter, pokaż jak to robisz.
Harry popatrzył na niego bezmyślnie. Malfoy spoglądał na niego z wyczekiwaniem, tak jakby był gentelmanem z wyższych sfer na wieczorku poezji, a nie chłopcem siedzącym na boisku quidditcha i wysuwającym dziwaczne żądania.
- Nie bardzo... - zaczął Harry ale Malfoy mu przerwał.
- Tak, zapewne. No dalej, chcę zobaczyć, co potrafisz.
Harry czuł się trochę zagubiony. Malfoy dopiero co radośnie (i, na ile Harry mógł to ocenić, bardzo umiejętnie) włamał się do schowka, wyciągnął stamtąd dwie miotły, rzucił jedną Harry`emu, wybiegł na boisko i kazał mu...
No właśnie, co?
Harry odłożył miotłę na ziemię i usiadł na drugim końcu ławki.
- Malfoy, o co ci do diabła chodzi?
- Przeleć się – odparł Malfoy, spoglądając na Harry`ego i z zakłopotaniem marszcząc czoło. – No wiesz... weź do ręki miotłę i...
Harry był za bardzo zgorszony, żeby zwracać uwagę na to, jak Malfoy wygląda gdy jest zdezorientowany.
- Malfoy, jeśli sugerujesz żebym...!
Brwi Malfoya podskoczyły aż do linii włosów.
- Na wrota Azkabanu, Potter! Wy, Gryfoni, macie chorą wyobraźnię. To pewnie przez to, że nie robicie nic innego, tylko ciągle gracie w szachy. – Przerwał, żeby odgarnąć włosy z czoła. – Szachy mogą każdego przyprawić o kosmate myśli.
- Mam wrażenie, że ty nie potrzebujesz dodatkowych bodźców, jeśli o to chodzi – powiedział Harry ostrożnie. – A teraz, czy mógłbyś mi wytłumaczyć, o czym mówisz?
Ale Malfoy zbyt był zajęty wyśmiewaniem się z niego, aby to zrobić.
Harry czuł, że przyjaźń nie powinna polegać na rosnącym pragnieniu sprania towarzysza.
Kiedy Malfoy przestał się śmiać, nadal kontynuował poprzedni temat.
- Mogę sobie wyobrazić jak Granger i Weasley spędzają te długie zimowe wieczory. ‘Tak, kochanie, właśnie tak, szachmatuj mnie mocno!’. – Harry spochmurniał i na ten widok Malfoy wzruszył ramionami. – Nie masz poczucia humoru. No dalej, Potter, na pewno robiłeś coś takiego w dzieciństwie?
- Raczej nie Malfoy. Wychowali mnie mugole, pamiętasz? Używaliśmy miotły do zamiatania podłogi.
Malfoy uśmiechnął się niedowierzająco.
- Dziwaczne... ale w sumie wolałbym zamiatać podłogę, niż latać na miotłach, jakich niektórzy używają. – Znowu wzruszył ramionami. Obraźliwy gest rozpieszczonego dziecka, który Harry znał już tak dobrze. – W porządku, ale na pewno musiałeś trochę latać. Wiedziałeś przecież o quidditchu.
- Eee... Nie.
Malfoy zwrócił się do niego, czyniąc ręką ruch wyrażający zdumienie.
Harry jeszcze raz zauważył, jak świetnie Malfoy potrafił okazać emocje za pomocą gestów. Bardzo łatwo umiał w ten sposób wyrazić dokładnie to, co chciał powiedzieć. Często także i z tak samo doskonałym skutkiem, stosował tę formę wymowy, przedrzeźniając osoby, które chciał obrazić.
- Ale... kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy się w sklepie z szatami i mówiłem o quidditchu, ty powiedziałeś, że nie grałeś. A potem, na pierwszej lekcji latania... to nie mógł być twój pierwszy raz na miotle...
- Ale był – przerwał mu Harry.
Przez moment na twarzy Malfoya uzewnętrzniły się jego emocje.
- Naprawdę? Przez kilka lat czułem się urażony, bo myślałem, że mnie wtedy oszukałeś. – Zastanowił się przez chwilę. – Potter... czy cokolwiek co powiedziałem do tej pory, można by uznać za zawoalowany komplement?
- Tak sądzę.
- No to udawajmy, że tak nie jest. Nie prawię komplementów. – Malfoy wstał i otarł ręce, które nie mogły być brudne. – No więc, jeśli nie robiłeś tego do tej pory, będę cię musiał nauczyć. – Westchnął z cierpiętniczą miną. – Jesteś okropnym męczyduszą, Potter. No dobra, rób to, co ja i staraj się nie spaść.
Harry podniósł miotłę i zważył ją w ręce, czując, że powraca mu pewność siebie.
- Nie martw się. Nie spadnę. A jeśli będziesz miał szczęście, może nawet ciebie złapię, kiedy będziesz spadał.
- Ja, spadał! Nie wychowałem się wśród mugoli.
- Nie, i nie byłeś też najmłodszym szukającym w tym stuleciu.
Malfoy uniósł brwi, nieco zdumiony.
- Zobaczysz Potter... to nie to samo co quidditch.
Z tymi słowami złapał miotłę i już go nie było.
Harry zapomniał, że Malfoy potrafi poruszać się jak wąż.
Podążył za nim.
Wzleciał bardzo, bardzo wysoko. Podczas quidditcha latanie na takiej wysokości było bez sensu, bo znicz przeważnie pojawiał się tuż przy ziemi i nigdy nie wznosił ponad bramki.
Harry zrobił się trochę nerwowy, gdy zdał sobie sprawę, że widok przesłaniają mu nie tylko opadające mu na oczy włosy, ale także otaczające go chmury.
- Malfoy! – krzyknął. – Jesteśmy straszliwie wysoko!
- Boisz się? – odkrzyknął Malfoy.
- Ani trochę! Ale to szkolne miotły, a Fred i George powiedzieli mi, że niektóre z nich wpadają w turbulencje, jeśli leci się za wysoko!
Jak do tej pory, ilekroć jakieś emocje pojawiały się na twarzy Malfoya, zaraz potem zaczynało robić się bardzo ciekawie.
- A nie powiedzieli przypadkiem, które?
- Malfoy!
Malfoy wzruszył ramionami, uśmiechnął się i obrócił swoją miotłę do góry nogami.
- Malfoy! – Harry szarpnął miotłę kierując ją w dół i przed jego nosem pojawiła się obłąkana twarz Malfoya, który zwisał z miotły głową w dół.
Śmiał się.
- No dalej Potter, spróbuj, tylko mocno się trzymaj!
Harry zawahał się. Nie był tak szalony, żeby zrobić coś takiego.
A może jednak był.
Przekręcił miotłę.
Cały świat zdawał się być nad nim, nieprawdopodobnie daleko nad nim. Przez moment Harry poczuł intensywny zawrót głowy. Tylko mocny uchwyt dłoni na miotle mógł go w tej chwili uratować, był zbyt wysoko...
To było bardzo podniecające.
W końcu Harry przypomniał sobie, że siedzi na miotle. A z miotłą mógł zrobić wszystko.
Malfoy zauważył, że Harry sobie dobrze radzi, a ponieważ był sadystycznym draniem, szybko wymyślił coś innego.
- Nieźle, Potter – stwierdził, skręcając w prawo. – A co powiesz na to?
- Malfoy, przestań! Spadniesz!
Malfoy stał na miotle, a na jego twarzy malował się wyraz wielkiego skupienia.
Nie było szans, żeby Harry spróbował zrobić coś takiego. Malfoyowi mogło się udać, bo także na ziemi jego ruchy były pełne gracji. Harry myślał o sobie raczej jak o kimś w typie Kruma – poruszał się z wdziękiem tylko wtedy, gdy siedział na miotle.
- Za trudne dla ciebie, Potter?
- Nigdy w życiu!
W tym momencie Harry pojął, że gdy nauczyciele zarzucali mu nadmierną brawurę, mieli całkowitą rację.
Nie chcę tego robić pomyślał, wspinając się powoli na kolana. Miotła przechyliła się niebezpiecznie. Nie chcę tego robić. Nie chcę...
Wstał, jednocześnie puszczając stylisko.
Miotła płynęła w powietrzu. Tylko jedno drgnięcie, jeden niewielki ruch i spadnie. Leciał z wyciągniętymi na boki ramionami, żeby choć trochę pomóc sobie w utrzymaniu równowagi. Szaty wirowały wokół niego. Był potwornie przerażony.
- Chyba umieram! – krzyknął.
- I jak się z tym czujesz? – zaśmiał się Malfoy.
- Fantastycznie!

*

- Och, moje włosy – narzekał ponuro Malfoy, gdy jakiś czas później wylądowali na ziemi. – To najgorsza rzecz jeśli chodzi o latanie. Moje włosy...
Bezskutecznie próbował przygładzić kosmyki, otaczające jego twarz na kształt pogiętej aureoli.
Harry podejrzewał, że sam wygląda jak jeż, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Był zziajany i spocony, podobnie jak Malfoy. Ale mógłby dalej latać. Uważał, że poszło mu zupełnie nieźle.
I najwyraźniej Malfoy podzielał jego zdanie. Spojrzał na niego z uznaniem.
- Całkiem nieźle Potter. Pierwszy raz kiedy próbowałem to zrobić, leciałem pięć centymetrów nad ziemią.
Harry gapił się na niego w osłupieniu.
- No co? To chyba zrozumiałe. Przecież to cholernie niebezpieczne, wiesz? Myślisz, że jestem jakimś świrniętym samobójcą? - kontynuował spokojnie Malfoy.
- Właściwie to tak – powiedział Harry zduszonym głosem. – Znajdujesz się pięć centymetrów od osoby, która zaraz zatłucze cię na śmierć za pomocą miotły.
Malfoy nie wydawał się ani trochę przestraszony.
- Jak trochę poćwiczysz, Potter, to w końcu nauczysz się dobrze trzymać stylisko.
- Jak dużo poćwiczysz, Malfoy, to kiedyś w końcu uda ci się mnie pokonać w quidditcha. – Harry przewrócił oczami.
- Nie będę się zniżał do kłótni na tak dziecinne tematy – powiedział wyniośle Malfoy.
- Och, to coś nowego.
- Och, odczep się, Potter. Do jutra. – Malfoy zastanowił się. – Myślę, że będziemy robić coś, co nie zrujnuje mojej fryzury.
- Ślizgoni są tacy próżni – zauważył Harry. – A przecież zupełnie nie mają do tego powodów.
- Idź się uczesać, Potter. Wyglądasz jak jeż – skrzywił się Malfoy.

*

Następnego dnia, Harry wkładał właśnie płaszcz, gdy nagle przyszło mu coś do głowy.
„Daję ci szansę pobawienia się, dla odmiany, niegrzecznie”.
Właściwie nie chodziło tylko o to. Po prostu... Harry nie zamierzał pozwolić Malfoyowi na takie zachowanie.
Nigdy nie pozwalał mu się tak traktować.
Poza tym, chciał sprawdzić, czy Malfoy mówił poważnie.
Powoli odłożył płaszcz. Potem poszedł do pokoju wspólnego.
- Ron, masz ochotę na partyjkę eksplodującego durnia?
Ron zgodził się błyskawicznie. Wyglądał przy tym, jakby był niezmiernie zachwycony tym pomysłem. Harry był przekonany, że gdyby ostatnio nie spędzał tyle czasu, włócząc się z Malfoyem, Ron na pewno nie okazałby takiej radości.
Więc został, ciesząc się przyjemnym ciepłem pokoju wspólnego. Fakt, że mógłby teraz być gdzie indziej i z kimś innym, oraz to, że jego przyjaciele naprawdę chcieli, żeby spędził z nimi trochę czasu, spowodował, że wszystko to wydało mu się jeszcze przyjemniejsze.
Gdy grali w eksplodującego durnia, rozmowa zeszła na quidditcha. Ron bardzo się cieszył, że w końcu nauczył się zwodu Wrońskiego. Ron był najbardziej zaangażowanym i najsłabszym technicznie ścigającym w ich drużynie.
Czytająca przy kominku Hermiona wywróciła oczami, gdy po raz trzeci zaczęli omawiać to samo.
- W mugolskim świecie kobiety narzekają na objawy homoerotyzmu i męską obsesję na punkcie piłki nożnej – stwierdziła. – Powinny spróbować żyć w świecie, gdzie wiedzie prym sport, w którym gra się czterema piłkami, a zawodnicy siedzą na latających symbolach fallicznych.
Ron się zakrztusił.
- Dureń! – Harry wykorzystał moment jego słabości. Stosik kart eksplodował.
Ron przestał kaszleć, ale nadal patrzył na nich z wyrzutem.
- Pomimo, że oszukujesz Harry – powiedział z wymówką w głosie – bardzo się cieszę, że jesteś z nami.
- Tak, oboje się z tego cieszymy – uśmiechnęła się Hermiona znad książki. – Chociaż zupełnie nie wiem dlaczego.
- Nie bądź złośliwa – odparł Harry. – Jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi.
- Mam nadzieję, że o tym nie zapominasz – skarciła go Hermiona. – Nadal nie mogę uwierzyć, że z własnej woli spędzasz czas z Malfoyem. To czysty masochizm.
- Czy ja wiem... – powiedział Harry kładąc następną kartę na stół. – Nie jest wcale taki zły.
- A ja dalej twierdzę, że to jakiś podstęp – zachmurzył się Ron. – Nie potrafiłby się zachowywać nawet w połowie tak przyzwoicie w stosunku do kogoś innego.
Harry przez chwilę myślał nad tym, co powiedział przyjaciel.
- To niezły pomysł.
- Co... Jaki pomysł? – Ron był wyraźnie wystraszony.
- A nic. – Harry wyłożył kartę. – Przy okazji, dureń!
Kiedy dym opadł, uśmiechnął się.
- Teraz ja zaczynam grę.

*

Następnego dnia Harry szedł nad jezioro zdecydowany, że nie będzie czekał więcej niż pięć minut.
Ku jego zdumieniu, Malfoy był pierwszy. Jego długi, czarny płaszcz nie bardzo pasował do dżinsów i zwykłego podkoszulka, ale Malfoy we wszystkim wyglądał idealnie.
- Każesz mi czekać, tak? – odezwał się.
- Przepraszam, że wczoraj nie przyszedłem – powiedział Harry, zdecydowany wykrzesać z niego jakąś reakcję. – Musiałem spędzić trochę czasu z Gryfonami.
Malfoy popatrzył na niego bezmyślnie.
- Och, nie było cię? Nie zauważyłem. Chodź, Potter...
- Nie.
Malfoy pytająco uniósł brwi.
- Ciągle robimy to, co ty chcesz – wyjaśnił Harry. – Teraz moja kolej.
- Lubię robić to, co chcę. - Malfoy wyglądał na rozzłoszczonego.
- Zauważyłem – powiedział Harry sucho. – Chodź, Malfoy.
- Gdzie mam iść?
- Cóż... – Harry zawiesił głos. – Ron powiedział, że nie umiałbyś się nawet w połowie tak przyzwoicie zachowywać...
- Co? – wybuchnął Malfoy. – To bezczelność!
Harry wyrozumiale pokiwał głową.
- Więc pomyślałem, że powinniśmy udowodnić, że się myli.
- Cholerna racja. Jak on śmiał! Jestem Malfoyem, odebrałem staranne wychowanie, mam nieskazitelne maniery... – oburzony Malfoy mamrotał w ten sposób przez całą drogę, gdy Harry prowadził go do celu ich wędrówki.
Kto wie pomyślał Harry. To może pomóc obu stronom, i może... no... to nie tylko sposób na to, żeby udowodnić, że Malfoy potrafi się przyzwoicie zachować. Może mu to dobrze zrobi.
Poza tym, to szansa na świetną zabawę.
- Pokażę mu, temu kompletnemu... – Malfoy rozejrzał się, a jego oczy rozszerzyły się ze strachu. – Potter... Co my tutaj robimy?
- Udowadniamy, że potrafisz się odpowiednio zachowywać – odparł Harry niewinnie.
- Nie tutaj! Absolutnie nie! Puść mnie natychmiast!
Harry chwycił Malfoya za ramię i jednocześnie zapukał do drzwi chaty Hagrida.
Gospodarz prawie natychmiast pojawił się w progu i zamarł, patrząc na Harry`ego, który mocno przytrzymywał dziko szarpiącego się Malfoya.
- Cześć – wydyszał Harry. – Wpadliśmy na herbatkę. Przyprowadziłem ze sobą przyjaciela.
Wepchnął Malfoya do środka.

*

Twarz Malfoya była zupełnie biała w świetle lampy w korytarzu.
- Zabiję cię za to, Potter – wycedził półgębkiem.
- Co jest Malfoy? – szepnął Harry. – Boisz się?
Oczy Malfoya zwęziły się.
- Wcale nie.
- Udowodnij to.
Hagrid nadal patrzył na nich w osłupieniu. Harry zobaczył, jak Malfoy mierzy wzrokiem Hagrida. Zauważył także, że chłopak odruchowo wykrzywia usta w drwiącym uśmiechu.
No, dalej Malfoy...
Malfoy powstrzymał się z wyraźnym wysiłkiem.
- Ładny dom – powiedział z ledwo wyczuwalną nutą pogardy. – Eee... względnie. W porównaniu do chaty.
To był naprawdę ładny dom. Kiedy Beauxbatons zostało zamknięte z powodu zbyt małej liczby uczniów, Madame Maxime chciała mieć prawdziwy dom.
Harry zastanawiał się, czy Malfoy już stara się być miły. Nie wyglądał inaczej niż zwykle.
Hagrid zwrócił się do Harry`ego.
- Co on tu, do diabła, robi?
Harry usiłował zrobić obojętną minę.
Hagrid odchrząknął.
- Eeee... W takim razie właźcie do środka.
- Dzięki – szybko odpowiedział Harry, łapiąc Malfoya za koszulkę i popychając go przodem.
- Nie musisz być brutalny, Potter – wysyczał Malfoy. – Powiedziałem, że Weasley się myli i zamierzam to udowodnić.
Wyrwał się i z godnością wkroczył do salonu, gdzie koło kołyski siedziała Madame Maxime.
Malfoy odgarnął włosy z czoła, a na jego twarzy pojawił się wyraz determinacji, który Harry tak często widywał podczas meczów quidditcha.
Zwykle przybierał taką minę, gdy zamierzał kogoś sfaulować.
Podszedł do Madame Maxime i szarmancko ucałował jej rękę.
Na Merlina! Co on do diabła wyrabia?!
- Tak się cieszę, że tu jestem – powiedział Malfoy patrząc jej głęboko w oczy.
- Czarujący... – Pani domu zarumieniła się.
Harry osłupiał.
- Chcesz zobaczić dzicko? – zapytała wciąż zaróżowiona Madame Maxime.
- Z przyjemnością – odparł Malfoy gładko.
To zaczynało przypominać jakiś szalony festiwal miłości.
Kobieta umieściła dziecko w ramionach Malfoya - było to oznaką wielkiego uznania.
Malfoy niemal się przewrócił. Rzucił Harry`emu spojrzenie, które krzyczało „Pomóż mi!”.
Harry powstrzymując uśmiech podszedł do niego i pomógł mu podtrzymać dziecko.
- Zgadnij ile ma? – powiedziała Madame Maxime patrząc z uwielbieniem na potomka.
- Eee... cztery? – zgadywał Malfoy.
- Och, jaki ti jesteś bistri. Ma dokładni cztiri misiący.
- Miesięcy?! – zdumiał się Malfoy wciąż uginając się pod ciężarem, który trzymał na rękach. – To znaczy... ach, trafiłem idealnie.
- Moia mała dziwczinka - zagruchała Madame Maxime.
- Śliczna maleńka dziewczynka – stwierdził Malfoy uśmiechając się ujmująco.
Hagrid trochę się uspokoił. Oznaczało to, że nadal patrzył na Malfoya jak większość ludzi patrzy na sklątki tylnowybuchowe, ale teraz już jak ta większość, która je najpierw oszałamia zaklęciem.
Hagrid był zwariowany na punkcie swojej córeczki, pomimo, że nie miała ostrych kłów i żadnych dodatkowych głów.
- Usińdźcie, zrobi wam herbity – zaprosiła ich do stołu Madame Maxime.
Malfoy z wdzięcznością oddał jej dziecko. Kiedy zajęli miejsca przy stole, Harry zauważył, że Malfoy ukradkiem usiłuje rozmasować sobie barki.
- Te skalne ciastka wyglądają naprawdę smakowicie Mad... pani Hagrid – stwierdził Harry.
Powinien już o tym pamiętać. W końcu byli małżeństwem już od półtora roku. A przecież nie miał problemów z przyzwyczajeniem się do zdecydowanie lepszej kuchni u Hagrida.
- Mówci do mni Olimpia – zaproponowała słodko. – Obaj.
- Co za piękne imię – powiedział Malfoy.
Mógłbym go zabrać wszędzie!
- Chodź, napij si hirbati Ruby** –zwróciła się do męża madame Maxime.
Malfoy starał się zamaskować uśmiech, podnosząc do ust filiżankę.
Hagrid trochę się zaczerwienił.
- Ruby uwilbia hirbate – ciągnęła kobieta, a jej głos nabrał twardych tonów. – Nigdi ni pije nic innigo.
Hagrid spochmurniał. Malfoy rozpaczliwie usiłował stłumić chichot, zasłaniając twarz filiżanką.
- To pewnie wielka ulga dla ciebie, Olimpio – jego głos był dziwnie zduszony. – Powiedz, kiedy planujesz odwiedzić Francję?
- Nie jistem pewna – odparła. – I bardzo mni to smuci. Francja to taki pinkny kraj.
- Prawda? – zgodził się Malfoy. – Zeszłego lata byłem z matką w Bordeaux.
- Byłeś wi Francji? - rozpromieniła się Madame Maxime.
Malfoy i Madame Maxime zaczęli żywo dyskutować o Francji. Harry posłał Hagridowi bezradny uśmiech. Uradowany Hagrid wykorzystał okazję do bardziej poufnej rozmowy.
- Wczoraj dostałem list od Charliego Weasleya – zaczął. – Norbert jest teraz przywódcą stada. Walczył o to z innym smokiem. I wypruł mu flaki – dodał dumnie.
- Eee... to świetnie, Hagridzie.
Malfoy odwrócił się w ich stronę.
- Ten smok, którego miałeś na pierwszym roku? – zapytał swobodnym tonem. – Był wspaniały.
Harry zamrugał.
- Ty... ty lubisz smoki?
- Och, tak. Ojciec wiele mnie o nich nauczył. Zawsze uwielbiał smoki. Dlatego nazwali mnie Draco. Cóż, i dlatego właśnie wtedy was nie wydałem. Chciałem mu się jeszcze przyjrzeć. To był norweski smok kolczasty, prawda?
Hagrid stopniał jeszcze bardziej.
- Tak.
- To chyba najpiękniejsze ze wszystkich smoków – powiedział Malfoy.
Harry się odprężył. Nie było się w ogóle o co martwić. W końcu Hagrid uwielbiał wredne bestie.

*

- Konieczni niedługo znowu przyjdźcie – zapraszała Madame Maxime, żegnając ich w drzwiach. Jeszcze raz spojrzała na Malfoya z aprobatą.
Hagrid wyglądał jakby nadal miał wątpliwości, za co Harry nie mógł go winić. Odchrząknął jednak i rzekł:
- Tak, wpadnijcie.
Kiedy zamykały się drzwi, dobiegł ich jeszcze głos Olimpii.
- Taki miły chłopiec.
Malfoy spojrzał triumfalnie na drzwi.
- Opowiedz to Weasleyowi – nakazał Harry`emu. – Ha ha. Moje zachowanie było idealne.
- Tak? A wtedy, gdy Hagrid poczęstował nas swoimi ciastkami, a ty powiedziałeś „Chcesz mnie zabić, człowieku?”.
- Chwilowe zapomnienie.
- Ach, tak.
- Nie myśl, że kiedykolwiek wybaczę ci to, co mi zrobiłeś – ciągnął. – Przez to dziecko będę kaleką do końca życia. Jak byś się czuł, gdybym jutro zabrał cię na towarzyską wizytę do Snape`a?
- Nie zrobisz tego, prawda? – przeraził się Harry.
- Oczywiście, że nie. Lubię go. Dlaczego miałbym narażać go na twoje nieznośne towarzystwo? – Malfoy zamyślił się. - Nie, wiem już co będziemy robić jutro.
- Co? – zapytał Harry lękliwie.
Malfoy uśmiechnął się niewinnie.
- Zobaczysz.

*

- Zakazany Las? Chyba oszalałeś. Jesteś kompletnie świrniętym wariatem. Nie wierzę, że to robię.
- Moja kolej, wiec to ja decyduję – odparł Malfoy twardo i spokojnie lustrował las. – A mam dziś ochotę na kontakt z naturą.
- Kontakt z naturą? Malfoy, pamiętasz jak ostatnim razem byliśmy w lesie?
- Tak, ale sądzę, że Czarny Pan ostatnio nie włóczy się po lasach. Jest nieco zajęty, nie zauważyłeś?
- Tam są inne niebezpieczne istoty. A z tego co pamiętam, ostatnio uciekałeś stąd, piszcząc jak dziewczyna.
- Lepiej skamienieć ze strachu? Uważam, że to bardziej sensowne działanie w obliczu niebezpieczeństwa... Myślałem, że biegniesz za mną, ty głupku. I wcale nie piszczałem jak dziewczyna – Malfoy rozglądał się po lesie z miną właściciela. – To był... dodający odwagi, męski okrzyk.
- Na pewno...
Harry uśmiechnął się i podążył za Malfoyem, który wysforował się naprzód. Zaczynał zdawać sobie sprawę, że Ślizgoni mają bardzo dziwne pomysły na to, jak miło spędzać czas.
Nie, żeby Malfoy nie potrafił zorganizować dobrej rozrywki.
Jak dotąd.
- Powinieneś się zastanowić, dlaczego postawili szkołę zaraz przy przeklętym lesie – zauważył Malfoy. – Myślę, że uważali, że potężna dawka śmiertelnego strachu pomaga wyrobić twardy charakter.
Harry pomyślał, że jeśli byłaby to prawda, jego charakter przypominałby stalową górę.
Właściwie to las nie wydawał mu się już tak przerażający jak wtedy, gdy był dzieckiem. Zachodzące słońce prześwitywało przez liście, sprawiając wrażenie, jakby były przeźroczyste. Na idealnie gładkich włosach Malfoya kładły się zielone cienie.
Harry rozluźnił się.
- Nie jest tak źle – stwierdził.
Malfoy był zadowolony.
- Przypuszczam, że mam po prostu złe wspomnienia związane z tym lasem. Te gigantyczne pająki, które próbowały zjeść mnie i Rona... – Harry wzruszył ramionami.
Malfoy nie wyglądał juz na zachwyconego.
Przestał także iść.
- Gigantyczne co?
- Eee... pająki.
- Nie mówisz poważnie?
Malfoy zawsze był blady. Możliwe, że Harry wyobraził sobie tylko, że chłopak zbladł jeszcze bardziej.
- Nie mówisz poważnie – powtórzył Malfoy wpatrując się w niego. – Ty psychopato! Jak mogłeś pozwolić mi tu przyjść?!
- To był twój pomysł.
- Ale to nie ja wiedziałem o krwiożerczych pająkach!
Malfoy odwrócił się i zaczął błyskawicznie iść z powrotem.
Harry starał się powstrzymać śmiech.
- A co z wyrabianiem charakteru?
- Mam wystarczająco silny charakter – prychnął Malfoy. – Poza tym...
Zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Harry usłyszał szelest liści i zobaczył, że oczy Malfoya rozszerzają się z przerażenia.
- Padnij!

* Varius Manx „Pocałuj noc”
**Ruby (ang.) – rubin
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:25

„W czasach, kiedy Voldemort wzrastał w siłę, znikało bez wieści wiele osób”
(Dumbledore, Harry Potter i Czara Ognia)





Rozdział piąty
Młodzieżowa Sekcja Zakonu Feniksa



Z głębi ran
W blasku hord
Idzie czarny król
Abadon
Nad nim krąg siedmiu głów
Sprzęga czarci gniew
W płomień

Czarna postać rozdaje śmierć
Czarne widmo rozpala miecz
Czarne widmo kieruje miecz
W niebo
Śmierć i płacz
Zemsta piekieł dopełnia się*




Hermiona szła ciemnymi korytarzami, obejmując się mocno ramionami. Szukała Harry`ego. Starała się myśleć chłodno i logicznie, ale pod wpływem panicznego lęku jej serce waliło jak młot.
Ostatnio widziano Harry`ego, jak schodził po schodach w towarzystwie Draco Malfoya. Nikt nie wiedział, co stało się z nimi później. To już pięć godzin, a w tym czasie...
Hermiona odruchowo sięgnęła po różdżkę, chociaż wiedziała, że różdżka w niczym jej nie pomoże; tak jak nie pomogła innym. Zagryzła wargi i nakazała sobie spokój.
Ron przeszukiwał lochy, jakkolwiek Hermiona była przekonana, że Ślizgoni nie wpuściliby Harry`ego na swój teren inaczej niż w kawałkach.
Sprawdziła całe czwarte piętro i zamierzała kontynuować poszukiwania na piątym.
Proszę, proszę, żeby tylko nic mu się nie stało. Proszę, proszę, żeby tylko był...
- Wyłaź, Malfoy!
...tutaj.
- Harry! – krzyknęła, podbiegając do Harry’ego i rzuciła mu się na szyję.
Nieco zaskoczony, chłopak odwzajemnił uścisk. Wyglądał okropnie niechlujnie. Miał rozczochrane włosy, smugi błota na twarzy, a jego szaty były w strasznym nieładzie – brudne, potargane i pełne poprzyczepianych gałązek oraz liści. Przy tym wszystkim uśmiechał się radośnie i w ogóle wyglądał na bardzo zadowolonego.
To było... dziwne. Zupełnie niepojęte.
- Harry... co się stało?
- Ach.. Umm... – Harry zamrugał. – Nic takiego. Poszliśmy z Malfoyem do Zakazanego lasu...
- Co zrobiliście? Dlaczego? Dlaczego jest taki... ubłocony?
- No... niewielki wypadek.
Hermiona oparła się pokusie wyrwania sobie z głowy wszystkich włosów.
- Harry, co się stało?
Chłopak znowu się uśmiechnął.
- Ech. Wspomniałem coś o gigantycznych pająkach i ktoś – podniósł trochę głos – słysząc jakiś szelest, stracił panowanie nad sobą i wciągnął mnie do rowu.
Hermiona usłyszała zrzędliwy i bardzo, jak pomyślała, nieprzyjemny głos.
- To mogło być coś niebezpiecznego.
- To był jelonek, Malfoy – powiedział Harry w stronę drzwi, skąd dobiegał głos. – A dokładniej: mały, bezbronny, przerażony, młodziutki jelonek. Wiesz, jestem cały w błocie, a ty już ponad godzinę zajmujesz łazienkę. Wyłaź stamtąd!
Hermiona była zbyt zmęczona, żeby odpowiednio zareagować.
- Harry, dlaczego nie poszedłeś do łazienki Gryfonów? – zapytała słabo.
- Ten palant powiedział, że to potrwa tylko minutę!
- Niedokładnie Potter – z łazienki dobiegł chłodny głos Malfoya. – Powiedziałem, że to zajmie tylko tyle, żeby doprowadzić do porządku moje włosy.
- Siedzisz tam już ponad godzinę! Pewnie zużyłeś już całą lodową pianę.
- Lubię lodową pianę.
- A wiesz, że w szkole jest duch, który siedzi w kranach i podgląda prefektów?
- Co?!
Za drzwiami rozległ się nagły chlupot, tak jakby ktoś szybko zanurzył się w wodzie.
Hermiona poczuła, że nie chce już dłużej przysłuchiwać się tej rozmowie. Poza tym, przerażała ją myśl, że w pobliżu znajduje się nagi Malfoy.
- Wydaje się, że znasz wszystkie zdrożne sekrety w szkole, Potter – zauważył Malfoy z zastanowieniem. – To dość nieprzyzwoite, jak na Gryfona.
- A co Ślizgon ma na myśli mówiąc „nieprzyzwoite”?
Zapadło chwilowe milczenie.
- Czego chce Granger?
Hermiona poczuła, że uchodzi z niej całe dotychczasowe zdenerwowanie. Zniknęło też uczucie ulgi, spowodowane odnalezieniem Harry`ego. Pozostało tylko wspomnienie ponurego powodu, dla którego przyszła go szukać.
- Właśnie Hermiono, dlaczego... – Harry ujrzał jej minę i jego uśmiech zblakł. – Hermiono, co się dzieje?
- Czekajcie, jeśli to coś interesującego, to też chcę posłuchać – oznajmił Malfoy. – Wychodzę... ale jeśli jakiś duch mnie podgląda, to niech liczy się z bardzo poważnymi konsekwencjami swego postępowania.
Hermiona miała zamiar powiedzieć Harry`emu wszystko, natychmiast, obojętne czy ten kretyn w łazience chciał tego czy nie. Jednak ku jej zdumieniu, przyjaciel powstrzymał ją gestem. Nie miała siły na kłótnie.
W tym momencie drzwi otworzyły się i otoczony obłokami pary, niczym król demonów, pojawił się w nich Draco Malfoy.
Idealne porównanie, pomyślała Hermiona.
Po chwili kłęby pary opadły i ich oczom ukazał się widok chłopaka, który energicznie wycierał ręcznikiem włosy.
- No, Granger – ponaglił ją. – O co chodzi?
Hermiona skrzyżowała ręce na piersiach, jakby chciała odgrodzić się od obojętnego wzroku Malfoya i zatroskanego spojrzenia Harry`ego... albo powstrzymać wstrząsające nią dreszcze.
- Justin Finch- Fletchley i Ernie Macmillan zniknęli – powiedziała wolno. - Tak jak inni. Byli w pokoju wspólnym Hufflepuffu, a potem...
Zapadła ciężka cisza.
- Nie zdążyli... uciec? – odezwał się w końcu Harry.
- Nie bądź głupi, Potter – zganił go Malfoy ostro. – Reprezentowali Puchonów w Radzie Młodszych... Zabrali ich...
Hermiona zacisnęła dłonie na ramionach. Próbowała się uspokoić, wyobrażając sobie, że to Ron ją obejmuje, i że jest bezpieczna.
- Poza tym... – przełknęła głośno. – Nad szkołą pojawił się Mroczny Znak.
Znowu zapadło milczenie.
Reagowali krzykiem, dopóki nie stało się oczywiste, że to nie ma sensu.
„Jak on to robi?!”
Tym razem nikt nie zadał głośno tego pytania.
Nadal stali w ciszy, pogrążeni w ponurych myślach. Hermiona nie lubiła Malfoya, ale wiedziała, że teraz wszyscy czują to samo. Każdy z nich nosił w sercu ten sam ciężar, który powiększał się wraz ze zniknięciem kolejnej osoby. Każdy z nich wiedział, że to on może być następną ofiarą.
- Och, nie – powiedział zduszonym głosem Harry, wyraźnie przygnębiony panującą wokół atmosferą beznadziejności.
- Trafne podsumowanie.
Hermiona miała uczucie, jakby oglądała tę scenę z zewnątrz; jakby nie była jedną z trzech potencjalnych ofiar.
Malfoy opierał się o framugę drzwi, a Hermiona i Harry o ścianę. Zupełnie jakby żadne z nich nie było pewne, czy jest w stanie ustać o własnych siłach. To wszystko wydawało się Hermionie takie znajome, cała ta sytuacja nie była nowością.
Tajemnicze zaginięcia stawały się coraz poważniejszym problemem - obaj Puchoni byli reprezentantami swojego domu w Radzie Młodszych.
Staliśmy się celem.
Hermiona resztką sił starała się odzyskać równowagę. W końcu przezwyciężyła ogromne pragnienie osunięcia się i skulenia na podłodze.
- Profesor Lupin zwołał na jutro spotkanie Młodzieżowej Sekcji Zakonu. Po zakończeniu narady, członkowie Rady Młodych zapewne zostaną poproszeni o pozostanie.
Harry ostrożnie przytaknął. Tego się właśnie spodziewał.
Malfoy zadrżał nagle. Hermiona zwróciła na niego oczy. Zauważyła, że Ślizgon nadal był mokry. Koszulka przylepiła mu się do skóry, a wilgotne włosy opadały na twarz. Jednak wyraz jego twarzy mógł sugerować, że chłopak trzęsie się tylko z zimna.
Zwróciła też uwagę, że gdy Harry spojrzał na Malfoya, w jego wypełnionych troską oczach pojawił się dodatkowo niepokój.
Do jasnej cholery! Boi się o Malfoya? Ta przyjaźń zabrnęła zdecydowanie zbyt daleko!
- Wracam do lochów – oznajmił Malfoy stłumionym głosem. Hermiona była zniesmaczona, słysząc w nim nutę władczości, z jaką zwykle zwracał się do kolegów ze swojego domu.
– Będą się martwić – dokończył.
Dziewczyna jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić Ślizgona, martwiącego się o cokolwiek.
- Oczywiście – odparł szybko Harry. Tak, chłopak wyraźnie martwił się o tego Ślizgona. – Uważaj na siebie jak będziesz schodził na dół...
Harry wpatrywał się w szyję Malfoya, po której spływała pojedyncza kropla wody. Hermiona widziała już wcześniej coś takiego – w obliczu tragedii ludzie patrzyli wszędzie, byle nie w oczy innych.
Malfoy zmarszczył brwi.
- Jeśli Czarny Pan wyskoczy zza winkla, żeby mnie zaatakować, zacznę piszczeć jak dziewczyna, a wtedy ty przybiegniesz mi na ratunek. Naprawdę przesadzasz, Potter.
Harry roześmiał się cicho i z ociąganiem ruszył za Hermioną. Dziewczyna była bardzo urażona.
Tyle nerwów tylko dlatego, że Harry wybrał się z Malfoyem na niebezpieczną przechadzkę! A przecież Malfoy nie jest osobą, której można ufać w takich okolicznościach... Jemu w ogóle nie można ufać!
Przecież Harry`emu coś mogło się stać... Nie, to zbyt przerażające, aby o tym myśleć. Tyle osób juz zniknęło!

Proszę, proszę, żeby tylko nie przytrafiło się to Harry`emu.
Ron pocałował ją na przywitanie, a Harry raz jeszcze mocno ją objął.
A przecież, - pomyślała Hermiona - Harry zwykle nie okazuje uczuć w ten sposób.
Trzymała go w ramionach, usiłując nie myśleć o tym, co właśnie się stało... co mogło się stać. Spojrzała Harry`emu w oczy, poszukując w nich pocieszenia.
Ale Harry wyglądał, jakby był nieobecny duchem. Wyraźnie myślał o czymś innym.


*

Przez kilka ostatnich minut Ginny usiłowała omijać Harry`ego wzrokiem.
Gapiła się na niego na każdym spotkaniu Młodzieżowej Sekcji Zakonu Feniksa. Mogła to robić bezkarnie, bo chłopak zwykle patrzył uważnie na przemawiającego profesora Lupina, albo zatapiał się we własnych myślach.
Oczywiście obserwowała Harry`ego także podczas meczów quidditcha, posiłków, na korytarzach...
Ginny zdawała sobie sprawę, że to śmieszne. Pierwsza romantyczna miłość nie powinna trwać aż siedem lat!
Takie zadurzenie nie powinno trwać wiecznie - powinno się z niego wyrastać, tak jak w pewnym momencie wyrasta się z bajek. W końcu każda dziewczynka, słuchając opowieści o królewiczu, marzy o tym, by włożyć szklane pantofelki Kopciuszka.
Która dziewczynka, słuchając opowieści o mającym uratować świat ciemnowłosym bohaterze, którego mugole więzili jak księżniczkę w wieży, nie zapragnęłaby go zdobyć?
Ginny wiedziała, że każda dziewczyna w jej wieku przynajmniej raz snuła fantazję o tym, by być Wybranką Chłopca, Który Przeżył.
Ale przecież nie każda z tych nastolatek przyjaźniła się z Harrym Potterem. I tylko matka Ginny niemal go adoptowała.
Poza tym, nie każda dziewczyna została na pierwszym roku uratowana przez niego od śmierci. Niewiele z nich wiedziało także, że wszystko co o nim mówiono, było prawdą – że był odważny, szlachetny i lojalny.
Taki chłopiec pojawiał się raz w życiu.
Ginny starała się jakoś zakończyć tę kłopotliwą sytuację. Dlatego chłopakiem, z którym całowała się po raz pierwszy w życiu, był Colin Creevey. A potem spotykała się z Deanem Thomasem - wspaniałym, bardzo utalentowanym Gryfonem. Zależało jej na nim, naprawdę zależało, ale... ich związek nie trwał długo.
W końcu zdała sobie sprawę, że jej uczucie do Harry`ego pogłębia się z czasem i że nikt inny nie jest w stanie zastąpić obiektu jej miłości. Postanowiła więc po prostu spokojnie czekać.
Pewnego razu zdarzyło się COŚ - pojawiła się maleńka szansa, że jej marzenia się ziszczą - w zeszłym roku Harry kilka razy ją pocałował. Tych parę miękkich, delikatnych pocałunków spowodowało, że jej serce wypełniło się nadzieją. Ale to było wszystko. Oczywiście rozumiała Harry`ego, rozumiała go bardzo dobrze – był rozbity po tym wszystkim, co się stało. W dodatku, przez całe życie nikt go nie kochał. No i przecież nie miał nie miał pojęcia, że ona go kocha.
Nigdy nie słyszała żadnych plotek o nim i jakiejś innej dziewczynie. Była z tego powodu bardzo szczęśliwa. Ten pocałunek z Cho Chang był incydentem, który nigdy więcej się nie powtórzył.
Może kiedyś Harry znowu zwróci na nią uwagę. A jeśli tak, ona będzie czekała.
Ginny obserwowała Harry`ego, jednocześnie czując przy tym wstyd i przyjemność. Pomyślała, że ostatnio wygląda o wiele lepiej, tak jakby był mniej nieszczęśliwy. Przywiązywał większą wagę do stroju i częściej się śmiał. Ten Turniej Trójmagiczny zdecydowanie wychodził mu na dobre.
Ginny uśmiechała się na myśl o jego dziwacznej przyjaźni z Malfoyem. To takie typowe dla Harry`ego, że stara się sprowadzić kogoś na dobrą drogę; nawet tak nienawistnego Ślizgona, jakim był Malfoy. Ginny była nawet zadowolona, że Harry zamiast szukać sobie dziewczyny, spędza czas z Malfoyem.
Poza tym, pewnie szybko się tym zmęczy.
Może nawet dzisiaj... Malfoy zachowuje się tak paskudnie, jak zwykle. Cały czas robi te swoje nieznośne uwagi.
Ginny rzuciła okiem na Malfoya, który pochylał się nad pergaminem. Jego ręka, trzymająca luksusowe pióro, wyglądała równie jak ono szlachetnie. Widziała długie, smukłe palce, bardzo jasną skórę...
Malfoy jest takim rozpieszczonym, wstrętnym stworzeniem.
Ginny przypomniała sobie, jak ostatnim razem Malfoy wspomniał coś o szlamach.
Harry, który jak zwykle siedział z nieobecnym wyrazem twarzy (widok tej miny łamał jej serce), otrząsnął się nagle i spojrzał na Ślizgona oczami, w których płonął zielony ogień.
„Och, Jaki ten Harry jest wspaniały” - pomyślała wtedy.
Jej nieustraszony bohater.
Ginny pamiętała tę scenę bardzo dokładnie.
- Powtórz to Malfoy. Tylko spróbuj – wycedził Harry.
Malfoy powtórzył uwagę tym swoim lodowatym, kpiącym tonem.
Potem obaj podnieśli się i pochylili nad stołem, wykrzykując do siebie słowa pełne nienawiści.
- No, dalej Potter – judził go Malfoy. – Czy może być lepszy moment na bójkę niż teraz, w obecności podziwiających cię Weasleyów?
Popatrzył na Ginny, która zamarła, zmrożona jego spojrzeniem.
Harry chwycił Malfoya za szaty. Wyglądał jakby zamierzał skoczyć przez stół i zrobić mu coś strasznego.
- Nie mieszaj ich do tego!
Ginny rozpłynęła się w uwielbieniu do swojego bohatera.
Nie wiadomo co by się stało, gdyby profesor Lupin spokojnie nie zakończył spotkania.
Ginny zauważyła, że teraz Harry też spogląda na Malfoya.
Dobrze. Nie powinien niczego przepuścić temu okropnemu Ślizgonowi.


*

Harry zastanawiał się, czy można cierpieć na rozdwojenie jaźni, które dotyczy kogoś innego.
Odnosił dziwne wrażenie, że w Hogwarcie jest dwóch Malfoyów. Tak jakby jeden nie wystarczał, by przyprawić każdego o utratę zdrowych zmysłów.
Obaj Malfoyowie byli do siebie bardzo podobni, ale tylko idiota dałby się na to nabrać. Obaj uśmiechali się w ten sam ironiczny sposób i obaj, z identyczną werwą i entuzjazmem, mówili te same obraźliwie rzeczy. Obaj też byli osobami o bardzo wątpliwej moralności.
Ale jeden z Malfoyów potrafił się otwarcie śmiać, a jego pomysły były bardziej zabawne, niż wredne. Ten Malfoy, jakakolwiek byłaby jego opinia na temat mugoli, nie używał nigdy tego obrzydliwego słowa na „S”. Drugi miał gdzieś, jakich słów używa.
Jeden Malfoy potrafił rozmawiać, nie będąc przy tym złośliwy. Wiatr rozwiewał mu srebrne włosy, a on odgarniał kosmyki z twarzy, której rysy były bardziej miękkie, niż tego drugiego.
Drugi Malfoy siedział naprzeciw Harry`ego, zapisując coś na kawałku pergaminu. Jego fryzura była nieskazitelna, a końcówki jedwabistych pasm założone miał za uszy. Nie podnosił głowy znad pergaminu, chyba że mówili do niego Pansy albo Blaise.
Harry bezskutecznie próbował przyciągnąć jego uwagę, nie bardzo nawet wiedząc, dlaczego tak bardzo tego pragnie. Może potrzebował upewnić się, że Malfoy będzie się odpowiednio zachowywał?
Nie chciałby, żeby powtórzyła się sytuacja z ostatniego spotkania, kiedy to prawie się pobili.
W końcu zarzucił nieefektywne, pośrednie sposoby zwrócenia na siebie uwagi i zakaszlał.
- Malfoy!
Malfoy podniósł głowę i uśmiechnął się lekko.
- Jesteś mistrzem dyskrecji, Potter.
Harry poczuł się trochę niepewnie, gdy znalazł się pod obstrzałem śmiercionośnych spojrzeń Ślizgonów. Chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie do pokoju wszedł profesor Lupin.

*

Harry polubił profesora Lupina, odkąd ten zaczął uczyć ich na trzecim roku.
Teraz nie tylko go lubił, ale także szczerze podziwiał.
Na początku piątego roku Hogwart ogarnęła fala strachu. Tego lata wszyscy zrozumieli, że Voldemort naprawdę powrócił. Ludzie zaczęli znikać. Świat czarodziejski pogrążył się w wojnie.
Ale dzieci nie walczyły na wojnie. Mogły tylko kontynuować naukę w Hogwarcie i czekać ze strachem na wieści, czy nad ich domem pojawił się Mroczny Znak... czekać na ostateczny, straszny wyrok.
Lupin zebrał przerażonych młodych ludzi i stworzył Młodzieżową Sekcję Zakonu Feniksa. Gryfoni, Puchoni i Krukoni zaczęli regularnie się spotykać. Na zebraniach omawiali aktualne wydarzenia i uczyli się zaklęć, których nie było w programie. Tym samym nie czuli się już tak odsunięci i bezużyteczni.
Ślizgoni omijali te spotkania z daleka.
Dopóki nie zginął Lucjusz Malfoy. Stało się to podczas zimowych ferii świątecznych, a zaraz potem Draco Malfoy wraz z przyjaciółmi pojawili się na zebraniu.
Harry nie posiadał się z wściekłości, gdy zobaczył wchodzących do sali Ślizgonów. Lupin spokojnie zaakceptował ich obecność i ze względu na powiększającą się ilość członków młodzieżówki Zakonu, zdecydował utworzyć Radę Młodych, składającą się z dwóch reprezentantów z każdego Domu. Rada została powołana, aby na wypadek nieprzewidzianych sytuacji ułatwić przepływ informacji pomiędzy Domami.
Wiele osób nie traktowało Młodzieżowej Sekcji Zakonu Feniksa poważnie. Ale kiedy następnego roku część członków Zakonu zakończyła naukę w szkole i ruszyła do walki, okazało się, że Lupin wyszkolił ich na świetnych żołnierzy.
Teraz już wszyscy zdawali sobie sprawę, że uczestnictwo w spotkaniach Zakonu było czymś niezbędnym dla tych, którzy chcieli walczyć z Voldemortem. Dla tych, którzy chcieli przeżyć... Skupieni wokół Lupina młodzi ludzie uczyli się taktyki i poznawali realia wojny.
Ten skromny profesor idealnie nadawał się na to stanowisko. Był bardziej rzetelny od impulsywnego, pełnego temperamentu Syriusza i miał więcej czasu niż wiecznie zajęty, przepracowany Dumbledore. Lupin stał się ojcem dla tych, których rodzice zaginęli. Harry podejrzewał, że cicha obecność profesora była powodem, dla którego pozostali w Hogwarcie uczniowie nie popadali jeszcze w histerię. Nawet kiedy zaczęły znikać dzieci i w szkole wybuchła panika, Lupin pozostał spokojny. Robił wszystko, żeby czuli się bezpiecznie, rozmawiał z nimi i koił ich ból po stracie bliskich.
Zaskarbił sobie miłość większości swoich uczniów, a także szacunek Ślizgonów. Harry wiedział, że rocznik, który teraz kończył szkołę, poszedłby do każdej bitwy, mając przed oczami tego człowieka, który stał się dla nich symbolem nadziei; który nauczył ich jak bronić się i przetrwać.
Ten smutny, zaniedbany nauczyciel, który przez większość swojego życia był wyrzutkiem, stał się dla nich wszystkim.
Harry darzył go olbrzymim poważaniem, a kiedy Lupin zwoływał zebranie, widział także uwielbienie w oczach innych uczniów.
Dlatego właśnie uszczypliwe i obraźliwe komentarze, jakie czynił Malfoy podczas spotkań, tak bardzo go złościły. I dlatego denerwował się teraz, oczekując, że Ślizgon znowu zacznie robić obelżywe uwagi.
Jeśli Malfoy zacznie obrażać Lupina...
Profesor odchrząknął.
- Wszyscy wiemy, że zniknęły dzisiaj kolejne osoby – zaczął cicho. – Nie ma sensu mówić wam, że nie macie się czego obawiać. Ale nie możecie pozwolić, żeby żal i strach opanował was bez reszty. Ci, którzy pozostali, nadal muszą ciężko pracować. Bardzo współczuję Hufflepuffowi i tym bardziej doceniam, że tak szybko wybrali Hannę Abbott i Susan Bones, które zajmą w Radzie miejsce zaginionych przyjaciół.
Rozległy się oklaski i pełne aprobaty szepty.
Harry obserwował Malfoya. Chłopak klaskał tak jak wtedy, gdy Tiara przydzielała kolejnych pierwszaków do domu Slytherina.
Uderzyła go myśl, że dokładnie wie, w jaki sposób klaszcze Malfoy. Pomyślał też, że to ich ostatni rok w szkole, i że już nigdy nie zobaczy Malfoya podczas ceremonii przydziału.
Lupin kontynuował.
- ...jestem pewien, że pozostali członkowie Rady uczynią wszystko, aby im pomóc. Poza tym, chciałbym bardzo podziękować panu Malfoyowi i panu Bootowi za doskonały plan, który w zeszłym roku ułatwił Zakonowi szturm na dom Riddle`a. Jestem pewien, że dzięki nim nasze straty były dużo mniejsze.
Terry Boot zarumienił się z dumy. Malfoy skinął głową, ze spokojem przyjmując należny mu aplauz.
Nieznośny łobuz, pomyślał Harry z uśmiechem. A więc pracował nad czymś z Terrym... Ciekawe czy się z nim zaprzyjaźnił?
Zauważył, że Terry rzucił okiem na Malfoya, ale nie był w stanie stwierdzić, czy było to przyjacielskie spojrzenie, czy nie. Malfoy zajęty był przyglądaniem się ślicznej Susan Bones.
Wszyscy wiedzieli, że Malfoy zwykle nie poświęcał wiele uwagi Puchonom - wstydliwą Hannę ignorował kompletnie. Ale Malfoy był koneserem piękna i jeśli chodziło o wyjątkową urodę, czynił odstępstwa od zasad.
- Mamy do przegłosowania dwie sprawy. Jedna dotyczy praktyki, druga teorii.
Harry widział, że Malfoy prawie uśmiechnął się do Lupina.
- Po pierwsze, kwestia ochrony i związanych z tym ćwiczeń. Jak wszyscy wiemy, nie ma Domu, z którego nie zniknęłaby jakaś osoba. Musimy podjąć środki, które będą miały na celu ochronę uczniów. Od tej pory, zgodnie z sugestią panny Granger, uczniowie pierwszego i drugiego roku będą odprowadzani na lekcje przez nauczycieli.
„Niestety, mamy zbyt mało kadry, aby w ten sam sposób chronić starsze klasy”.
Ta uwaga nie została wypowiedziana głośno.
- Pozostali uczniowie nie powinni wychodzić nigdzie sami. Dotyczy to także poruszania się po zamku. Poza tym, na następnym spotkaniu Klubu Pojedynków będziemy ćwiczyć metody postępowania na wypadek zmasowanego ataku na Hogwart. Chciałbym zobaczyć jak szybko członkowie rady wraz z prefektami są w stanie sprowadzić wszystkich do głównego wejścia i ustawić się na pozycjach obronnych.
Wszyscy zgodnie pokiwali głowami i podnieśli ręce. Harry zauważył, że Ślizgoni, zanim zagłosowali, spojrzeli najpierw na Malfoya.
- A teraz musimy zdecydować, jak będziemy postępować w pewnej hipotetycznej sytuacji.
Wszyscy skupili wzrok na Lupinie. Ostatnio bardzo poważnie traktowali takie zagadnienia. Wiedzieli, że poza murami szkoły teoria szybko może stać się praktyką.
- Czy powinniśmy zdradzać arkana wiedzy magomedycznej, jeśli mogłoby to ocalić życie mugoli?
- Absolutnie nie – rozległ się zimny głos.
- Wszyscy wiedzą, że twoje zdanie w tej kwestii jest nieobiektywne – stwierdziła ostro Hermiona. – Nie obchodzi cię, czy mugole będą żyli czy nie.
- Tak jak i twoje – odparł Malfoy. – Myślisz tylko o swojej mugolskiej rodzince, szlamo.
Przy stole rozległy się pomruki oburzenia.
Malfoy nie raz użył tego słowa na spotkaniach, ale rzadko zwracał się w ten sposób do innych osób. A nigdy wcześniej nie mówił tak do Hermiony Granger, która cieszyła się w Radzie największym szacunkiem.
Ron poczerwieniał, a ręka Hermiony zacisnęła się w pięść. Lupin nawoływał do zachowania spokoju, ale jego słowa utonęły w gwarze podniesionych głosów.
Harry poczuł, że dławi go w piersiach narastające uczucie rozczarowania i oburzenia, a przed oczyma zaczęły mu latać czarne plamy.
Odwrócił się i ujrzał rozmazaną twarz Malfoya, butną i bez śladu skruchy. Ich oczy spotkały się. Malfoy patrzył na niego obojętnie, jakby byli zupełnie obcymi ludźmi.
- Malfoy! – Harry ze zdumieniem usłyszał swój ostry głos, przebijający się przez targające nim emocje. – Na zewnątrz. Natychmiast.
Malfoy skrzywił się.
- Dlaczego, do diabła, miałbym wychodzić na zewnątrz, Potter? Masz w planach małą bijatykę, a nie chcesz tego robić przy nauczycielu?
- Usiądź, Harry – powiedział spokojnie Lupin, ale Harry go nie słuchał.
- Planuję wyprowadzić cię stąd, żeby uchronić wszystkich przed twoimi wstrętnymi komentarzami. Mam też zamiar pogawędzić z tobą o twoim niewyparzonym języku.
Malfoy skrzyżował ramiona i w tym momencie Harry zorientował się, że patrzy na Ślizgona z góry. Nie pamiętał nawet, kiedy wstał z krzesła.
- No to uważaj, bo taka pogawędka może zakończyć się bójką – poinformował go Malfoy szyderczym tonem.
- Mam to gdzieś – odparł Harry. – Wyjdź stąd, to pogadamy. Potem, jeśli chcesz, możemy się bić.
Malfoy uśmiechnął się pogardliwie i podniósł się, żeby spojrzeć Harry`emu prosto w oczy.
- No, Potter – powiedział kpiąco. – W sumie każdy dzień jest dobry na to, żeby zobaczyć cię pełzającego po podłodze.
Harry ruszył ku drzwiom, zdając sobie sprawę, że jego twarz jest odbiciem szalejącej w nim burzy emocji.
- Wyjdź na korytarz, to przekonamy się, kto przegra.
Ginny Weasley pochylała się nad stołem, patrząc na nich szeroko otwartymi oczami. Harry miał nadzieję, że biedna dziewczyna nie jest za bardzo przerażona.
Malfoy nie poruszył się. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał.
Harry wyzywająco spojrzał w jego zimne oczy.
Malfoy wstał i wyszedł, wymijając Harry`ego, który pod obstrzałem niedowierzających spojrzeń Rady Młodszych zaczął zamykać za nimi drzwi.
Usłyszał jeszcze głos Hermiony:
- Czy nie powinniśmy ich powstrzymać, profesorze?
- Hermiono – odparł profesor Lupin. – Jeśli Harry i Draco Malfoy za każdym razem będą nam przerywali, nigdy nic nie zrobimy.
Harry zamknął drzwi i odwrócił się do Malfoya.
Chłopak opierał się o ścianę i odchyliwszy głowę, przyglądał się Harry`emu chłodno i badawczo.
- No, Potter? Jestem niezmiernie ciekawy, co masz mi do powiedzenia. Im szybciej skończysz, tym szybciej dostaniesz to, o co prosisz się od lat.


*

- Co ty do diabła wyprawiasz?! Jak możesz zachowywać się w ten sposób! Nie zdajesz sobie sprawy, co pomyślą o tobie inni? Nie obchodzi cię, co ja sobie pomyślę?
- Jeśli będę ciekawy twojej opinii Potter, to cię o nią zapytam – wycedził Malfoy.
Harry chwycił go za szatę i przycisnął do ściany.
- Zabieraj ode mnie łapska! – rozkazał Malfoy z błyskiem w oczach.
- Nie! – wydyszał Harry wściekle.
Malfoy uniósł brodę. W każdym calu przypominał teraz rozsierdzonego arystokratę.
- Mam prawo mówić to co myślę.
- Tak, ale przecież jesteś inteligentny. – Harry nie zdawał sobie sprawy, że go za takiego uważa, dopóki nie powiedział tego na głos. – Przecież nie możesz wierzyć w te wszystkie rasistowskie bzdury.
- Na pewno nie wierzę w te wszystkie idealistyczne pomysły Lupina.
Lekceważący, chłodny ton, jakim Malfoy wypowiedział to zdanie, spowodował, że w Harrym zawrzał jeszcze większy gniew.
- Ty... uwa-ważasz, że ratowanie ludzi to głupo-pota? - Harry był już tak oburzony, że zaczął się jąkać.
- Zdecydowanie wolę ratować swój własny tyłek. Nie zdajesz sobie sprawy, że jeśli lekarze i pacjenci poznają nasze sekrety, to dowiedzą się o istnieniu magicznego świata? Przestań na chwilę być papugą Lupina i pomyśl sam!
- Mówimy o ludzkim życiu!
- Tak – powiedział Malfoy głosem pozbawionym emocji. – O naszym życiu. Albo my, albo oni. Potter, czy ty naprawdę wierzysz w te wszystkie idiotyzmy o paleniu czarownic, którymi nas karmili? W te cukierkowate historyjki o Czarownicy Wendelinie, która zamrażała płomienie? Myślisz, że tak właśnie było? To były czasy terroru. Mugole szybko nauczyli się, że wystarczy odebrać czarodziejowi różdżkę. Kiedy to zrobili, mogli spalić czarodzieja na stosie, utopić go, połamać mu kołem wszystkie kości, albo powyrywać kończyny. I to właśnie robili! I to samo będą robili teraz. To wojna, Potter, czasy, kiedy należy zachować wyjątkową ostrożność. Nie obchodzi mnie, że przewodzą nami mugofile, nie rozumiesz, że ujawnianie naszych sekretów, jest bardzo niebezpieczne?!
Malfoy mówił z coraz większą pasją, jego oczy błyszczały, a chłopak uczynił krok w kierunku Harry`ego.
Harry cofnął się, oszołomiony mocą słów Malfoya.
- Nie musiałeś nikogo nazywać szlamą – powiedział cicho.
Malfoy oparł się o ścianę, a jego głos znowu był chłodny i spokojny.
- Nie ufam takim ludziom – odparł. – Przez nich mugole mogą się o nas dowiedzieć, dają im szanse zaatakowania nas. Czy wiesz jaką odrazę w mugolskiej rodzinie wzbudzają narodziny czarodzieja?
“Tylko ja wiedziałam kim ona naprawdę jest – dziwadłem!”
Harry odsunął od siebie słowa ciotki Petunii.
- Weź na przykład Sam-Wiesz-Kogo – ciągnął Malfoy. – Jego ojcem był mugol. Mój ojciec powiedział mi, że ludzie wychowani w takich rodzinach są niepewni... potrzebujesz na to lepszego dowodu? Magia doprowadza mugoli do szału. Powinniśmy się trzymać od nich z daleka.
- Więc dlaczego zgodziłeś się współpracować z Hermioną?
- Walczę przeciwko Sam-Wiesz-Komu. Ona dawno stała się częścią magicznego świata. Jest w tej walce moim sojusznikiem, ale to wcale nie znaczy, że musi mi się to podobać.
- Ale w tej wojnie walczymy właśnie przeciwko hipokryzji!
- Ja nie.
- No to... dlaczego?
Malfoy przymknął oczy. Harry nie mógł oderwać od niego wzroku - w tej chwili chłopak sprawiał wrażenie całkowicie bezbronnego.
- Nie lubię mugoli – powiedział Malfoy. – Ale to nie znaczy, że chciałbym, żeby zostali wymordowani. Jednak głównym powodem, dla którego biorę udział w tej wojnie jest zemsta. – Na jego ustach zawitał słaby uśmiech. – Czy to takie złe?
Harry nie wyobrażał sobie, że nie będzie wiedział co odpowiedzieć.
Oczekiwał złośliwości, a nie rzeczowych argumentów osoby, która najwyraźniej głęboko przemyślała całą tę sprawę. A już na pewno nie spodziewał się wyjaśnień, jakkolwiek niezbyt przekonujących, dlaczego Malfoy zachowywał się w ten sposób.
Sugestie Lupina wydawały się racjonalne i dobre. Harry nie myślał nigdy o konsekwencjach takich działań.
Ale teraz... Przypomniał sobie słowa, które usłyszał od Hargida, gdy miał jedenaście lat.
„Najlepiej, jak zostawią nas w spokoju”.
Obraz ginących w ogniu czarodziejów... gorycz słów Malfoya i nagła świadomość, że za nienawiścią, jaką mugoli darzyli członkowie rodów czystej krwi, kryje się strach, żeby znowu nie powtórzyła się okrutna historia, która była udziałem ich przodków.
Harry nie podzielał poglądów Malfoya, ale trudno by mu było z nim dyskutować.
Nagle stwierdził, że... szanuje jego odmienne przekonania. I to chyba zaskoczyło go najbardziej.
Uczepił się jednej rzeczy, której do końca był pewien.
- Ona jest dobrym człowiekiem – rzekł z naciskiem. – Nie masz prawa jej ubliżać.
- To ona zaczęła – bronił się Malfoy.
Harry oparł się o ścianę obok Malfoya tak, że stykali się ramionami. Nie czuł już żalu i urazy.
- Nie udawaj, to nie pierwszy raz.
- Za pierwszym razem też ona zaczęła – zauważył Malfoy ponuro. – Powiedziała, że wkupiłem się do drużyny.
- A nie? – zapytał Harry bardziej zaciekawionym niż oskarżającym tonem.
- Nie, do cholery! Po odejściu Terence`a Higgsa brałem udział w normalnych eliminacjach. Dopiero gdy dostałem się do drużyny, ojciec kupił nam miotły. Mój ojciec nigdy nie nagradza ludzi, dopóki nie okaże się, że na to zasługują.
- Słuchaj – Harry zdecydował się porzucić temat Lucjusza Malfoya. - Wiesz co to słowo oznacza dla wszystkich, którzy tam siedzą. Tak mówią Śmierciożercy. To obrzydliwe nazywać w ten sposób kogoś, kto jest naprawdę miły i porządny. Mówisz tak tylko po to, żeby jej dokuczyć? To małostkowe, dziecinne i okrutne.
- Okrucieństwo jest zdecydowane niedoceniane, wiesz?
Harry spojrzał na Malfoya, który wzruszył ramionami i uśmiechnął się. Cała złość Harry`ego, która doprowadziła do tego, że rzucił Malfoyem o ścianę i krzyczał na niego, nagle z niego wyparowała.
To dziwne, że Malfoy był jedyną osobą, która potrafiła doprowadzić Harry`ego do takiej wściekłości, a potem uspokoić go tak szybko.
- No więc, Malfoy?
Malfoy niemrawo wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.
- Przypuśćmy, że rozważę twój punkt widzenia. Czy ty zrobisz to samo? – zapytał w końcu.
- To znaczy?
Harry był zaintrygowany. Ostatnio dość często doświadczał tego uczucia w obecności Malfoya.
- To znaczy, że... przemyślę twoje słowa. A ty w zamian zastanowisz się nad tym, co ja powiedziałem – sprecyzował Malfoy.
- Mam się tylko zastanowić?
- Oczywiście. Nie będę się targował, to poniżej godności Malfoya. – Ślizgon uśmiechnął się nieoczekiwanie. To był figlarny uśmiech, który nadawał jego twarzy wyraz łagodności, a do którego Harry zaczynał się już przyzwyczajać. – Co innego przekupstwo.
Harry pomyślał przez chwilę, a potem również się uśmiechnął.
- W porządku. Umowa stoi.
Wracali do sali w milczącym porozumieniu.
- Zdajesz sobie sprawę, że jeśli jeszcze raz nazwiesz tak Hermionę, to cię stłukę? – odezwał się Harry przed drzwiami.
Malfoy uniósł brew.
- Nie mogę się doczekać, żeby ci dołożyć.
Członkowie Rady w osłupieniu patrzyli jak Harry i Malfoy wchodzą do sali ramię w ramię. Obaj bez śladów walki i w wyraźnie dobrych humorach.
Hermiona odciągnęła Harry`ego na bok i przyglądała mu się podejrzliwie w poszukiwaniu oznak obrażeń.
Harry z rozbawieniem zaobserwował, że na drugim końcu sali to samo robi Pansy Parkinson.
Malfoy odwrócił się i wymienili porozumiewawcze uśmiechy.
Ginny Weasley spoglądała na Malfoya, jakby była przekonana, że rzucił na Harry`ego zaklęcie Imperius.
- Czy możemy już zacząć głosować? – zapytał profesor Lupin, pomijając milczeniem cały incydent.
Harry zastanowił się. Malfoy mógł mieć rację, jeśli chodzi o tę sprawę...
Zagłosował na nie.
Teraz już wszyscy obecni spoglądali na Malfoya, jakby byli przekonani, że użył za drzwiami zaklęcia Imperius.
- Wniosek został odrzucony przewagą jednego głosu – podsumował Lupin obojętnym tonem.
- Co za pech... – stwierdził Malfoy, zwracając się do Hermiony. Wszyscy patrzyli na niego z uwagą, gdy otworzył usta, żeby coś dodać.
- ...Granger – dokończył powoli.
Twarze obecnych wyrażały zakłopotanie. Kilka osób odetchnęło z wyraźną ulgą, gdy Lupin zakończył spotkanie. W momencie kiedy większość osób opuściła salę, za drzwiami zahuczało od plotek.

*

Rada Młodszych pozostała w sali.
- Moi drodzy – zaczął Lupin poważnym tonem, gdy ostatni członkowie Zakonu wyszli z pomieszczenia. – Wszyscy wiemy, że nadeszły ponure czasy. Jesteście w pewien sposób odpowiedzialni za kolegów z waszych Domów, nawet jeżeli nie możecie całkowicie ich chronić. To nie jest dobry moment na kontynuowanie rywalizacji między Domami, ani poddawanie się osobistym animozjom. Wspólnie odpowiadacie za ćwiczenia praktyczne i chcę widzieć, że potraficie razem współpracować.
Harry rozejrzał się dokoła.
Obok niego, z oczami błyszczącymi inteligencją, siedziała Hermiona. Twarze Hanny i Susan wyrażały odwagę i zdecydowanie. Terry Boot i Padma Patil byli wyraźnie zatroskani. Blaise Zabini chociaż raz miał poważną minę.
Wszystkich łączyło poważne skupienie. Wszyscy wyglądali w tym momencie na godnych zaufania.
Malfoy kiwał się na krześle. Uśmiechał się przy tym pogodnie i kompletnie beztrosko. Miał łobuzerską i trochę demoniczną minę.
Harry uśmiechnął się do niego w podobny sposób, tak jakby dzielili razem jakiś sekret.
„Przemyślę twoje słowa. A ty zastanów się nad tym, co ja powiedziałem”.
No więc, Harry się zastanawiał.
- Po prostu starajcie się być trochę bardziej przyjacielscy w stosunku do siebie – nalegał Lupin.
- Spróbuję - rozległ się nagle wesoły głos. Harry był zaskoczony, gdy zdał sobie sprawę, że należał do niego.
Malfoy ziewnął i przeciągnął się.
- Hmm. Czemu nie?


------
* Kat “Czas zemsty”
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:26

Rozdział szósty
Spotkania



Powiedz mi, czego dzisiaj pragniesz
Powiedz mi, czego dzisiaj chcesz
Powiedz mi, jak się teraz czujesz
Powiedz mi, co cię w życiu rusza
Powiedz mi, czego boisz się
Co mam robić, gdy się wzruszasz
Oto wszystko pytam cię...*



Harry Potter obserwował Draco Malfoya przez całe lata.
Nie zdawał sobie z tego sprawy, aż do teraz. Owszem, przez jakiś czas, na czwartym roku wpatrywał się w stół Ravenclawu, szukając pomiędzy Krukonami znajomej twarzy Cho. Jednak jego miłość do tamtej dziewczyny była bardzo krótkotrwałym uczuciem, w porównaniu do nienawiści, którą żywił do Malfoya. Każdy nowy rok Harry rozpoczynał od przeszukania wzrokiem tłumu, oczekującego na pociąg. Kiedy byli już w Wielkiej Sali, upewniał się, czy Malfoy siedzi przy stole Slytherinu. Nie był w stanie usiedzieć spokojnie, dopóki nie dostrzegł znajomej, znienawidzonej, jasnej czupryny. Dopiero gdy zlokalizował wroga, siadał i przez chwilę wpatrywał się w niego spod półprzymkniętych powiek.
Nie zdawał sobie z tego sprawy, aż do teraz. Bowiem dopiero teraz, gdy analizował w myślach tę nową przyjaźń, zorientował się, jak wiele już wie na temat codziennego życia Draco Malfoya. Zdumiewało go, o ile więcej szczegółów może dostrzec teraz, gdy patrzy na niego otwarcie.
Wyglądało na to, że w życiu Malfoya raczej brak utartych schematów. Ślizgon rzadko kiedy pojawiał się na śniadaniu o przyzwoitej porze i zawsze o poranku miał fatalny nastrój. Od czasu do czasu docierał do Wielkiej Sali, wleczony przez Pansy Parkinson i Blaise Zabiniego, którzy następnie próbowali wmusić w niego jedzenie, podczas gdy on zrzędliwie domagał się kawy. Najczęściej wcale nie przychodził na śniadania. Nie był rannym ptaszkiem i opuszczał zdecydowanie zbyt wiele posiłków.
Ale Harry doszukał się kilku prawidłowości.
Sam stworzył pewną rutynę. Każdego ranka, kiedy Malfoy był na śniadaniu, Harry przechodził obok stołu Ślizgonów i mówił „dzień dobry”. A Malfoy za każdym razem odpowiadał, chociaż sam nigdy nie przywitał się z Harrym pierwszy.
W piątki Malfoy zawsze był obecny na śniadaniu. Przychodził tylko trochę spóźniony i w dodatku prawie wesoły. Z błyszczącymi oczami siadał przy stole i niemal bez przerwy gadał, bezwstydnie się przy tym obżerając.
Harry nie mógł dojść przyczyn takiego zachowania, ale w końcu szczegółowy wywiad z Hermioną przyniósł rozwiązanie. Okazało się, że w piątki, zaraz po śniadaniu, odbywały się lekcje magii kreatywnej.
Za każdym razem, gdy Malfoy dostawał z domu paczkę ze słodyczami, zachowywał się w ten sam sposób. Wyraźnie rozkoszując się widokiem śliniących się Crabbe`a i Goyle`a, powoli i ostrożnie otwierał pięknie opakowane pudełko. Następnie z rozmachem wysypywał wszystkie luksusowe łakocie na swój talerz. Kiedy to zrobił, podnosił głowę i lustrował stół Slytherinu, upewniając się, czy wszyscy zwrócili na niego uwagę. Wtedy, niczym aroganckie, kapryśne książątko, zaczynał z rozwagą obdarzać słodyczami te osoby, które uważał za warte tak wspaniałego wyróżnienia. Robił to przy tym w bardzo złośliwy sposób.
Jeśli tylko zauważył, że ktoś ma ochotę na coś konkretnego - zadowolony, zjadał to sam. Chociaż Harry nie lubił przyglądać się tej swoistej ceremonii, nie mógł oprzeć się, aby tego nie robić. W dodatku całe to przedstawienie niezmiennie wywoływało na jego twarzy uśmiech.
Pewnego dnia z niepokojem zauważył, że ten ustalony podczas tych kilku tygodni przyjaźni porządek nagle został zaburzony.
Przesyłka przyszła we czwartek, podczas śniadania. Rodowodowy puchacz Malfoya przepłynął nad stołem Ślizgonów z tą samą niedbałą gracją, którą odznaczał się jego właściciel. Każde płynne poruszenie skrzydłami było potwierdzeniem tego, że ptak jest doskonałym przedstawicielem swego rodu, i że nieprawdopodobieństwem jest, aby wykonał jakiś niezgrabny ruch.
Harry zauważył puchacza wcześniej niż Malfoy, ale gdy ptak wylądował, Ślizgon nie wydawał się ani trochę zaskoczony. Kiedy jednak dostrzegł list, zawahał się.
Harry zdał sobie sprawę, że Malfoy nigdy nie dostawał listów. Owszem, regularnie przychodziły do niego paczki pełne wyborowych słodyczy, czasem nawet jakieś gustowne i kosztowne prezenty, ale... Harry nie pamiętał, żeby Malfoy kiedykolwiek wcześniej dostał list.
Teraz jednak chłopak ostrożnie obracał w rękach kopertę. Jego twarz pozbawiona była jakichkolwiek emocji, jakby dopiero zastanawiał się, co powinien w tej sytuacji czuć. Wyraźnie zaabsorbowany, obojętnie rzucił paczkę łakoci na kolana Pansy – taaak, to było bardzo niezwykłe.
W końcu Malfoy podjął decyzję i powoli wstał od stołu. Teraz na jego obliczu pojawiło się wiele uczuć. Na pewno widniała na nim obawa i nieufność. Patrząc, jak w drodze do wyjścia Malfoy mija stoły, Harry zastanawiał się, czy powinien się martwić całą tą sytuacją.
Wtedy oczy Malfoya spoczęły na Harrym i chłopak uśmiechnął się do niego promiennie.
- Dzień dobry.
Jedną z wielu rzeczy, jakich Harry nauczył się, przebywając z Malfoyem było to, że łamanie pewnych schematów bywało bardzo przyjemne.


*

Pomimo że Harry był trochę pokrzepiony powitaniem Malfoya, to jednak cały czas miał w pamięci szok i niepewność, jakie ujrzał na twarzy Ślizgona, kiedy ten wziął do ręki list.
Przeprosił więc Rona i Hermionę, i podążył za Malfoyem do sali, w której odbywały się zajęcia z eliksirów. We czwartki ich pierwszą wspólną lekcją były właśnie eliksiry.
Poza Malfoyem w klasie nie było nikogo. Chłopak siedział na jednej z ławek, oparty o ścianę i obejmował rękami kolana. Miał opuszczoną głowę i wydawał się kompletnie zatopiony w myślach.
Gdy Harry wszedł do klasy, Malfoy podniósł głowę, a w jego oczach pojawił się wyraz zaskoczenia. Poza tym, jego twarz pozostała beznamiętna.
- Potter – powiedział.
- Malfoy – zaczął Harry. – Chciałem tylko... sprawdzić, czy wszystko w porządku...
- Zaniepokojony Gryfon stróż, jakież to typowe – w głosie Malfoya nie było urazy, ale Ślizgon nie wydawał się skłonny do zwierzeń.
Harry zauważył w jego dłoni zmięty list.
- Mam nadzieję, że profesor Snape będzie dzisiaj w szkole – odezwał się nagle Malfoy.
Snape często opuszczał szkołę na kilka dni. Oczywiście wiedzieli, czym się zajmuje. Zdawali sobie także sprawę z tego, że kiedyś może nie wrócić.
I pomyśleć, że nadejdzie kiedyś taki dzień, że Lupin będzie zastępował Snape`a na eliksirach, a Harry nie będzie z tego zadowolony...
- Myślałem, że lubisz Lupina?
- Nie mam nic przeciwko niemu – odparł Malfoy. – Ale wolę Snape`a.
To była prawda. Za każdym razem, gdy Snape był poza szkołą, Malfoy wydawał się bardziej spięty. Harry nie mógł sobie wyobrazić, jak można lubić Snape`a.
Najwyraźniej ta wymiana zdań trochę uspokoiła Malfoya. Chłopak pochylił się, mocniej obejmując kolana i zaczął mówić:
- To mój ojciec chciał mieć dziecko.
Harry nie miał pojęcia co odpowiedzieć.
- Tak?
Malfoy spojrzał na zgnieciony pergamin, który trzymał w ręce. Lekkie wygięcie ust nadało jego twarzy wyraz rozgoryczonego, ignorowanego dziecka.
- Zawsze spędzał ze mną dużo czasu. A teraz, gdy go nie ma, ona poczuwa się w obowiązku, żeby się mną interesować.
- Co mama napisała ci w liście?
To było dziwaczne – wspominać przy Malfoyu o jego „mamie”. Malfoy zawsze miał matkę i ojca - nigdy mamę i tatę.
Harry nie był w stanie wyobrazić sobie Lucjusza Malfoya, który gra ze swoim synem w piłkę. Chyba że piłką byłaby głowa jakiegoś mugola.
- Chce się ze mną zobaczyć. Podczas następnej wyprawy do Hogsmeade.
Jego głos wyprany był emocji, ale Harry wyczuł coś za tą fasadą obojętności. Gryfon stłumił chęć podejścia do Malfoya i położenia mu ręki na ramieniu. To był naturalny odruch, ale Malfoy nie był osobą, którą można było dotykać ot tak sobie.
- To zrozumiałe, że się chce z tobą zobaczyć – powiedział Harry.
- O tak. Ponieważ wypada tego chcieć. Ona zawsze robi to, co wypada.
- Ja... jestem pewien, że cię kocha.
Malfoy uniósł brew i spojrzał na Harry`ego ze zdumieniem, a Harry poczuł, że chyba źle ocenił sytuację.
- Kocha – powtórzył Malfoy i uśmiechnął się sceptycznie. – Jesteś sierotą, prawda, Potter?
Harry spochmurniał.
- Och, na pewno żywi do mnie jakieś uczucia – powiedział Malfoy po chwili. – Po prostu prawie jej nie znam. Za każdym razem gdy mamy dzień wolny i gdzieś mnie zabiera, przyprowadzam ze sobą kolegę. Wtedy łatwiej nam udawać, że świetnie się rozumiemy.
Harry spojrzał uważnie na Malfoya i starał się znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytanie. Chłopak był spokojny i opanowany.
Jesteś szczęśliwy, czy nie?
Najdziwniejsze było to, że Malfoy chciał się przed nim otworzyć.
- Nie winię jej za to, że się mną nie interesuje – odezwał się znowu Ślizgon. – I nie powiedziałbym tego każdemu, więc jeśli powtórzysz to Granger albo Weasleyowi, to zetrę ich kości na pył, zrobię z niego zatruty chleb, a potem cię nim nakarmię.
- Malfoy! – krzyknął oszołomiony Harry. - Nigdy bym nikomu tego nie powtórzył!
Malfoy wzruszył ramionami.
- Wiem.
Harry uśmiechnął się lekko, a Malfoy kontynuował:
– W końcu jesteś Harrym Potterem. Tym, który wierzy w prawdę i sprawiedliwość, uosobieniem honoru.
„Jesteś Harrym Potterem”.
Harry przestał się uśmiechać.
- Przykro mi Malfoy, że zasady moralne, według których postępuję, tak cię obrażają.
Malfoy uśmiechnął się trochę złośliwie.
- Nie martw się, nie mam z tym problemu. To dla mnie coś nowego – zawiesił na chwilę głos. – Nie żebym nie uważał, że to żałosne, Potter.
- Och, oczywiście. – Harry pochylił głowę, żeby ukryć uśmiech. – Hej... um... Chcesz żebyśmy byli partnerami? Na eliksirach?
- A czy chciałbym złamać serce mojego ulubionego nauczyciela? Bądź poważny, Potter. Poza tym, beze mnie Goyle wysadziłby w powietrze cały loch – odparł Malfoy, uśmiechając się szeroko. – Za to jeśli ty chcesz złamać serce temu eks-gajowemu, to proszę bardzo.
Lekcja opieki nad magicznymi stworzeniami była zaraz po przerwie.
Kiedy Snape wchodził do klasy, Harry uśmiechnął się do Malfoya i kiwnął mu głową. Mistrz Eliksirów musiał to zauważyć, sądząc po jego zgorszonej minie. Był tak oburzony, jakby Harry co najmniej ukradkiem dostarczał jego ulubionemu uczniowi narkotyki. Ale gdy Harry spostrzegł, jak bardzo Malfoy rozpogodził się na widok Snape`a, nie był w stanie boczyć się na nauczyciela.
Podczas opieki nad magicznymi stworzeniami Harry i Malfoy pracowali razem. Tego dnia uczyli się o salamandrach. Oczywiście zwierzęta znarowiły się, a Malfoy błyskawicznie opuścił Harry`ego - uciekł do chaty i zamknął się w niej na klucz.
- Typowy Ślizgon - stwierdził Harry. Dokładnie to samo mówił przez ostatnie sześć lat.
Ale tym razem śmiał się, podobnie jak Malfoy.

*

- Ubrania? – zapytał Harry nic nie rozumiejąc.
Stali z Malfoyem na brzegu jeziora, wpatrując się w bezmiar szarej wody. Pomimo że Malfoy wiecznie narzekał, że mu zimno, zawsze spotykali się w tym samym miejscu.
- Tak, Potter. Niektórzy noszą je, żeby chronić się od chłodu w zimie, i żeby wyglądać obyczajnie w lecie. W twoim przypadku natomiast są one narzędziem straszliwych zbrodni, których ofiarą jest moda.
Harry zmarszczył nos.
- „Straszliwych” to chyba zbyt mocne słowo?
Malfoy energicznie potrzasnął głową.
- To zbyt słabe określenie. Wiesz, twoje szaty są w porządku, pewnie dlatego, że jeśli chodzi o szaty to trudno byłoby coś zepsuć, ale twoje mugolskie ubrania? Myślałem, że skoro wychowali cię mugole, to powinieneś mieć o tym jakieś pojęcie.
Harry obrócił się do jeziora i skrzywił się gdy wiatr zawiał mu prosto w twarz.
- Tak, wychowali. I w tym problem.
Malfoy, który siedział opodal na kamieniu, wyciągnął nogi i zaczął przypatrywać się swoim butom. Harry zdał sobie sprawę, że chłopak w ten sposób stara się być taktowny.
- Prawda, przypominam sobie. Byłeś zmuszony nosić ubrania po swoim kuzynie, na którego wyjątkowo silnie działała grawitacja. Ale przecież masz pieniądze, prawda? Sam sobie też kilka kupiłeś?
- Oczywiście – zgodził się Harry, nieco zaniepokojony.
- A więc to twoja wina. Te rzeczy, które kupiłeś, mogłyby być trochę bardziej dopasowane, ale te buro-brązowe kolory to chyba jakiś żart?
- Słuchaj, nie wiem jak zeszliśmy na temat mody... Są po prostu praktyczne, w porządku? No wiesz, przecież ubrania nie są takie ważne.
Brwi Malfoya zniknęły pod grzywką.
- Nie zależy ci na tym, żeby wyglądać dobrze? – zapytał wyraźnie zgorszonym tonem osoby, która nie dopuszcza do siebie myśli, że coś takiego mogłoby być w ogóle możliwe.
Cóż, Harry miał właśnie odpowiedzieć, że to trochę głupie, żeby martwić się o ubrania, gdy trwa wojna, prawda? I że poza tym jest Chłopcem, Który Przeżył i musi spełniać pewne oczekiwania, więc nie może być przecież próżny...?
Potem przypomniał sobie, że rozmawia z Malfoyem, który mógłby rzucić w niego czymś ciężkim.
Przypomniał sobie także, jak był wściekły, gdy musiał wkładać rzeczy po Dudleyu... te powyciągane, zmechacone swetry!... Ten ufarbowany na szaro mundurek, którego kuzyn nigdy by nie założył. Harry tak bardzo pragnął wtedy wyglądać tak jak inne dzieci.
- Oczywiście, że mi zależy – powiedział wolno. - Ale... nie wiem...
Spojrzał na Malfoya, który nosił szary podkoszulek i dżinsy z takim wdziękiem, jakby były to aksamity i koronki.
- Ty... znasz się na mugolskiej modzie, prawda? – raczej stwierdził, niż zapytał.
- Cóż, zdecydowanie nie wyglądam tak jak ty, ty okropna ofiaro mody.
- Tak, ale... Dlaczego w ogóle nosisz mugolskie ubrania?
Malfoy przekrzywił głowę i zastanawiał się przez chwilę, zanim odparł:
- To coś w rodzaju... deklaracji. Ślizgoni nie należą do Młodzieżowej Sekcji Zakonu Feniksa i nie hołdują mugolskiej modzie. A ja nigdy nie robię tego, czego się po mnie spodziewają. – Zmarszczył brwi. – Tak jak nigdy nie założyłbym brązowych sztruksów. Niedobrze mi jak na ciebie patrzę, Potter.
- Jak myślisz, co powinienem sobie kupić? – zapytał Harry, zrezygnowany.
Malfoy otaksował go wzrokiem.
Harry odwrócił oczy. Malfoy miał okropnie irytujący sposób patrzenia na ludzi. Robił to obcesowo i z taką uwagą, jakby szczegół po szczególe sprawdzał jakąś listę.
- Hmm – powiedział w końcu wstając. – Chodź.
- Gdzie idziemy? – zapytał Harry, z niepokojem.
- No przecież nie obrabować sklep, ty głupolu. Najpierw zrobimy porządek w twojej szafie, a potem uzupełnimy jej zawartość przy okazji następnego wyjścia do Hogsmeade. Ostatnio otworzyli tam kilka niezłych sklepów z mugolskimi ubraniami. – Malfoy odwrócił się i ruszył w stronę zamku.
Malfoy wykazywał tendencję do działania pod wpływem chwili. Harry zamierzał zwrócić mu uwagę, że to bardzo gryfońskie, ale nie bardzo miał teraz ochotę walczyć na pięści.
- Czekaj! – zawołał Harry. – Czy w takim razie nie będziesz musiał... No wiesz, żeby wejść do pokoju wspólnego Gryffindoru... trzeba powiedzieć hasło. Usłyszysz je...
- Niewątpliwie.
- Umm...
Nastąpiła chwila milczenia. Harry wyglądał na bardzo nieszczęśliwego, podczas gdy Malfoy był wyraźnie ubawiony.
- Wyobrażasz sobie, że będę się zakradał i malował grafitti na ścianach pokoju wspólnego?
- Coś w tym stylu... – przyznał Harry. – Tylko, że myślałem o czymś zdecydowanie gorszym.
Malfoy wzruszył ramionami.
- Nie będę udawał, że coś takiego nie przyszło mi do głowy. Zastanówmy się... – zamilkł na moment. – Hasło Ślizgonów to „Vici”.**
- „Czarodziejskie Dowcipy” – uśmiechnął się Harry.
- Iście w gryfońskim stylu – zauważył Malfoy, wywracając oczami. – Zupełnie bez wyobraźni. Potter, czy nie przyszło ci do głowy, że mógłbym po prostu zmyślić hasło? Albo że naprawdę wymieniłem się z tobą hasłem licząc na to, że kiedy faktycznie zrobię wam coś potwornego, to twój honor Gryfona nie pozwoli ci się na mnie zemścić?
Cóż, faktycznie, teraz przyszło mu to do głowy.
- Eeee...
- Nie zrobiłem tego, jeśli właśnie teraz się nad tym zastanawiasz – poinformował go Malfoy sucho. – Ale mógłbym. Naprawdę nie powinieneś ufać ludziom takim jak ja.
- Bo co? Bo mogą wywalić połowę rzeczy z mojej szafy?
- Och zamknij się i chodź już.


*

Ślizgoni byli przebiegli. Ślizgoni byli wredni.
O tym Harry wiedział bardzo dobrze.
Ale nikt nie wspominał, że Ślizgoni posiadają niezwykłe talenty aktorskie.
Harry siedział na łóżku i świetnie się bawił, obserwując Ślizgona myszkującego w jego szafie.
Malfoy znowu zrobił przerażoną minę.
- Uh, ble, Potter, czy ty ściągasz okulary jak idziesz do sklepu? Nie mogę uwierzyć, że dotykam czegoś takiego, to obrzydliwe!
Nikt nie potrafił grymasić tak jak Malfoy. Chłopak wyciągał ubrania dwoma palcami i trzymał je z daleka od siebie, tak jakby bał się zarazić bezguściem.
- Hmm. To do Ostatecznie Można Zostawić, to do Koniecznie Wywalić, a to do Absolutnie Spalić, Bo Nie Mógłbym Żyć Na Świecie, Na Którym Istnieje Coś Takiego.
Malfoy rzucał ubrania za siebie, ale zanim trzecia koszula opadła na odpowiedni stos, odwrócił się i wyciągnął różdżkę.
- Incendio!
Popioły powoli opadły na podłogę.
- Malfoy! Nie możesz palić moich ubrań!
Malfoy zmarszczył brwi.
- Nie? To patrz.
Harry patrzył. Trochę bezradnie. Chichotał przy tym pod nosem, ale tłumaczył sobie, że to z radości, że udało mu się ukryć swoją ulubioną piżamę.
Malfoy zaczął dziwacznie warczeć, gdy trafił na najgorszą część ubrań po Dudleyu.
- To niemożliwe, żeby ktokolwiek był taki wielki – stwierdził w końcu. – To jakiś żart.
- Chciałbym żeby tak było.
- Wiem, że nie każdy posiada tak perfekcyjną figurę jak ja, ale to skandal. Na pewno są jakieś stowarzyszenia, które...
- Pomogłyby mu się odchudzić? Tak, ale...
- No cóż, niedokładnie o to mi chodziło – skrzywił się Malfoy, oglądając olbrzymie spodnie. – Myślałem raczej o takich, które litościwie pomagają niektórym opuścić ten ziemski padół.
- Malfoy!
- To niesamowite, jak wielką dawkę świętego oburzenia potrafisz zawrzeć w jednym słowie. Ach, ach, to wstrętne!
Malfoy odkrył stertę wciśniętych w kąt szafy zmechaconych swetrów po Dudleyu.
- Incendio! Incendio! Incendio!
- Malfoy, przestań palić ubrania!
Gdy wokół Malfoya powoli opadał popiół, na usta Ślizgona wpełzł pogodny, anielski uśmiech. Harry nie mógł powstrzymać dzikiego chichotu.
Nagle do pokoju zajrzał Ron Weasley. Obrzucił Malfoya przerażonym spojrzeniem i błyskawicznie zatrzasnął drzwi.
Zapadła chwila milczenia.
- To właśnie problem wspólnych sypialni – zauważył Malfoy. – Jak wy sobie radzicie, gdy chcecie się... zaraz, przecież Gryfoni nie posiadają życia miłosnego. Nieważne.
- Ależ mamy! Ron i Hermiona...
- Przestań, Potter! To potworna wizja.
- Jestem pewien, że nasze życie miłosne jest bardziej interesujące, niż w przypadku Crabbe`a i Goyle’a...
- Potter, to nie mniej ohydna wizja!
- Ja... co ty... Malfoy!
Malfoy opuścił ziejącą pustkami szafę Harry`ego, wskoczył na łóżko i oparł się wygodnie o zagłówek.
- Znowu to samo święte oburzenie – powiedział spokojnie. - Hmm. Przeglądanie koszmarnych ciuchów jest strasznie męczące. Chyba powinienem odpocząć w swojej własnej miłej i spokojnej sypialni prefekta.
Podłożył sobie pod głowę poduszkę i przymknął oczy. Na tle bordowych zasłon, jego włosy wydawały się jeszcze jaśniejsze.
- Prefekci nie mają osobnych sypialni – zauważył Harry.
- Może nie w twoim Domu. Ha!
- Profesor McGonagall mówi, że to niesprawiedliwe, żeby prefekci mieli specjalne przywileje.
- Ani zdanie profesor McGonagall, ani kwestia sprawiedliwości nie liczą się w moim Domu. – Malfoy uśmiechnął się drwiąco. Wyglądało to dość dziwnie, bo reszta jego twarzy wyrażała zadowolenie. Chłopak był wyraźnie zrelaksowany. – Slytherin rządzi. A jeśli nie, szybko pozbywa się konkurencji i uzurpuje sobie prawo do władzy. Mam bardzo przytulny prywatny pokoik. Zawsze możesz wpaść i poślinić się trochę z zazdrości.
Harry podniósł się z łóżka i nieco skonsternowany spojrzał na niewielką kupkę ubrań, która miała z powrotem znaleźć się w jego szafie.
- Malfoy, tu jest tylko siedem rzeczy!
Malfoy otworzył oczy.
- Tak dużo? Wiedziałem, że niezbyt się przyłożyłem.

*

- To było straszne – powiedział ponuro Ron.
Siedzieli z Hermioną przy kominku w pokoju wspólnym. Ron przed chwilą opadł na sofę i ukrył twarz w poduszkach. Hermiona przeciągnęła się. Przez kilka godzin czytała spokojnie, czuła się więc odprężona i niezbyt zaniepokoił ją ton głosu Rona.
- Co? – zapytała, bawiąc się leniwie miękkimi kosmykami jego rudych włosów.
- Malfoy! – Ron prawie wypluł to słowo. - W naszej sypialni! I to co robił z ubraniem Harry`ego!
„Mężczyzna, który za bardzo kochał smoki” wysunął się z bezwładnych rąk Hermiony.
- Co?! A co na to Harry?!
- Nie wiem – wymamrotał posępnie Ron. – Leżał na łóżku. Wyglądał tak, jakby mu się to wszystko podobało.
- To... och, Ron!
- Tak, wiem. To zaszło za daleko.
- To właśnie miałam powiedzieć!
W tym momencie na schodach pojawił się Harry z Malfoyem. Harry mówił głośno i radośnie. Głos Malfoya był zniżony i brzmiał bardzo zmysłowo, podobnie jak wtedy, gdy ten podstępny Ślizgon odczytywał pod nosem składniki eliksirów.
Gdy Malfoy zauważył Rona i Hermionę, zamilkł. Harry spojrzał na niego, a w jego oczach zamiast zakłopotania, pojawiła się troska.
No pewnie, pomyślała Hermiona. Harry martwi się, że ci wielcy, wstrętni Gryfoni mogliby pobić Malfoya. A przecież Malfoy ponoć zdzierał z niego przed chwilą ubrania!
- Cześć – powiedział Harry, trochę skrępowany.
- Co mu zrobiłeś?! – krzyknęła Hermiona, zwracając się do Malfoya. Była zbyt wstrząśnięta, by kłopotać się jakimiś innymi formami powitania.
- Pomagał mi robić porządek w szafie – odparł Harry, zdumiony.
- Och!
Och. Och, więc o to chodziło. Dobrze, mogę zacząć z powrotem oddychać.
Malfoy oparł się o ścianę, spojrzał na Gryfonów, a kąciki jego ust uniosły się lekko.
Hermiona opanowała się.
Harry przyglądał im się z niepokojem.
- Ron, jesteś gotowy na trening quidditcha? – zapytał.
Ron wstał, pomimo że na widok Malfoya krew ścinała mu się w żyłach.
Oczywiście, oburzyła się w myślach Hermiona. Na wspomnienie treningu Ron powstałby nawet z grobu.
W ciszy rozległ się chłodny głos Ślizgona:
- Och, faktycznie – powiedział w zamyśleniu. - Trening quidditcha. Spóźnię się.
Jeśli Ron byłby psem, zjeżyłby sierść i odsłonił kły.
- Nie będziecie grać – warknął. – Zarezerwowaliśmy boisko.
Harry spojrzał na Malfoya z wyrzutem.
- Ron ma rację. Pamiętaj, że rezerwacja nie może być zmieniona. Ustaliliśmy to w zeszłym roku.
”Ustaliliśmy”, jakież to piękne określenie, pomyślała Hermiona.
Gdy pomimo rezerwacji, Ślizgoni po raz piąty z rzędu zajęli boisko, Malfoya i Harry`ego trzeba było siłą powstrzymywać, żeby się nie pozabijali. W końcu do akcji musiał wkroczyć Dumbledore.
Kiedy Hermiona popatrzyła na stojących obok siebie w idealnej zgodzie Harry`ego i Malfoya, zaczęła tęsknić za tamtymi czasami.
- Nie mówiłem, że będziemy trenować na boisku – stwierdził Malfoy lekceważąco. – Złapię cię później, Potter.
Gdy wychodził, obdarzył jeszcze Hermionę i Rona drwiącym uśmiechem.
Harry patrzył za nim, wyraźnie zaintrygowany jego ostatnią wypowiedzią. Drzwi jeszcze dobrze się nie zamknęły, a Ron już zaczął sztorcować Harryego.
Hermiona schyliła się, żeby podnieść książkę.

*

Harry zdawał sobie sprawę, że został kapitanem drużyny tylko dlatego, że był Harrym Potterem.
Zwykle funkcję tę obejmował ktoś z rodziny czarodziejów, kto od dziecka interesował się quidditchem, a na podstawie oglądanych meczów i omawianych w domu strategii, mógł zaplanować taktykę gry. Ale oczywiście dla Harry`ego Pottera zawsze robiono wyjątki.
Ron posiadał wręcz encyklopedyczną wiedzę na temat każdej gry, w której brały udział Armaty z Chudley i właśnie tłumaczył jakieś zagrania ich nowemu obrońcy, Natalie McDonald.
Harry stał z boku, uśmiechał się grzecznie i puszczał ich rozmowę mimo uszu.
Ron powinien być kapitanem.
- Mam nadzieję, że Ron nie przestraszy jej za bardzo – stwierdził stojący za Harrym Dean Thomas.
Harry odwrócił się. Chłopak uśmiechał się do niego przyjaźnie. Z Deanem zawsze dobrze mu się rozmawiało, wiec Harry odrobinę się odprężył.
- Dlaczego miałby ją przestraszyć?
- Mnie przeraża – odparł Dean z udawanym drżeniem. – Te wszystkie rozmowy o tysiącach meczów, które kiedyś gdzieś się odbyły, nieźle mieszają mi w głowie. Oczywiście ja nigdy nie byłem aż tak bardzo zainteresowany quidditchem.
To była prawda. Dean wykazywał średni entuzjazm do quidditcha. Pomimo że miał świetne możliwości techniczne, zawsze pozostał wierny swoim dwóm pasjom – futbolowi i sztuce.
- Właściwie dlaczego zgłosiłeś się do drużyny?
Dean był trochę zakłopotany.
- Cóż... chciałem spędzać więcej czasu z Ginny.
Harry spojrzał na Ginny. Prowadziła właśnie ożywioną dyskusję na temat Armat z Chudley. Mówiła głośniej i z większym zaangażowaniem niż zwykle.
Harry nigdy nie rozumiał krótkotrwałego związku Ginny i zamkniętego w sobie Deana.
- Przykro mi, że wam nie wyszło... Szkoda.
Teraz Dean był z Parvati, więc wszystko było w porządku. Dean był taki miły... Harry nie mógł pojąć dlaczego Ginny z nim zerwała. Ginny zauważyła, że chłopcy ją obserwują i zarumieniła się.
- Wiesz, mogło być gorzej – stwierdził Dean filozoficznie. – Mogłem być na przykład jednym z tych głupków w drużynie Ślizgonów.
Harry spojrzał na niego pytająco.
- Malfoy zachowuje się jak zwariowany na punkcie dyscypliny sierżant – wyjaśnił Dean. – Musiałeś to zauważyć.
Harry zauważył przede wszystkim, że gdy Dean wymawiał nazwisko Malfoya, nie słyszał w jego głosie nienawiści.
Dean zawsze był spokojny, ale bardzo spostrzegawczy.
- Nie mam nic do Malfoya – powiedział. – Prawie go nie znam. Nigdy mi nie przeszkadzał. Zaprzyjaźniliście, tak?
- No, owszem.
- Ma bardzo interesującą osobowość – zauważył Dean, wzruszając ramionami. – Jest przerażający, ale przy okazji, jedyny w swoim rodzaju.
- Przera...
W tym momencie, jakby chcąc udowodnić opinię Deana, na horyzoncie pojawił się Malfoy. Pędził przez pola otaczające boisko, ścigając Crabbe`a i Goyle`a. Włosy fruwały mu wokół głowy, a oczy błyszczały szaleństwem. W ręku trzymał ciężką torbę. Dwaj pałkarze biegli tak szybko jak tylko mogli, podczas gdy ich kapitan wściekle miotał w nich ciężkimi metalowymi kulami.
- Nigdy do niczego nie dojdziecie, jeśli będziecie się bali, że uderzy w was tłuczek! Stójcie! Wracajcie i przyjmijcie ciosy jak mężczyźni!
Ani Crabbe, ani Goyle nie byli aż tak głupi. Uciekali dalej, wyjąc od czasu do czasu, gdy Malfoyowi udało się któregoś z nich trafić.
- Żądny władzy... Slytherin kochał tych, którzy mieli wielkie ambicje – zacytował Dean ze śmiechem. – Malfoy jest zdeterminowany, żeby znowu zaścielić boisko pokonanymi Krukonami. Tak jak mówiłem, przerażający.
Malfoy zorientował się, że jego torba jest pusta akurat wtedy, gdy zrównał się z Harrym i Deanem. Crabbe i Goyle, nie zdając sobie z tego sprawy, nadal gnali przed siebie.
- Idioci! - wrzasnął Malfoy za nimi.
Zwrócił się w stronę Deana i Harry`ego, od niechcenia kiwając im głową. Wyglądał na wykończonego, ociekał potem, a mokre włosy opadały mu na oczy. Mimo to jednak odwrócił się energicznie i sprężystym krokiem odszedł w stronę zamku.
Harry uśmiechnął się do Deana.
- Ale, jak mówiłeś, jedyny w swoim rodzaju.
Podszedł do Rona i Natalie.
- Hej, może pogramy, zamiast gadać? No już, wszyscy na miotły!
- Tak jest, kapitanie – uśmiechnął się Dean.


*

Następnego dnia Harry przyszedł wcześniej na eliksiry, żeby porozmawiać z Malfoyem.
Malfoy był bardzo zajęty, świętując zasłużone zwycięstwo nad Krukonami, więc Harry spędził ten weekend z Ronem i Hermioną. Nie widział się z Malfoyem już kilka dni i ... cóż, to było zaskakujące, ale stwierdził, że chyba za nim tęsknił.
- Gratuluję wygranej – powiedział. – Nie miałem okazji życzyć ci szczęścia przed meczem.
Malfoy uniósł brodę. Nie wyglądało na to, że tęsknił za Harrym, ale przecież przyszedł wcześniej, prawda?
Harry powoli uczył się rozumieć zachowanie Malfoya.
- Ślizgoni nie potrzebują szczęścia – odparł Ślizgon. – Mamy świetną taktykę.
- Tak, wasza taktyka polega na łamaniu wszystkich zasad.
- W quidditchu można faulować na siedemset różnych sposobów – poinformował go Malfoy. – Nie chciałoby mi się uczyć każdego z nich.
- Czy ktoś mówił ci już, że jesteś niemożliwy? – spytał Harry żartem.
Twarz Malfoya złagodniała.
- Mój ojciec stale mi to powtarzał. – Zamilkł na moment, a potem dodał szorstko: – Nie mogę się dzisiaj z tobą spotkać.
Harry w pierwszej chwili poczuł satysfakcję. Malfoy nigdy wcześniej nie zadawał sobie trudu informowania go o czymś takim. To, że ostatnio spotykali się regularnie, wydawało się raczej jego fanaberią.
Poza tym Harry czuł się oczywiście rozczarowany.
- Och... dlaczego?
- Zew natury, żądza i te sprawy. Wiesz jak jest.
Harry dopiero zaczął się rumienić, gdy Malfoy uniósł brwi i uśmiechnął się.
- Potter, ty naiwny głupku. Pochlebiasz mi myśląc, że mam czas na podrywanie. Jakbyś nie zauważył, ostatnio poświęcam ci sporo czasu.
Harry odprężył się trochę.
- A więc słynny Czar Malfoya, dzięki któremu mogłeś poderwać każdą dziewczynę w ciągu dwóch minut, przestał działać?
- Oczywiście, że nadal działa. Nigdy nie powinieneś w to wątpić. Ale nie mam dwóch wolnych minut, bo muszę odrobić zadanie z astronomii.
- Cóż, jeśli będziesz w Wieży Astronomicznej, prawdopodobnie wystarczy, że otworzysz szafę, a znajdziesz się w czyichś objęciach.
Malfoy machnął trzymanym w ręce piórem.
- Teraz myślisz jak Ślizgon. Ale niestety, nie idę na wieżę. Chcę opracować mój projekt w szerszym zakresie, a do tego potrzebuję otwartej przestrzeni. A jeśli nie chcę mieć randki z krową, to...
Malfoy wzruszył ramionami. Harry przysiadł na jego ławce i zamyślił się.
- Brzmi nieciekawie – podsumował.
- No cóż.
- ...Mogę z tobą iść, jeśli chcesz?
Malfoy spojrzał na niego. Jego szare oczy pozostały obojętne.
- Nie chodzisz na astronomię – powiedział. - To zresztą następny przykład twojej głupoty, Potter, bo to naprawdę fantastyczne zajęcia. Czy twoje życie jest aż tak żałosne, że włóczenie się i leżenie na nudnym polu uważasz za zabawne?
Harry zaczął z zainteresowaniem oglądać drewniany blat ławki.
- Hermiona i Ron mają dzisiaj swoje tete a tete. Dzisiejszy wieczór faktycznie zapowiada się żałośnie, więc równie dobrze mogę włóczyć się po błoniach. Poza tym pomyślałem, że przyda ci się towarzystwo. - Podniósł głowę i uśmiechnął się krzywo. – Ale skoro i tak chcesz się mnie pozbyć, żeby mieć więcej czasu na podrywanie...
- Mówiłem coś takiego? Och, no dobrze, możesz ze mną iść. A teraz zmykaj Gryfonku, zanim ugryzie cię zły Mistrz Eliksirów – wymruczał Malfoy.
Harry obejrzał się. Snape był już w klasie i spoglądał na niego groźnie. Harry błyskawicznie dopadł swojego miejsca i osunął się na krzesło.

*

Harry leżał na kocu i rozkoszował się panującym wokół spokojem.
Z zachwytem patrzył w rozgwieżdżone niebo – było takie piękne. Jego widok wywoływał w nim uczucie szczęścia, zupełnie jak wtedy, gdy grał w quidditcha. Nawet teraz, w nocy, przypominało mu olbrzymi plac zabaw. Błonia były ciche, a ciemność sprawiała, że czuł się bezpiecznie; nikt od niego nic nie chciał, niczego nie oczekiwał.
Odwrócił się i zaczął obserwować Malfoya. Na tle ciemnego nieba widział jego profil. Chłopak wpatrywał się w niebo przyciskając do oczu omniokulary. Od czasu do czasu pochylał się nad pergaminem i robił jakieś notatki. Co jakiś odgarniał opadające mu na oczy kosmyki jasnych włosów i uśmiechał się do Harry`ego.
Malfoy nie sprawiał wrażenia, jakby potrzebował towarzystwa Harry`ego. Wydawało się, że Ślizgon jest samowystarczalny. Przez całe lata radził sobie bez prawdziwych przyjaciół, jeśli nie liczyć Crabbe`a i Goyle’a. Harry`emu zrobiło się przykro, gdy pomyślał, że tak naprawdę jego obecność tutaj jest Malfoyowi całkowicie obojętna.
To było coś nowego dla Harry`ego Pottera. Po raz pierwszy w życiu zależało mu na tym, aby ktoś zwrócił na niego większą uwagę.
Harry uśmiechnął się do swoich myśli, podłożył ręce pod głowę i zapatrzył w niebo.
- Czemu się tak uśmiechasz, Potter? – zapytał Malfoy nieobecnym tonem, jednocześnie zapisując coś na pergaminie.
- Och... nic. Po prostu jestem zadowolony.
Zadowolony. Tak, to było to.
- Bo zamarzasz w środku nocy na błoniach? Niewiele ci trzeba do szczęścia.
Harry delikatnie szturchnął go w ramię.
- Ach, tak. Ty czerpiesz przyjemność z wyżywania się na bezbronnych Ślizgonach. Wiesz, sadyzm nie jest najlepszym sposobem na życie.
- Dla Ślizgonów jest jedynym sposobem na życie – stwierdził Malfoy, nie usiłując nawet zaprzeczyć. – No, ale skąd ty miałbyś o tym wiedzieć, przecież nie jesteś Ślizgonem.
Harry podniósł się i oparł na łokciu.
- Niewiele brakowało, żebym nim był.
Malfoy upuścił omniokulary.
- Co?
Harry poczuł satysfakcję, że w końcu udało mu się przyciągnąć uwagę Malfoya.
- Tiara Przydziału twierdziła, że powinienem być w Slytherinie – przyznał, a potem, mając nadzieję, że Malfoy się nie obrazi, dodał ciszej: – Ale ja nie chciałem.
Malfoy nawet nie zauważył, że Harry starał się być taktowny.
- Ty? – zdumiał się. – Harry Potter? Uosobienie cech idealnego Gryfona? Niemal umieszczony w gnieździe węży! – Roześmiał się diabelsko. – No, to by było coś!
Harry położył się z powrotem i utkwił oczy w migoczących gwiazdach.
- Tak – zgodził się. – To by było coś.
- Och, miałbym tyle okazji i mógłbym wykorzystać tyle sposobów, żeby zamienić twoje życie w piekło – rozpaczał Malfoy. – Przez pięć lat mieszkalibyśmy w tej samej sypialni. Mógłbym cię doprowadzić do szału, pozbawić zdrowych zmysłów.
Harry zamknął oczy. Na twarzy czuł chłód nocy, a jedynymi dźwiękami przerywającymi ciszę, był głos Malfoya i skrobanie pióra na pergaminie.
- Hmm. Więc nie uważasz, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić?
- A czy teraz jesteśmy przyjaciółmi?
Harry spojrzał na Malfoya i zamrugał, jakby patrzył w bardzo jasne światło.
W oczach Malfoya nie czaiła się złośliwość, raczej iskierka zaciekawienia. Harry poczuł nagle wielką ulgę.
- Wiem – stwierdził Malfoy głosem pozbawionym wszelkich emocji. – Chciałeś, żebyśmy zostali przyjaciółmi i ja się zgodziłem. Ale czy naprawdę jesteś moim przyjacielem?
Harry usiadł. Bardzo chciał powiedzieć coś szczególnego, ale nie wiedział jak wyrazić swoje uczucia.
W końcu powiedział jedyną rzecz, jaka przyszła mu do głowy:
- Tak.
W napięciu oczekiwał na jakąś reakcję.
- To dobrze – odparł Malfoy, spoglądając w niebo i zamaszyście zaznaczając coś na pergaminie.
Harry czuł się trochę dziwnie. Nadal czekał na jakąś żywszą reakcję Malfoya, na jakieś słowa, które znamionowałyby uczucia Ślizgona.
To była dziwaczna przyjaźń. Tak niepodobna do zażyłości, która łączyła go z Ronem i Hermioną. Tak różna od koleżeńskich stosunków, jakie panowały między nim a Seamusem i Deanem. To było zupełnie inne uczucie, całkiem nowe. Budziło w nim napięcie i niepewność, i było takie... intensywne. Znaczyło więcej, niż relacje z Seamusem i Deanem; sprawiało, że tak łatwo można go było skrzywdzić, a jednak nie niosło ze sobą tego poczucia bezpieczeństwa, które dawali mu Ron i Hermiona.
A teraz leżał tu, w napięciu czekając na coś, czego Malfoy najwyraźniej nie miał zamiaru powiedzieć.
Poczuł niejasne pragnienie, żeby wziąć odwet za niepokój, którego przyczyną był brak odpowiedzi Malfoya.
- Gdybym był w Slytherinie, nie zaprzyjaźniłbym się z Ronem i Hermioną – odezwał się, wypowiadając imiona przyjaciół z rozmyślną emfazą.
- Faktycznie, wieka tragedia – zauważył Malfoy ironicznie.
- Nie rozumiem, dlaczego ty ich tak bardzo nienawidzisz – powiedział Harry.
Malfoy zajęty był wkładaniem książek do torby i nie patrzył na Harry`ego, gdy zaczął mówić. Jego pozbawiona emocji twarz wyrażała jedynie zadumę.
- To nieprawda, że ich nienawidzę. Ale wiesz co sądzę o... no dobrze, osobach pochodzących z mugolskich rodzin. A jeśli chodzi o Weasleyów... - Jego usta skrzywiły się w drwiącym uśmieszku. - Mój ojciec mi o nich opowiadał.
- Weasleyowie to wspaniali ludzie – rozzłościł się Harry i usiadł prosto.
Twarz Malfoya była teraz bardzo blisko, ale Harry nie widział w jego oczach wrogości, a głos chłopaka był obojętny i rzeczowy.
- Ojciec Weasleyów rzucił się na mojego, w księgarni, pamiętasz? Nieważne czy są wrogami czy nie, takie zachowanie jest niewybaczalne. A ich dzieci nie są inne. Te bliźniaki zawsze gwizdały, gdy Tiara przydzielała dzieciaki do Slytherinu. Ludzie mówią, że jestem uprzedzony, ale ja nigdy nie zniżyłbym się do czegoś takiego. A jeśli chodzi o tego twojego ukochanego Weasleya, jest dokładnie taki jak jego bracia. Nie lubi mnie za nazwisko. I z tego samego powodu ja nie lubię jego. Tak to właśnie wygląda, tylko że Weasleyom nikt nie zarzuca przy tym bestialstwa.
- To wcale nie t...
„Słyszałem o nich. Mój tata mówi, że ojciec Malfoya nie wahał się, przechodząc na stronę Sam-Wiesz-Kogo”.
Harry przypomniał sobie, jak Ron prychnął pogardliwie na wieść, że syn Malfoya ma na imię Draco. Najwyraźniej był przekonany, że ma prawo się z niego wyśmiewać, tylko dlatego, że chłopak pochodzi z takiej rodziny.
Jedyną dobrą stroną nieposiadania rodziców było to, że Harry nie przejął automatycznie ich opinii i przekonań.
- Ron jest dobrym człowiekiem – powiedział Harry zmęczonym głosem, układając się na kocu i spoglądając znowu w gwiazdy. – Nie powinieneś oceniać nikogo tylko po tym, jakie nosi nazwisko.
„Cała ich rodzina jest zła”.
- Jemu to powiedz – zadrwił Malfoy.
- Powiem mu – odparł Harry. – I tobie też to będę powtarzał.
Malfoy odepchnął na bok swoją torbę z książkami i wyciągnął się na kocu.
- Och, przestań zrzędzić, Potter. Bo inaczej naślę na ciebie moich sługusów.
- Heh... – zaśmiał się Harry. – Wcale się ciebie nie boję.
- Oczywiście. Harry Potter niczego się nie boi – drażnił Malfoy.
- Zamknij się!
- Nieustraszony Potter. Wygląda na to, że jesteś jedyną osoba w całej szkole, która ani na moment nie poddaje się panice.
- Dlaczego miałbym panikować?
- Chłopiec, Który Zapomniał O Całym Świecie. Od roku znikają ludzie. Do tej pory Hogwart był swego rodzaju azylem, a teraz uczniowie znikają i to pod samym nosem Dumbledore`a. Teraz nasza szkoła nie jest bezpieczniejszym miejscem niż błonia i wszyscy wiemy, że jest wśród nas ktoś, kto pomaga Sam-Wiesz-Komu. Czy ty się nigdy nie boisz?
- Nie zauważyłem, żebyś ty siedział z głową pod kocem i trząsł się ze strachu.
- To dlatego, że mam nerwy ze stali – oznajmił Malfoy dumnie. – Potter! Ty draniu! Masz poduszkę?!
- Nie, zwinąłem swój płaszcz. Widzisz, ja noszę płaszcz. I sweter. Bo jest luty i jest bardzo zimno, a ja nie jestem idiotą.
- Śmiesz nazywać mnie idiotą? Jutro rano spotkasz się z moimi prawnikami!
Malfoy usiłował wyszarpać mu płaszcz spod głowy, ale udało mu się wyrwać tylko mały kawałek.
- Dobra – powiedział w końcu łaskawie. – Posuń się trochę.
Harry poczuł, że miękkie kosmyki łaskotają go u ucho i posunął się, żeby zrobić Malfoyowi więcej miejsca. Niebo nad nim było czyste, a obok słyszał spokojny, regularny oddech Malfoya.
- Boisz się czasem? – zapytał Harry nagle.
- Hm? Oczywiście że tak, Potter. Nie jestem cholernym bohaterskim Gryfonem. Pamiętasz jak rzuciłeś na mnie swojego głupiego patronusa na trzecim roku? To było straszne. Leciał prosto na mnie.
Harry zaśmiał się miękko.
Prawda. Malfoy, Goyle i Flint przebrani za dementorów.
- Nie wiedziałem, że biegł wprost na ciebie.
- Cóż, tak było.
- W pewnym sensie to dla mnie komplement – stwierdził Harry. - Nawet w tym idiotycznym kostiumie byłeś godnym przeciwnikiem.
- Jeśli oznaką godności ma być fakt pokonania przez fantomowego jelenia, to wolę być niegodny.
- Och, nie narzekaj.
Oczywiście proszenie Draco, żeby nie narzekał, było równie bezcelowe jak proszenie nieba, żeby zmieniło kolor na żółty, a...
Draco.
Harry zdał sobie sprawę, że bardzo łatwo przyszło mu nazwanie w myślach Malfoya po imieniu. A przecież kilka tygodni wcześniej wydawałoby mu się to... kompletnie absurdalne. A teraz, cóż... przecież miał na imię Draco prawda? Tak właśnie myślał, gdy na niego patrzył. To przecież zupełnie naturalne.
Co nie oznacza, że Harry miał zamiar tak do niego mówić. Nic z tych rzeczy.
- Wcale nie narzekam. – Chwila ciszy. – Zimno – poskarżył się Draco. - Powinniśmy wracać.
- Umhmmm. – Na błoniach było tak spokojnie. – Za minutkę.

*
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:26

*

Następnego ranka Harry obudził się zmarznięty i połamany. Ziewnął, mrużąc oczy przed słonecznym blaskiem, obrócił się i znalazł się nosem w nos z Draco.
Ugryzł się w język, błyskawicznie przeturlał się na drugi koniec koca i usiadł prosto.
- Malfoy! Obudź się! Spaliśmy tu całą noc!
Draco wymamrotał coś niewyraźnie i ukrył twarz w płaszczu Harry`ego. Leżał zwinięty na kocu, z mocno zaciśniętymi powiekami i włosami zakrywającymi twarz. Przedstawiał sobą całkowicie niedorzeczny widok.
- Malfoy!
Harry chwycił go za ramię i potrząsnął gwałtownie.
- Zostaw mnie w spokoju – wymruczał Draco zduszonym głosem.
- Wstawaj, Malfoy!
Draco uchylił powieki. Zaraz potem jego oczy otworzyły się bardzo szeroko.
- Potter, co... och! O nie. Och, powiedz mi proszę, że nie spałem na błoniach! Och, to takie strasznie plebejskie!
- Tak, to przerażające. Też mnie to martwi – powiedział Harry, przewracając oczami. – Znacznie osłabi to moją pozycję towarzyską. Przecież tam muszą umierać ze zdenerwowania!
- Nie w moim domu – odparł Draco stanowczo. – Pomyślą, że z kimś spałem. Uh, moje ubranie! Wygląda fatalnie! Potter, czy mówiłem ci ostatnio, jak bardzo cię nienawidzę?
Harry podniósł się i zaczął otrzepywać spodnie. Potem wyciągnął rękę, żeby pomóc Malfoyowi wstać.
Draco oparł się na łokciach i spojrzał na niego surowo.
- Gardzę tobą.
- Oczywiście, Malfoy.
Draco chwycił go za rękę, wstał i zaczął przypatrywać się, jak Harry składa koc. Oczywiście nie zaoferował pomocy.
- Możesz ponieść moją torbę – zaproponował rozkazującym tonem.
- Już lecę... – odparł Harry spokojnie.
Draco podniósł torbę.
- Nie cierpię cię. Brzydzę się tobą. Hmm...
- Gardzę to dobre słowo – podsunął mu Harry.
- Dzięki Potter. Gardzę tobą tak bardzo, że nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić.
- Och, daj spokój i chodź na śniadanie.

*

Harry musiał wspiąć się na wyżyny perswazji, zanim zdołał przekonać Draco, że powinni iść na śniadanie. Ślizgon wydawał się myśleć tylko o tym, żeby jak najszybciej dopaść szczotki do włosów i lusterka.
- Nie bądź próżny, Malfoy. Nie możesz opuścić następnego śniadania. Zbyt często nie pojawiasz się na posiłkach.
- Nie jesteś moją niańką Potter. Będę opuszczał tyle posiłków, ile zechcę.
- Poniosę ci torbę.
Milczenie.
- Jak daleko?
Kiedy Harry wchodził do Wielkiej Sali, niósł ze sobą torbę Malfoya i wszystkie inne rzeczy. Natychmiast po wejściu do Sali, Draco skierował się do stołu Slytherinu, opadł na krzesło i bardzo głośno zażądał kawy.
Tak na wszelki wypadek, gdyby jeszcze nie wszyscy zwrócili na nich uwagę.
Ron i Hermiona przywitali Harry`ego histerycznymi okrzykami ulgi i zaczęli mu czynić wyrzuty. Ron najwyraźniej był przekonany, że Harry spędził tę noc z dziewczyną. Hermiona nie powiedziała co myślała na temat nieobecności Harry`ego.
Oboje byli przerażeni, gdy dowiedzieli się prawdy.
- Na błoniach! Harry, to niebezpieczne...
- Z Malfoyem! Harry... bleee...
Harry spojrzał w kierunku stołu Ślizgonów, gdzie sytuacja wyglądała podobnie. Draco wtulił twarz w ramię Pansy, wyraźnie odmawiając odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Pansy spoglądała na jego głowę z niemal matczyną troską, a Blaise uspokajająco położył mu dłoń na ramieniu.
Hermiona dotknęła delikatnie ręki Harry`ego. Chłopak zamrugał i zaskoczony odwrócił się do niej.
- Nie będę ci robiła wykładów Harry. Wygląda na to, że jesteś zły i zmęczony. Ale naprawdę, powinieneś bardziej uważać.
- Przepraszam, nie chciałem was zmartwić... – odparł Harry. – I nie jestem zły!

*

W piątek Draco nie przyszedł nad jezioro.
Harry bardzo się zaniepokoił. Od poniedziałku Draco wydawał się rozumieć, że jeśli nie ma zamiaru przyjść na spotkanie, powinien o tym Harry`ego uprzedzić. Harry przejął się tym bardziej, że sam od tygodni przychodził nad jezioro każdego dnia.
I... niepokoiło go to, że tak bardzo się tym przejmował. Dlatego, że do cholery, chciał zobaczyć się z Draco - przyznanie się do tego było zupełnie w porządku.
Przecież byli przyjaciółmi. Powiedział to i teraz wiedział już, że to prawda.
Ale przecież Draco dał mu hasło do dormitoriów Slytherinu. I powiedział, że Harry może przychodzić, kiedy tylko zechce.
Harry był zniesmaczony, gdy zorientował się, że właśnie w tej chwili targuje się z samym sobą o przyjemność zobaczenia się z Draco.
Nie użyję hasła, ale mogę zapukać i zapytać, czy on tam jest. To nie będzie pogwałcenie prywatności. Jeśli nie robi nic ważnego, na pewno wyjdzie. Może nawet chce, żebym do niego przyszedł. Lubi wystawiać ludzi na próby. Lubi mnie wystawiać na próby.
Tak
, pomyślał. Pójdę do dormitoriów Slytherinu.
Harry rozejrzał się i był bardzo zdumiony, bo właściwie znajdował się już przy wejściu do zamku.


*

Gdy tylko otworzyły się drzwi, Harry zorientował się, że w pokoju wspólnym Śligonów dzieje się coś niezwykłego. W pomieszczeniu panował ruch i hałas, a dziewczyna, która mu otworzyła, ubrana była w mocno wydekoltowaną szatę.
Harry skromnie odwrócił wzrok od jej wyeksponowanego biustu i zapytał, czy mógłby zobaczyć się z Malfoyem. Następnym dowodem na to, że dzieje się tu coś dziwnego był fakt, że dziewczyna zamrugała tylko i szybko odeszła w głąb pokoju.
Dlaczego miała takie rozszerzone źrenice? Ktoś powinien dokładniej przyjrzeć się tym Ślizgonom.
Blaise Zabini ma na sobie skórzane spodnie?
To po prostu niedopuszczalne!
Och, dobrze, idzie Draco.

Harry zamrugał.
Draco przytrzymał się ręką framugi i spojrzał pytająco na Harry`ego.
Ślizgon ubrany był w czarne dżinsy i dość obcisłą grafitową koszulkę. Jego włosy sprawiały wrażenie tak jedwabiście miękkich, jakby przez ostatnich parę godzin zajmował się tylko nimi.
- Um... – wykrztusił Harry. – Cześć.
- Cześć – odparł Draco trochę rozbawiony. – Byłeś w okolicy i wpadłeś prawda? Przysięgam, nie zamierzamy składać dziewicy w ofierze.
- Co tu się dzieje?
- Zwykłe wyjście do pubu. Wiesz, do Trzech Mioteł. Jak co miesiąc, idą wszyscy starsi Ślizgoni. Myślałem, że wiesz? – Draco był nieco zdziwiony.
- Nie...
- No trudno – Draco wzruszył ramionami. – Poprosiłbym, żebyś się do nas przyłączył, ale pamiętam jak fatalnie tańczysz. Poza tym, zjedliby cię żywcem.
- Och... tak. Baw się dobrze.
- To właśnie zamierzam robić. Na razie Potter.
- Eee... Do jutra.
Harry był bardzo rozczarowany, kiedy wychodził z lochów.


*

- A tak, sławetne ślizgońskie orgietki – powiedziała Hermiona wyniośle. – Pod płaszczykiem spotkań integracyjnych upijają się i obmacują.
Najwidoczniej wiedzieli o tym wszyscy, oprócz Harry`ego.
Typowe.
- No, Harry, nie przejmuj się tak – pocieszyła go Hermiona. – Zawsze możesz wykorzystać dzisiejszy wieczór na powtórkę do OWUTEMów.
Ron siedział przy stole ze znudzoną miną i przyglądał się jak Hermiona robi kolorowe tablice poglądowe, mające pomóc im przy nauce do egzaminów. Ginny zaglądała bratu przez ramię, z miną osoby, którą OWUTEMy czekają na szczęście dopiero za ponad rok.
Kiedy Hermiona nie patrzyła, Ron zwrócił się do Harry`ego i bezgłośnie poruszył ustami. „Uciekaj! Ratuj się!”
- O niczym innym nie marzę – powiedział ponuro Harry, a potem dodał ostrzej: – I wcale się nie przejmuję.
Hermiona wyglądała przez chwilę jakby chciała skomentować tę deklarację, ale w końcu zacisnęła usta i zachowała taktowne milczenie.
- To miłe, że dzisiaj z nami zostajesz – powiedziała Ginny stłumionym głosem, upuszczając przy tym pióro i czerwieniąc się okropnie.
- Dzięki, Ginny – powiedział Harry, trochę poruszony. Ginny zaczerwieniła się jeszcze bardziej.
- Odsuń się przynajmniej trochę od ognia – nalegała Hermiona. - Siedzisz tam już kilka godzin. Usmażysz się.
- Moglibyśmy iść na boisko i zrobić kilka rundek – zaproponował Ron z nadzieją.
- Ron, masz zaległe zadanie z zielarstwa – przypomniała Hermiona, groźnie na niego patrząc. - Jeśli nie zaczniesz go pisać, przywiążę cię krawatem do krzesła.
- Bardzo perwersyjne, Granger. Kto by pomyślał, że masz takie preferencje.
Na dźwięk tego drwiącego głosu, głowa Harry`ego podskoczyła.
Draco opierał się swobodnie o ścianę obok otwartego wejścia do pokoju wspólnego Gryffindoru. Włosy Ślizgona były w lekkim nieładzie i miał trochę zarumienioną twarz. Nadal ubrany był w wyjściowe szaty. Przyglądał się obecnym ze zwykłym spokojem.
- Malfoy – powiedział Harry i zaskoczony stwierdził, że w jego głosie pobrzmiewa bardzo wyraźna radość.
Draco przechylił głowę i spojrzał na niego.
- Impreza była beznadziejna – wyjaśnił. – Nudziłem się. Przyszedłem zapytać, czy nadal masz ochotę coś robić.
Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- Pewnie... oczywiście. Już idę.

*

Draco zdecydowanie odmówił wyjścia na zewnątrz. Stwierdził, że nie jest odpowiednio ubrany.
- Mógłbym się przeziębić – powiedział, patrząc na Harry`ego z wyrzutem. – To cud, że nie umarłem po tej nocy spędzonej na błoniach. Wiesz, że jestem delikatny.
Harry przypomniał sobie jak ten „delikatny” chłopiec miotał w kolegów ciężkimi kulami, ale powstrzymał się od komentarza.
- Nie – zdecydował Draco. – Pójdziemy do mnie. O tej porze w dormitoriach nie będzie zbyt wielu Ślizgonów.
Gdy dotarli na miejsce, Harry był zszokowany.
- Ależ tu jest miło! Mówisz, że każdy prefekt Ślizgonów ma taki pokój?
Pokój naprawdę był przytulny. Urządzony oczywiście w kolorach ślizgońskiej zieleni. Znajdowało się w nim biurko, kominek i...
- Masz dwie szafy! To niesamowite!
Draco zmarszczył brwi.
- Wiem. Mówiłem Snape`owi, że nie powinien wymagać ode mnie, żebym zmieścił wszystko w dwóch. Powinienem mieć co najmniej trzy, ale czy mnie posłuchał? Ten człowiek ma serce z kamienia.
Harry opadł na fotel naprzeciwko Draco i spojrzał na chłopaka niedowierzająco.
- Nie potrzebujesz trzech szaf. Nikt tylu nie potrzebuje.
- A co ty możesz o tym wiedzieć? Ty odzieżowa katastrofo – skrzywił się Draco.
- Wiem coś na ten temat. Dzięki tobie nie potrzebuję nawet jednej szafy.
- Przestań przynudzać, Potter – Draco przeciągnął się. – Mówiłem ci przecież, że pójdziemy do Hogsmeade i powiem ci co masz kupić.
- Nie będziesz mi mówił co mam sobie kupić.
Draco wydął wargi.
- Jak sobie życzysz.
- Ale możemy jutro iść do Hogsmeade, jeśli chcesz – Harry starał się, aby jego głos brzmiał obojętnie.
Wyraz twarzy Draco stwardniał nagle. Chłopak nie wydawał się już tak rozluźniony.
- Nie mogę. Jutro muszę spotkać się z matką. Wiesz, próba integracji rodzinki – powiedział chłodno.
- Ach.
Harry przełknął ślinę, powstrzymując się przez zapytaniem Draco, czy wszystko w porządku. Ślizgon zapewne nie doceniłby takiej troski. Poza tym, Harry starał się stłumić uczucie rozczarowania.
I wtedy Draco, jak to było w jego zwyczaju, znowu go zaskoczył.
- Możesz iść z nami, jeśli chcesz – zaproponował zdawkowo.
Harry zawahał się. Przypomniał sobie kobietę o aroganckiej, wyniosłej minie, która w dodatku była wdową po Lucjuszu Malfoyu. Nie miał ochoty spotkać się znowu z Narcyzą Malfoy.
Ale z drugiej strony, nie miał nic innego do roboty... A wizja spędzenia dnia bez Draco, zdecydowanie mu się nie podobała.
- Dobrze – zgodził się niepewnie.
Przez twarz Draco przemknął cień uśmiechu. Chłopak rozparł się wygodnie w fotelu i zaproponował grę w karty.
W ten właśnie sposób Harry znalazł się w Hogsmeade, wlokąc się z zakłopotaniem za Draco, który szedł na spotkanie stojącej na placu kobiety.
Była niższa, niż Harry pamiętał.
- Witaj – zwrócił się do niej Draco. – Przyprowadziłem przyjaciela, o którym ci wspominałem.
Narcyza Malfoy spojrzała na Harry`ego i zamrugała.
- To Harry Potter – powiedziała martwym głosem.
- Jesteś bardzo spostrzegawcza - zauważył Draco spokojnie.
Narcyza uśmiechnęła się i wyciągnęła do zdumionego Harry`ego rękę.
- Czy to oznacza, że obejdzie się bez części czwartej, odcinka siódmego wykładu „Dlaczego tak nienawidzę tego drania, Pottera”? Co za szkoda. Uważam, że to pasjonujące.
Draco był chyba bardziej podobny do ojca. Narcyza miała ciemniejsze włosy, w kolorze złota, oczy w odcieniu chłodnego błękitu i lekko opaloną skórę.
Jednak posiadała te same, subtelne rysy twarzy, a gdy mówiła, mimika i tak charakterystyczny dla Draco uśmiech, sprawiały, że ich podobieństwo stawało się bardziej widoczne.
Harry szybko zorientował się, co Draco miał na myśli mówiąc o matce. Jej spojrzenie było zimne, a sposób, w jaki traktowała syna, łaskawy i pełen dystansu. Tak samo zwracała się do Harry`ego. A jednak...
- Bardzo mi miło – powiedział Harry, zastanawiając się czy tkwi w tym choć odrobina prawdy.
- Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedziała Narcyza sucho. – Wydaje się, że umiesz przynajmniej skonstruować poprawnie zdanie, w przeciwieństwie do tych biedaków, Vincenta i Gregory`ego.
- Matko!
Najwyraźniej był to ulubiony temat pani Malfoy.
- Draco nie najlepiej dobiera sobie przyjaciół – kontynuowała. – Oczywiście, w tym przypadku uczynił wyjątek. Ta Pansy patrzy na mnie jak matka, której syn przyprowadził do domu dziewczynę o podejrzanej reputacji, a ten Blaise próbuje uwieść przynajmniej jedno z nas.
Harry zaczął podejrzewać, że skłonność do szokujących wyznań jest w rodzinie Malfoyów dziedziczna.
- No, chłopcy – zakończyła. – Gdzie chcecie iść? Jestem do waszej dyspozycji.
Draco zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. Harry na wszelki wypadek cofnął się trochę.
- Zobacz jak on wygląda. Nie możemy się z nim pokazać publicznie – oznajmił Draco.


*

Najbardziej ekskluzywnym sklepem tekstylnym w Hogsmeade, była „Szafa Szat”. Była świetnie zaopatrzona i posiadała taki wybór towarów, żeby sprostać potrzebom nawet najbardziej wymagających czarodziejów. Harry zauważył, że gdy Malfoyowie weszli do środka, personel powitał ich spojrzeniami pełnymi obawy. Draco przyjął ten rodzaj zainteresowania obojętnie, tak jakby była to rzecz najnormalniejsza w świecie i absolutnie oczywista. Narcyza uśmiechnęła się lekko i przeszła w głąb sali.
Kiedy Draco zaczął przekopywać stosy ubrań i przy okazji narzekać głośno, Harry zaczął żałować, że nie ma przy sobie peleryny niewidki.
- Fatalne zaopatrzenie. Och nie, w tym wyglądałbyś jeszcze gorzej. Zabierzecie ode mnie to żółte paskudztwo i lepiej, żeby moje oczy nigdy więcej tego nie zobaczyły.
Narcyza posłała Harry`emu spokojny uśmiech wyrozumiałej gospodyni całego przybytku.
- Draco zawsze przywiązywał olbrzymią wagę do strojów. Bardzo mnie to martwiło, gdy był młodszy.
Harry starał się podtrzymać grzecznościową konwersację.
- Przestała się pani martwić, gdy zaczął na podwórku ciągnąć dziewczęta za warkocze?
Narcyza zamyśliła się na moment.
- Nie przypominam sobie, żeby Draco ciągnął dziewczęta za warkocze. Pamiętam za to, że bił dzieci do nieprzytomności wiaderkiem i łopatką. Nigdy nie rozwiązywał problemów za pomocą półśrodków.
- Byłem uroczym dzieckiem – wtrącił się Draco. – Wszyscy się mną zachwycali. Jaki grzeczny. Nad wiek rozwinięty. I śliczny oczywiście – popchnął w stronę Harry`ego stertę ubrań. – Na początek przymierz to.
- Każdy jego guwerner rezygnował po kilku tygodniach – wymruczała Narcyza tonem, jakby raczej mówiła o cudzym dziecku, a nie o tym, które sama urodziła. Wskazała Harry`emu przebieralnię. – Mówili, że jest apodyktycznym, małym potworem. W dodatku gryzł.
Harry z wahaniem wszedł do przebieralni. Po pierwsze, nie był przyzwyczajony do przymierzania ubrań w sklepie. A poza tym Draco wrzucał do przebieralni coraz to nowe sztuki odzieży. A to co wrzucał było...
- Malfoy, te dżinsy to nie mój rozmiar.
- Zaufaj mi Potter.
- W życiu!
- Potter, nie chcesz się podobać dziewczynom?
- Ja... co? – Harry zamilkł na moment. – Myślisz, że dzięki temu im się spodobam?
- Cóż, nie sądzę – odparł Draco szczerze. – Ale nie możemy przez cały czas wielosokować cię we mnie, więc to musi wystarczyć.
W końcu deszcz ubrań przestał spadać Harry`emu na głowę. Ucichły też obelgi, które Draco miotał pod adresem obsługi oraz jego narzekania na zaopatrzenie sklepu. Harry pozostał sam z problemem wciśnięcia się w te głupie ubrania.
- Potter, nie umiesz się nawet ubrać? – krzyknął Draco. – Pospiesz się, albo wejdę tam i ci pomogę.
Harry nie sądził, że człowiek może ubierać się tak szybko. Kiedy wyszedł, nie był przekonany czy ta cała sprawa z kupowaniem ubrań, była dobrym pomysłem.
- Bardzo ładnie – pochwaliła Narcyza.
Draco zmarszczył brwi.
- Niemal znośnie, Potter. Następne!
Zmusił Harry`ego do przymierzenia każdego ubrania, które mu wybrał. Potem, jakby dla ukoronowania całej tej poniżającej sytuacji, zmusił go, by wszystkie je kupił.


*

Słońce już zachodziło, kiedy Harry spacerował z Narcyzą po molo na jeziorze koło Hogsmeade. Harry był wykończony, niósł w rękach ciężkie pakunki i... czuł się szczęśliwy. Draco gdzieś zniknął.
- Przypuszczam, że ta dziwna przyjaźń zaczęła się od tego incydentu na Turnieju Trójmagicznym? – zapytała nagle Narcyza.
Także jeśli chodzi o takt, Draco nie mógłby się wyprzeć swojej matki.
- Eeee... Tak – odparł Harry.
- Nie zaczynaj go przesłuchiwać – zadrwił Draco pojawiając się nie widomo skąd. W ręce trzymał lizaka o smaku krwi.
- Skąd to masz? – spytał podejrzliwie Harry.
- Sprawdzałem coś.
- Co sprawdzałeś?
Draco uśmiechnął się promiennie.
- Co się stanie jak się zabierze dziecku lizaka.
- Draco!
- Malfoy!
- Uspokójcie się – powiedział Draco lekceważąco, machając ręką w stronę końca molo, gdzie stał kram ze słodyczami. – Powiedziałem to tylko, żeby uzyskać dramatyczny efekt. Hej, mam pomysł!
Draco obszedł ich i uśmiechając się oparł o barierkę.
- Powinniście się pobrać – zasugerował. – Moglibyście połączyć wysiłki, żeby wychować mnie na przyzwoitego człowieka. No Potter, jesteś w końcu bohaterem, lubisz beznadziejne zadania.
- Nie aż tak beznadziejne.
Narcyza i Draco roześmiali się.
- Chyba największy ciężar wychowywania ciebie spadł na skrzaty domowe – podsumowała Narcyza lekko.
Draco przestał się uśmiechać.
- Tak – przyznał chłodno. – Pamiętam.
Przelazł przez barierkę i usiłował wejść pod molo.
Narcyza przystanęła i zaczęła przyglądać się synowi. Harry dostrzegł, że w jej spojrzeniu czai się chłód.
- Nie byłam typem opiekuńczej matki – powiedziała. – Dzieci mnie nigdy nie interesowały.
Harry milczał, nie wiedząc co odpowiedzieć.
- A jeśli nawet, to zniechęcił mnie do tego Lucjusz. Nie chciał, żeby jego syn wyrósł na słabego człowieka – głos Narcyzy pozbawiony był jakichkolwiek emocji. – Właściwie wystarczyłoby, żeby Draco był podobny do któregoś z nas. Ale on był zawsze trochę za bardzo... żywiołowy. Zbyt emocjonalny. I nigdy nie potrafił dobrze ukryć swoich uczuć.
Harry osobiście uważał, że Draco był bardzo utalentowany w tym kierunku. Ale do tej pory pamiętał chłodny głos Lucjusza Malfoya, który mówił synowi, że niezbyt mądrze jest okazywać niechęć Harry`emu Potterowi. Draco nigdy nie wziął sobie tej rady do serca.
Harry zdał sobie też sprawę z różnicy w uśmiechu Narcyzy i Draco. W uśmiechu chłopaka zawsze czaił się cień ciepła, pasji, których nie posiadała jego matka.
Biorąc pod uwagę otoczenie, w jakim się wychował, Draco mógł wydawać się osobą bardzo afektywną.
- Lucjusz bardzo starał się z tym walczyć – rozważała Narcyza. – To oczywiście powodowało odwrotny skutek. Zapewne zauważyłeś, że Draco niechętnie poddaje się czyjeś woli.
Harry wymamrotał grzeczniejszą wersję stwierdzenia „To się rzuca w oczy”.
- A teraz... Lucjusz nie żyje i oboje czujemy się opuszczeni, a Draco... cóż. Kochał go – stwierdziła. – A ja nadal pozwalam mu go kochać. Tak jest prościej.
Harry spojrzał na Draco.
- On panią kocha – rzekł impulsywnie. – Jestem o tym przekonany.
Skrzywiona mina Narcyzy przypomniała mu moment, gdy podobny wyraz twarzy widział u Draco.
- Biedny Harry – powiedziała kobieta cicho. – Zaniepokojona matka obarcza cię swoimi problemami. To raczej mało dla ciebie zabawne.
- Nie przeszkadza mi to – wymamrotał Harry.
- Zimno tu! – krzyknął Draco stojąc na poręczy. – Kiedy kolacja?
Ton jego głosu był władczy i rozkazujący. Harry do tej pory myślał, że Draco mówi w ten sposób, ponieważ zawsze dostawał to, czego chciał. Teraz zaczął się zastanawiać, czy udawanie nie liczącego się z niczyim zdaniem, rozpieszczonego dziecka, nie było jedynym sposobem na to, aby chłopak mógł wyegzekwować cokolwiek.
- A kiedy chcesz, Draco? – zapytał go matka.
- Natychmiast. – Draco przerwał na chwilę żeby się zastanowić. – I gorącą czekoladę.
Harry otrząsnął się z ponurych rozważań. Zastąpiło je to rozbawienie i niedowierzanie, które pojawiały się zawsze, gdy był w towarzystwie Draco.
Narcyza dotknęła ramienia Harry`ego.
- Cieszę się, że zaprzyjaźniłeś się z Draco – powiedziała. – Bardzo tego pragnął.
Harry spoglądał na chłopca, który odgarniał włosy tak, że rozwiewały się i same układały na wietrze. Stwierdził, że Draco odziedziczył budowę po matce – miał tak samo szczupłe nadgarstki, podobny układ twarzy i długą szyję.
Ujrzał także nieposkromioną ciekawość świata błyszczącą w oczach, w których odbijały się teraz srebrzyste refleksy jasnego nieba.
- Przepraszam? – zapytał Harry, trochę roztargniony. – Co pani mówiła?
- Nic takiego – odparła Narcyza.




* Sami „Powiedz mi”
** Vici (łac.) – zwyciężyłem.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:27

Rozdział siódmy
Szczere rozmowy




Na pozór wszystko gra
Ja cały czas uśmiecham się
A słowa bez znaczenia są
Bo o czymś innym myślę wciąż

Czy wiesz jak ciężko powiedzieć wprost
To o czym myślę i to co widzę każdego dnia
Może przyjdzie taki dzień
Gdy przestanę się już bać
Może kiedyś będę mógł
Wyrzucić z siebie wszystko*



Draco przechadzał się pomiędzy obsypanymi młodym listowiem drzewami, rosnącymi w pobliżu zagrody Hagrida. Ślizgon był wyraźnie przygnębiony.
- Koniec marca – gderał. – A za chwilę początek kwietnia. Zaczyna się wiosna, robi się pogoda, a zaraz potem słońce obejmuje panowanie na błękitnym, letnim niebie.
Każdą zgłoskę wypowiadał tak, jakby fakt ten stanowił dla niego śmiertelną obrazę.
Harry starał się zachować powagę.
- A to wszystko martwi cię, bo...?
- Nie znoszę lata – odparł Draco, marszcząc groźnie brwi. Powiedział to tonem wyraźnie dającym do zrozumienia, że lato będzie miało poważne kłopoty, kiedy dostanie się w jego ręce.
- W porządku – zgodził się Harry pobłażliwie. Spojrzał w jasne słońce, a potem na Draco. – A teraz powiedz dlaczego.
- Przez słońce oczywiście – odpowiedział Draco. – W lecie wszyscy się opalają. To niesprawiedliwe, że mnie się to nie udaje. Próbowałem już każdego sposobu i wszystko na nic. Ty pewnie też się opalasz?
Harry spuścił oczy, gdy Draco spojrzał na niego oskarżycielsko.
- No... trochę.
Draco prychnął ze złością.
- No oczywiście. Dobra! Mam to gdzieś. Wcale mi nie żal – oznajmił Draco z żalem. – Wcale się nie przejmuję, że przez okrągły rok jestem blady jak śmierć. To wspaniałe.
Skrzywił się i wściekle kopnął w mech.
Harry powściągnął uśmiech. Czasem Draco potrafił dąsać się jak dzieciuch, a jednak Harry nie tylko nauczył się akceptować humory przyjaciela - ostatnio zaczynał nawet dochodzić do wniosku, że to urocze.
Harry`emu nigdy nie przyszło do głowy, że jasna karnacja Draco może być czymś nieatrakcyjnym. Przecież stanowiła jego część i była wyjątkowa...
Harry spojrzał na Ślizgona, którego kołnierzyk koszulki zsunął się nieco, odsłaniając kawałek obojczyka. Ten mlecznobiały kolor powodował, że jego kości wydawały się tak ostre, jakby miały zaraz przebić miękkie ciało, a skóra sprawiała wrażenie tak delikatnej... W dodatku Draco miał tak jedwabiste, miękkie włosy, że gdyby nie chłodne, błyszczące inteligencją oczy, chłopak wyglądałby niemal dziecinnie.
Nikt inny nie miał takiej skóry jak Draco.
- ...okropne – podsumował Ślizgon zniesmaczonym tonem.
Harry zamrugał, budząc się z zamyślenia.
- Nie... no coś ty. To znaczy... eeee... wyglądasz... całkiem nieźle.
Omijał wzrokiem Draco, który posłał mu zgorszone spojrzenie.
- Ty skretyniały okularniku! Jestem cholernie przystojny! – oburzył się i skrzyżował ramiona. – Całkiem nieźle! No wiesz co?! Nigdy w życiu nikt mnie tak nie obraził!
Harry westchnął.
- Nie przejmuj się. Może tego lata się opalisz... albo wyjdą ci piegi, albo coś...
Draco zdenerwował się jeszcze bardziej.
- Piegi! To nie jest śmieszne, Potter!
- Eeee... przepraszam.
- Powinieneś paść na kolana i błagać o wybaczenie – wymamrotał Draco. – Nieźle wyglądasz... Piegi... To profanacja mojej arystokratycznej cery. Pewnego dnia, Potter, jakaś dziewczyna przyłoży ci w twarz.
- Cały czas obiecujesz mi podobne rzeczy, ale nigdy do tego nie dochodzi – powiedział Harry żartobliwie. – Mówiłeś, że jak kupię te głupie ubrania, to dziewczyny zaczną zwracać na mnie uwagę, a jak do tej pory tak się nie stało.
- No pewnie. A Ginny Weasley specjalnie wylała sobie na kolana owsiankę.
- Ja... To nie miało nic wspólnego ze mną!
Draco pochylił głowę, żeby ukryć uśmieszek.
Udaje, że się ze mnie nie wyśmiewa, pomyślał Harry.
- Wiesz, Potter, twoja potencjalna dziewczyna będzie miała chłopaka, który nie potrafi się dobrze ubrać ani zachować... co nie oznacza, że nie będzie szczęściarką. – Draco zadarł wysoko brodę. – Oczywiście nie aż taką, jak osoba, która zdobędzie mnie.
- Och, to zrozumiałe.
Draco w zamyśleniu przygryzł wargę.
- Właściwie dochodzę do wniosku, że to zbyt wielki zaszczyt jak dla jednej osoby. Chyba powinienem raczej obdzielić sobą większą grupę wybrańców.
Harry nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Zapowiadał się przyjemny dzień. Świeciło słońce, a za chwilę Draco będzie robił śmieszne miny na widok nowych potworów Hagrida. Harry oparł się o ogrodzenie, przymknął oczy i uśmiechnął się z zadowoleniem.
Nagle ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk.
Zanim umysł Harry`ego zarejestrował ten dźwięk, zanim chłopak zdołał go przeanalizować i otworzyć oczy, zareagował instynktownie, błyskawicznie chwytając przyjaciela za nadgarstek. Ślizgon zerwał się i obaj popędzili na złamanie karku w stronę szkoły.

*

Gdy wpadli do Wielkiej Sali, otoczył ich chaos dźwięków.
Harry patrzył po pełnych paniki twarzach, których nie był w stanie rozpoznać i usiłował wyłowić jakiś sens z rozlegających się wokół histerycznych krzyków... Stał w oceanie zgiełku, szaleństwa i strachu, nadal mocno trzymając Draco za rękę.
Dzięki temu czuł się... bezpieczniej. Draco rzucił mu przez ramię szybkie spojrzenie, jakby także szukał w nim oparcia.
To wszystko trwało sekundy. Zaraz potem Harry ujrzał przed sobą zalaną łzami twarz Hermiony. Ogarnął go straszny niepokój i z przerażeniem pomyślał, że powinien do niej podejść... a tak bardzo nie chciał puścić tej dłoni, która dawała mu poczucie bezpieczeństwa.
Hermiona przywarła do niego, a Draco odsunął się i wmieszał w tłum. Harry został otoczony przez Gryfonów, ale nadal patrzył jak jasna czupryna chłopaka oddala się i znika w morzu głów Ślizgonów.
Zobaczył wypełnioną grozą twarz Rona, łzy spływające po policzkach Nevillea, rudą głowę Ginny wtuloną w ramię Deana i... poczuł lodowate ukłucie strachu. Zanim Hermiona zaczęła mówić, wiedział już co się stało.
- Zabrali dwunastu uczniów – wyszeptała drżącym głosem. – Na raz, Harry. Ze wszystkich domów i ...Seamus też zniknął. On... on...
Hermiona kurczowo zaciskała dłonie i płakała – Hermiona, która zawsze była taka dzielna; która nigdy nie poddawała się rozpaczy. Harry chwycił ją za rękę, a ona rozpaczliwie oddała uścisk. Potem odwróciła się i ukryła twarz na piersi Rona, który przytulił ją i drżącymi palcami gładził jej włosy. Nadal trzymała rękę Harry`ego.
Harry przysunął się do nich trochę, przymknął oczy i udawał, że... Nie wiedział nawet co... Że znów są razem, że są dla siebie wszystkim, tak samo jak kiedyś, gdy byli młodsi i przeżywali wspólne przygody, że tak naprawdę nic im nie grozi...
Seamus. Kolega z pokoju. Przyjaciel. Seamus, który nadal przechowywał koniczynkę z mistrzostw quidditcha; który podkochiwał się w Padmie Patil w tajemnicy, chociaż tak naprawdę wszyscy wiedzieli o jego uczuciu. Seamus.
Nie, muszę przestać o tym myśleć!
- Kto... kto jeszcze?
Twarz Rona była przeraźliwie blada, a chłopak nie mógł wydobyć z siebie głosu.
Harry spojrzał na Deana, który zawsze był taki spokojny. Ginny nadal wtulała się w jego ramię. Obok nich stała opuszczona Parvati, aktualna dziewczyna Deana. Wyglądało na to, że chłopak jest bardzo zajęty.
W końcu odezwała się znowu Hermiona. Nie odsuwając się od Rona, zaczęła mówić stłumionym głosem, urywanymi zdaniami. Hermiona zawsze potrafiła przemóc się w krytycznej sytuacji, nawet gdy cała trzęsła się i była bliska całkowitego załamania.
- Nie... nie wiem. Większość to młodsi uczniowie. Orla Quirke i... młodszy brat B... Blaise Zabiniego... i kilku pierwszorocznych. Nie wiem jak się nazywają. Ja... – załkała Hermiona. – Ja nie znam nawet...
- Hermiona, to... – zaczął Harry.
Ron, który nigdy publicznie nie okazywał swojej dziewczynie uczuć, pocałował Hermionę w głowę i przytulił ją mocniej.
- Już dobrze, kochanie – powiedział, przyciskając policzek do jej włosów. – Już dobrze.
Młodszy brat Blaise Zabiniego... Harry nie mógł powstrzymać się od rzucenia okiem w stronę Ślizgonów.
Draco klęczał. Harry nigdy wcześniej nie widział go w takiej pozycji. Mówił coś do chłopka z pierwszego roku, a na jego bladej twarzy malował się wyraz determinacji.
Jego wargi ułożyły się w słowa „Nie bój się. Nic ci nie będzie”. To był niemal brutalny rozkaz, ale Draco mówił to z taką pewnością siebie, że dziecko wyglądało teraz na prawie przekonane.
Harry nadal patrzył. Nie był pewien dlaczego, ale ta scena bardzo go poruszyła.
Widział jak Draco pociesza Zabiniego.
Próbował dostrzec wyraz twarzy Blaise’a, ale chłopak miał pochyloną głowę.
- Och, Harry – wyszeptała Ginny. Nie zauważył nawet, kiedy do niego podeszła. – I co my teraz zrobimy?
Harry wziął ją za rękę, a dziewczyna z wdzięcznością przysunęła się do niego. Biedna, mała Ginny. Nadal uważała go za bohatera... przynajmniej mógł okazać, że jest jej przyjacielem.
- Nie wiem – powiedział i spojrzał w jej załzawione oczy. – Ale nie płacz Ginny. Proszę, przestań płakać.
Przysunęła się jeszcze bliżej i objęła go ramionami.
Harry patrzył, jak włosy Draco ocierają się o rękaw Zabiniego.
I nagle zapadła cisza. Wszyscy zamilkli i zapatrzyli się na Dumbledore`a, który podniósł się z krzesła.
Dyrektor wyglądał teraz znacznie starzej i sprawiał wrażenie kruchego, ale to nie jego widok, a wiara w niego podniosła ich na duchu.
Był jedynym czarodziejem, którego obawiał się Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Hermiona i Ginny otarły łzy.
Profesor Dumbledore nadal posiadał bardzo potężną magię.
- Trwa wojna – powiedział bez ogródek. – Tragedie są nieodłącznym elementem wojny. Pocieszam się, że potraficie mężnie znosić takie ciosy. Wierzę, że uratujemy tych, którzy zaginęli i jestem przekonany, że ci, którzy pozostali nadal będą walczyć.
Zrozpaczone twarze obecnych rozbłysły nadzieją.
- Wiem, że mogę na was liczyć. Wiem też, że wszyscy jesteście bardzo odważni. Środki ostrożności, które zmuszeni jesteśmy podjąć, omówi z wami profesor Lupin, ale najważniejsze jest to, żebyście zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Nie zapominajcie nigdy, że walczymy dla słusznej sprawy i nie przegramy.
Harry wyczuł, że napięcie trochę opada. Wszyscy zdawali się być przekonani o słuszności słów dyrektora.
Ślizgoni spoglądali na Dumbledore`a z respektem, ale bez tej ufności i oddania, z jakimi patrzyli na niego inni. Nigdy nie był dla nich tym, kim był dla reszty uczniów.
Wokół Draco tłoczyli się Ślizgoni. Chłopak stał pomiędzy nimi pewnie, wyprostowany, trzymając jedną rękę na ramieniu Zabiniego – jak rycerz w lśniącej zbroi.
Kiedy wychodzili z sali, Ślizgoni nadal otaczali go ciasnym kręgiem.
Gdzie jest Snape?, pomyślał Harry. Przecież oni go potrzebują. Draco też kogoś potrzebuje...
Harry chciałby z nim porozmawiać choć przez chwilę, ale Draco był teraz ze Ślizgonami. Należał do nich.
Więc Harry przybrał odważną minę, opiekuńczo otoczył ramieniem Ginny i ruszył wraz z kolegami do wieży Gryffindoru. Wszyscy zebrali się w pokoju wspólnym – nikt nie chciał patrzeć na puste łóżka w dormitoriach. Poza tym, w grupie czuli się bezpieczniej.
A Harry powiedział sobie, że jest częścią tej grupy i nic tego nie zmieni.
Należał do nich.
To dodało mu otuchy.

*

W końcu Ron i Hermiona zasnęli na kanapie w pokoju wspólnym, obejmując się mocno ramionami, jakby bliskość ukochanej osoby koiła ich ból. Było już bardzo późno, kiedy Harry wychodził z Deanem i Nevillem, pomagając wyczerpanym i przerażonym kolegom pokonać schody.
- Dobranoc, Harry – powiedziała Ginny.
- Dobranoc – odparł Harry, zastanawiając się co teraz robi Draco.
Błyskawicznie dopadł swojego łóżka. Starał się nie patrzeć na puste łóżko Seamusa; nie widzieć, że inni także omijają je wzrokiem; udawać, że jego pospieszne ruchy nie wynikają z tego, że jest przerażony. Próbował nie myśleć o samotności, o tym, że ludzie bywali porywani także podczas snu. Usiłował przywołać wspomnienie dzisiejszego poranka, pełnego słońca i śmiechu.
Nie udało się. Gubił się w myślach; cały czas zastanawiał się, kto będzie następny. Hermiona, Ron, Ginny, Dean... roiły mu się koszmary, pragnął zasnąć i...

Była noc, a on pływał w jeziorze. Poruszał się dziwnie ociężale; bał się, że zaraz pójdzie na dno.
A to oznaczało, że mógłby utonąć, prawda? Ta myśl dziwnie go uspokajała.
Hermiona dryfowała obok w jednej z łodzi Hagrida. Koło niej, na książce, stała świecąca latarnia.
Krzyknął do dziewczyny, a ona odpowiedziała: „Harry, jestem bardzo zajęta. Muszę walczyć, jest wojna. Czy możesz być cicho?”
Kiedy przepływała obok niego kolejna łódź, ujrzał w niej Rona, studiującego z uwagą schematy taktyk gry w quidditcha. Zawołał go po imieniu, ale Ron uniósł tylko głowę i powiedział: „Przykro mi Harry, ale jak to skończę, muszę spędzić trochę czasu z Hermioną”.
Stawał się coraz cięższy i cięższy.
„Cytrynowy sorbet”.
Odwrócił się i obok, w wodzie, zobaczył Draco.
„C... Co powiedziałeś?”
Draco zaśmiał się, a echo jego głosu rozeszło się ponad wodą. Chłopak podpłynął do niego. Jego jasna skóra lśniła wilgocią.
„Komu ufasz?”
Harry wyciągnął ku niemu rękę i zbudził się.
Otaczała go ciemność, a łóżko wydawało się zimniejsze, niż woda w jeziorze. Dean i Neville spali. Słyszał ich oddechy. Brakowało tylko lekkiego pochrapywania Seamusa.
Chciał iść i porozmawiać z Draco, ale był środek nocy i Ślizgon pewnie spał; poza tym włóczenie się teraz nocą po korytarzach...
Harry wstał, usiadł przy oknie i obserwował nadchodzący świt.
- Już nie śpisz, Harry? – spytał cicho Dean.
- Ja... tak. Miałem dziwny sen.
Porozmawia z Draco podczas śniadania.
- O czym?
Harry zmarszczył brwi.
- Nie pamiętam...


*

Draco nie przyszedł na śniadanie, a potem nie mieli wspólnych lekcji ze Ślizgonami. Podczas lunchu otaczali Harry’ego koledzy, a przy kolacji był zajęty – wszyscy Gryfoni dyskutowali na temat nagłego zerwania Parvati z Deanem. Zastanawiali się, czy miało to coś wspólnego z Ginny Weasley. Na wieczór Draco zarezerwował boisko do quidditcha.
Harry obserwował ich trening, ale tak naprawdę nie zobaczył Draco, dopóki nie spotkali się na zebraniu Młodzieżowej Sekcji Zakonu.
Draco siedział rozparty na krześle - był bardzo blady. Miał cienie pod oczami, a jego włosy były minimalnie zwichrzone. Wyglądał, jakby nie spał całą noc.
To oburzające! Ktoś powinien zaopiekować się Ślizgonami. On w końcu się rozchoruje!
Pansy mocno ściskała Draco za rękę, na co pozwał z królewską łaskawością. Blaise Zabini przysunął się tak blisko niego, jak tylko mógł. Wszyscy Ślizgoni skupili się wokół Draco bliżej niż zwykle.
Harry zrozumiał dlaczego, gdy tylko usłyszał pierwsze słowa Lupina.
- Profesor Snape jest nieobecny. Usiłuje zdobyć jakieś informacje na temat ostatnich ataków. Wraz z profesorem Blackiem będziemy go chwilowo zastępować.
Harry zastanawiał się przez chwilę, czy dyrektor jest na tyle zdesperowany, aby znowu pozwolić Syriuszowi uczyć Ślizgonów. Dumbledore nie zgadzał się na to od pamiętnej Wielkiej Wojny Na Punkty podczas szóstego roku, kiedy Syriusz i Snape zabierali Domom punkty na zmianę i w efekcie Ślizgoni oraz Gryfoni skończyli rok z ujemną punktacją. Harry pamiętał jak wszyscy tłoczyli się wtedy pod gabinetem dyrektora. Po pewnym czasie przestali krzyczeć i przeszli do rękoczynów. Harry przypomniał sobie, że usiłował rozbić Draco głowę, waląc nią o kamienną posadzkę, kiedy wyszedł Dumbledore.
Draco zawsze lubił Snape`a i najwyraźniej wiedział już o jego nieobecności. Kilka Ślizgonek wyglądało tak, jakby zaraz miały się rozpłakać.
Draco patrzył na Lupina spokojnie i z uwagą. Harry pomyślał, że chłopak nie wygląda na szczególnie rozczarowanego.
- Ustaliliśmy nowe zasady, mające zapewnić większe bezpieczeństwo – powiedział Lupin miękko. - Uczniowie z roku od pierwszego do trzeciego mają absolutny zakaz opuszczania pokojów wspólnych bez nauczyciela. Aby tego dopilnować, prefekci będą mieli całodobowe dyżury. Nikt nie może opuszczać budynku szkoły, z wyjątkiem zajęć odbywających się poza zamkiem i treningów quidditcha, podczas których pilnować was będzie pani Hooch. Nikt, w żadnym wypadku, nie może poruszać się po szkole sam. Dotyczy to także członków Rady Młodszych. Harry, widziałem, że wczoraj szedłeś korytarzem sam. To nie może się powtórzyć.
Harry ujrzał niepokój w oczach Lupina i ogarnęło go poczucie winy, że przysporzył nauczycielowi trosk.
Ale ja szedłem spotkać się z Draco! Jeśli nie będziemy mogli chodzić sami, jeśli nie będziemy mogli wychodzić na zewnątrz, to jak będę się z nim widywał?
- Zdaje sobie sprawę, że wielu z was cierpi – powiedział Lupin łagodnie. – Ale z informacji dostarczonych nam przez profesora Snape`a wynika, że uprowadzone osoby nadal żyją. Sami Wiecie Kto wykazuje ostatnio duże zainteresowanie zaklęciem Captus**.
Ginny podniosła rękę i poprosiła o wytłumaczenie działania tego zaklęcia.
Lupin, który zawsze był otwarty na dyskusje, zapytał, czy ktoś z uczniów mógłby odpowiedzieć na to pytanie. Hermiona podniosła rękę tak wysoko, że zaczęła prawie lewitować nad krzesłem.
Ale to Draco zaczął mówić, chociaż nikt nie udzielił mu głosu.
- To unowocześniona forma starożytnego zaklęcia – wyjaśnił obojętnym tonem. Harry obserwował jak chłopak bezmyślnie bawi się piórem trzymanym w smukłych palcach. – W dawnych czasach, kiedy czarodzieje byli dużo potężniejsi i było ich więcej, potrafili stworzyć cały świat zamknięty w niewielkiej kuli. Mogli więzić w nim prawdziwych ludzi. Kiedy wchodzili do takiego świata, stawał się on dla nich realny, a ludzie znajdujący się w nim, byli ich niewolnikami.
Nie wydawał się zgorszony tym pomysłem. Był raczej zaintrygowany. Wyglądał teraz jak jeden z czarodziejów z obrazków znajdujących się w książkach Binnsa – jeden z tych, którzy pochodzili z rodów czystej krwi i odznaczali się wyrafinowanym okrucieństwem.
Ron wymruczał pod nosem cos jakby: „Jakoś mnie nie dziwi, że akurat ty to wiesz”.
- Podobnie jak twoja dziewczyna, Weasley – odparł ostro Draco. – Wiedza na temat tworzenia zamkniętego w kuli świata zaginęła, ale wydaje się, czarodzieje posługujący się czarną magią nadal są w stanie uwięzić w takich kulach ludzi. Tysiące małych Azkabanów, które Sami Wiecie Kto może nosić w kieszeni - patrolowane przez dementorów więzienia, z których nie ma szans na ucieczkę. Daje mu to możliwość torturowania naszych ludzi, aby wydobyć z nich informacje i przeciągnąć ich na swoją stronę. Może także przetrzymywać członków rodów czystej krwi w celach hodowlanych. Niewątpliwą zaletą tej sytuacji jest to, że prawdopodobnie można ich stamtąd wydostać.
Teraz Ron wypowiedział się głośniej.
- Dziwne, że wiesz tyle o czarnej magii, Malfoy.
Draco odchylił się na krześle.
- Warto znać wroga, Weasley.
- Bo oczywiście twoja rodzina zawsze była przeciwna używaniu czarnej magii – rzucił Ron. – Czy twój tatuś uczył cię...
- Ron, przestań! – krzyknęła Hermiona.
- Nie waż się wspominać o moim ojcu.
Na dźwięk chrapliwego głosu Draco, Pansy wyciągnęła ku niemu rękę – chłopak powstrzymał ją władczym gestem. Harry z rozmysłem unikał wzroku zdumionego Rona.
- Chyba możemy pohamować się od osobistych ataków, panowie – rzekł Lupin spokojnie, ale z naciskiem. – Bardzo obszerne wyjaśnienia, panie Malfoy. Dziękuję. Czy ktoś ma jakieś pytania?
Głos Blaise Zabiniego był ostry, niemal oskarżycielski.
- Czy to prawda, że Czarnemu Panu pomaga ktoś z Hogwartu?
Draco mu powiedział.
Ale to miało sens, tak jak wtedy, gdy Draco powiedział to Harry`emu. Wszyscy wiedzieli, że to prawda, ale większość nie mówiła o tym głośno. Tylko niektórzy szeptem wymieniali uwagi na ten temat.
Lupin spojrzał Zabiniemu w oczy. Harry wiedział, że profesor nie okłamałby swojego ucznia.
- Tak... Przypuszczamy, że tak właśnie jest. Aczkolwiek nie mamy pojęcia, kto jest szpiegiem. Dlatego nalegam, żebyście byli dyskretni. Zwracajcie uwagę na wszystko, co mogłoby świadczyć o tym, że ktoś kontaktuje się z wrogiem.
Uczniowie zaczęli przyglądać się sobie podejrzliwie i nieufnie. To wszystko mogło łatwo przerodzić się w paranoję. Możliwe, że właśnie na tym polegał plan Voldemorta.
Harry złapał się na tym, że uważnie przypatruje się twarzom osób zgromadzonych przy stole, poszukując na nich jakichś oznak winy.
- Dziękuję. Prefekci mogą odprowadzić uczniów do dormitoriów. Rada Młodszych proszona jest o pozostanie. Musimy omówić szczegóły działań profilaktycznych.
Harry uśmiechnął się do Ginny. Dziewczyna była bardzo blada i przerażona, zupełnie jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę, że obecność szpiega w Hogwarcie jest faktem. Uśmiechnęła się do niego w odpowiedzi, ale bardzo blado i niepewnie.
Harry zastanawiał się, czy nie wziąć ją za rękę, ale jego uwagę przyciągnęła Pansy, która niezobowiązująco pocałowała Draco na pożegnanie. Najwyraźniej chłopak nie miał nic przeciwko temu. Usta Pansy musnęły miękki policzek Draco...
Przecież on nie lubi, jak ludzie go dotykają... Na pewno nie chce, żeby ona to robiła..., pomyślał Harry.
Dziewczyna odsunęła się i w towarzystwie innych Ślizgonek, oraz Crabbe`a i Goyle`a opuściła salę. Harry zauważył, że po ich wyjściu Zabini przysunął się z krzesłem bliżej Draco.
- No dobrze – zaczął Lupin, gdy w sali nie było już nikogo poza członkami Rady Młodszych. – Sytuacja jest bardzo poważna. Na wypadek alarmu musimy działać szybko i sprawnie. To są mapy Hogwartu. Zaznaczono na nich strefy największego zagrożenia oraz ewentualne drogi ucieczki. Mapy zostały zaczarowane tak, że widoczne są na nich wszystkie osoby znajdujące się w szkole.
„Wojenna wersja Mapy Huncwotów, wykonana dzięki uprzejmości panów Łapy i Lunatyka”.
- Nauczyciele będą potrzebowali pomocy przy patrolowaniu rejonów newralgicznych, więc z pomocą pana Boota ustaliłem dla was harmonogram dyżurów...
Lupin rozdał mapy i grafiki. Harry automatycznie wziął do ręki pióro i czekając aż Lupin zacznie odczytywać nazwiska, podpisał u góry oba pergaminy.
- We wtorek Padma Patil i profesor Sinistra będą pełniły straż przy posągu jednookiej wiedźmy...
Lista nazwisk... Harry przebiegał wzrokiem pergamin, podczas gdy Lupin na głos odczytywał swoje notatki...
- ...i Hanna Abbott, będą pilnowali...
- Hej! – powiedział Harry bardzo głośno, niegrzecznie wchodząc Lupinowi w słowo. Ale nie zważał teraz na kurtuazję. – A co ja będę robił?
Lupin spojrzał na niego spod półprzymkniętych powiek, jakby próbował odgrodzić się od wyrzutu, który usłyszał w głosie Gryfona. Hermiona spuściła wzrok, nie chcąc patrzeć Harry`emu w oczy. Draco spoglądał na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Dlaczego na liście nie ma mojego nazwiska?
- Cóż, Harry. Uważamy, że lepiej będzie trzymać cię z dala od bezpośredniego niebezpieczeństwa. Nikt nie wątpi, że chciałbyś być użyteczny, ale...
Śmiech Harry’ego był urywany i chrapliwy. Gdyby obserwujący go nadal Draco nie zamrugał nagle, Harry nie uwierzyłby, że to jego własny śmiech.
- Myślicie, że jestem bezużyteczny! Uważacie, że musicie mnie chronić.
To było jedno słowo - “chronić” - słowo, które miało oznaczać coś dobrego, ale w jego ustach brzmiało jak okrutne szyderstwo.
Nie chcę waszej litości! Nie potrzebuję was. I nie będę tego dłużej znosił.
- Nie, Harry, bądź rozsądny...
- Jeśli nie mogę robić tego co inni członkowie Rady, to po co w ogóle tutaj jestem? Jesteśmy tymi, którzy pomagają chronić resztę szkoły, a nie bezradnymi dziećmi, które same wymagają opieki... Nie dotykaj mnie!...
Hermiona cofnęła rękę jak oparzona.
- Harry, musisz zrozumieć, że jesteś głównym celem Sam-Wiesz-Kogo...
- Wszyscy jesteśmy celem Voldemorta! – krzyknął Harry wymawiając to imię z nienawiścią. – To jest wojna! Nie chcę być bezpieczny, kiedy inni są zagrożeni; nie chcę, żeby wszyscy mnie żałowali; nie chcę być słaby; i może wcale nie chcę być Harrym Potterem!
Sekret został ujawniony - gra pozorów zakończona. Zranił wszystkich, ale już go to nie obchodziło.
- Harry...
- Zamknij się! Nie jestem słabą sierotką, a ty nie musisz mnie ochraniać, nie musisz starać się, żebym czuł się lepiej. Jestem członkiem Rady i jeśli nie mogę być traktowany tak jak inni, to pieprzę tę całą Radę! Pieprzę Turniej Trójmagiczny! Pieprzę was wszystkich!
W oczach Draco pojawił się w końcu przebłysk jakiegoś uczucia. Wyglądało na to, że chłopak nawet ma zamiar coś powiedzieć, ale Harry odwrócił się i wybiegł z sali.

*

Harry oparł się o ścianę, odchylił głowę i powiedział sobie, że absolutnie się nie rozpłacze.
Nadal był wściekły, rozpacz rozsadzała mu pierś, ale powoli zaczynało ogarniać go zobojętnienie. Był już tym wszystkim zmęczony.
Owszem, zdarzyło mu się wcześniej kilka razy wybuchnąć. Nic nie znaczące incydenty w porównaniu do tego, ale dzięki nim wiedział już, co za chwilę się stanie. Po odczekaniu stosownej chwili, Hermiona zacznie go szukać. Potem zaprowadzi go do wieży Gryffindoru, gdzie wszyscy będą okazywać mu to koszmarne współczucie.
A on to zaakceptuje. Przecież nie może ich rozczarować. Jest przecież Harrym Potterem - biedną żałosną ofiarą, odważnym, bohaterskim chłopcem.
Harry zacisnął zęby tak mocno, że zabolała go szczęka.
Z łatwością mógł to sobie wyobrazić. Ciche kroki Hermiony na korytarzu, potem delikatne pukanie do drzwi, jej takt, jej spokojny głos... Nie będzie zła, bo przecież wszystkim jest przykro z powodu Harry`ego...
Rozległo się walenie, jakby ktoś próbował wyłamać drzwi.
- Potter! Wpuść mnie, albo wyważę drzwi i rozwalę twój durny łeb w drobne kawałki!
Draco. Nikt inny nie potrafił mówić tak arystokratycznym i wkurzonym tonem jednocześnie.
- Co ty tu robisz?
- Alohomora! – Drzwi otwarły się z hukiem. Draco rozejrzał się obojętnie. – Flitwick nie potrafi nawet porządnie zabezpieczyć wejścia do swojej klasy.
- Mogłeś poczekać, aż ci otworzę – powiedział Harry ostro.
- Malfoyowie znani są ze swojej cierpliwości – zakpił Draco. – Dlatego ludzie wskazując nas sobie mówią, że jesteśmy cnotliwi i wspominają o syndromie Malfoya-Demolki.
Nagle do Harry`ego dotarło, co Draco tu robi.
Przyszedł, żeby okazać mu współczucie. Był jego przyjacielem i kiedy zobaczył, że Harry jest przygnębiony, zrobiło mu się go żal. Teraz próbował go po prostu pocieszyć i nakłonić do powrotu.
Och, Draco, a myślałem, że jesteś inny!
- No – powiedział Draco energicznie. – Skoro już tu jestem, chciałbym wiedzieć, co do diabła miało znaczyć to głupie, demonstracyjne użalanie się nad samym sobą?
No dobrze. Jest inny.
I jak zwykle nieznośny.
- Wcale nie...
Draco przekrzywił głowę.
- Może wcale nie chcę być Harrym Potterem – zacytował cienkim głosem. – A może Neville Longbottom nie chce być Nevillem Longbottomem. Ba, nawet na pewno nie chce, nikt nie jest na tyle perwersyjny, by chcieć czegoś tak okropnego. Jestem przekonany, że w tych czasach wiele osób ubolewa nad własnym losem, ale żadna z nich z tego powodu nie przerywa cholernie ważnego spotkania Rady.
Harry gwałtownie podniósł głowę.
- To nie miało nic wspólnego z zebraniem!
Jak Draco śmie zachowywać się tak, jakby Harry zrobił coś złego? Jak śmie odmawiać Harry`emu prawa do obrony?
- Och, oczywiście, masz rację – zadrwił Draco. – Przez większość czasu pałętasz się bez sensu i przeszkadzasz innym pracować. To niedorzeczne! Radzę ci, żebyś wziął się w garść.
Harry aż podskoczył ze złości.
- A ja ci radzę, żebyś nie wtykał nosa w nie swoje sprawy. Nie masz pojęcia o czym mówisz!
Zdał sobie sprawę, że zaciska pięści. Draco spojrzał na jego ręce a kąciki jego ust uniosły się lekko.
- No to oświeć mnie, Potter – skrzywił się ironicznie. – Albo mnie uderz. Jak wolisz. Wiedza to władza, a władza to niezła zabawa, ale odrobina brutalności i walki to też dobry ubaw.
- Och, odwal się, ty chamie!
Nie zamierzał go uderzyć. Wcale nie.
- Mogę dowieść swojego szlacheckiego pochodzenia. Przedstawię ci mój rodowód, dwanaście pokoleń wstecz, jeśli sobie życzysz.
No cóż. Może raz.
Harry zbliżył się, a Draco odchylił głowę. Harry starał się mówić chłodnym i opanowanym głosem.
- Przestań się ze mnie wyśmiewać! Nie wiesz jak to jest.
- Jak co jest?
Draco wydawał się znudzony. To rozjuszyło Harry`ego jego bardziej. Gryfon wziął głęboki oddech i wybuchnął.
- Nie wiesz jak to jest, gdy cała szkoła się nad tobą lituje! Gdy wszyscy wiedzą, że zawiodłeś, i że przez ciebie ktoś zginął! Gdy patrzą na ciebie jak na biedną, słabą sierotkę, której nie można w niczym ufać! Gdy wszyscy starają się ciebie chronić i traktują z przesadną troską. Sam widziałeś. Sam wiesz. Każdy wie. I to wszystko... To, że zostałem kapitanem drużyny, to, że biorę udział w Turnieju Trójmagicznym i to, że wszyscy chcą sprawić, żebym czuł się lepiej, a jednak nie pozwalają mi nic robić, bo wiedzą, że tak naprawdę do niczego się nie nadaję! Nienawidzę tego... to nie do zniesienia, to... to...
Harry przerwał, żeby nabrać oddechu.
Powiedziałem to, pomyślał oszołomiony. Powiedziałem to... i teraz Draco już wie...
Draco patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
- Bzdura – odezwał się.
Harry zamrugał.
- Co?
- Dlaczego opowiadasz takie niesamowite bzdury, Potter? – zapytał. – Upadłeś na głowę w dzieciństwie?
- Malfoy, jeśli zaczniesz żartować z moich uczuć...
- Oczywiście, że będę. Tak właśnie robią Malfoyowie. – Draco prawie musiał zrobić zeza, żeby spojrzeć Harry`emu w oczy. – Zamierzam także dowiedzieć się, dlaczego obrażasz moje uszy tymi sentymentalnymi idiotyzmami. Szczerze mówiąc, czuję się napastowany. Przegrałeś i ktoś zginął, masz rację, jesteś beznadziejny. Bo nie pokonałeś Czarnego Pana i całego kręgu Śmierciożerców, sam, w czternastym roku życia. Tak, oczywiście, zawiodłeś wszystkich. Gdyby Longbottom był na twoim miejscu, na pewno uratowałby Diggory`ego, bohatersko sikając w majtki.
- To nie jest śmieszne!
Jednakże brzmiało to bardziej przekonująco, niż „To nie twoja wina, Harry. Nic nie mogłeś zrobić”.
Draco nie zwracał na niego uwagi.
- Dlaczego zostałeś kapitanem drużyny? Na wrota... Masz rację Potter, to nie mogło być nic innego jak szalone współczucie. Naprawdę, powinni raczej dać to stanowisko najlepszemu zawodnikowi, najmłodszemu szukającemu w tym stuleciu... och, czekaj, przecież tak zrobili, czyż nie?! Zaraz mi powiesz, że wygrałeś prawie wszystkie mecze, począwszy od pierwszego roku tylko dlatego, bo pozwalają ci wygrywać. Czy ty w ogóle słuchasz, co sam wygadujesz? Opanuj się!
Ślizgon był wyraźnie zirytowany. Wyglądał tak jakby miał ochotę zdzielić Harry`ego krzesłem.
Nikt nie potrafił być tak okrutny, jak Draco. Nikt nie umiał tak bezlitośnie naśmiewać się z czyichś uczuć. Chłopak zachowywał się teraz jak ten bezduszny, samolubny dupek, którego Harry zawsze pragnął sprać do nieprzytomności i...
Draco miał rację. I to było wspaniałe.
- Wszyscy się o ciebie martwią. Oczywiście, że tak. A czego oczekujesz, skoro łazisz i marudzisz cały czas o swojej Wielkiej Depresji? Mieszkasz z Gryfonami Potter, beznadziejnymi nadgorliwcami, którzy wszystkim chcą zrobić dobrze, zapomniałeś? To zrozumiałe, że starają się być dla ciebie mili. Wątpię jednak, czy całe ich życie kręci się wokół tego, by cię chronić i hołubić, chyba że masz na myśli tego zakochanego w tobie Weasleya i tego koszmarnego Creeveya. A ludzie mówią, że to ja jestem megalomanem. No?
Draco ze świstem wypuścił powietrze.
- Szkoła jest pełna ludzi, którzy mają gdzieś Harry`ego Pottera i jego żałosny kryzys osobowości. Oprzytomniej Potter, uczniowie znikają, nikt nie ma czasu, żeby przejmować się tobą i twoją para...
- Uważaj, Malfoy.
Harry przysunął się tak blisko, że niemal czuł ruch rzęs na swojej twarzy, gdy Draco zamrugał.
- Odsuń się, Potter – syknął Ślizgon, ale nie dokończył zdania. – Na czym skończyłem? A, tak. Burzyłem twoje zamki na piasku. Chronią cię, bo jesteś taki miły i słaby, tak?
Harry nie ująłby tego w ten sposób, ale...
- Tak...
- Oczywiście. To wszystko wyjaśnia. Z jakiego innego powodu mogliby się tak bać o ciebie? Przecież każdy uczeń przynajmniej raz pokrzyżował plany Czarnego Pana. Lupin nie myśli logicznie, więc ot tak powiedział, że nie chce, aby Harry Potter był jednym ze strażników. Bo przecież jesteś ostatnią osobą, którą Śmierciożecy chcieliby zamordować. Bo ty wcale nie stanowisz dla nich idealnej przynęty i na pewno nie zrobiliby wszystkiego, żeby się tu wślizgnąć, gdyby wiedzieli, że samotnie włóczysz się nocą po korytarzach.
Oczy Harry`ego rozszerzyły się ze zdumienia. Coś takiego nigdy nie przyszło mu do głowy.
- Wierzysz w to?
- Właściwie to nie – odparł Draco. – Sam-Wiesz-Kto cię nienawidzi, wszyscy o tym wiemy, ale jeśli mógłby cię porwać, już dawno by to zrobił. Przypuszczam, że jesteś najmniej zagrożoną osobą w szkole. Ale oczywiście rozumiem punkt widzenia Lupina i nie sądzę, żeby ktokolwiek myślał, że potrzebujesz osoby, która trzymałaby cię za rączkę, gdy chodzisz po szkole.
W tym momencie Harry poczuł niewielką ulgę, a przez głowę przemknęła mu nieśmiała myśl, że być może istnieje szansa, niewielka szansa na to, że Draco może mieć rację...
- A Turniej Trójmagiczny? – powiedział, unosząc brodę. – Dali nam te same zadania, tylko dlatego, żeby udało mi się im sprostać, żebym się nie załamał. Jak to wyjaśnisz?
Draco popatrzył na niego z niedowierzaniem.
- Masz szczęście, że nie zostałeś przydzielony do Slytherinu – oznajmił. – Jeśli miałbym słuchać takich bzdur przez sześć lat, nie zdzierżyłbym i zatłukłbym cię twoją własną miotłą.
- Masz jakiś inny pomysł?
Draco odepchnął Harry`ego trochę i pochylił się.
- To dziwne, ale wyobraź sobie, że mam. W dodatku moje wyjaśnienie jest bardziej wiarygodne. Co oczywiście nie jest zaskakujące, biorąc pod uwagę to, że twój pomysł jest szczytem głupoty. Nikt nie organizuje międzynarodowych turniejów tylko po to, żeby jakiś humorzasty uczniak poczuł się lepiej. Robią je po to, żeby skonsolidować cały świat czarodziejski. Nie zauważyłeś, że Beuxbatons został zamknięty, i że trzeci zawodnik pochodzi z jakiejś żałosnej, ostatniej czynnej we Francji szkole? Czy naprawdę uważasz, że jesteś wart aż tyle zachodu?
Harry odpowiedziałby, że tak nie uważa, ale nie był wstanie zrobić nic innego, jak tylko gapić się na Draco z nadzieją, która nagle zaczęła wzbierać w jego sercu.
- Proszszsz, Potter – kontynuował Draco pogardliwym tonem. – Zorganizowali to wszystko, żeby tchnąć nieco ducha w czarodziejski świat. Żeby ludzie mogli oderwać się nieco od rzeczywistości, żeby gazety mogły pisać o czymś innym, niż tylko o kolejnych zniknięciach. I wybacz, ale nie sądzę, żeby ktoś miał czas na wymyślanie nowych zadań. Jest wojna. Poza tym, owszem, jestem pewien, że wszyscy byliby szczęśliwi, gdybyś wygrał. W końcu jesteś Harrym Potterem. To byłby świetny temat dla prasy. Z pewnością jednak nie zaaranżowali tego wszystkiego, żeby ci zrobić przyjemność.
Draco patrzył na Harry`ego, jakby nie mógł uwierzyć, że ktokolwiek może być tak strasznie głupi. Harry był wściekły.
Gwałtownie pchnął Ślizgona na ścianę.
- Jeśli próbujesz mnie pocieszyć, nigdy ci nie wybaczę – wydyszał.
Draco odepchnął go.
- Nigdy nie robię niczego, żeby ludzie czuli się lepiej – odparł obojętnie. – I nigdy nie kłamię, chyba że mi się to opłaca. Daj sobie spokój z tym amatorskim dramatyzmem, Potter i powiedz mi, dlaczego?
Wygładził przód swojej szaty, podszedł do niskiego biureczka Flitwicka i oparł się o nie, w żaden sposób nie okazując, że rozmiar mebla stanowi dla niego jakąś niedogodność.
Harry spojrzał na niego.
- Dlaczego co?
Draco uśmiechnął się irytująco pogodnie.
- Jeśli przez tyle lat wierzyłeś, że inni tak cię postrzegają, jeśli z tego powodu wyglądasz czasem jak zdechła żaba, to dlaczego pozwalasz im w ten sposób myśleć o sobie? Nie jesteś typem uległej osoby. Mnie nie oszukasz. Co ukrywasz?
Harry klapnął ciężko na podłogę.
- Malfoy, nie...
Podciągnął kolana i oparł o nie czoło. Może pomimo wszystko był jeszcze dzieckiem, a Malfoy był tak bezlitosny.
Draco podszedł do niego. Harry usłyszał jak Ślizgon siada naprzeciw niego. Otworzył oczy i napotkał badawczy wzrok przyjaciela.
- Możesz mi powiedzieć – odezwał się Malfoy.
- Po prostu pozwoliłem im wierzyć w to, w co chcieli wierzyć – odparł Harry ostro. – To nic złego. Jeśli chcieli wierzyć, że jestem kimś w rodzaju niewinnego męczennika, to lepiej niż...
- A kim jesteś? – Draco rzucił to pytanie szybko, zimnym i twardym tonem.
W Harrym obudziły się bolesne wspomnienia.
- Jestem... Och, do cholery!
Przypomniał sobie nienawiść, jaką czuł do mordercy swoich rodziców i niewinne, przerażone twarze Rona i Hermiony.
„Przecież Harry nie chce nikogo zabić, prawda, Harry?”
Ślepą nienawiść, którą czuł do Voldemorta, gdy usłyszał o rodzicach Neville’a, a potem, po śmierci Cedrica... wiedział, że nikt nigdy nie powinien dowiedzieć się, co czuł wtedy bohaterski chłopiec. Wiedział, że nikt nie powinien dowidzieć się, że nie jest tak niewinny jak oni, ale... tak bardzo pragnął komuś o tym powiedzieć. Draco.
- Nienawidzę Voldemorta – rzekł Harry wolno, wkładając w każde słowo wszystkie targające nim uczucia. – Nie cierpię. Nienawidzę go bardziej, niż ktokolwiek jest sobie to w stanie wyobrazić, chciałbym go zabić, zrobiłbym to z przyjemnością... a nie powinienem tego czuć!
Pochylił się do przodu, obejmując mocno kolana. Draco nie zawahał się ani na moment.
- Rozumiem – powiedział. – Też go nienawidzę. Ale to nie powód, żebyś nienawidził siebie samego.
Głos Draco przepełniony był goryczą; brzmiała w nim zimna furia, mordercza wściekłość. Harry zadrżał - rozpoznał te uczucia. Ale w głosie przyjaciela nie usłyszał tego, czego oczekiwał. Nie usłyszał odrazy.
Opuścił głowę i odetchnął głęboko.
Przez moment czuł na plecach rękę Draco, delikatny, łagodny dotyk.
- To dlatego się zadręczasz? – zapytał Ślizgon. – Tylko dlatego, że pragniesz zemsty i uważasz, że inni tego nie zrozumieją? Przecież to naturalne, zupełnie normalne. Nikt nie będzie miał ci tego za złe. Zrozumieją. A nawet jeśli nie, to przecież nie musisz być tacy jak oni, to nic złego i... – przerwał. – Potter... ty płaczesz?
Oburzony Harry gwałtownie uniósł głowę.
- Nie!
Ślizgonowi wyraźnie ulżyło.
- Och, to dobrze. Bo już miałem lecieć po Granger. I to wszystko?
Tak dobrze to ukrywał, jak jakąś potworną tajemnicę, bo przecież nie powinien czuć tej ohydnej wściekłości, która w nim kipiała. Tak jak trzymał w tajemnicy to, że Tiara chciała przydzielić go do Slytherinu – nigdy nie powiedział o tym Ronowi, ani Hermionie. Ale powiedział Draco. Draco, który był Ślizgonem i rozumiał ból, i nienawiść, i tę szaleńczą furię.
Powiedział Draco.
- Większość – odparł Harry. Był kompletnie wykończony.
Czuł jak Draco pochyla się, aby spojrzeć mu w twarz. Czuł ciężar, kiedy chłopak opierał się o jego nogi. Kiedy Draco odsunął się, Harry`ego ogarnęło nieprzyjemne uczucie osamotnienia. Ślizgon wydawał się usatysfakcjonowany tym, co zobaczył.
- Jesteś idiotą, Potter – zauważył, ale bez zwykłej zjadliwości.
Harry wyprostował się.
- Możliwe – zgodził się zmęczonym tonem. – Nie rozumiem w takim razie, dlaczego przyjaźnisz się ze mną.
- Och, bo to bardzo zabawne – stwierdził Draco. Zamilkł, a Harry dostrzegł w jego oczach migotliwe światło, które zwykle oznaczało, że Draco się nad czymś zastanawia. – I dlatego, że... czujesz to wszystko do Sam-Wiesz-Kogo – powiedział wolno, patrząc Harry`emu w oczy. – Dlatego, że ty to potrafisz.
Harry ujrzał dzikość w spojrzeniu Draco i znał odpowiedź na pytanie, zanim w ogóle je zadał.
- Potrafię co?
- Żyć. – Draco rozłożył ręce. – Naprawdę żyć. Nie egzystować, obojętne czy dla jakiegoś celu czy bez niego, po prostu cieszyć się życiem. To znaczy... nie muszę ci tego wyjaśniać. Wiesz o co chodzi. Co czujesz, gdy latasz?
Harry nagle bardzo wyraźnie przypomniał sobie to uczucie, gdy po raz pierwszy siedział na miotle. Czysta radość... to było takie proste, takie wspaniałe.
- Właśnie to – powiedział Draco, przyglądając mu się uważnie. – O to chodzi. Wszystko w życiu może być takie. Wiem to, bo sam w ten sposób żyję. I ty też to potrafisz. A oni nie, żadne z nich, nawet żaden z tych twoich wspaniałych kochanych przyjaciół. Są inni, dlatego nie pasują do mnie, ani do ciebie. Bo oni nie potrafią się zatracić.
Zatracenie. Słowo to wydało się Harry`emu dziwnie odpowiednie, może po prostu dlatego, że każdy inny uznałby je za niestosowne.
Wiedział, o czym Draco mówi. Draco nie tracił ani chwili, rzucał się w wir życia. Latami nienawidził Harry`ego całą duszą i sercem, bo inaczej nie umiał. Potrafił być absolutnie przerażający albo zabawny, ale cokolwiek nie robił, oddawał się temu bez reszty. Bo zawsze kryła się za tym pasja.
Pasja. Istotą tego wszystkiego była pasja. Dlatego właśnie on i Draco, nawet jako wrogowie, byli siebie godni.
- Oni nie są w stanie tego pojąć – kontynuował Draco.
- Przestań – przerwał mu Harry. – Kocham Rona i Hermionę.
Draco uniósł brwi.
- Tak, i w tym tkwi problem, prawda? Właśnie dlatego, że ich kochasz, czułeś się przez te wszystkie lata winny. W momencie, kiedy obdarzyłeś ich uczuciem, musiałeś przestać być sobą.
- Nie, to nieprawda – zaprzeczył Harry. – Wiem, o co ci chodzi. Wiem, co stanowi sens twojego życia. To prawda, że latanie jest fascynujące, bo tkwi w tym niebezpieczeństwo. Ale miłość jest inna. A ja chcę ich kochać, ponieważ moje życie staje się dzięki temu lepsze. Nawet to, że muszę czasem robić coś wbrew sobie, sprawia, że jestem przez to lepszym człowiekiem. Bo jestem pewien, że to nie doprowadzi mnie do sytuacji, z której nie będę miał wyjścia.
- To nie ma sensu – powiedział Draco. – Ja żyję w ten sposób, prawda? I nigdy nie zdarzyło mi się nic takiego.
Harry pomyślał, jaki Draco był przez te wszystkie lata. Chłopak całkowicie angażował się we wszystko, co robił, obojętnie czy było to coś złego czy dobrego. To dlatego Harry nie cierpiał go tak bardzo - bo nawet jeśli to Harry stawiał czoła siłom zła, a Draco był tylko zwykłym uczniem, to jednak potrafił stać się wrogiem, którego nie można było ignorować.
Udało mu się wzbudzić w Harrym taką pasję, taką nienawiść, że Harry w końcu marzył tylko o tym, aby go wreszcie pokonać.
Zaiste, byli siebie warci.
- Naprawdę? – zapytał Harry, ale nie chciał wspominać o ojcu Draco.
- Tak – odparł ostro Draco, odwracając się od Harry’ego z taką gwałtownością, z jaką robił wszystko.
- Nie ma nic złego w tym, że się kogoś kocha – powiedział Harry spokojnie.
- Kogo?
- Kogokolwiek. Tak ja jak kocham Rona czy Hermionę. Miłość to nie pułapka. Sprawia, że wszystko jest lepsze, to część... prawdziwego życia. Żaden człowiek nie jest samotną wyspą.
- Błyskotliwe stwierdzenie. Żaden człowiek nie jest także boiskiem do quidditcha. – Kąciki ust Draco opadły. – Nie zgadzam się z tobą.
Uśmiechnął się nagle, tak promiennie, że komuś innemu niż Harry, uśmiech ten mógłby wydać się zbyt jasny.
- Tak czy inaczej, dlatego właśnie zdecydowałem się na to... wszystko. – Uczynił wymowny gest ręką. – No dobrze. Czy już poradziliśmy sobie z twoim załamaniem? Jesteś pewien, że nie myślisz o swoim pełnym przemocy dzieciństwie?
Podniósł się. Harry spojrzał na niego.
- Hm?
- Pytałem o czym myślisz – zaśmiał się Draco.
- Och. Myślałem o tobie.
Draco uśmiechnął się lekko, tajemniczo i wyciągnął ku niemu rękę.
- W taki razie, może wstaniesz już z tej twardej podłogi i wrócimy na spotkanie? Poprosiłem, żeby na nas zaczekali. Nie wiedziałem, że to zajmie tyle czasu.
Harry z niedowierzaniem potrzasnął głową, ale nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
- Podoba mi się tutaj. Poza tym, przecież nie będziemy już widywać się tak często.
- Och, naprawdę? – Draco uniósł brew. – Zobaczymy się dzisiaj wieczorem. Obiecuję. A teraz, czy możesz już wstać, ty beznadziejny głupku?
Harry chwycił jego rękę.
- W porządku.

*

Hermiona spoglądała przez stół na Zabiniego, który patrzył na nią, marszcząc brwi.
Twój Ślizgoński przywódca jakoś się nie pojawia - chciała mu powiedzieć, rzucić mu to w twarz. Powstrzymała ją jednak obecność Lupina.
Znała ten pusty wyraz, który widziała na twarzy Harry`ego. Harry potrzebował chwili samotności po takim wybuchu.
Ale oczywiście nie miała szansy, żeby powiedzieć o tym Malfoyowi. Jak tylko Harry wypadł z sali, ten wścibski Ślizgon zerwał się, przewracając krzesło i z nieodgadnioną miną wybiegł za nim.
Malfoy zawsze był zły. Hermiona wiedziała o tym od samego początku. Poczuła satysfakcję, gdy wyobraziła sobie jak Harry zareaguje na jego widok. Tak czy inaczej, najwyższy czas, żeby ta nienormalna przyjaźń się skończyła. Malfoy miał zdecydowanie zły wpływ na Harry`ego.
Harry. Hermiona mocno zacisnęła palce na piórze. Nienawidziła tej rozżalonej, ponurej miny i cierpienia w oczach, kiedy pragnął zostać sam. Chciała wtedy zatrzymać go i zawołać: „Cokolwiek to jest, Harry, możesz mi o tym powiedzieć, możesz mi powiedzieć...”
Za moment do niego pójdzie.
Ale w tej samej chwili Malfoy i Harry weszli do sali. Malfoy z wysoko uniesioną głową, lustrując obecnych tym apodyktycznym spojrzeniem, które doprowadzało Hermionę do szału.
- Tęskniliście za nami? – zapytał niefrasobliwie.
Harry uśmiechnął się do Hermiony z zakłopotaniem i spokojnie zajął swoje miejsce.
Hermiona nie dała się nabrać na tę skromną i wstydliwą pozę, którą ostatnio Harry przybierał bardzo często. W kącikach ust Harry`ego igrał lekki uśmiech, a oczy chłopaka wypełnione były niezwykłym blaskiem.
Nic z tego nie rozumiała.
- Żadnych nowych świetnych pomysłów, jak mnie nie było? Och, oczywiście, że nie, przecież mnie nie było – paplał do siebie Malfoy w nieznośnie zarozumiały sposób. – No, to przedyskutujmy teraz kwestie bezpieczeństwa.
To wyrwało Hermionę z zamyślenia. Mogła nie znosić Malfoya, ale walczył po ich stronie. On i Hermiona pracowali kilka razy przy różnych projektach i pomijając niegrzeczne uwagi i zbyt częste spojrzenia w lustro, widać było, że chłopak ma głowę na karku.
Poza tym, Harry rzadko udzielał się na zebraniach, a Hermiona nie mogła pozwolić, by Gryfoni źle wypadli.
Malfoy wstał.
- Sami-Wiecie-Kto ma szpiega w Hogwarcie – zaczął od niechcenia. – Więc oczywiście musimy przedsięwziąć pewne środki ostrożności. Nikt nie powinien posiadać wszystkich informacji. Musimy podzielić obowiązki dotyczące badań i ochrony, i przydzielić je różnym sekcjom Rady i Zakonu.
- Muszę zajmować się i badaniami, i leczeniem – wtrąciła Hermiona starając się, żeby jej głos brzmiał profesjonalnie. – Prawie udało nam się znaleźć sposób na przechowywanie łez feniksa. Mogą stać się rozstrzygającym elementem na polu bitwy.
Malfoy skinął nieznacznie głową. Już dawno temu wypracowali metodę zwracania się do siebie z udawanym szacunkiem.
- Rozstrzygającym? – odezwał się Harry. – Łzy feniksa leczą tylko urazy fizyczne. W jaki sposób zakonserwowane łzy feniksa mogą pomóc, skoro Śmierciożercy stosują głównie zaklęcia? Mogą się przydać najwyżej do leczenia przypadkowych zranień. To bez sensu, żeby wszyscy w sekcji do spraw leczenia koncentrowali się na tym temacie.
Zaskoczona Hermiona zamrugała i zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie znalazła się nagle w jakieś alternatywnej rzeczywistości. Oczywiście, Harry wiedział dużo na temat łez feniksa, bo miał z nimi styczność po walce w Komnacie Tajemnic, ale... to było takie niepodobne do niego - prawie nigdy nie zabierał głosu na spotkaniach Rady.
Niezwykłe było także to, że wydawał się taki... zaangażowany. Ożywiony.
- Rozsądna uwaga, Potter. Przemyśl to, Granger – powiedział Malfoy chłodno.
Hermiona zmarszczyła brwi. Oczywiście Ślizgon miał to gdzieś.
- A teraz, powinniśmy się zastanowić, na ile możemy ufać profesorowi Lupinowi – kontynuował Malfoy.
Hermiona zerwała się na równe nogi.
- Jak śmiesz! Jest opiekunem Młodzieżowej Sekcji Zakonu! To on to wszystko zaaranżował. Jak śmiesz insynuować, że nie możemy mu ufać?!
Malfoy uniósł brew.
- Po prostu. Wiem, że wy, Gryfoni, jesteście łatwowierni. Możecie mu ufać, jeśli chcecie, ale ja jestem Ślizgonem, a my nie ufamy nikomu. A w tej sytuacji, nikomu nie możemy całkowicie zaufać. Więc macie cholerne szczęście, że jestem z wami.
- Profesorze...!
- Panno Granger – odezwał się Lupin. – Nie mogę nikogo zmusić, aby mi zaufał. Pan Malfoy robi co w jego mocy, aby jak najlepiej służyć szkole. I myślę, że w tym przypadku ma rację. Nie powinienem znaleźć się poza podejrzeniami tylko z racji mojej funkcji.
- On pana nie podejrzewa – wtrącił się znowu Harry.
Oczy Malfoy zamigotały.
- Nie – przyznał nieco spokojniej. – Nie podejrzewam. Ale mogę się mylić. Zdarzyło mi się to raz, albo dwa. A teraz, jeśli chodzi o przydzielenie Terry`ego Boota do sekcji badawczej... Możesz usiąść, Granger.
Hermiona ciężko opadła na krzesło i utkwiła wzrok w Ślizgonach, oczekując na zwyczajową wymianę gniewnych spojrzeń między Harrym, a nimi.
Ale Harry obserwował Malfoya. Patrzył na niego z niekłamaną dumą.

*

Draco powiedział, że zobaczą się wieczorem.
Kilka godzin później, gdy Harry schodził do pokoju wspólnego, szczerze wątpił w obietnicę Ślizgona. Nie dlatego, żeby nie ufał Draco, ale całkiem prawdopodobne, że chłopak przecenił swoje możliwości...
Harry rozważał, czy nie mógłby powiedzieć wszystkim, że idzie do łazienki, założyć swoją pelerynę niewidkę i przekraść się do lochów. Co prawda, Ron i Hermiona raczej nie uwierzyliby, że spędził tyle godzin w łazience, a Ślizgonów trochę mógłby zaalarmować fakt, że ich drzwi nagle same się otwierają, ale...
Nagle zatrzymał się na schodach, bo zobaczył, że Draco stoi w pokoju wspólnym. Chłopak opierał się o ścianę i rozmawiał od niechcenia z Parvati Patil. Dziewczyna wyglądała na oczarowaną. Parvati miała długie błyszczące włosy, wielkie ciemne oczy i była bardzo lubiana.
Harry zawsze uważał, że jest bardzo ładna.
- Malfoy – powiedział.
Draco odwrócił się i uśmiechnął.
- Potter. Crabbe i Goyle mnie tu zostawili. Ktoś musi odprowadzić mnie do lochów. Nie opuścisz niewinnego w potrzebie, prawda?
Harry zaśmiał się.
- Nie wiem, czy ktokolwiek mógłby nazwać cię niewinnym, ale chyba nie mam wyjścia i będę musiał ci pomóc. Ech, utrapienie z tobą.
Draco odsunął się od Parvati i przekrzywił głowę.
- W takim razie, moje nieskazitelne maniery nakazują mi ugościć cię w moim pokoju. Fatalnie. Miło mi było, Parvati.
Draco zaszczycił ją swoim najbardziej czarującym uśmiechem. W odpowiedzi Parvati także się do niego uśmiechnęła.
To nieprzyzwoite! Przecież dopiero co rozstała się z Deanem!, pomyślał Harry.
Draco był już w drodze do drzwi, kiedy Parvati zatrzymała się przy schodach i wciąż się uśmiechając, pokręciła głową.
- Ech, ten Draco Malfoy – powiedziała z wyraźnym zachwytem. – Bezwstydnik.
- Proszę?
- Ruszaj się, Potter, nie zamierzam tu zamieszkać. Niektórzy tutaj są szczerzy i honorowi, a to może być zaraźliwe.
Harry przewrócił oczami i zaczął iść w kierunku Draco, który stał przy drzwiach z miną osoby, której jakiś niewychowany prostak kazał zbyt długo czekać.
Zachował tę minę jeszcze przez kilka sekund, dokładnie tyle, ile zajęło im opuszczenie wieży Gryffindoru. Zaraz potem zaczął mówić z zapałem. Był wyraźnie w dobrym humorze.
- Muszę przyznać, że wasze kobiety są naprawdę piękne – zauważył. - Puchonki się do nich nie umywają, większość z nich jest tragiczna. Ale dziewczyny z Gryffindoru są śliczne, prawie bez wyjątku. Parvati jest oszałamiająca. Ta twoja Ginny Weasley też jest słodka.
- A Hermiona? - zapytał Harry z wyrzutem.
- Och, nie lubię jej, ale muszę przyznać, że jest bardzo atrakcyjna - zaśmiał się Draco.
- Malfoy, nie powinieneś mówić takich rzeczy. A co z Ronem?
- Nie, on nie jest atrakcyjny. Wcale – skrzywił się Draco.
Harry zagryzł wargi, żeby się nie roześmiać. Po chwili powiedział obojętnym tonem:
- Tak, Parvati. Wczoraj rozstała się z Deanem, wiesz? – zawiesił głos.
Draco odwrócił się i uśmiechnął pobłażliwie.
- Myślisz, że jestem nią zainteresowany? Proszszsz... Niewinna Gryfonka! – Lekko szturchnął Harry`ego w ramię. – Mam pewne wymagania.
Harry nie mógł się dłużej powstrzymać od śmiechu.
- Myliłem się, wybacz.
- Zawsze się mylisz, Potter. Powiedz mi, czy są jakikolwiek szanse, że potrafisz grać w pokera?
Harry westchnął dramatycznie.
- A więc tak to będzie teraz wyglądało. Żadnych przygód, tylko granie w karty w twoim pokoju? Prawdopodobnie umrę z nudów.
Szczerze wątpił, by Draco potrafił być nudny.
Ślizgon był zajęty przybieraniem dumnej postawy, na co składało się odrzucanie do tyłu włosów i obdarzenie wszystkiego dokoła wyniosłym, lekceważącym spojrzeniem.
- Nie bądź śmieszny, Potter – powiedział. – Przecież masz pelerynę niewidkę, prawda? A zgodnie tym, co myślę, i ty, i twoje towarzystwo jest zupełnie bezpieczne. Jutro możemy gdzieś wyjść. A na razie nauczę cię grać w pokera. Nastoletni chłopak, który nie potrafi uprawiać nielegalnego hazardu... to naprawdę żałosne...
Przerwał i zatrzymał się.
- No i z czego się śmiejesz, Potter? I na co się tak gapisz? Nie wiesz, że to niegrzeczne?
- Bo... – Harry pokręcił głową. Łamanie zasad, nielegalne wyjścia, żartowanie z lata; i ta ekspansywna, moralnie niepewna osoba, która nagle wkroczyła w jego życie; i to, że czuł się tak dobrze i... kochał to. Po prostu uwielbiał.
- Och, nic. Chodźmy do twojego pokoju.

* Ira „Wyznanie”
**Capto (łac.) – chwycić.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:27

Rozdział ósmy
Po burzy spokój*



Jesteś cichy i zamknięty jak kielich
zesznurowanego powoju. Otwórz się,
powiedz pragnienie swoje, uczynię wszystko,
co w mojej mocy, a wiesz o tym, że mogę
wiele zmienić w sobie.**


Harry leżał pod drzewem i przysypiał. Gęsta korona chroniła go przed palącym słońcem.
Przez cały tydzień panowała iście letnia pogoda. Zmęczeni lejącym się z nieba żarem, uczniowie pozbywali się nadmiaru ubrań i szukali ochłody, kryjąc się w cieniu. Niektóre zajęcia odbywały się na świeżym powietrzu i Hermiona przez cały tydzień goniła Rona, żeby przynosił jej z kuchni chłodne napoje.
Piękna pogoda zaczęła się następnego dnia po tym, jak Harry i Draco spędzili wieczór, grając w karty. Upały spowodowały ogólne rozleniwienie, a i Harry czuł się ostatnio bardziej zrelaksowany.
Nie zastanawiał się nad tym. Po prostu przymknął oczy i pozwolił swoim myślom swobodnie płynąć. Z rozbawieniem wspominał minę Draco, który przyglądał się opalonym ludziom, jakby ich pociemniała od słońca skóra stanowiła dla niego osobistą zniewagę.
Chyba przywołał Draco tymi myślami, bo w tym momencie chłopak opadł na ziemię obok niego.
- Potter – zaczął. – Ty leniwy draniu, wylegujesz się tutaj przez cały ranek?
- Hmm... Mniej więcej – odparł Harry. – Przed chwilą byli tu też Ron i Hermiona, ale gdzieś sobie poszli.
- Migdalą się za schowkiem na miotły – poinformował go Draco natychmiast. – Uwierz, właśnie wracam z treningu. Och, moje oczy. Naprawdę jestem bardzo zmęczony, a ten szokujący widok o mało co mnie nie zabił.
Harry spojrzał na Draco, który leżał na trawie, osłaniając oczy ręką. Pomyślał, że to takie typowe – Draco rzucił się na ziemię i od razu zastygł w pozycji pełnej gracji.
- Naprawdę musisz być zmęczony – zauważył cierpko. – Jesteś rozczochrany.
- Nienawidzę cię, Potter – oznajmił Draco. – Mam nadzieję, że to zauważyłeś. Po prostu cię nie znoszę. Akurat TY nie masz prawa wypowiadać się na temat czyjejkolwiek fryzury. Pewnego dnia nie wytrzymam, przywiążę cię do krzesła i w końcu porządnie uczeszę.
- Hmm. Nie mogę się doczekać.
Przyjrzał się Draco. Chłopak naprawdę wyglądał na wykończonego. Oddychał szybko i nierówno, a kołnierzyk jego szaty do quidditcha był mocno rozchylony. Miał wypieki na twarzy i nawet jego szyja była zaczerwieniona.
- Męczący trening?
- Nie wiem o czym mówisz – odparł Draco niewinnie. – Było wspaniale. Podczas finałów zetrzemy was na proch.
Wszyscy w szkole przyjęli za pewnik, że mecz finałowy rozegra się pomiędzy Gryffindorem i Slytherinem. Tak było zazwyczaj, a przez ostatnie dwa lata wygrywał Gryffindor. Ale Draco nigdy nie przejmował się tak nieistotnymi szczegółami.
Był człowiekiem, który porażek po prostu nie przyjmował do wiadomości. Reszta drużyny stanowiła dla niego tylko tło, a mecze, praktycznie rzecz biorąc, były sztuką jednego aktora. Draco nigdy nie dopuszczał myśli, że nie potrafiłby sobie poradzić sam i to w dodatku bardzo dobrze. Był przekonany, że jest absolutnie samowystarczalny.
- Chciałbyś – odciął się Harry, a Draco wykrzywił się do niego.
Przecedzone przez liście promienie słońca, światłem i cieniem malowały na ziemi ruchome wzory. Harry zmrużył oczy i spojrzał w górę na niewyraźne plamy zieleni i złota. Dzień był taki spokojny, ciszy nie mącił nawet najmniejszy powiew wiatru. Pomyślał, że byłby zupełnie szczęśliwy, leżąc tu i odpoczywając razem z Draco.
Nie widzieli się wczorajszego wieczora, bo jego przyjaciel miał dyżur na korytarzu. To pewnie kolejny powód, dlaczego chłopak był taki zmęczony. Oczywiście, Ślizgon nigdy w życiu by się do tego nie przyznał.
Draco poruszył się.
- Ech, napiłbym się czegoś chłodnego – zaczął gderać. – Chciałbym być teraz w domu. Mamy tam służbę, skrzaty domowe, wiesz... – Podparł się na łokciu. – Pewnie nie bierzesz pod uwagę...?
Harry wpadł na pewien pomysł.
- Wstawaj – powiedział.
- Potter! – zajęczał Draco. – Cały wic polega na tym, że to ty przynosisz picie, podczas gdy ja się stąd nie ruszam. To właśnie jest w tym wszystkim najpiękniejsze.
Harry skrzyżował ręce na piersiach. Wyglądał na absolutnie nieprzejednanego.
- Och przestań, Potter! Umieram. Rozpływam się. Nie zmuszaj mnie, żebym cię błagał – jęknął znów Draco.
- Nie zmuszaj mnie, żebym cię niósł.
Draco spojrzał na niego spod oka. Wyglądał, jakby przez moment rozważał taką ewentualność. Potem usiadł i westchnął ciężko.
- Będzie tam coś do picia? – zapytał.
- Obiecuję.
- No, dobrze.

*


Gdy znaleźli się w kuchni, Draco zaczął się śmiać.
- Jestem w pomieszczeniach dla służby! – stwierdził, wyraźnie ubawiony. – Patrz, piekarnik! Służba, napoje!
Hermiona chyba by zemdlała, słysząc jak rozkazuje domowym skrzatom. Harry skrzywił się lekko. Zauważył jednak, że skrzaty spełniają rozkazy Draco błyskawicznie i w dodatku spoglądają na chłopaka z takim uznaniem, jakby były zadowolone, że w końcu pojawił się ktoś, kto potrafi się odpowiednio zachować. Harry ukrył uśmiech.
Draco siedział po turecku, na stole, w otoczeniu kilku pustych szklanek i wielkiego wyboru dziwacznie wyglądających potraw.
Harry oparł się o stół.
- Widzę, że lizaki o smaku krwi to tylko czubek góry lodowej?
- Nie mam zamiaru spełniać twoich plebejskich oczekiwań – powiedział Draco wyniośle. – Ludzie jedzą nawet nadziewane koszatki. Wydaje mi się, że mogę jeść cukier puder bez narażania się na te niegrzeczne komentarze.
I jakby dla podkreślenia swojego zdania, zjadł pełną łyżkę cukru i popił ją kolejną szklanką soku z dyni. Harry zauważył, że cukier osiadł cienką warstwą na lepkich ustach Draco.
- No więc, Potter, denerwujesz się?
- Eeee... nie – odparł Harry z roztargnieniem. – Dlaczego?
Draco machnął łyżką.
- Bo trzecie zadanie zostało przesunięte na maj. Teraz mamy kwiecień. Jesteś zestresowany? Załamiesz się? Przegrasz?
- Taaa... Jestem kłębkiem nerwów. Podaj sok.
Draco obronnym ruchem przycisnął dzbanek do piersi.
- Nie musisz topić trosk w szklance, Potter. Picie w niczym ci nie pomoże.
Całe szczęście, że Draco był taki zmęczony. Ignorując słabe okrzyki protestu Ślizgona, Harry zaczął się z nim siłować i wyrywać mu dzbanek. Po chwili szamotaniny Draco leżał na stole a Harry dzierżył w ręku zdobyczne naczynie z sokiem. Draco spojrzał na niego z wyrzutem.
- Ty Gryfoński zbirze. – Draco nie uczynił najmniejszego wysiłku, żeby się podnieść. Leżał na stole i gapił się w lampy, których przytłumione światło odbijało się w jego oczach i wydobywało blask z włosów. – Mam nadzieję, że zostaniesz pożarty przez jakieś monstrum, czające się w labiryncie.
Harry zastanawiał się, czy Draco naprawdę się o niego martwi. Ciężko było to stwierdzić.
Ale ponieważ pomysł, że przyjacielowi tak na nim zależy, bardzo mu się podobał, Harry starał się utwierdzić w przekonaniu, że tak właśnie jest.
- Nie bardzo mnie to martwi.
- Tak? Myślisz już o sławie? – Draco w końcu podniósł się i z błyskiem w oku popchnął Harry`ego do tyłu. – Wiem, że uwielbiasz, gdy twoje nazwisko znajduje się na pierwszych stronach gazet, Potter. Wyobraź sobie metę...
- Tam nie ma mety...
- Nie przerywaj mi, to nieistotny szczegół. Meta, skandujące tłumy, mdlejące kobiety! – Głos Draco nagle niepokojąco zaczął przypominać sposób mówienia Ginny. – Kochamy cię, Harry!
- Zamknij się Malfoy. – Harry`emu wcale nie było do śmiechu.
Draco dramatycznym gestem przycisnął ręce do serca.
- Ależ ja tylko chcę twój autograf, kosmyk twoich włosów i pragnę mieć z tobą śliczne dzieci...
- Wiesz, jaki jesteś denerwujący? – Harry nadal się nie śmiał.
Draco przestał, oparł się na łokciach i posłał mu promienny uśmiech.
- Wcale tak nie myślisz. Uważasz, że jestem wspaniały.
Harry uniósł brwi.
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Drugie zadanie, idioto. To ja byłem osobą, która oprzytomniała na środku jeziora z ustami pełnymi brudnej wody, mając pewność tego, co o mnie myślisz. – Draco sięgnął po marmoladę. Harry miał nadzieję, że chłopak nie ma zamiaru jeść jej z cukrem pudrem, bo inaczej jeszcze więcej słodkiego pyłu osiadłoby na jego ustach. - Więc twierdzisz, że nie o sławę ci chodzi. W takim razie czego chcesz?
Harry przyjrzał mu się uważnie.
- Chciałbym zyskać podobną pewność.
Draco spojrzał na niego ze zdumieniem, a Harry popatrzył na zegarek.
- Spóźnimy się! – krzyknął zaniepokojony.
- Na co? – spytał Draco z roztargnieniem.
- Do Hogsmeade. Mówiłem ci wczoraj, że planuję wyjście do Hogsmeade.
- Tak, ale zapomniałeś uściślić, po co.
- Zobaczysz. Będzie fajnie. Idziemy.
- Do Hogsmeade? W szacie do quidditcha? W takim stanie? – zgorszył się Draco. – Chyba ci odbiło.
- Och, daj spokój Malfoy, chodź.
Draco wzniósł oczy.
- Ech, daj mi dwadzieścia minut. – Zgrabnie zeskoczył ze stołu i ruszył ku drzwiom. – I jeszcze jedno Potter. Jeśli „fajnie” dla Gryfonów oznacza na przykład czyszczenie nocników w Św. Mungu, to ostrzegam, że zamknę cię w izolatce i pójdę do domu.
W końcu Harry się roześmiał. Ale Draco był już za drzwiami, więc to się nie liczyło.
Harry bezradnie spojrzał na bałagan, jaki zostawił po sobie Draco.
- Słuchajcie, może wam pomogę...
- Niech pan Harry Potter nawet nie myśli, żeby pracować za skrzaty! – powiedziała śmiertelnie oburzona Mrużka, podchodząc do stołu. Wraz z innymi skrzatami posprzątała wszystko w błyskawicznym tempie. Harry rozejrzał się po kuchni. Pomyślał, że skoro ma jeszcze trochę czasu, mógłby przywitać ze Zgredkiem.
Ku jego zaskoczeniu, znajomy skrzat stał w kącie. Był zakłopotany, gdy Harry do niego podszedł.
- Zgredek myśli, że to był panicz Draco – zaczął skrzat dyplomatycznie.
Harry przypomniał sobie, że Zgredek musiał przecież znać Draco.
- Tak – odparł ostrożnie. - Dlaczego się z nim nie przywitałeś?
Skrzat nie odpowiedział wprost. Zamiast tego stwierdził:
- Wygląda tak, jak jego ojciec.
Nagle Harry`emu odeszła wszelka ochota na pogaduszki ze Zgredkiem.
- Mylisz się – poinformował go chłodno. – Nie jest taki jak jego ojciec.
Skrzat nie odezwał się.

*

W końcu Harry postanowił zaczekać przy schodach. Ślizgon wyszedł z lochów spacerowym krokiem, ubrany w biały sweter i uśmiechnął się do Harry`ego rozbrajająco. Miał dziesięć minut spóźnienia.
Widzisz, powiedział w myślach Harry do nieobecnego Zgredka. Wcale nie jest taki jak jego ojciec. Nigdy taki nie będzie.
- Chodźmy – zwrócił się do przyjaciela.
Draco nie był jedyną osobą, która pamiętała o trzecim zadaniu. Gdy tylko znaleźli się w Hogsmeade, podbiegło do nich kilku reporterów.
- Harry, zechciałbyś podzielić się...
- Harry, powiedz...
- Nie, dziękuję – opędzał się od nich Harry. – Jestem tu, żeby spędzić trochę czasu z przyjacielem. Przepraszam – powiedział zmęczonym tonem, próbując przecisnąć się obok nich.
Oczy reporterów zwróciły się na drugiego chłopca. Przedstawiciele prasy chwilę szeptali między sobą - Harry wyłowił z tej rozmowy słowa „przyjaciel” i „syn Lucjusza Malfoya?” – a potem skoncentrowali uwagę na Draco.
- Panie Malfoy! Czy mógłby opowiedzieć nam pan coś więcej o drugim zadaniu...
- Oczywiście, może liczyć pan na odpowiednią gratyfikację...
Draco przechylił głowę ponad ramieniem Harry`ego i uśmiechnął się diabelsko.
- Ile? – zapytał zwięźle.
- Malfoy! – wykrzyknął przerażony Harry i odciągnął Ślizgona od reporterów.
Draco dąsał się, gdy kolega wlókł go ulicą.
- Właśnie miałem opowiedzieć im fantastyczną historię – narzekał. – Wstrząsnęłaby całym czarodziejskim światem. Co byś powiedział na zakazany romans z nauczycielem?
- Malfoy, jesteś bardzo złym człowiekiem – zganił go Harry surowo.
Draco roześmiał się.
- Mogę dostać lizaka o smaku krwi, zanim zaczniemy robić to, co zaplanowałeś?
- Nie – odparł Harry ostro. – Statek zaraz odpływa.
Draco przestał się śmiać.
Ślizgon z natury miał bardzo jasną karnację, ale pomimo oślepiającego słońca, Harry zauważył, że przyjaciel zbladł jeszcze bardziej.
- Statek? – powtórzył słabo.


*

Wielkie jezioro, które rozciągało się pomiędzy Zakazanym Lasem, Hogwartem i Hogsmeade, od wieków wykorzystywano jako drogę transportu tylko w wyjątkowych przypadkach. Poza coroczną, tradycyjną przeprawą pierwszoroczniaków oczywiście. Niedawno jednak ktoś sprytny doszedł do wniosku, że odwiedzający ostatnią niemugolską osadę w Wielkiej Brytanii czarodziejscy turyści, wycieczkę po jeziorze mogą uznać za niezłą atrakcję.
Stateczek, jak wszystkie magiczne łodzie, napędzany był prostym zaklęciem. Posiadał też kilka dodatkowych usprawnień, w związku z czym nikt nie musiał nim sterować. Poza tym, niezależnie od pogody, podróż zawsze przebiegała bez zakłóceń. Rejsy wycieczkowe stały się wkrótce bardzo popularne wśród turystów. Także większość uczniów chociaż raz skorzystała z tej formy rozrywki.
Ostatnim razem Harry pływał po jeziorze podczas piątego roku, z Ronem i Hermioną. Pomyślał, że taki rejs, w towarzystwie Draco, mógłby być całkiem przyjemną sprawą.
Jednak teraz, gdy zobaczył minę Draco, nie był już przekonany czy faktycznie był to tak dobry pomysł.
- Wiesz, nie musimy płynąć, jeśli nie chcesz – powiedział, podążając za chłopakiem.
Draco szedł uparcie w stronę pomostu, zaciskając usta w cienką linię.
- Chcę – odparł twardo. – Dlaczego miałbym nie chcieć? Nie boję się tej cholernej łódki. Mój ojciec mawiał, że irracjonalny strach jest najgorszy ze wszystkich. Oznacza, że nie dość że jesteś tchórzem, to w dodatku głupim.
- To... fajnie, Malfoy, ale...
- Potter, chciałeś płynąć, więc płyniemy. Koniec pieśni. A teraz, czy mógłbyś już zmienić temat?!
Harry był pewien, że w oczach Draco dostrzegł błysk desperacji. Czuł się okropnie.
- Myślałem, że byłoby miło popłynąć razem – wymamrotał przepraszającym tonem.
Draco wyraźnie usiłował odzyskać równowagę, ale widać było, że uśmiech kosztował go wiele wysiłku.
- Raz już płynęliśmy razem – przypomniał.
Jeśli coś takiego można nazwać wspólną wycieczką...
Harry przypomniał sobie uczucie zgrozy, gdy niedługo po odbiciu statku od brzegu zauważył, że na pokładzie znajduje się Draco. Pamiętał, jak starał się kurtuazyjnie ignorować namiętnie obściskujących się przyjaciół, którzy zaczęli ze sobą chodzić tydzień wcześniej. Odwrócił się, by na nich nie patrzeć i oczom jego ukazał się widok innej pary.
Draco Malfoy delikatnie, ale dość stanowczo zakończył pocałunek z Pansy, która natychmiast zaczęła błądzić ustami po jego szyi. Harry rozpoznał Draco w tym samym momencie, kiedy oczy chłopaka spoczęły na nim. Na jego widok Ślizgon skrzywił się z odrazą. W chwilę później Draco, z uczepioną jego ramienia Pansy, przeszedł obok Harry`ego, głośno deliberując nad tym, jakim cudem Rona stać było na bilet na rejs. Ron tego nie usłyszał. Ale rozżalony Harry stracił panowanie nad sobą, wpadł w furię i rzucił się na Draco.
Zażartą szamotaninę na deskach pokładu przerwał rozwścieczony przewoźnik, wrzeszcząc, że nakarmi nimi wielką kałamarnicę.
Harry uśmiechnął się.
- Zapomniałem.
To śmieszne, jak wszystko się zmienia.
Wtedy Draco nie bał się wejść do łodzi. Wydawał się spokojny i zadowolony, przynajmniej przez tę krótką chwilę, zanim nie dostrzegł Harry`ego. Harry pomyślał także, że Draco był szczęśliwy, gdy spotykał się z Pansy. Chodzili ze sobą na piątym roku, przez sześć miesięcy i nawet po rozstaniu pozostali przyjaciółmi. Draco nigdy wcześniej, ani później nie był z nikim tak długo.
Harry powstrzymał cisnące mu się na usta pytanie o Pansy. Draco wyraźnie nie był w nastroju do rozmów o minionych romansach. Gdy Harry kupował bilety, Ślizgon wyglądał jakby rozpaczliwie zbierał siły przed jakąś ciężką próbą. Harry bardzo żałował, że zaproponował tę całą głupią wyprawę.
Wargi Draco były niemal sine.
- Jesteś pewien, że chcesz to zrobić?
- Oczywiście, że tak. Wszystko w porządku – odparł Draco ostro i wbiegł po trapie.
Harry spostrzegł, że przyjaciel nie popatrzył na wodę, dopóki nie znalazł się bezpiecznie na pokładzie.
Kiedy już tam dotarł, tak mocno zacisnął dłonie na poręczy, że aż zbielały mu knykcie.
- Malfoy, dobrze się czujesz?
- Tak! – Draco prawie wrzasnął.
Harry stanął blisko przyjaciela i położył ręce na poręczy starając się w ten sposób dodać mu trochę otuchy. Na czoło Ślizgona wystąpiły kropelki potu.
Łódź szarpnęła odbijając od brzegu, a Draco wczepił się w nadgarstek Harry`ego.
Kiedy statek zaczął płynąć, Harry poczuł jakby rękę miażdżyło mu potężne imadło. Draco był blady jak śmierć. Nie zauważył chyba nawet, że tak mocno zaciska palce. Gdy znaleźli się na środku jeziora, Draco zaczął dygotać.
W pewnej chwili statek zakołysał się, prawie niezauważalnie, ale Ślizgonowi w końcu nerwy odmówiły posłuszeństwa. Konwulsyjnie przechylił się przez barierkę, a kiedy odwrócił głowę, jego twarz miała iście ślizgońską barwę.
- Zaraz zwymiotuję – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Harry podtrzymywał go w drodze do łazienki. Za każdym najmniejszym przechyłem, Draco strasznie się krzywił. Harry z bolesną wyrazistością przypomniał sobie, jak podtrzymywał chłopaka podczas drugiego zadania. Wtedy Draco także nie był w stanie poruszać się o własnych siłach.
Powinien był wcześniej o tym pomyśleć. Ale wtedy było inaczej. W tamtym momencie pomaganie Ślizgonowi było dla Harry`ego nieprzyjemną koniecznością.
Wtedy się o niego nie martwił.
W połowie drogi Draco zatrzymał się i znowu chwycił poręcz. Kilka razy odetchnął głęboko, a potem z wielkim wysiłkiem wydobył z siebie głos.
- Nie... Nie będę wymiotował. Po p... prostu... sprowadź mnie z łodzi, Potter.
- Ale jesteśmy na środku...
- Proszę!
Harry spojrzał mu w twarz.
- Dobrze – powiedział łagodnie. – W porządku. Tylko... poczekaj minutkę. Obiecuję, zajmę się tym.
Draco skinął głową. Harry zwrócił się do przewoźnika.
- Zawróć do brzegu – rzekł tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Słuchaj, nie mogę... – mężczyzna zamilkł na moment. – Hej! Ty jesteś Harry Potter!
Harry stłumił rozdrażnienie. Musi sprowadzić Draco ze statku. Kogo obchodzi jak się nazywa? Tak jakby to mogło coś zmienić w tej sytuacji...
Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.
Może rzeczywiście spędzam z Draco zbyt wiele czasu...
- Tak, właśnie – powiedział. – Jestem Harry Potter. Ja i mój przyjaciel, natychmiast musimy znaleźć się na lądzie. To sprawa życia i śmierci.


*

- Świetnie sobie poradziłeś – pochwalił go Draco zmęczonym głosem. – Może w ostateczności nie byłbyś tak zupełnie beznadziejnym Ślizgonem.
- Uważaj, bo się wzruszę.
Draco udało się przywołać słaby uśmiech. Siedzieli na ganku jednego ze sklepików w Hogsmeade. Na szczęście była teraz pora lunchu i sklep był zamknięty. Draco obejmował ramionami kolana. Najwyraźniej był zbyt nieszczęśliwy i chory, aby przejmować się pozorami.
Musiał się czuć naprawdę fatalnie.
- Nienawidzę tego – odezwał się Draco zawzięcie. – Nienawidzę tych cholernych zaklęć. Sprawiają, że łódka wypływa na środek jeziora, co jest równie potworne jak znalezienie się w wodzie, bo potem ktokolwiek może rzucić przeciwzaklęcie i człowiek jest zupełnie bezradny.
Nastąpiła chwila milczenia. Harry spoglądał na przyjaciela gorączkowo zastanawiając się, co mógłby mu powiedzieć.
- Nienawidzę być bezradny – dodał Draco ponuro.
Harry poczuł impuls by... och, sięgnąć i dotknąć pocieszająco dłoni Draco. Ale Harry nie był przyzwyczajony, by w ten sposób wyrażać uczucia, a poza tym wydawało się, że Draco nie przepada za takimi gestami.
- Wszystko będzie dobrze – powiedział w zamian. Zabrzmiało to głupio.
Draco obrzucił go krótkim, uważnym spojrzeniem spod rzęs. Jego oczy błysnęły, tak jakby nagle coś sobie uświadomił, a potem przybrały zamyślony wyraz. Wydawało się, że Ślizgon nagle przestał sobie zdawać sprawę z obecności Harry`ego.
To, co powiedział w następnej chwili, tylko pogłębiło to wrażenie.
- Mój ojciec lubił żeglować po jeziorze.
- Macie jacht?
Nawet w tym stanie Draco potrafił przybrać wyniosłą pozę.
- Jesteśmy Malfoyami. Posiadamy także jezioro. – Jego wzrok nadal utkwiony był w jakimś nieokreślonym punkcie. – Ojciec często zabierał tam mnie i matkę na wakacje. Podczas tych wypraw dużo ze mną rozmawiał... o taktyce quidditcha i o moich ocenach. Było... fajnie.
Harry`emu nie wydało się to szczególnie przyjemne. Ale Draco przynajmniej nie dorastał w kompletnej samotności. Możliwe, że zainteresowanie Lucjusza Malfoya było jedyną formą uczucia z jego strony, jakiego chłopak doświadczył.
- To stało się dwa lata temu, podczas ferii zimowych. – Najwyraźniej mówienie o tym było dla Draco bardzo trudne. Jego głos był cichy i stłumiony. – Matka była chora, więc pojechałem tylko z ojcem. I łódź... nagle przestała płynąć.
Draco wydawał się teraz niewiarygodnie kruchy i bezbronny. Zwykle otaczała go aura pewności siebie – bez niej wyglądał niemal jak dziecko.
- A potem nadeszła burza. Niebo było prawie czarne, woda wokół nas kłębiła się dziko, ale łódka nie poruszała się... I wtedy ojciec powiedział mi, żebym się nie bał.
Harry poznał Lucjusza Malfoya na tyle, żeby wiedzieć, że był to rozkaz, a nie słowa pokrzepienia, które ojciec kierował do syna. Wyobraził sobie burzę szalejącą wokół samotnej łódki, niebo zasnute ołowianymi chmurami, dużo młodszego niż teraz, oszalałego ze strachu Draco, i rozbrzmiewający ponad pokładem zimny, ostry rozkaz jego ojca.
Głos Draco załamywał się, gdy opowiadał o tym wszystkim. Gdyby chłopak był kimś innym, i żył w innym świecie, ten zdławiony ton mógłby sugerować, że Ślizgon jest bliski płaczu.
- Słyszałem jakiś głos... ktoś tam był... I nagle jacht po prostu się rozpadł. Trzymałem się jakiejś deski i krzyczałem, ale cały czas... cały czas to słyszałem. – Z trudem przełknął ślinę. – Zaklęcie Uśmiercające. Usłyszałem je, a potem zobaczyłem błyskawicę, zieloną i...
Draco nie był w stanie dalej mówić. Przeżywał to wszystko jeszcze raz. Jego twarz była nieruchoma. Wyraźnie starał się zachować zimną krew Malfoyów.
A ja mu nie współczułem, pomyślał Harry. Nie zapytałem nawet jak to się stało. Nie obchodziło mnie to. A on przy tym wszystkim był, widział jak mordują jego ukochanego ojca i...
Teraz zrobiłby wszystko, żeby pocieszyć przyjaciela, żeby to jakoś naprawić. Obudziło się w nim przemożne pragnienie, by go... przytulić. Tak, jakby mocny uścisk mógł sprawić, że obaj choć trochę poczują się lepiej. Chciał ukryć twarz na jego ramieniu, wyszeptać jakieś słowa otuchy, przeprosić go. Ale wiedział, że nie zrobi nic takiego, tak samo jak wiedział, że Draco zapewne oniemiałby, zdumiony takim gestem.
Ale musiał coś zrobić.
Wyciągnął rękę i lekko dotknął włosów Draco.
Draco nie uchylił się. Siedział nieruchomo, zamknięty we własnym świecie. Nadal mówił gorączkowo, jakby przez ostatnie dwa lata cały czas o tym myślał i teraz absolutnie musiał to z siebie wyrzucić.
- Mój ojciec został zabity przez Sam-Wiesz-Kogo. A ludzie mówią, że ojciec go popierał... A ja myślę, że tak było tylko na początku, dlatego, że ojciec nie znosił mugolaków, ale w końcu musiał dostrzec, że Sam-Wiesz-Kto oszalał, i że to wszystko zaszło za daleko. Mój ojciec pragnął, żeby czarodziei szanowano, ale ja go dobrze go znałem. Nigdy nie zgodziłby się na masakrę, na porywanie niewinnych dzieci, na niszczenie rodzin czarodziejskich. Musiał odwrócić się od Sam-Wiesz-Kogo, bo przecież nikt nie zabija swoich popleczników. Tak... tak właśnie musiało być.
Normalni, zdrowi na umyśle ludzie nie zabijają swoich sprzymierzeńców, nie -pomyślał Harry. - Ale Voldemort bierze na cel dzieci, morduje mugoli i planuje przejąć władzę nad światem – trudno spodziewać się po nim, że będzie działał zgodnie z logiką.
Nie wypowiedział tych słów na głos. Delikatnie przesunął ręką po włosach Draco, myśląc nad jakimiś odpowiednimi słowami. Przecież nie mógł zapytać:
„Naprawdę znałeś swego ojca, Draco?”
Harry znał Lucjusza Malfoya. Ten człowiek, który „nigdy nie zgodziłby się na masakrę”, podrzucił dziecku książkę, która miała spowodować śmierć dziesiątków niewinnych uczniów. Stał w kręgu Śmierciożerów i śmiał się wraz z innymi, kiedy Harry stanął twarzą w twarz z Voldemortem.
Harry pamiętał też, że kiedy po raz pierwszy usłyszał zaklęcie uśmiercające, na cmentarzu pojawił się właśnie Lucjusz Malfoy i przysiągł lojalność istocie, która moment wcześniej rozkazała zamordować niewinne dziecko.
Ale Draco, który zawsze miał trzeźwe spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość, ignorował pewne oczywiste fakty, jeśli chodzi o ojca. I nie miał pojęcia o pewnych rzeczach.
A Harry nie miał serca mu o tym powiedzieć. Jakby się czuł, gdyby to jego ojciec zginął? Ojciec, który żyłby na tyle długo, że Harry zdążyłby go pokochać? W takiej sytuacji, Harry też chciałby zachować o nim jak najlepsze wspomnienia.
Poza tym, skoro Draco mu o tym wszystkim powiedział, widocznie mu ufał. A on nie zamierzał stracić tego zaufania.
Więc co mógłby mu powiedzieć?
- Och, Draco... – ten cichy okrzyk był wyrazem bólu, który Harry dzielił w tej chwili z Draco.
Towarzysz uśmiechnął się blado, a Harry zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy nazwał przyjaciela po imieniu.
W tym uśmiechu nie było niezadowolenia, wiec Harry pomyślał, że może Draco nie ma nic przeciwko temu.
- Tak mi przykro – dodał i stwierdził, że to najbardziej żałosna rzecz, jaką mógł powiedzieć.
Draco jednak przestał trząść się jak osika, a Harry stwierdził, że w sumie chyba nie było to takie tragiczne.
Bardzo chciał posiedzieć tak jeszcze chwilę, ale zauważył, że z naprzeciwka nadchodzi sprzedawca. Mężczyzna podejrzliwie spojrzał na chłopców siedzących przed jego sklepem.
- Chyba powinniśmy wracać – odezwał się Draco ze znużeniem.
- Tak – odparł Harry. – Jestem trochę głodny.
Kąciki ust Draco uniosły się lekko.
- Jeśli zaprowadzisz mnie gdzieś w pobliże jedzenia, zabiję cię.
Harry roześmiał się.
- No cóż, ostatecznie mogę kupić sobie kanapkę i zjeść ją nad jeziorem...
- Czyś ty kompletnie zwariował, Potter?
- Mógłbyś ciskać w jezioro kamieniami i obelgami... z brzegu. To chyba bezpieczne, nie sądzisz?
Draco popatrzył na niego spode łba, ale wydawał się rozważać tę propozycję.
- Tak – zdecydował nagle. – To dobry pomysł.
Draco pochylił się i oparł czoło o kolana, tak jakby potrzebował jeszcze chwili, żeby dojść do siebie; jakby zbierał siły, żeby znowu móc udźwignąć to przygniatające go brzemię.
Harry tak bardzo chciał zdjąć z niego ten ciężar. Poczuł także ukłucie żalu, że ta chwila się kończy - ta rozmowa była największą oznaką zaufania, jakie Draco mu okazał do tej pory.
Na ulicy pojawili się Pansy i Zabini. Przechodząc obok, obrzucili ich zdumionymi spojrzeniami. Harry zorientował się, że nadal gładzi Draco po głowie.
Draco udawał, że nie dostrzegł pary Ślizgonów. Harry nie był tak dobrym aktorem jak on.
- Czy oni... czy oni wiedzą?
Draco skrzyżował ręce na piersiach.
- Wiedzą tylko, że mój ojciec nie żyje. Ja... nie, nie powiedziałem im nic więcej.
Harry poczuł się okropnie, uświadamiając sobie, że cieszy się z czegoś, chociaż Draco nadal jest smutny.
- Cały czas się kłóciliśmy – powiedział Draco miękko. – A on przecież tylko chciał, żebym był jak najlepszy... Zawsze byłem z niego taki dumny, ale odrzucałem jego pomoc, nie cierpiałem, gdy to robił i... Nie znoszę krytyki.
Harry znowu przypomniał sobie, jaki był Lucjusz Malfoy.
Ale Draco pragnął pamiętać to wszystko w ten sposób. Harry pomyślał, że miłość zawsze zniekształca wspomnienia o zmarłym, a żałoba uniemożliwia trzeźwą ocenę i sprawia, że opłakuje się wyobrażenie, a nie prawdziwą osobę. A ci, których się kochało, w żaden sposób nie zaprzeczą już tym wyidealizowanym obrazom i w końcu prawda o nich wydaje się być okrutną niesprawiedliwością.
Draco wyglądał na tak zmaltretowanego i przygnębionego, że Harry tłumiąc niegodziwe uczucie rozczarowania, powiedział:
- Dzisiaj już nic nie będziesz robił. Musisz się porządnie wyspać. Jak tylko wrócimy do zamku, zaraz kładziesz się do łóżka.
Draco uśmiechnął się drwiąco. (Ostatnimi czasy Harry tę udawaną szyderczą minę traktował jak zwykły uśmiech.)
- Tak, mamo – zakpił.
- Zamknij się, Draco i chodźmy kupić kanapkę.
Harry spojrzał na Ślizgona, żeby sprawdzić, czy chłopak nadal nie ma nic przeciwko, żeby mówić mu po imieniu. Ale wydawało się, że Draco nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
- Utulisz mnie na dobranoc i opowiesz mi bajkę? – dopytywał się Draco.
Chłopak śmiał się teraz, unosząc twarz ku Harry`emu, który poczuł się jednocześnie zadowolony i rozżalony, że Draco na powrót przyjął tę pełną pewności siebie pozę.
Westchnął i wyciągnął rękę, że pomóc przyjacielowi wstać.


*

- Czy za trzydziestym drugim razem “Latanie z Armatami” jest tak samo fascynujące, jak za pierwszym? – droczyła się Hermiona.
- Hmm? – Harry podniósł oczy znad książki. – Wiesz, to świetna książka.
Tak naprawdę w zeszłym tygodniu pożyczył ją Draco, a ten zwrócił mu książkę z nabazgranymi na marginesach komentarzami. Teraz Harry uśmiechał się, odczytując te bezczelne i złośliwe uwagi.
Ale nie kłamał. To naprawdę była dobra ksiązka.
Hermiona uśmiechnęła się do niego czule; jej oczy błyszczały w świetle ognia. Na kolanach dziewczyny leżała otwarta ksiązka. Harry pomyślał, że Hermiona chyba odpoczywa, bo nie był to podręcznik.
Rozejrzał się po pokoju wspólnym i poczuł, że naprawdę lubi ich wszystkich. Ostatnio sprawy układały się trochę lepiej. Pomimo tych okropnych wydarzeń, trzymali się jakoś, a teraz wyglądali na szczęśliwych.
Dean i Ginny chichotali, podrabiając pismo Snape`a i tworząc list miłosny do Syriusza. Ron rysował na wróżbiarstwo diagram, który należało zrobić w zeszłym tygodniu. Lavender i Parvati czyniły bezskuteczne próby zrobienia sobie turbanów, żeby upodobnić się do profesor Trelawney, a Neville usiłował skojarzyć Teodorę z jakimś zupełnie nie zainteresowanym ropuszym kawalerem.
Ron odezwał się tonem, który w zamierzeniu zapewne miał być żartobliwy, ale nie bardzo mu to wyszło:
- Cieszę się, że z nami jesteś, Harry. Ostatnio cały czas włóczysz się z tym cholernym Malfoyem. Zaczynałem już zapominać, jak wyglądasz.
Oczywiście, to nie było nic takiego. Harry wiedział, że Ron nie znosi Draco i nie było w tym nic złego, biorąc pod uwagę, że takim samym uczuciem Draco darzył Rona. W każdym razie Harry nie zamierzał się z tego powodu wdawać w jakieś... Ale nagle przed oczami stanął mu żywy obraz oszalałego ze strachu Draco i tak jak wtedy, na statku, poczuł ten sam odruch, który kazał mu go chronić.
- Byłbym wdzięczny, żebyś nie wyrażał się w ten sposób o Draco – zareagował ostro.
W drugim końcu pokoju, Ginny nagle przestała się śmiać. Hermiona podniosła głowę znad książki i spojrzała na Harry`ego wyraźnie zakłopotana.
Ron zmarszczył brwi.
- O kim? – zapytał z niedowierzaniem.
- Wiesz, jak ma na imię. – Harry bez powodzenia starał się złagodzić ton.
- Och, wybacz jeśli powiedziałem coś, co mogło urazić twojego nowego najlepszego przyjaciela – żachnął się Ron. – Przecież on jest taki grzeczny i dobrze wychowany.
- Wiem, że czasem zachowuje się jak idiota – odparł Harry nieco spokojniej. – Ale pomimo to nie życzę sobie, żebyś go obrażał.
Jeszcze kilka lat temu Ron rzuciłby w Harry`ego czymś ciężkim. Teraz tylko odetchnął kilka razy głęboko i powiedział coś, co wydało się Harry`emu jeszcze gorsze.
- Posłuchaj, jesteśmy tym wszystkim zmartwieni. Zależy nam na tobie, ty głupku. I nie podoba mi się, że przyjaźnisz się tak bardzo z kimś, komu nie ufamy.
Oczywiście Harry`emu też zależało na Ronie, uspokoił się więc trochę i odpowiedział prawie grzecznie. Jednak nie potrafił stłumić w sobie... instynktownej potrzeby chronienia Draco, a „trochę” i „prawie” nie wystarczyło, żeby go powstrzymać.
- Co masz na myśli mówiąc, że jest kimś, komu nie możemy ufać?
- A jak myślisz? – prychnął Ron. – Jeśli w Hogwarcie jest szpieg, który pomaga Czarnemu Panu porywać dzieci, to kto może nim być, jak nie Draco Malfoy?
Pokój nagle wypełnił się gwarem.
Młodsi Gryfoni zaczęli szeptać poekscytowani. Ginny spojrzała w twarz Harry`ego i wydała zduszony okrzyk zaniepokojenia. Dean i Hermiona powiedzieli coś rozsądnego, odnosząc się do wszystkiego ze spokojem i z lekceważeniem podchodząc do wypowiedzi Rona. Parvati wstała i oznajmiła głośno, że nikt nie powinien rzucać takich oskarżeń. Neville usiłował rozładować sytuację narzekaniem na rozpuszczone, humorzaste ropuchy.
Harry dziwnie wyraźnie usłyszał słowa pochylającej się nad Nevillem Lavender:
- Myślę, że obie te ropuchy to samiczki. Nic z tego nie będzie, Neville.
Ogarnęła go furia i poczuł, że z twarzy odpływa mu krew.
Jego głos był cichy, ale lodowaty.
- Jak śmiesz.
Ron zaczerwienił się, ale był zdecydowany bronić swojego zdania.
- To jedyne sensowne wyjaśnienie Harry – powiedział ze złością. – Pomyśl...
- Nie będę tego słuchał! – wrzasnął Harry. W pomieszczeniu zaległa cisza, więc odetchnął i zniżył glos. – Masz to, do cholery, odwołać.
Ron najwyraźniej nie zamierzał tego zrobić.
- To musi być ktoś z Rady – argumentował. – Nawet ty na pewno podejrzewasz...
Harry spojrzał na niego.
- Poza Hermioną, podejrzewam wszystkich – powiedział, zaczynając cofać się na oślep w kierunku drzwi. – I nie chcę cię dziś wieczorem już oglądać – dodał, powstrzymując się, aby Rona nie uderzyć.
- Gdzie idziesz?! – krzyknął za nim, wściekły.
- Do diabła, Ron – powiedział Harry, odwracając się od niego. – A jak ci się wydaje?

*

Harry wybiegł z wieży, nie mówiąc nic więcej. Słowa Rona dzwoniły mu w uszach, potrzeba ochrony przyjaciela była nieodparta, a Draco był teraz w łóżku. Harry wiedział, że będzie zmuszony stawić czoła Ślizgonom, ale musiał to zrobić, natychmiast musiał zobaczyć się z Draco...
Szedł korytarzami, pokonywał schody, a kiedy był już prawie na samym dole, ujrzał wyłaniającego się z lochów Draco.
Stanął, czując niespodziewaną ulgę. Na jego widok oczy Ślizgona rozszerzyły się ze zdumienia. Harry uśmiechnął się, dostrzegając na twarzy chłopaka wyraz osłupienia.
- Cześć.
Draco wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej zupełnie go zamurowało. W końcu przewrócił oczami, wsadził ręce do kieszeni i odpowiedział:
- Cześć.
- Nie integrujesz się dzisiaj ze Ślizgonami? – zapytał Harry.
- Ależ oczywiście. Jeśli masz ochotę, możesz iść uwodzić Pansy. Obawiam się jednak, że nie mogę ci towarzyszyć. Aktualnie jestem czymś w rodzaju persona non grata tam na dole.
Harry wolał pozostać w miejscu, gdzie stał.
- Ja... eeee... posprzeczałem się trochę z Ronem. Nie sądzę, żeby Gryfoni z niecierpliwością oczekiwali mojego powrotu.
- No to pozostaje ci schować się gdzieś w kąciku i umrzeć. Ja idę integrować się ze starym, dobrym Weasleyem i z Granger. Przypuszczam, że nadal będą traktować mnie jak księcia.
- Ta... Zapewne... Jak księcia... ciemności.
Draco uśmiechnął się szeroko.
- Zawsze to koronowana głowa.
Harry zaczął schodzić, a na dole Draco zrównał z nim krok.
- Więc? Teraz wszyscy cię nienawidzą? Chcą cię spalić na stosie? Zmuszą, żebyś przyłączył się do Hufflepuffu, bo spalenie i śmierć byłyby zbyt miłosiernym postępkiem wobec ciebie?
- Tak, Draco. To właśnie zrobią – odparł Harry. – A rano wszystko wróci do normy.
Nie zamierzał powtarzać przyjacielowi głupot, które wygadywał o nim Ron. Poza tym, teraz, kiedy już był z Draco, Harry naprawdę czuł, że rano wszytko będzie dobrze. I nawet był w stanie wybaczyć Ronowi, który przecież nie znał Draco - gdyby go znał, nigdy nie opowiadałby takich bzdur.
- Rano? Jeśli wydaje ci się, Potter, że będę do rana włóczył się z tobą po tych pełnych przeciągów korytarzach, to grubo się mylisz.
- No dobrze. A co powiesz na salę eliksirów?
Draco uśmiechnął się tylko.
- Te wszystkie plotki o tobie, to totalne kłamstwa.
Harry zamrugał.
- Co?
- Wszystkie te historyjki o tobie, Potter. Biedna, malutka sierotka, pokorniutka i popłakująca cichutko, że nikt jej nie kocha. Spodziewasz się, że będę siedział w którejś z tych obrzydliwych klas w lochach, żeby dotrzymać ci towarzystwa? Czy zdajesz sobie sprawę, że wychowałem się w otoczeniu luksusów? Cóż za ego!
- Draco. Ty mieszkasz w lochach, absolutnie nie masz prawa wypowiadać się na temat czyjegoś ego i jestem pewien, że nic ci się nie stanie, jeśli przez chwilę pobędziesz w otoczeniu... och, czegoś innego niż luksusy.
Wciąż czuł się trochę dziwnie, wymawiając imię Ślizgona.
- Lubię luksus – zaprotestował Draco. – Luksus i ja to prawie to samo.
Cały czas podążał za Harrym, a kiedy Gryfon nie dał rady otworzyć drzwi, pochylił się i wyszeptał coś do zamka.
- Hasło – wyjaśnił, kiedy klasa stanęła otworem. – Snape dał mi je, kiedy dawałem Goyle’owi korepetycje z eliksirów.
- A więc dlatego udało mu się zdać – wymruczał pod nosem Harry, wchodząc do środka. Sala czyniła teraz mniej złowieszcze wrażenie, niż w momencie, gdy zaraz miały rozpocząć się w niej zajęcia ze Snape`em. – Musisz być fantastycznym korepetytorem.
Draco wszedł i rozsiadł się na biurku Snape`a. Przyciągnął kolana do piersi i oparł na nich policzek. Teraz Harry już nigdy nie będzie w stanie patrzyć na Snape`a warzącego eliksir, nie widząc jednocześnie siedzącego na blacie, radośnie uśmiechającego się blondyna.
- Jestem bardzo utalentowany. W różnych dziedzinach.
- Tak, wiem, że tak myślisz. – Harry oparł się o ścianę za biurkiem, obserwując jak Draco krzywi się z udawanym oburzeniem.
- Byłbyś zachwycony, gdybym pokazał ci, co potrafię. – Zamilkł na moment. – Kłóciłeś się z Weasleyem o mnie? – dodał, nagle zmieniając temat.
Teraz Harry milczał przez chwilę.
- Możliwe – odezwał się w końcu. – A ty? Dlaczego włóczyłeś się, skoro kazałem ci iść do łóżka?
Draco uśmiechnął się promiennie.
- Szukałem kogoś, kto by mi w nim potowarzyszył – odparł, a kiedy Harry nadal na niego patrzył, westchnął i poddał się. – Posprzeczałem się z Blaisem.
Harry obdarzył go krzywym uśmiechem i usiadł na podłodze.
- Kłóciłeś się z Zabinim o mnie?
Draco znowu westchnął, nieco dramatycznie, zszedł z biurka Snape`a, usiadł obok niego i przyciągnął kolana pod brodę.
- Możliwe.
Harry spojrzał na dłoń Draco - wydawała się zaskakująco jasna na tle czarnych dżinsów Ślizgona.
- Draco... – Nawet kiedy był przybity i roztargniony znajdował przyjemność w wymawianiu tego imienia. Chwycił chłopaka za nadgarstek i przyciągnął jego rękę bliżej.
Draco obserwował go obojętnie, ale nie protestował.
Harry obracał w rękach jego dłoń, uważnie przyglądając się skórze na knykciach.
- Draco? Uderzyłeś go?
Kąciki ust Ślizgona uniosły się leciutko, ni to w uśmiechu, ni w skrzywieniu.
- Owszem. Uderzyłem.
Harry spojrzał na niego ze zdumieniem i dezaprobatą.
- Co powiedział?
- Nic, o czym powinieneś wiedzieć – odparł Draco poważnie. – Nic, co byłoby prawdą.
- Oddał ci?
- Chyba żartujesz – parsknął Draco.
- To... dobrze. – Ręka chłopaka nie wyglądała najgorzej. – Nie musisz mi mówić, jeśli nie chcesz.
Harry`ego nie obchodziły głupie obelgi Zabiniego. To, co się dla niego liczyło – jedyne co się dla niego liczyło – to sposób, w jaki zareagował na nie Draco.
- Potter – powiedział Ślizgon rozbawiony. – Odzyskam kiedyś swoją rękę?
Palce Harry`ego odcinały się na jasnej skórze dłoni Draco.
- Nie wiem – zastanowił się. – Właściwie to nie jest najgorsza. Mogłaby mi się przydać.
Draco roześmiał się.
- Możliwe, ale potrzebuję jej do różnych rzeczy. Nalegam, żebyś mi ją zwrócił, nawet jeżeli hak wyglądałby fantazyjnie.
Harry rozwarł palce i dłoń Draco wysunęła się z jego ręki.
- Możemy przyjąć, że nasi przyjaciele mówili podobne rzeczy – podsumował Harry.
Draco zmarszczył brwi.
- Jeśli tak, to jestem zszokowany zachowaniem młodego Weasleya.
- Jesteś okropny.
- Jestem Ślizgonem – stwierdził Draco nonszalancko. – Jesteśmy okropni. I przeklinamy. Ale prawdę mówiąc, nie spodziewałem się tego po Weasleyu.
- Nie znosi cię – poinformował go Harry.
Draco wyglądał na nieco zakłopotanego.
- Stawiam cię w niezręcznej sytuacji, prawda, Potter?
- Co masz na...
- To nic takiego, możemy zrezygnować, wiesz. Czasem pewne sprawy sprawiają zbyt dużo problemów – kontynuował Draco lekkim tonem.
- Nie! To znaczy... przecież jesteśmy przyjaciółmi. Nie obchodzi mnie nic innego. Uważam, że to warte tego wszystkiego. A poza tym, masz przez to takie same kłopoty jak i ja. – Harry niemal brzydził się sobą za to, że w tak oczywisty sposób zdradził, jakim jest draniem. – To... o to chodzi? Chcesz się wycofać, tak?
Draco spojrzał na niego, jakby coś rozważał, a Harry pomyślał, że chłopak zastanawia się, co zrobić. Starał się jednak nie okazywać zaniepokojenia.
- Nie – powiedział w końcu Ślizgon. – Myślę, że sobie ciebie zatrzymam. – Uśmiechnął się przekornie.
Harry nie potrafił powstrzymać uśmiechu.
- Nigdy bym z tego nie zrezygnował, cokolwiek by się nie działo – powiedział Harry. – Nigdy. Ja... To znaczy... och, przecież wiesz.
Draco wydął wargi.
- Och, bardzo dobrze wiem. Nie dzięki tobie oczywiście, ponieważ nie spotkałem się jeszcze z osobą, która miałaby większe problemy z wysławianiem się, niż ty. – Kącik jego ust uniósł się lekko. – No to załatwione.
Draco odprężył się i dopiero wtedy Harry zdał sobie sprawę, że chłopak dotąd był spięty. Ślizgon odchylił głowę i przymknął oczy, a Harry zastanawiał się przez moment, czy ktoś poza nim widział Draco Malfoya, bez tej typowej dla niego samokontroli – roztargnionego, kompletnie zrelaksowanego, albo po prostu zmęczonego. Miał nadzieję, że nie.
- Hej, Potter. – Draco szturchnął go łokciem. – O czym teraz myślisz?
Siedzieli bardzo blisko siebie. Ramię Draco było ciepłe i dobrze umięśnione. Ten dotyk sprawiał, że Harry czuł się dobrze. Inaczej niż z Ronem, co do którego Harry miał pewność, że zawsze będzie koło niego. Wszystko, co wiązało się z Draco, było trudne do przewidzenia i takie niecodzienne... Ale teraz Draco był tutaj, a to musiało coś znaczyć.
Obrócił się i ujrzał profil Ślizgona. Z twarzy przyjaciela jak zwykle trudno było cokolwiek wyczytać.
- A może ty mi powiesz, o czym teraz myślisz – zaczął się przekomarzać.
Draco popatrzył na niego. Był tak blisko, że Harry widział w jego oczach ciepłe błyski.
- Myślałem o twoim życiu uczuciowym.
Harry osłupiał, a Draco roześmiał się na widok jego miny.
- Eeee... Co?
- Wiesz. Ginny Weasley nie bardzo do ciebie pasuje. Myślę, że moglibyśmy znaleźć ci coś lepszego. I nie z Gryffindoru. Powinniśmy poszukać dla ciebie dziewczyny w Slytherinie – zasugerował Draco.
Harry przewrócił oczami, ale Draco udawał, że tego nie widzi.
- Pansy byłaby niezła, ale chyba nie bardzo ci się podoba. A poza tym, z całego serca cię nienawidzi. – Przerwał zastanawiając się nad czymś przez chwilę. – Co powiesz o Morag?
- Nie znam jej – odparł Harry.
I absolutnie mi się do tego nie pali.
- Możesz ją poznać. No, Potter, co będziesz robił z tymi wszystkimi piątkowymi wieczorami?
- Mógłbym je spędzać z tobą.
- Musisz być dla mnie naprawdę bardzo miły, jeśli planujesz kompletnie zrujnować moje życie towarzyskie.
Co, jak Harry zauważył, nie oznaczało „nie”.
- Myślę, że pomimo to dam sobie spokój z Morag.
Draco ziewnął, z nikłym zaangażowaniem próbując zasłonić się splecionymi dłońmi.
Harry zamrugał.
- Jesteś wykończony.
Draco miał wyraźnie cienie pod oczami, bardzo zmęczoną twarz.
To idiotyczne. Powinien być teraz w łóżku.
- Trochę – Draco znowu ziewnął i rozciągnął się leniwie na kamiennej podłodze i podłożył sobie ręce pod głowę. – Nie pozwól mi tu zasnąć – rozkazał. – Nigdy więcej spania bez porządnej poduszki. To bardzo niewygodne. A poza tym, nie zniósłbym takiego upokorzenia.
Harry wyciągnął się obok niego.
- Przestań się zgrywać – powiedział. – To że bywasz zmęczony jak każdy inny i czasem potrzebujesz wypoczynku, to żaden wstyd.
Draco skrzywił się lekko.
- Przestań mnie pouczać, Harry – wymamrotał sennie.
Jego oddech wyrównał się i zwolnił.
Harry spojrzał na niego.
Powiedział do mnie Harry - pomyślał nieco oszołomiony.
I uśmiechnął się do siebie.

* Luanshya Greer
** Pawlikowska-Jasnorzewska Maria „Jesteś cichy i zamknięty jak kielich”
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:28

Rozdział dziewiąty
Stojąc z boku, łatwiej ujrzeć prawdę




Nie wiem co się dzieje

nie mogę cię zawołać, kiedy jesteś daleko
nie mogę ci powiedzieć tego co czuję
kiedy budzę się rano i myślę o tobie
nie wiem, co się dzieje

zupełnie nie wiem, dlaczego tak się dzieje
zupełnie nie wiem, co to jest to co czuję
kiedy patrzę ci w oczy, cały świat eksploduje
nie wiem co się dzieje, wiem tylko, że

Ty i tylko ty...*



Harry`ego obudził dźwięk otwieranych drzwi. Błyskawicznie usiadł i instynktownie zasłonił sobą Draco. Rozejrzał się nieprzytomnie i ujrzał stojącego w wejściu, osłupiałego profesora Lupina. Za nauczycielem tłoczyli się pierwszoroczniacy.
Ruch obudził także Draco. Chłopak podniósł nieco głowę.
Kiedy Lupin zobaczył leżącego obok Harry`ego Ślizgona, jego oczy zrobiły wielkie ze zdumienia.
- Harry. Draco – odezwał się nauczyciel. - Eeee... Co za niespodzianka.
Draco spojrzał na stojących za profesorem uczniów, którzy przypatrywali się całej scenie z ogromnym zainteresowaniem i zaczął cicho chichotać.
Taaak. Draco zawsze był bardzo pomocny.
- Eeeee... Bo my... uczyliśmy się eliksirów i zasnęliśmy...
Nie można było nazwać tego kłamstwem, skoro Lupin i tak najwyraźniej nie wierzył w ani jedno słowo Harry`ego.
Harry uczynił niejasny gest w stronę Draco, który obserwował minę Lupina, gdy Harry mamrotał wyjaśnienia i teraz już zwijał się ze śmiechu.
- Tak... Przyprowadziłem uczniów wcześniej, bo mam jeszcze coś do załatwienia – powiedział Lupin, nadal nie wiedząc jak zareagować. – Jeśli się pospieszycie, zdążycie jeszcze na śniadanie.
- Nie odbierze im punktów? – wyszeptał jeden z pierwszoroczniaków.
- No coś ty? Przecież nie zabiera się punktów Harry`emu Potterowi – zgorszył się jego kolega. Harry zagryzł wargi, żeby nie zachichotać.
Popatrzył na Draco, który siedział na podłodze i płakał ze śmiechu.
- Oczywiście, profesorze – powiedział Harry szybko, chwycił przyjaciela i niemal siłą postawił go na nogi.
Lupin patrzył, jak Harry wlecze osłabłego ze śmiechu Ślizgona na korytarz. Harry nie był w stanie odczytać wyrazu twarzy nauczyciela.
Na korytarzu Draco bezwładnie oparł się o ścianę.
- Jego mina! – wyjęczał słabo. – Twoja mina... Przepraszam, daj mi sekundę...
Harry skrzyżował ręce na piersi i cierpliwie poczekał pięć minut.
- Tak, faktycznie, bardzo zabawne – rzekł w końcu pobłażliwie. – A teraz chodź. Śniadanie.
Draco natychmiast otrzeźwiał.
- Nie, dopóki się nie uczeszę.
- Ta obsesja na punkcie włosów w końcu cię zgubi. Musisz więcej jeść.
- Och tak, wiec mam być rozczochrany i wymięty? – oburzył się Draco. – Jesteś sadystą, Potter. Żądam lustra.
Obrócił się i usiłował przejrzeć się w szybie. Harry stanął za plecami przyjaciela i spojrzał mu przez ramię.
W tym prowizorycznym zwierciadle Draco wydawał się jeszcze bledszy. I niezbyt przytomny – jego usta były jeszcze miękkie od snu, a oczy półprzymknięte i zamglone.
- Ohyda. – Draco skrzywił się okropnie.
- Hm? – Harry otrząsnął się z zamyślenia. – Głupi jesteś. Jak zwykle zresztą. Idziemy. Nie pozwolę ci opuścić kolejnego posiłku.
- Nie pozwolisz? – powtórzył Draco tonem, który mógłby brzmieć zaczepnie, gdyby nie to, że chłopak przy okazji ziewnął. – A jak mnie zmusisz, żebym tam poszedł?
Harry także ziewnął i oparł czoło na jego ramieniu. Draco odprężył się na moment, a Harry położył ręce na jego plecach i popchnął go w stronę wyjścia z korytarza.
- A tak, podstępem. Śniadanie. Już.
Draco narzekał przez całą drogę, ale bez zbytniego zaangażowania. Harry popychał go czasem, gdy chłopak zwalniał tempo.
W ten sposób dotarli do drzwi Wielkiej Sali, gdzie stali Pansy i Ron.
- ...nie mniej niż ty, Weasley, ty rudy prostaku! – wrzeszczała Pansy. Nagle spostrzegła nadchodzących chłopców i odwróciła się do nich. – Draco! – Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć jego włosów. Draco delikatnie przytrzymał ją za nadgarstek. – Ty... jesteś rozczochrany – zdumiała się.
Wbiła w Harry`ego oskarżycielski wzrok. Harry pomyślał, że wygląda tak, jakby zaraz miała krzyknąć: „Co zrobiłeś mojemu dziecku?!”.
Potem, zaaferowana, zaczęła ciągnąć Draco do Wielkiej Sali, dopytując się przy tym głośno, co będzie jadł na śniadanie. Harry przytrzymał przyjaciela. Dziewczyna odwróciła się i rzuciła mu mordercze spojrzenie. Harry odpowiedział tym samym i po chwili puścił Draco.
Ron też był wściekły, wchodząc za nimi do sali.
- Muszę się napić kawy – powiedział Draco, rozdrażniony. – Odczep się, Pansy.
Odwrócił się w stronę stołu Slytherinu i poszukał wzrokiem Zabiniego. Chłopak wpatrywał się w niego, marszcząc brwi. Draco wystudiowanym ruchem obrócił się do Harry`ego.
- Zobaczymy się wieczorem, Harry?
- Tak – odparł Harry. – Oczywiście. Świetnie.
Draco odszedł wolno. Ron wyglądał, jakby połknął cytrynę.
- Gdzie byłeś? – syknął.
- Nie twoja sprawa – odparł Harry chłodno.
Ron ze świstem wypuścił powietrze i skrzyżował ręce na piersi.
- Słuchaj... Ja... Rozmawiałem wczoraj trochę z Hermioną. O... Nie powinienem nikogo bezpodstawnie oskarżać.
Harry zmiękł.
- Nie znasz go, Ron.
I pomimo, że Ron zrobił urażoną minę i wymamrotał „A ty go znasz?”, kiedy zajmowali miejsca przy stole, Harry wiedział, że wszystko między nimi wróciło do normy.
Ron powiedział, że miał małą rozmowę z Hermioną, ale gdy dziewczyna podawała Harry`emu tosta, jej twarz nie wyrażała niczego.
Harry zastanawiał się, co Hermiona o tym wszystkim myśli.

*

Hermiona nie miała pojęcia, co zrobić z tą całą koszmarną sytuacją. To było bardzo irytujące.
Hermiona była przyzwyczajona do tego, że zawsze ma jakiś pomysł, wszystko rozumie i potrafi znaleźć rozwiązanie każdego problemu. Stwierdziła, że jednak tym razem Ron chyba lepiej poradzi sobie z tym całym kłopotem.
Ale teraz...
Siedziała zwinięta w fotelu przed kominkiem w pokoju wspólnym Gryffindoru. Za oknem wieczór zamieniał się w noc, a ona myślała o Harrym.
Rzadko musiała zastanawiać się nad tym, co myśli Harry. Zwykle czytała w nim jak w otwartej księdze.
Hermiona przywołała do siebie obraz twarzy przyjaciela. Nie było to trudne. Harry był jedną z tych osób, które kochała najbardziej na świecie; na które patrzyła tak często, że znała każdą ich wadę, każdą niedoskonałość.
Twarz Harry`ego wciąż jeszcze była nieco dziecinna. Szczupła i jasna, o delikatnym kośćcu, niemal trójkątna; i zawsze otwarta - odbijały się na niej wszystkie emocje.
Hermiona uśmiechnęła na wspomnienie zachowania Harry`ego na czwartym roku, gdy w pobliżu pojawiała się Cho Chang. Chłopak rumienił się, rzucał w stronę dziewczyny ukradkowe, przeciągłe spojrzenia i strasznie plątał mu się język w jej obecności.
Nie był taki jak Ron, który gapił się otwarcie albo ciągnął dziewczyny za warkocze. Harry był typem nieśmiałego adoratora.
Uśmiech Hermiony zgasł, gdy przypomniała sobie wyraz, jaki od dwóch lat często gościł na twarzy Harry`ego.
Och, Harry.
Myślał, że tak dobrze ukrywa swoje uczucia, a przecież wszyscy widzieli jego smutek i przygnębienie. Chociaż Hermiona wiedziała jak chłopak nie znosi współczucia, które wszyscy mu okazywali, nie potrafiła powstrzymać się, by go nie pocieszać. Tak bardzo się o niego martwiła. Jego szklany wzrok, oczy przypominające zimną i gładką powierzchnię lodu - ten widok za każdym razem łamał jej serce. Pragnęła, by nigdy więcej tak nie patrzył.
Tak się cieszyła, że Harry znowu jest szczęśliwy.
Ale teraz...
Teraz Hermiona dostrzegała także rzeczy, których wcale nie chciała widzieć.
Dostrzegała spojrzenia, jakie Harry wymieniał z Malfoyem na korytarzach, zaborcze i intymne, niemal jak dotyk. Zauważyła, jak instynktownie synchronizują rytm swoich kroków, gdy idą obok siebie. Pamiętała napady furii, które często zamieniały się w bójki pomiędzy nimi; walki, które powodowały, że inni uczniowie uciekali, by znaleźć się od nich jak najdalej i widziała, że ta energia, ta pasja znalazła inne ujście.
Dostrzegała drobne szczegóły. Jak to, że podczas opieki nad magicznymi stworzeniami Harry i Malfoy korzystają z jednego podręcznika, i to, że siedzą bliżej siebie, niż to konieczne; widziała przypadkowe, delikatne zetknięcia ich dłoni. Zauważyła, w jaki sposób Harry patrzył na Malfoya, gdy raz zapomnieli pogłaskać podręcznik i książka ugryzła Ślizgona – to spojrzenie nie miało nic wspólnego z jego nieszczerym śmiechem... To wszystko nie było normalne...
I wtedy właśnie Harry wszedł do pokoju, zarumieniony, ze zwichrzonymi przez wiatr włosami. Uśmiechnął się do niej i wyszedł po schodach do dormitorium.
To była jedna z pozytywnych właściwości jego bladej cery – zawsze widać było, że chłopak jest czymś podekscytowany. Harry nie mógł ukryć wszystkiego przed Hermioną, nawet jeśli ona bardzo starała się niczego nie zauważać.
Hermiona zapatrzyła się w ogień i zdała sobie sprawę, że zastanawia się, czy Harry jest przystojny.
Kochała go jak brata, więc nigdy wcześniej nie rozpatrywała tej kwestii. Ale teraz musiała spojrzeć na niego z innej strony; popatrzeć na niego tak, jak nigdy wcześniej. Zdecydowała, że w świetle ostatnich wydarzeń powinna poświęcić tej sprawie nieco uwagi.
Harry pojawił się znowu. Zszedł ubrany w piżamę i wskoczył na krzesło obok niej.
Hermiona doszła do wniosku, że chłopak jest pociągający. Wyglądał teraz lepiej niż kiedyś - w nowych ubraniach, z błyszczącymi radością oczami... ale nie, nie był klasycznie urodziwy. Ostatnio często siadywali razem przy ogniu. Stało się to swego rodzaju rutyną.
Harry wracał do pokoju o nieprzyzwoitej porze, siadał obok przyjaciółki i wpatrywał się w nią wyczekująco, rozentuzjazmowany i podniecony. Po chwili Hermiona poddawała się i pytała, jak minął mu dzień.
Warto było się przełamać, żeby zobaczyć jak jego twarz się rozpromienia.
Natychmiast, z wielkim ożywieniem zaczynał opowiadać niesamowite przygody, jakie przeżył tego wieczora, hojnie okraszając swoją przemowę stałymi zwrotami w stylu „i wtedy Draco powiedział...” Uśmiechał się przy tym szczerze i radośnie.
To trwało już od pewnego czasu. Na początku Hermiona czuła ulgę, że wyszedł w końcu z tej okropnej depresji. Potem zaczęła myśleć, że ta przyjaźń jest zbyt intensywna jak na zdrowy układ.
A teraz...
Ale wszystko było lepsze niż wieczory, kiedy Malfoy w ogóle się nie pojawiał. Zdarzało się to raz, dwa razy w tygodniu, i cokolwiek Hermiona myślałaby o Malfoyu, nie znosiła obserwować, jak Harry godzinami bezmyślnie gapi się w ogień, odrzucając wszelkie propozycje gry w szachy, czy eksplodującego durnia.
Nie powinien się tak odsłaniać. W ten sposób stawał się bardzo podatny na zranienie.
- No więc, Harry, co dzisiaj robiłeś? – spytała Hermiona ze zrezygnowanym uśmiechem.
Harry wyprostował się na krześle i uradowany, zaczął natychmiast mówić.
To była długa i zawiła historia. Malfoy najwyraźniej stwierdził, że zaczarowanie dywanu tak, żeby latał, będzie fantastyczną zabawą. W efekcie chłopcy wylądowali na drzewie.
Najwidoczniej jednak dzikie przejażdżki na narowistych dekoracjach podłóg były ulubionym sportem Harry`ego. Wyglądało na to, że świetnie się bawił.
Hermiona zauważyła, że Harry wydaje się niższy niż w rzeczywistości, gdy siedzi i sprawia wrażenie wyższego niż jest naprawdę, gdy stoi. W obu przypadkach przyczyną takiego efektu była jego drobnokoścista budowa ciała.
I to jego postura determinowała sposób, w jaki się poruszał. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że chłopak jest niezgrabny, ale zaraz potem nasuwała się refleksja, że posiada swoisty wdzięk nieopierzonego ptaka. Jednak w jednym i drugim przypadku, wyraźnie było widać, że jego ruchy nie są wystudiowane.
Był spontaniczny jak dziecko.
Tylko wtedy gdy był przygnębiony, wydawał się bardziej dorosły i mądrzejszy niż ktokolwiek, kogo Hermiona znała.
Kochała go. Naprawdę go kochała - poważnego, lekkomyślnego i strasznie wrażliwego Harry`ego - przyjaciela, który był dla niej jak brat.
- Wygląda na to, że dobrze się bawiłeś? – spytała, starając się okazać zainteresowanie, którego tak bardzo oczekiwał.
Twarz Harry`ego pojaśniała.
- No pewnie – przytaknął. – A potem Draco powiedział...
- Hej, Harry, Hermiona – powiedział Ron, stając u podnóży schodów. – Czas spać.
Harry podniósł się natychmiast, obdarzając Hermionę ukradkowym „później ci dokończę” uśmiechem. Chłopak nigdy nie był tak łatwy do przejrzenia jak wtedy, gdy starał się być subtelny.
Ale gdy ich opuszczał, nie miał przynamniej tego nieobecnego, przygnębionego wyrazu twarzy.
Nie wiedziała, co robić. Nie wiedziała, co byłoby dla niego najlepsze.
- Wyglądasz, jakbyś się czymś martwiła, kochanie?
Hermiona spojrzała na zaniepokojonego Rona. Ta piegowata twarz o wyrazistych rysach, postronnej osobie zapewne mogła wydawać się niezbyt atrakcyjna. Ale Hermiona kochała tę twarz z całego serca. Bez jakiegoś szczególnego powodu, po prostu tak było.
Wstała i otoczyła ramionami szyję Rona, odsuwając od siebie troski związane z Harrym.
Wszystko w tych dniach wydawało się takie trudne i przerażające. Problem związany z Harrym był kolejną rzeczą, która napawała ją trwogą; jeszcze jednym niebezpieczeństwem, grożącym osobie, którą Hermiona kochała.
Przytuliła się do Rona, próbując choć przez chwilę o niczym nie myśleć.

*

Następnego ranka wszystkie zmartwienia powróciły.
Ron zawsze mówił, że Hermiona za dużo myśli - czasami dziewczyna była skłonna przyznać mu rację.
To był jeden z tych ulotnych, szarych poranków, które przypominały koronkowy, zwiewny welon. Niebo zasnuwały postrzępione chmury, od których odbijały się jeszcze promienie wschodzącego słońca. Poranny krajobraz zadawał się drgać jak fatamorgana.
Gdy spieszyli na lekcję opieki nad magicznymi stworzeniami, zimne powietrze przenikało ich do szpiku kości.
Ron i Hermiona trzymali się za ręce i garnęli do siebie, żeby było im trochę cieplej. Hermiona wyciągnęła drugą rękę do Harry`ego, ale w tej samej chwili, tuż przed nimi pojawiła się grupa Ślizgonów, zdążająca w stronę chaty Hagrida.
Harry nie mógł powstrzymać spontanicznego radosnego uśmiechu.
- Nie. – Pokręcił głową i szybko wysforował się przed nich.
Nawet nie udawał, że zbliża się do Ślizgonów przypadkiem.
Malfoy zwolnił krok i przesuwając się pomiędzy kolegami jak wąż, znalazł się w końcu na tyle grupy. Było to jedyną oznaką świadczącą o tym, że zauważył Harry`ego. Dopiero gdy zrównali się, Malfoy chłodno skinął głową.
Harry uśmiechnął się do niego serdecznie i otwarcie.
Merlinie, ależ oni się różnią.
Hermiona przyglądała się idącym przed nią chłopcom, po raz pierwszy starając się obiektywnie ocenić sytuację. Nie było to łatwe, bo chór grecki w jej głowie krzyczał „Drań!” za każdym razem, gdy Malfoy był w pobliżu.
Jedyne co mogła zrobić, to obserwować ich, gdy są razem i zastanawiać się nad tymi wszystkimi szczegółami, które zauważyła do tej pory, i o których myślała wczoraj. A potem z tych fragmentów złożyć obraz.
Studium czerni i bieli.
Malfoy miał bardzo jasną karnację skóry, podobnie jak Harry. Ale cera Harry`ego była jak płótno, na którym malowały się jego uczucia.
Emocje Malfoya nie objawiały się na jego skórze w żaden sposób – zakładając, że posiadał on w ogóle jakieś uczucia. Nawet po intensywnym wysiłku fizycznym był co najwyżej zaróżowiony, nigdy czerwony.
Ślizgon wydawał się bardzo nieprzystępny. Zawsze sprawiał wrażenie zrelaksowanego i opanowanego, a każdy jego ruch był pełen gracji.
To denerwujące, jeśli ktoś, kogo się nie lubi, jest taki perfekcyjny.
Był antytezą Harry`ego, którego Hermiona kochała, i o którego tak się troszczyła.
Jasna głowa zwróciła się lekko w stronę rozczochranej czupryny Harry`ego. Ich włosy tworzyły jaskrawy kontrast.
„Drań!” odezwał się chór w głowie Hermiony. Nawet włosy Malfoya wydawały się knuć jakieś podstępne plany.
Gdy Ślizgon odwrócił się do Harry`ego, Hermiona ujrzała jego twarz i do głowy przyszła jej nowa myśl.
Jego twarz była tak inna niż oblicze Harry`ego. Ukształtowana jakby specjalnie, by nic nie wyrażać - wąska, ascetyczna, o ostrych rysach i kościstym podbródku; o ustach stworzonych, by układać się w drwiący uśmieszek i oczach skrzących się niczym lód.
I tak - musiała to przyznać – był przystojny.
Jednak teraz, gdy Malfoy patrzył na Harry`ego, na twarzy Ślizgona ujrzała cień radości, która wydawała się szczera... To spowodowało, że zaczęła się zastanawiać.
Czy Malfoy może nie wiedzieć?
Najwyraźniej wiele osób nie wiedziało. Ślizgoni na przykład, biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio nie było z ich strony żadnych krwiożerczych ataków na Harry`ego, nie domyślali się na pewno. Gryfoni nie uświadamiali sobie najważniejszego.
Ron nie znał prawdy, inaczej by zwariował.
Ale jednak przy stole Krukonów szeptano, w Hufflepuffie zaczynano plotkować, a kilku nauczycieli ze zdumieniem unosiło brwi. Hermiona, która cały czas próbowała zaprzeczać oczywistym przesłankom, także w końcu zmuszona była przyjąć do wiadomości faktyczny stan rzeczy.
Wystarczająco wiele osób orientowało się w sytuacji, by móc rzec “wszyscy wiedzą...”
Wszyscy wiedzieli, że Harry oszalał na punkcie Draco Malfoya.
Biedny, niewinny Harry oczywiście nie miał o niczym pojęcia. Ale Malfoy...
Hermiona zakładała, że Malfoy wie – ten wstrętny, zimny drań był bystry – i z jakiegoś nikczemnego powodu bawi się z Harrym, jak kot z myszką.
Ale jednak, sposób w jaki patrzył na Harry`ego... Cóż, może nie przyjaźnie, ale na pewno nie powściągliwie. Malfoy wyglądał prawie normalnie, nie jak osoba, która planuje kogoś zwieść.
Oczywiście! Bo pewnie właśnie tak chce wyglądać. Drań!
Albo Malfoy świetnie zdaje sobie sprawę z sytuacji i robi to specjalnie, żeby zgubić Harry`ego, albo jest zupełnie tego wszystkiego nieświadomy.
A jeśli nie wie, to oznacza...
- O czym myślisz, Hermiono? – zapytał Ron, obejmując ją ramieniem.
Obróciła głowę i wtuliła twarz w jego szyję, szukając ukojenia w jego bliskości i ciesząc się jego ciepłem.
- Kłopoty – odpowiedziała w końcu ponuro.


*


Kłopoty zawsze są bliżej, niż można się spodziewać.
Hermiona zdała sobie z tego sprawę już następnego dnia. Był sobotni poranek. Hermiona siedziała przy stole naprzeciwko Harry`ego. Promienny uśmiech przyjaciela wyraźnie mówił: „Jaki wspaniały dzień! Życie jest piękne, a niedługo zobaczę się z Draco”. Ten widok odebrał jej apetyt.
Harry co chwilę spoglądał ponad jej ramieniem w stronę stołu Slytherinu.
- Dzisiaj jest mecz Ravenclaw kontra Hufflepuff – powiedział w końcu, umieszczając ostrożnie jajko w kieliszku.
- Wiem – odparła Hermiona. – Zawsze to miło, gdy siedzisz z nami na trybunach.
Prawie zawsze - dodała w duchu. – Podczas ostatniego meczu Slytherinu z Ravenclawem, trzymałeś kciuki za Ślizgonów i w cichości byłeś zachwycony kiedy Malfoy – Drań! - złapał znicz.
Harry zaczerwienił się; dziecinny rumieniec rozlał się na jego twarzy.
- Um... Właściwie to zamierzam oglądać spotkanie razem z Draco. To jedyny mecz, w którym żaden z nas nie bierze udziału. – Zniżył głos. – Założyliśmy się - dodał konfidencjonalnie.
Och, Harry, ty kochany głupolu pomyślała Hermiona nagle zniecierpliwiona. Jak możesz być tak zaślepiony? Jak możesz być tak głupi?
Do Wielkiej Sali wszedł Malfoy. Jak zwykle podczas weekendu, ubrany był na mugolską modłę.
Jajko wyprysnęło z kieliszka Harry`ego.
- Przepraszam – powiedział chłopak do Rona, który gapił się na jajko w swoich płatkach. – Znasz mnie, zawsze jestem taki niezdarny...
Taaak stwierdziła w myślach Hermiona sarkastycznie. Oczywiście. Masz najbardziej niezborne ruchy na świecie, nasza mała gwiazdo quidditcha. Wszyscy o tym wiemy.
Harry nadal wpatrywał się w Ślizgona jak w tęczę.
Hermiona naprawdę nie rozumiała tego zachwytu. Faktycznie, Malfoy wyglądał w dżinsach bardzo zgrabnie, a biała koszula, rozpięta pod szyją bardziej niż zwykle, ukazywała więcej jasnej skóry... Ale nadal był królem Draniolandu.
Ślizgon zauważył Harry`ego i łaskawie obdarzył go jednym z tych powściągliwych skinięć głową.
Och, jakiż ten Malfoy emocjonalnie zaangażowany, pomyślała Hermiona z przekąsem. Drań!
Uśmiech Harry`ego był szczery i radosny.
On zupełnie nie zdaje sobie sprawy z własnych uczuć, dumała Hermiona patrząc jak Harry nieświadomie sięga po tosta i smaruje go dżemem malinowym, zupełnie tak samo, jak robił to przy swoim stole Malfoy.
Harry był tak zaabsorbowany obserwowaniem jedzącego Malfoya, że najwyraźniej nie zwracał uwagi na to, co sam je. Hermiona spojrzała na stół Slytherinu – Malfoy uśmiechał się kpiąco, prowadząc ożywioną konwersację z Zabinim i gestykulował ręką w której trzymał tosta. Potem, na twarzy Harry`ego ujrzała słabe odbicie miny Malfoya; migotało na niej niczym promienie słońca na tafli wody. Ale ten sam wyraz, na twarzy Harry`ego, wydawał się w jakiś sposób niewinny.
Och Merlinie, Harry... Czy ty w ogóle wiesz, co robisz? Zapomniałeś, że jego ojciec był Śmierciożercą? Lucjusz Malfoy nie zginął dlatego, że przeszedł na naszą stronę. Został ukarany za nieuczciwość w stosunku do Czarnego Pana. Był Śmierciożercą, który mordował ludzi z zimną krwią; jednym z najgroźniejszych sług Voldemorta. A jego syn, jest taki jak on – walczy po naszej stronie tylko dlatego, że chce się zemścić. Nie możemy ufać komuś takiemu, a szczególnie w tych czasach. A ty musiałeś zakochać się akurat w tym draniu.


*

Właśnie podczas meczu quidditcha Hermiona uświadomiła sobie, że katastrofa zbliża się wielkimi krokami.
Obie drużyny grały bardzo dobrze. Wszyscy uczniowie z wielkim zainteresowaniem oglądali spotkanie, w którym nie brał udziału ani Harry Potter, który grał najlepiej ze wszystkich, ani Draco Malfoy, który najlepiej oszukiwał.
Pogoda była piękna i słoneczna, a gra toczyła się leniwie przez prawie cały dzień, dopóki słońce nie skryło się za horyzontem, a niebo nie przybrało koloru fioletu.
Hermiona bawiła się prawie dobrze. Opierała się o rozentuzjazmowanego Rona i obserwowała mecz, czując delikatną pieszczotę słońca na swoich odkrytych ramionach.
Prawie dobrze.
Jedynym zgrzytem był widok siedzących tuż przy boisku dwóch chłopców.
Nie przyszli na trybuny. Ron nie zniósłby obecności Malfoya, a sądząc z min Ślizgonów, gdyby Harry pojawił się w ich sektorze, rozerwaliby go na kawałki.
Wobec tego, chłopcy znaleźli sobie miejsce obok barierek, tam, gdzie znajdowały się ręczniki dla graczy i miejsca rezerwowych zawodników. Malfoy leżał na trawie, oparty na łokciach, z wyprostowanymi nogami, skrzyżowanymi w kostkach. Harry siedział, obejmując rękami kolana, ze wzrokiem utkwionym w rozgrywających.
Poprawka – najczęściej utkwionym w rozgrywających. Hermiona zauważyła, że czasem jego uwaga odwracała się od boiska.
Na przykład gdy Malfoy wymachiwał wyimaginowaną flagą, cedząc „Naprzód Ravenclaw”. Albo kiedy przeciągał się leniwie, albo gdy potrząsał głową, odrzucając do tyłu błyszczące w słońcu włosy.
W takich momentach Harry nie mógł powstrzymać się, aby nie rzucić okiem na towarzysza. Potem znowu wracał do obserwowania meczu. Prawdopodobnie nawet nie zdawał sobie sprawy, że to robi. Ale Hermiona widziała. I była oburzona.
Była bardzo ciekawa, o czym rozmawiają. Wymruczała więc coś przepraszająco do Rona i jakby od niechcenia zeszła w dół trybun, szukając miejsca, gdzie mogłaby ich dyskretnie podsłuchiwać. Wiedziała, że to co robi, jest niemoralne, ale... tak bardzo martwiła się o Harry`ego! Musiała dowiedzieć się, co Malfoy knuje.
W momencie, gdy znalazła się w najniższym rzędzie, tłum zaczął wznosić głośne okrzyki.
Hermiona stwierdziła, że to ironia losu.
Nagle jednak rozpoznała znajomy, znienawidzony głos.
- Ravenclaw wygrał! Mam u ciebie pięć lizaków.
Hermiona przeżyła moment załamania, gdy wyobraziła sobie, że to eufemizm.
- Ciesz się zwycięstwem póki możesz, Draco – usłyszała Harry`ego. Coś ścisnęło ją za gardło, gdy usłyszała tę słodycz w jego głosie; głosie o głębszym tembrze, niż można się było spodziewać widząc jego młodzieńczą twarz. Zwracał się do Malfoya tak, jakby Ślizgon był jego przyjacielem. - W przyszłym tygodniu zaoram tobą boisko.
- Jeśli to zrobisz, już po wsze czasy będę spoglądał na ciebie z najwyższym obrzydzeniem.
A więc to tak... Szantaż emocjonalny!
Hermiona zacisnęła pięści, gdy usłyszała cień wątpliwości w głosie Harry`ego.
- Naprawdę? Po...
- Po wsze czasy – powtórzył Malfoy dobitnie. – Więc lepiej nie odzywaj się do mnie... och, przez trzy dni.
Hermiona osłupiała słysząc, że obaj wybuchnęli śmiechem. Odrażający chichot Malfoya mieszał się z wesołym śmiechem Harry`ego.
- Tak czy inaczej – ciągnął Malfoy - tym razem zamierzam wygrać. Widzisz, to całe pasmo zwycięstw nie było, jak obecny tu głupek twierdził, sposobem na uleczenie twojego złamanego serca. Tak naprawdę był to podstępny ślizgoński plan, żeby wywołać w tobie złudne poczucie bezpieczeństwa. Nasz plan się powiódł i teraz...
- Draco, przestań ględzić. Która godzina?
Gdy Hermiona usłyszała pobłażliwy, lekceważący ton Harry`ego, momentalnie przyjęła postawę obronną i wbiła oczy w Malfoya, w oczekiwaniu na jego reakcję.
Jeśli trzeba będzie wymierzyć mu kolejny policzek...
Nagle jej oczy rozszerzyły się z przerażenia.
Harry pochylił się swobodnie, by spojrzeć na zegarek Malfoya, dla utrzymania równowagi chwytając się jego ramienia.
Malfoy odwrócił się do Harry`ego, aby mu odpowiedzieć.
Ich twarze były teraz o cal od siebie.
Serce Hermiony na chwile przestało bić.
Profile chłopców odcinały się ostro na tle fioletowego nieba. Widziała jak blade światło zmierzchu odbija się od jedwabistych włosów Malfoya; widziała jak zielone oczy Harry`ego powoli zachodzą mgłą.
Wydawało się, że Harry przestał oddychać. Jego dłoń nie zaciskała się już na ramieniu Malfoya - leżała tam swobodnie, a palce lekko dotykały kosmyków jasnych włosów. Widziała, drążące usta Harry`ego, zarys jego rzęs i widziała, że niewiedza w każdej chwili może zamienić się w samoświadomość.
Wystarczyłoby, żeby poruszył się, minimalnie, a mógłby ustami dotknąć warg Malfoya.
Arystokratyczny profil Malfoya nawet nie drgnął. Jego twarz jak zwykle nic nie wyrażała. Odwrócił głowę, żeby jeszcze raz popatrzeć na zegarek.
- Kwadrans po szóstej.
Harry odsunął się. Szansa na samouświadomienie odeszła. Jego dłoń spoczywała na ramieniu Malfoya odrobinę dłużej.
Ślizgon spojrzał na palce, które dotykały jego włosów, a Hermiona modliła się o jakikolwiek znak tego, że Malfoy już wie...
- Znowu mam za długie włosy – usłyszała obojętny komentarz. – To okropne.
Hermiona poczuła, że obejmują ją czyjeś ramiona i z trudem powstrzymała okrzyk zaskoczenia.
- Tu jesteś – powiedział za jej plecami Ron. – Szukałem cię. – Wtulił się w jej szyję. – No, powiedz, co to za kłopoty, o których mówiłaś wcześniej. Co się ma stać i kiedy?
Hermiona oparła się o niego, szukając w jego ramionach otuchy, podczas gdy przebiegała myślami różne scenariusze.
Harry i Malfoy podnieśli się. Ślizgon popatrzył na nich chłodno i nieufnie.
Harry oczywiście nie zauważał nikogo, prócz Malfoya.
Co oznaczało to przyjacielskie spojrzenie? Co planuje Malfoy? Wcześniej czy później Harry w końcu zrozumie, a wtedy...
Hermiona przypomniała sobie Cho Chang. Harry strasznie się denerwował, zapraszając Krukonkę na bal, ale jednak to zrobił. Śliczną, lubianą, starszą od siebie dziewczynę – dziewczynę, do której większość chłopców nie śmiała by się odezwać.
Harry nie zrobił tego dlatego, że był taki pewny siebie... Uczynił to, bo zawsze ślepo dążył do celu, który sobie wyznaczył i robił wszystko, by zdobyć to, czego chciał. Dlatego, że jeśli czegoś pragnął, oddawał się temu pragnieniu całym sercem.
Pytanie nie brzmiało, co Harry wtedy zrobi. Ale Malfoy... mógłby po prostu złamać mu serce... albo może miał jakieś znacznie bardziej złowrogie zamiary?
Hermiona przypomniała sobie Lucjusza Malfoya i zadrżała.
- Nie martw się tym, Ron.
Ja będę martwiła się za nas oboje.


*
Kiedy poproszono wszystkich, aby tym razem w klubie pojedynków pojawili się w mugolskich ubraniach, Hermiona wiedziała, że to spotkanie będzie wyglądało inaczej niż zwykle.
Jej podejrzenia potwierdziły się, gdy weszli do sali, której podłoga wyłożona została matami. A potem domysły zmieniły się w pewność - zaraz na początku lekcji, do Lupina dołączył Syriusz, któremu zwykle nie pozwalano zbliżać się do Ślizgonów na kilometr.
Hermiona zauważyła, że na widok Syriusza wiele dziewcząt zatrzepotało rzęsami. Ich nowy profesor, teraz, kiedy regularnie się kąpał i jadł, był naprawdę bardzo przystojny, a ponura przeszłość i latanie na motorze nie umniejszało jego atrakcyjności.
Hermiona uważała, że to śmieszne. Przecież Syriusz Black był niemal jak ojciec.
Nie... To nie do końca prawda. Harry znajdowałby się w o wiele lepszej kondycji psychicznej, jeśli Syriusz posiadałby duszę rodzica.
Hermiona nie miała wątpliwości, że mężczyzna bardzo kocha Harry`ego. Nie zawahałby się poświęcić za niego życia; walczył w tej wojnie z taką determinacją właśnie dlatego, aby ochronić Harry`ego za wszelką cenę. Był stworzony do takich dramatycznych gestów jak krwawe zemsty, ucieczki z więzienia czy impulsywne adopcje.
Ale Syriusz nie był stworzony do zwykłego, codziennego życia. Nie wiedział jak troszczyć się o dziecko, nie potrafił okazywać uczuć i nie był tak rozważny, jak spokojny i niezawodny profesor Lupin. Był nieprzewidywalny, gwałtowny i nieodpowiedzialny – jako chłopiec niemal zabił Snape`a – a dwanaście lat w Azkabanie tylko pogłębiło u niego te cechy.
Po prostu nie potrafił być ojcem dla Harry`ego. I nic nie mógł na to poradzić. A Harry nie przestawał cierpieć z tego powodu.
Hermiona spostrzegła wymianę uśmiechów pomiędzy nimi i pomyślała, że wiecznie zajęty Syriusz był zupełnie nieświadomy tego, co dzieje się pomiędzy jego chrześniakiem, a Draco Malfoyem.
Podobnie jak sam Harry zresztą.
Ale to akurat było tylko kwestią czasu.
Na widok wchodzących do sali Ślizgonów, Hermiona zmarszczyła brwi.
I poczuła niepokój, gdy dostrzegła, że Syriusz też się skrzywił.


*

Gdy Harry ujrzał Malfoya, uśmiechnął się, pokręcił głową i bezgłośnie powiedział: „Spóźniłeś się”.
Draco przewrócił oczami, ale nie przestał sprzeczać się z Zabinim, który najwyraźniej uważał, że mugole zwykle w ciągu dnia noszą obcisłe, błyszczące topy.
Oczywiście drobiazgowy Draco, jak zwykle ubrany był stosownie do okazji – w wyblakły popielaty podkoszulek i czarne bojówki.
- Spóźniliście się, Ślizgoni – stwierdził Syriusz, utkwiwszy w nich oczy, które przypominały teraz czarne sztylety.
Harry zamarł oczekując, że Syriusz z radością wykorzysta szansę odebrania Slytherinowi olbrzymiej liczby punktów. Draco spojrzał na nauczyciela chłodno.
- Lepiej od razu bierzmy się pracy – wtrącił Lupin grzecznie. – Profesor Black zgodził się zaprezentować wam kilka podstawowych chwytów walki wręcz. Muszę się przyznać, że nie jestem w tym najlepszy. Przypuszczam, że wy też macie o tym raczej niewielkie pojęcie.
Ron, Jeden-Z-Pięciu-Braci-Weasleyów, prychnął lekceważąco. Lupin uśmiechnął do niego lekko i kontynuował:
- Myślę, że ta wiedza wam się przyda. Może dać wam przewagę podczas pojedynku. Jeśli rozbroicie przeciwnika i jednocześnie on pozbawi was różdżki, od umiejętności walki wręcz może zależeć wasze przetrwanie. Mam nadzieję, że wszyscy będziecie uważnie obserwować dzisiejszą lekcję, i że poważnie podejdziecie do zajęć praktycznych.
- Nauczyłem się tego wszystkiego w szkole – wtrącił Syriusz z diabelskim uśmieszkiem, nieco dłużej zatrzymując wzrok na Harrym. – Więc wy też sobie poradzicie.
Większość zgromadzonych uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- Fantastycznie – stwierdził Draco niezbyt cicho. – Wojna przeciwko mrocznym mocom, sprowadzona do poziomu knajpianej bijatyki.
Blaise Zabini parsknął, Lupin przezornie udawał, że nic nie usłyszał, a oczy Syriusza zwęziły się, gdy spojrzał na Ślizgona.
- Tak, mogłem się spodziewać tego rodzaju komentarza... po synu Lucjusza Malfoya.
Draco uniósł wysoko brodę i przybrał tę irytującą, typową dla niego, wyniosłą postawę.
- Dokładnie.
- Jestem pewien, że masz w rękawie setki podstępów na wypadek sytuacji awaryjnej, – powiedział Syriusz ponuro - ale pomimo to, myślę że nadal jest parę rzeczy, których mógłbym cię nauczyć.
Odwrócił się, gwałtownie przeczesując ręką włosy. Nie było osoby, która nie usłyszałaby dość głośnego szeptu Draco:
- Wątpię.
Harry próbował przyciągnąć wzrok Draco, albo Syriusza, któregokolwiek, ale obaj zajęci byli wpatrywaniem się w siebie.
- Dobrze – rzekł Syriusz kwaśno. – Skoro jesteś takim ekspertem, może w takim razie będziesz asystował mi przy prezentacji.
Lupin kaszlnął chcąc zwrócić na siebie uwagę Syriusza, ale przyjaciel kompletnie go zignorował.
- Z przyjemnością – odciął się Draco.
Harry z przerażeniem spojrzał na Syriusza. Znał swojego ojca chrzestnego na tyle, by wiedzieć jak łatwo Syriusz traci nad sobą kontrolę - szczególnie, gdy jest wściekły. W zeszłym roku uderzył profesora Snape`a.
- Jesteś pewien? – spytał Syriusz. - Mogę zepsuć ci fryzurę.
Przesunął wzrokiem po włosach Draco z niezbyt dobrze ukrywaną pogardą. Ślizgon uśmiechnął się pogodnie.
- Wtedy będę musiał pana zabić.
Kąty ust Syriusza uniosły się lekko.
- W porządku. Proszę wszystkich o uwagę – ogłosił. – Zapewniam was, – dodał patrząc na uczepioną ramienia Draco Pansy – że nie skrzywdzę pana Malfoya. Za bardzo.
- Jestem pewien, że nie – odparł Draco, uwalniając się od Pansy i kierując kroki wprost na matę, na której stał Syriusz.
Ron mamrotał pod nosem żarliwe podziękowania wszystkim znanym mu bóstwom. Harry usiłował oprzeć się pragnieniu wywleczenia Draco z sali i trzymania go w zamknięciu, dopóki nie udałoby mu się przemówić przyjacielowi do rozsądku.
- Jesteś pupilkiem Snape`a, co? – zauważył Syriusz, patrząc na Draco z rosnącą niechęcią. – Wszyscy obserwują jak krążę wokół młodego pana Malfoya...
- Profesor Snape jest najlepszym nauczycielem, jakiego kiedykolwiek miałem – odparł Draco surowo. - Koledzy z pracy powinni brać z niego przykład.
Syriusz zazgrzytał zębami.
- Poroszę uważać, panie Malfoy – wycedził. – Spędziłem trochę czasu w więzieniu. Nauczy się pan kilku sztuczek.
- Tak, słyszałem o więzieniu – odpalił Draco. – Założę się, że tam też uprawiał pan zapasy z młodymi chłopcami. Proszę zważać, gdzie kładzie pan ręce.
Wszyscy wiedzieli, że profesor Black jest dość niekonwencjonalnym nauczycielem, ale Draco posuwał się za daleko. Harry z trudem powstrzymał impuls, który nakazywał mu odciągnąć przyjaciela.
Syriusz zaatakował.
Nawet wściekły, nigdy nie skrzywdziłby ucznia. Widać było, że mężczyzna kontroluje swoje ruchy, starając się raczej zbić Draco z nóg i unieruchomić go, niż uderzyć. Harry wiedział, że Syriusz jest nieprawdopodobnie zwinny i szybki.
Ale nie pomyślał, że Draco nie musi się przed niczym powstrzymywać. I że potrafi poruszać się błyskawicznie jak wąż.
Ślizgon odparł atak. Syriusz zatoczył się do tyłu.
Wszyscy obecni wstrzymali oddechy.
Z błyskiem furii w oczach, Syriusz rzucił się na Ślizgona i chwycił go za ramię. Draco spojrzał na niego wyzywająco, a w następnej chwili zwijał się pod wpływem bólu, który czuł w wykręcanej ręce. Harry zerwał się i krzyknął...
- Syriusz! – zawołał ostrzegawczo Lupin. – Lepiej będzie, gdy uczniowie będą ćwiczyli między sobą. Dobierzmy ich w pary, a ty poinstruujesz wszystkich, co mają robić.
Twarz Syriusza nadal emanowała wściekłością, ale puścił ramię Draco.
- W porządku – warknął. – Harry... ty będziesz z nim ćwiczył.
- Chętnie – odparł Harry szybko i odciągnął Draco od Syriusza.
- Czasami zachowujesz się jak ostatni idiota, wiesz? – wyszeptał mu do ucha.
Draco wydawał się urażony, a Syriusz spojrzał na nich z niedowierzaniem i oburzeniem.
Potem mężczyzna oddalił się, żeby dobrać dwójkami innych uczniów.
- Ron i Hermiona, będzie ćwiczyć razem, Neville z... Millicentą, nie jęcz Neville... Pierwszy, któremu uda się rozłożyć przeciwnika na łopatki i przytrzymać go w tej pozycji przez pięć sekund, wygrywa.
Draco spoglądał na Syriusza, a jego oczy przypominały szare, lodowe ostrza.
- Nie znoszę tego faceta – oznajmił głośno.
- Zamknij się – uciszał go Harry. – Mówisz o moim ojcu chrzestnym.
Odsunął się od Draco tak, by stali naprzeciw siebie.
Uczniowie zaczęli ćwiczyć. Hermiona chichotała, gdy Ron udawał, że się z nią siłuje. Zabini wrzeszczał na Pansy, która targała go za włosy.
Harry niezbyt entuzjastycznie zamachnął się na Draco, który odsunął się, nie unikając jednak uderzenia.
- Snape powiedział mi, co Black mu zrobił – powiedział Ślizgon krzywiąc się i wymierzył Harry`emu cios, którego odparowanie wymagało całej zręczności i refleksu szukającego.
- To był żart!
Draco przyjrzał mu się badawczo.
- Żart? – odezwał się w końcu. – Nie wydaje mi się, żeby próba morderstwa była aż tak zabawna. Doskonale wiedział, co się stanie, gdy wilkołak dopadnie Snape`a. Nie mówiąc o tym, że ten wilkołak był jego przyjacielem.
Harry zamarł na moment i Ślizgonowi niemal udało się go przewrócić. Harry nigdy nie rozpatrywał tego, w kategoriach zdrady Lupina.
- Cóż... – powiedział. – Nawet jeśli zrobił coś złego, to zapłacił za to z nawiązką, nie uważasz? Dwanaście lat w Azkabanie... to moim zdaniem aż nadto.
Draco skrzywił się, ale nie odpowiedział. Harry wykorzystał szansę i mówił dalej.
- I weź pod uwagę, że Snape też popełnił wtedy poważne błędy. Zapłacił za nie i teraz jest wszystko w porządku. Właśnie tak to działa. Jeśli zrobisz coś złego, a potem przyznasz się do winy i odpokutujesz, to ludzie ci wybaczą.
Draco uśmiechnął się promiennie i spróbował zbić Harry`ego z nóg.
- Tak? Skąd wiesz? Zrobiłeś kiedykolwiek coś złego, Potter?
- Ja... zmusiłem cię, żebyś pojawił się na śniadaniu z rozczochranymi włosami.
- I jeszcze za to nie zapłaciłeś. Giń, pomiocie szatana, giń!
Harry wyszczerzył się do Draco i spróbował chwycić jego ramię.
- Jest moim ojcem chrzestnym, kocham go. Dlaczego nie dasz mu szansy?
Draco wydął usta.
- Nie jestem pewien czy wierzę w dawanie ludziom kolejnej szansy. Raczej mało kto daje ją mnie.
Harry znieruchomiał i spojrzał na niego poważnie.
- Ja... Ja zawsze dałbym ci następną szansę.
- O ile sobie przypominam, już to zrobiłeś. – Na widok zdumionego spojrzenia przyjaciela, Draco uśmiechnął się czarująco. – Ale ty w ogóle jesteś nieprawdopodobnie ufny.
Nagle rzucił się naprzód i podciął Harry`emu nogi.
Harry przewrócił się na plecy, pociągając za sobą Ślizgona. Draco leżał przyciskając go całym ciężarem do maty. Podczas upadku Harry musiał mocno się uderzyć, bo przez moment nie mógł złapać tchu. Potem leżał oszołomiony, ciężko oddychając; nie mając sił, aby się poruszyć. Sekundy mijały, a oddech Draco łaskotał jego skórę.
Włosy Ślizgona odbijały światło lamp wiszących ponad nimi. Draco pochylił się, a przez twarz przebiegł mu prowokacyjny uśmiech – lekki i krótki niczym mgnienie. Potem oparł łokcie na piersi Harry`ego i podniósł się, żeby z niego zejść.
- To było zbyt proste, Potter.


* T.Love „Ty i tylko Ty”
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:28

"Wysoki żywopłot rzucał na ścieżkę czarne cienie. Trudno powiedzieć, czy dlatego, że był tak wysoki i gęsty, czy też dlatego, że był zaczarowany, ale gdy tylko weszli do labiryntu, przestali słyszeć odgłosy tłumu, znajdującego się na widowni. Harry poczuł się prawie tak, jakby znowu znalazł się pod wodą."
[Harry Potter i Czara Ognia]


Rozdział dziesiąty
Ostatnie zadanie



W korytarzach ludzkich rozmów,
W labiryntach szarych dni
Szukam znaków, które wskażą,
Którą ścieżką idziesz ty.

Błądząc wciąż i wciąż bez celu,
Po omacku szukam cię,
Wiem, że jesteś, przyjacielu,
Że nie jesteś tylko snem.

W mgle domysłów szare twarze,
Gubię drogę pośród widm,
Lecz na przekór światu marzę,
Że gdzieś na mnie czekasz ty.

W żywopłotach codzienności
W ślepych końcach moich dróg
Wiem, że wiedzie moje kroki
Bóg - czy Szatan - na twój próg.


[„Labirynt” Visperas]

Harry leżał w łóżku i przewracał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć.
Winę za tę bezsenność najchętniej złożyłby na karb pogody, albo czegoś w tym rodzaju, ale była piękna kwietniowa noc. I to właśnie był problem. Kwietniowa.
Tak bardzo chciał, żeby Draco był tutaj.
Pocieszał się w duchu, że wszystko będzie dobrze; że trzecie zadanie przebiegnie bez komplikacji. Zdawał sobie sprawę, że w tym roku podjęto szczególne środki ostrożności. No i tym razem nie było też drugiego reprezentanta Hogwartu... Wiedział też, że Voldemort nie jest aż takim idiotą, żeby zdecydować się na tak łatwo dającą się przewidzieć, ponowną próbę porwania Harry`ego podczas turnieju. Nie będzie więc również kogoś, kto mógłby...
Zabić niepotrzebnego.
Od tamtego czasu Harry widział już innych martwych ludzi. Na początku wakacji po piątym roku, gdy połączone siły dementorów i ogrów przypuściły atak na peron 9 i ¾, na dworcu zginęło kilkoro rodziców. Uczniowie przybyli już po bitwie, ale Harry nadal nie mógł zapomnieć widoku leżących na peronie, nieruchomych ciał. Bardzo wyraźnie pamiętał okrzyki rozpaczy i strachu, wstrząsanego torsjami Neville’a i zszokowaną, dygoczącą Ginny. Był zaskoczony, gdy pomyślał wtedy, że śmierć może być tak daleką sprawą, a kolejna tragedia może nie dotyczyć go osobiście... A potem także następna i następna...
Ale śmierć Cedrika była pierwszą, której był świadkiem. A widok czyjejś śmierci sprawia, że człowiek nagle dojrzewa. Jest ona odmiennym doświadczeniem, niż przygody, którymi szczycą się nastoletni chłopcy. Wiedza, która przychodzi, gdy widzi się czyjeś martwe ciało, nie ogranicza się tylko do uświadomienia sobie kruchości istnienia. Ukazuje, że otaczająca rzeczywistość potrafi być bardzo okrutna i daje przedsmak tego, czym może być dorosłość. To bardzo gorzkie doświadczenie.
Harry nadal czasem budził się z krzykiem.
Wieczorem nie zaciągnął zasłon przy łóżku, a ponieważ nie chciał spoglądać na stojące naprzeciw puste łóżko Seamusa, zapatrzył się w okno.
Za szybą panowała ciemność.
Poszedłby do lochów, aby zobaczyć się z Draco, gdyby nie to, że jego przyjaciel był teraz tam, gdzieś w tej ciemności. Tej nocy, Draco razem z Terrym Bootem pełnili straż przy frontowej bramie. To był najniebezpieczniejszy posterunek i zwykle dyżurowali tam nauczyciele, ale obaj chłopcy zgłosili się na ochotnika. Harry zrobił o to swemu ślizgońskiemu koledze straszną awanturę, ale ten nie dał się przekonać do zmiany decyzji.
Harry odwrócił wzrok od królującej za oknem czarnej nocy, rozejrzał się niespokojnie i ujrzał wślizgującego się do pokoju Draco.
Usiadł na łóżku i pomimo zdumienia, nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- Draco!
- Ciii – uciszył go przybysz, zatrzymując się w progu. – Będę miał kłopoty, jak mnie tu ktoś złapie. Nie wszyscy mają taką wprawę w skradaniu się nocą po korytarzach, jak ty.
Harry uniósł brew.
- Wygląda na to, że świetnie sobie radzisz. Myślałem, że masz dyżur z Terrym Bootem?
- Szanowny pan prefekt i ja, zostaliśmy zwolnieni o drugiej – poinformował go Draco. – Miałem przeczucie, pewnie dzięki niewiarygodnie wprost genialnej intuicji jaką posiadam, że jesteś na tyle głupi, by zamartwiać się przez całą noc, zamiast spać. To wszystko wydało mi się tak irytująco idiotyczne, że sam mógłbym nie zasnąć. Dlatego przyszedłem tutaj, żeby sprać cię do nieprzytomności, zanim położę się do łóżka.
- Ach tak... – Harry włożył wiele wysiłku w to, aby jego uśmiech nie stał się szerszy.
Czarny płaszcz Draco kontrastował z jasną cerą chłopaka, która oświetlona blaskiem księżyca, wydawała się niemal zupełnie biała. Spod częściowo opuszczonego kaptura widać było regularne rysy twarzy i migoczące we włosach krople deszczu.
- Jeśli Weasley się obudzi, to zapewne mnie zamorduje – stwierdził Draco dość obojętnie.
- Możemy zejść do pokoju wspólnego – zaproponował Harry, wychodząc spod kołdry i dziękując w duchu opatrzności, że nie założył dzisiaj swojej ulubionej piżamy, którą udało mu się ukryć przed destrukcyjnymi zapędami Ślizgona. Wieczorem ubrał się w jedną z tych, które wybrał mu Draco, bo... cóż, przypominała mu ona tamten dzień i czuł się przez to trochę lepiej.
Oczywiście nie tak dobrze, jak w tej chwili.


*

Dopalające się w kominku ostatnie bierwiona rozjaśniały pokój ciepłym, przyćmionym światłem. Noc nagle przestała wydawać się taka straszna, a problemy tak wielkie.
Draco z westchnieniem ulgi opadł na największą i najbardziej wygodną sofę. W pomarańczowym blasku dogasającego ognia wyglądał jak bardzo zmęczone dziecko.
- Warta była ciężka? – zapytał miękko Harry, zanim Draco zaczął rozmowę na inny temat. – Wiesz, mógłbym...
- Nie – odparł Draco tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Nie będziesz zakładał swojej cholernej peleryny niewidki, żeby chodzić ze mną.
- Nie możesz mi mówić, co mam robić!
Draco uśmiechnął się lekko.
- Nie, ale Lupin może, i jak przypuszczam, właśnie to ci powiedział. Chcesz podważać autorytet nauczyciela? Poza tym, nie ma sensu żebyś ty też się nie wysypiał, chyba to rozumiesz? – powiedział protekcjonalnie. – Nawet jeśli rozumowanie nie jest twoją najmocniejszą stroną.
Harry pochylił się i szturchnął go lekko w ramię.
- Brutal – stwierdził Draco z wyrzutem. – Nie śpię pół nocy, poświęcając się służbie słusznej sprawie, a ty mi się tak odwdzięczasz - rzekł z udawanym oburzeniem. – Chodź tu, głupolu, i powiedz o co chodzi – kontynuował, porzucając swój żartobliwy ton. - Nie zasnę, dopóki ty nie pójdziesz spać. – Jego oczy wypełniły się obawą. – Mogę się rozchorować, jeśli nie będę się wysypiał.
W zeszłym tygodniu Harry popełnił błąd i powiedział Draco, że jeśli ten dalej będzie opuszczał tyle posiłków, to w końcu się rozchoruje. Na początku Draco obruszył się, a potem zaczął wykorzystywać argument swojego słabego zdrowia za każdym razem, gdy chciał postawić na swoim. Czyli przynajmniej raz na godzinę.
Harry udał, że się krzywi, odsunął płaszcz Draco i usiadł na kanapie obok przyjaciela.
- Nie wątpię, że twoje motywy są czysto egoistyczne.
- Jak zwykle – zapewnił go Draco. – A teraz mów. I pospiesz się. Nie wiesz, że mam słabe zdrowie?
Nie sprawiał wrażenia zaspanego i mówił bardzo stanowczo. Harry znał Draco na tyle, by wiedzieć, że przyjaciel mu nie odpuści.
- Nie wiem... – westchnął zrezygnowany. – Myślę o tym, co wydarzyło się ostatnim razem. O...
- Czarnym Panu? – podsunął mu Draco.
- Nie, o Cedriku. – Wciąż czuł ból wymawiając to imię.
Harry wyczuł, że Draco drgnął. Zauważył też, że przyjaciel przygląda mu się z lekkim zdumieniem.
- A więc to cię tak trapi. Ale myślałem, że... – przerwał i uśmiechnął się trochę z wysiłkiem. – Jakież to dla ciebie typowe, Potter.
- Nie wiem, o co ci chodzi.
Draco odchylił głowę i zaczął wpatrywać się w sufit.
- Naprawdę?
- Nie jestem jakimś tam altruistą – wybuchnął Harry ze złością. – Ja... Oczywiście, że pamiętam też inne rzeczy. Byłem wtedy dzieckiem, umierałem ze strachu, a kiedy rzucił na mnie zaklęcie Cruciatus...
Oczy Draco momentalnie skupiły się na jego twarzy.
- Kiedy co zrobił?
Harry utkwił wzrok w pełgających w kominku płomykach i starał się zdusić emocje. Nie chciał stracić panowania nad sobą – nie chciał wprawiać w zakłopotanie ani siebie, ani przyjaciela.
- Nadal mam bliznę w miejscu, gdzie Glizdogon naciął mi skórę – powiedział, podwijając rękaw piżamy. – Nie pozwoliłem jej usunąć. To byłoby nie w porządku... To tak jakby udawać, że to wszystko nigdy się nie zdarzyło.
Draco w milczeniu spojrzał na znak. Jego oczy błyszczały w przyćmionym świetle żaru. Oparł się na łokciu i dotknął śladu na ramieniu Harry`ego. Przesunął po nim delikatnie palcami, ledwo wyczuwalnie, niemal pieszczotliwie.
Harry znowu zapatrzył się w zamierający ogień i zaczął cicho opowiadać. O odrodzeniu Voldemorta, o pojedynku, o swoich rodzicach i o zdradzie Moody`ego.
- Hagrid mówił, że na pewno sobie z tym poradzę.
Głos Draco był spokojny i cichy.
- I udało ci się?
- Nie wiem, Draco. Są dni, kiedy wydaje mi się, że nie. – Spojrzał na Ślizgona, który pociągnął go za ramię. A potem dokończył łagodnie: – Teraz może czuję się trochę lepiej.
Westchnął, a w dźwięku tym zawierało się jego całe zmęczenie, smutek i ulga. Wyciągnął się koło Draco, który posunął się, żeby zrobić mu miejsce. Czuł ciepło ciała towarzysza. Draco ziewnął gdzieś koło jego ucha.
- Dzięki – wymruczał Harry. – Że przyszedłeś. I... za wszystko.
- O tak – powiedział Draco cierpko. – Za wszystko. Faktycznie pomogłem ci wtedy, gdy to się działo, prawda?
Harry drgnął a jego okulary otarły się o twarz przyjaciela. Ściągnął je, odłożył na bok i spojrzał na Draco. Teraz, gdy widział go niewyraźnie, gdy nie mógł zobaczyć jego chłodnych oczu, chłopak wyglądał jak senne dziecko.
Przypomniał sobie, co Draco powiedział mu w pociągu, gdy po czwartym roku wracali do domu.
- Cóż, teraz i ty stoisz po stronie przegranych.
- A ty w końcu zacząłeś lepiej dobierać sobie przyjaciół – odparł Ślizgon i roześmiał się trochę gorzko. – Tyle czasu spędziłem zastanawiając się czym mógłbym dopiec ci najbardziej. Nie... nie zwracałem uwagi na to, co się koło mnie dzieje. Nie zdawałem sobie sprawy, co przeżyłeś i że tak bardzo się tym przejmujesz. Nie brałem pod uwagę, że w tym stanie pewnie nie zauważysz krzyczącego na ciebie dzieciaka
- Och, zauważyłem. Zawsze zwracałem na ciebie uwagę – Harry zamilkł na moment. – Jesteś osobą, którą ciężko zignorować.
- Wiem – stwierdził Draco z odcieniem satysfakcji.
- Bo jesteś potwornie irytującym, wstrętnym draniem.
- Oczywiście. – Teraz Draco był wyraźnie z siebie dumny. – W końcu jestem Ślizgonem.
Gdy Draco się uśmiechnął, Harry poczuł na twarzy ruch jego szczęki.
- Pomimo to, – powiedział - jestem ci wdzięczny. I dziękuję, że przyszedłeś tu dzisiaj.
- Myślisz tylko o sobie, nieprawdaż, Potter? Po prostu się nudziłem.
Draco dotknął jego ramienia dokładnie w miejscu, gdzie pod rękawem znajdował się ślad po nacięciu. Fakt, że tak dobrze pamiętał, gdzie znajduje się blizna, spowodował, że ten ponowny dotyk, jeszcze bardziej przypominał pieszczotę.
Leżeli tak blisko, że Harry mógł widzieć Draco bez okularów – jego przymknięte oczy, policzek przytulony do zmiętego płaszcza. Nie zastanawiał się dlaczego jest tak bardzo zadowolony, ze Draco nie zabrał ręki z jego ramienia.
- Dobranoc Draco.
- Och, więc mam spać tutaj, tak? – zapytał z Draco dobrze udawanym oburzeniem. – Wiesz, że powoli zaczynam zapominać jak wygląda moje łóżko?
- Dobranoc Draco – powtórzył Harry niewzruszony.
Nastała chwila milczenia. Dłoń Draco nadal spoczywała na jego ręce.
- Dobranoc, Harry.


*

Kiedy Harry obudził się wczesnym rankiem, był sam. Poszedł do sypialni i przebrał się szybko, bojąc się, żeby nikogo przy okazji nie obudzić. Od tej ich troski – o niego, o trzecie zadanie – było mu niedobrze. Chciał jak najszybciej znaleźć się w Wielkiej Sali.
Gdy zbiegał po schodach, uświadomił sobie, że Draco tam nie będzie. Ślizgon potrzebował przynajmniej trzech kwadransów na uczesanie się i wybór stroju.
Ale Draco jednak czekał na niego przed drzwiami do jadalni. Najwyraźniej nie przebrał się – za to miał idealną fryzurę. Oczywiście – nawet wiedziony na własną egzekucję, Draco domagałby się szczotki do włosów i lustra.
- Wcześnie przyszedłeś. – Dla mnie uśmiechnął się Harry.
- Na kawę. – Draco pociągnął nosem. – Fatalnie spałem. W ogóle nie spałem.
- Oczywiście.
- Nicpoń.
Gdy wchodzili razem do Wielkiej Sali, Harry czuł wielką ulgę. Było zupełnie inaczej, niż na czwartym roku... Może wszystko będzie inaczej.
Już miał zaproponować, żeby zabrali tosty i przeszli się nad jezioro, gdy Draco chwycił go za ramię i poprowadził w stronę stołu Slytherinu.
- Nie będę tu siedział, Draco.
- A prosiłem cię o to?
Draco spokojnie zgarnął wielką górę jedzenia na dwa talerze i napełnił kawą dwa kubki. Potem ruszył w stronę pustej ściany na końcu sali. Usiadł na podłodze, oparł się o mur i spojrzał na Harry`ego, który na ten widok nie był w stanie powstrzymać się od śmiechu.
- Wiesz, nie przepadam za kawą – powiedział Gryfon już spokojniej, sadowiąc się obok przyjaciela.
Draco groźnie łypnął na niego spod oka.
- Wiem. A powiedziałem, że ta kawa jest dla ciebie?
- Wziąłeś dwa... Ech, nieważne.
- No. I żebym już nigdy więcej nie słyszał od ciebie niczego podobnego. Nie życzę sobie żadnych złodziejskich zakusów na moją kofeinę. – Draco pchnął talerz w stronę towarzysza. – Jedz. Wyobraź sobie te nagłówki, gdybyś zemdlał z głodu w połowie zadania.
- Och, to ty powinieneś jeść – odciął się Harry. – To nie ja tu jestem blady i wydelikacony.
- Zamknij się, ty okropny Gryfonku. Teraz jedz i nie przejmuj się tak błahymi sprawami, jak jakiś tam mały Turniej. To nie jest nawet w połowie tak ważne, jak mój projekt z magii kreatywnej.
Draco uniósł wysoko brodę, a Harry usiłował ukryć uśmiech.
Niedawno ogłoszono, że projekt z magii kreatywnej będzie stanowił połowę zaliczenia na egzaminie z tego przedmiotu, a Draco kompletnie oszalał. Pewnego dnia cała podłoga w jego pokoju pokryta była zmiętymi kulkami pergaminów z planami projektów.
- Jestem pewien, że na całym świecie nie ma nic ważniejszego.
Draco mocno kopnął Harry`ego w kostkę.
- Oczywiście. Wiesz co będzie jak zawalę? Wtedy praktycznie rzecz biorąc, obleję cały egzamin, a to oznacza śmierć i ruinę finansową! Moja matka nie zaakceptuje syna, który poniósł taką porażkę. Może nawet będę zmuszony sam się utrzymywać! – Ponownie kopnął Harry`ego. – A ty śmiesz z tego żartować! Możesz już zacząć jeść?


*

Ginny przez całe rano zbierała się na odwagę, by życzyć Harry`emu powodzenia.
To mógł być bardzo ważny moment. Po raz pierwszy Harry pocałował ją w zeszłym roku, gdy gratulowała mu wygranej walki.
Uczesała się (sto pociągnięć szczotką w każdą stronę) i wybrała najładniejszą szatę. Planowała podczas śniadania przechylić się przez stół, chwycić go za rękę i zacząć rozmowę.
Był bardzo nieśmiały... ale na pewnie zrozumie, co chce mu w ten sposób przekazać.
Niestety, kiedy Ginny zeszła na dół, Harry`ego nie było przy stole Gryffindoru. Siedział z Draco Malfoyem pod ścianą i jadł śniadanie. Od czasu do czasu chłopcy kopali się po kostkach.
Ginny potrząsnęła głową i lekko się uśmiechnęła. Z rozbawieniem patrzyła na Harry`ego, który zachowywał się jak dziecko. Zwykle był taki poważny – za co oczywiście nikt nie mógł go winić, biorąc pod uwagę, co chłopak przeżył.
Cała ta sytuacja wprowadzała jednak nieco zamieszania do planu Ginny. Zdecydowała więc, że zatrzyma go w drodze do Wieży Gryffindoru.
Przeżyła chwilę paniki, gdy zorientowała się, że Harry wraz z Malfoyem, zmierzają wprost na boisko quidditcha. Potem jednak uświadomiła sobie, że jeśli za nimi pobiegnie, to żaden Gryfon – a szczególnie jej kłopotliwy braciszek – nie usłyszy, co ma do powiedzenia Harry`emu.
Szybko wstała i ruszyła za chłopcami.
- Harry! – zawołała za nimi zdyszana. – Harry!
Harry chyba jej nie usłyszał, ale Malfoy odwrócił się, a zaraz za nim odwrócił się obiekt jej zainteresowania. Ginny zwolniła kroku, usiłując złapać oddech i odzyskać panowanie nad sobą. Przygładziła też rozburzone włosy. To dało jej szanse obrzucenia Harry`ego krótkim, zachwyconym spojrzeniem.
Ostatnio wyglądał nadzwyczaj dobrze. Ginny oczywiście zawsze uważała, że jest atrakcyjny, ale niedawno i inne dziewczęta wyraźnie zaczęły podzielać jej zdanie.
Nigdy nie spojrzał na żadną z nich. Nigdy nawet nie pomyślał, że może się im podobać – był bardzo skromny.
Uśmiechnął się, jak zwykle promiennie. Wyglądał teraz tak... tak kwitnąco i był taki przystojny. Założył te wspaniałe, nowe ubrania – jej ulubione dżinsy i czerwony obcisły podkoszulek, którego kolor podkreślał czerń jego zmierzwionych włosów.
Gdy patrzył na nią, jego zielone oczy błyszczały słodyczą i szczerością.
- Ginny.
Jak zwykle, kiedy słyszała jak wypowiada jej imię, Ginny zatrzepotało serce i ogarnęła ją gorąca fala radości.
- Har... Harry... Ja... umm... chciałam życzyć ci... powodzenia?
Harry wydawał się nieco zakłopotany.
- Eeee.. dzięki.
Ginny nagle uświadomiła sobie obecność Malfoya, który stał i przyglądał im się z więcej niż rozbawieniem.
Był tak różny od Harry`ego – idealnego, według niej, chłopaka. Nigdy nie widziała, by zachowywał się inaczej, niż złośliwie.
Ale Harry wybrał go na przyjaciela, a wybór Harry`ego musiał być dobry. Ludzie reagowali na tę przyjaźń bardzo dziwacznie, zupełnie jakby nie wierzyli, że Harry potrafi podejmować rozsądne decyzje.
Ginny pomyślała, że pewnie Harry’emu z tego powodu jest przykro, więc odwróciła się i uśmiechnęła do Malfoya najuprzejmiej jak potrafiła. Nie mógł być przecież aż taki zły.
- Cieszę się, że go wspierasz – powiedziała.
Harry obdarzył ją pełnym uczucia spojrzeniem. Malfoy wydawał się coraz bardziej rozbawiony.
- Wszyscy trzymamy za ciebie kciuki – kontynuowała, zachęcona wyraźnym zadowoleniem, które widziała w oczach Harry`ego.
- Ma szczęście, skoro popiera go tak piękna i lojalna osoba – odezwał się Malfoy chwytając ją za rękę. Następnie pochylił się i złożył na jej dłoni pocałunek.
Ginny zaczerwieniła się i zauważyła, że uśmiech Harry`ego zbladł.
- Lepiej już chodźmy. Dzięki Ginny – powiedział Harry. Objął ją i praktycznie rzecz biorąc, przeniósł nieco dalej od Malfoya.
Ginny zamknęła oczy i przez chwilę rozkoszowała się jego bliskością – czuła zapach mydła i dobrze umięśnione ciało zawodnika quidditcha.
Wypuścił ją zdecydowanie zbyt szybko.
Potem odsunął się nieco niezdarnie i odszedł w towarzystwie Malfoya. Ujrzała jak jasna głowa Ślizgona pochyla się ku czarnej czuprynie Harry`ego i usłyszała śmiech. Na pewno droczył się z Harrym na jej temat.
Ginny najchętniej skakałaby z radości. Inny chłopak pocałował ją w rękę, a Harry`emu się to nie spodobało...
Nie, Harry`emu bardzo się to nie spodobało.


*

- Dlaczego to zrobiłeś?
Harry widział, że Draco jest ubawiony - sam był tym wszystkim bardzo wzburzony. Sytuacja stawała się nie do zniesienia.
- Pomyślałem, że będzie śmiesznie – odparł Draco leniwie. – Och, i było. Tak komicznie się rumienicie i podskakujecie. Zdecydowałeś w końcu, czy podoba ci się najmłodsza Weasleyówna?
- Nie! – fuknął Harry.
- Więc Morag nadal ma u ciebie szanse – podsumował Draco z satysfakcją.
- Dalej nie wiem kto to jest Morag! – Harry prawie wrzasnął.
- Prawie od siedmiu lat chodzi z tobą na eliksiry – zauważył Draco z dezaprobatą. – O czym ty myślałeś przez cały ten czas?
- Wybacz. Byłem pochłonięty wszechogarniającą mnie nienawiścią do ciebie. I Snape`a – dodał Harry nieobecnym tonem. – Słuchaj, Ginny jest miła, w porządku? Nie chcę żebyś, wiesz, wprawiał ją w zakłopotanie.
Draco roześmiał się pobłażliwie.
- Przeceniasz mój urok, Potter. Nie zauważyłaby nawet, gdybym zaczął na jej oczach robić striptiz.
- Draco!
Na trybuny zdążało wielu młodszych uczniów, którzy chcieli zająć sobie lepsze miejsca. Na pewno słyszeli obsceniczne komentarze Ślizgona.
Draco wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego.
- Nikt nie potrafi tego mówić z takim zgorszeniem jak ty. No, powiedz to jeszcze raz. Zrób to... proszę.
- Dr... zamknij się.
- Oczywiście, o Potężny Chłopcze, Który Przeżyłeś. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Przysięgam, że jeśli o mnie chodzi, cnota całego klanu Weasleyów jest bezpieczna. Niech to wielkie wyrzeczenie, będzie moją ofiarą w imię twojego... Ała!
- Zasłużyłeś sobie – poinformował go Harry spokojnie.
- Uderzyłeś mnie! – oburzył się Draco. – Swoją różdżką! Jestem ofiarą toksycznej przyjaźni. Obrażasz mnie. Tak się składa, że atakowanie ludzi różdżką nie jest przejawem bohaterstwa. Uważasz, że jest? Ja nie.
Na widok labiryntu Harry zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać.
- Nie podoba mi się to, że trzecie zadanie zaczyna się tak wcześnie – wyrzucił z siebie. - Wiem, że chcieli, abyśmy zdążyli przed zmrokiem, ale wolałbym mieć chwilę, żeby pomyśleć w spokoju.
Chociaż bardzo starał się zachować spokój, na widok wysokiego żywopłotu otaczającego boisko, Harry`ego zaczęło ogarniać uczucie rosnącej paniki. Bał się nawet popatrzeć w stronę zacienionego wejścia do labiryntu.
Draco obejrzał się przez ramię. Harry spojrzał mu w oczy i zobaczył w nich odbicie zmierzającej w ich stronę Hermiony. Wyglądała jak maleńka figurka obramowana srebrem.
- Może powinienem już iść – odezwał się Ślizgon.
- Nie bądź głupi – odparł Harry. – Wiesz, że chcę, żebyś ze mną został.
Hermiona, otoczona innymi Gryfonami, była już prawie przy nich.
- Nie jestem głupi - powiedział Draco kątem ust.
Grupa Gryfonów stanęła tuż przy nich. Hermiona i Ron wymownie odwrócili się tyłem do Ślizgona. Harry spojrzał na zatroskane twarze przyjaciół, nadąsaną minę Draco i uśmiechnął się lekko.
- Och, ależ jesteś. W pewien sposób.
- Jak się czujesz Harry? – zapytała Hermiona, przejęta.
- Nie jestem – złościł się Draco.
Harry powstrzymał się przed pokazaniem mu języka.
- Jesteś.
- Harry! – palce Hermiony tak mocno zacisnęły się na jego ramieniu, że Harry aż się skrzywił.
Harry starał się wywołać wrażenie, że jest bardzo pewny siebie i niczym się nie martwi.
- Świetnie Hermiono – zapewnił ją. - Tylko czuję się trochę... tak, jakbym znowu miał czternaście lat.
Oczy Hermiony wypełniły się współczuciem.
- Och, Harry...
- Hermiono – Harry starał się mówić spokojnie. – Naprawdę nie musisz się nade mną tak trząść. Dlaczego zamiast się zamartwiać, nie zaufasz mi po prostu? Dam sobie radę.
- Ależ ja... ja ci ufam – zdumiała się Hermiona.
- Wiem.
Harry pochylił się ku niej, a dziewczyna otoczyła go ramionami. Jej uścisk był tak mocny i pocieszający, jak zwykle. Hermiona nigdy się nie poddawała.
- Spokojnie, Harry, bo obściskujesz się z czyjąś dziewczyną – ostrzegł go Ron z żartobliwą groźbą w głosie. Harry szeroko uśmiechnął się do niego ponad ramieniem Hermiony.
- Harry, tym razem jest inaczej – zapewniała go Hermiona stanowczo, przeczesując palcami jego czarne włosy. – Podjęto dodatkowe środki ostrożności, nic ci się nie stanie i... i wszystko będzie dobrze.
- Poza tym – dodał Ron z mocą - Jak sam mówiłeś, dasz sobie radę. Znasz teraz znacznie więcej zaklęć, niż wtedy.
Harry nieco spochmurniał.
- I nadal nie jestem w żadnym z nich dobry.
Hermiona niemal udusiła Harry`ego w ostatnim uścisku, a potem odsunęła się.
- Ale tym razem jest inaczej – powtórzyła takim tonem, jakby samą siebie chciała o tym przekonać.
Ron, Neville i Dean zaczęli go poklepywać po plecach, wkładając w ten gest dużo serca. Draco przyglądał się im z uniesionymi brwiami.
- Ona ma rację, wiesz? Tym razem naprawdę jest inaczej – podsumował, gdy zaczęli zbliżać się do nich sędziowie i inni zawodnicy.
Wiem. Ostatnim razem stałeś w tłumie Ślizgonów, a do piersi miałeś przypięty znaczek z hasłem „Potter cuchnie” pomyślał Harry, oczekując na dalszą cześć wypowiedzi Draco.
Ślizgon uśmiechnął się przekornie.
- Teraz jesteś wyższy.
- Och, odwal się. Czemu od razu nie pójdziesz i przypniesz sobie kolejnej idiotycznej odznaki?
- Wcale nie były głupie! Męczyłem się nad nimi kilka godzin! – oburzył się Draco urażony.
- Wiedziałem, że to twoja sprawka – odparł Harry. – Ty prowodyrze wszelkiego zła.*
- Mylisz się co do mnie, Potter. Lżę tylko tych, na których mi zależy.
Harry zdążył jeszcze roześmiać się sceptycznie, zanim Lee Jordan chwycił go za łokieć i powiódł w stronę, gdzie stali inni zawodnicy. Po drodze Harry spojrzał przez ramię i zobaczył, jak profesor McGonagall zagania jego przyjaciół na trybuny.
Draco stał pomiędzy Gryfonami. Najwyraźniej nie czuł się dobrze w tym towarzystwie, bo obrzucał wszystkich pogardliwym wzrokiem. Jego obecność tam wydawała się bardzo nie na miejscu. Ale był tam. Może wreszcie postanowił skończyć z tymi bzdurami.
Ślizgon napotkał wzrok Harry`ego i krzyknął:
- Rusz się, Potter!
Harry ukrył uśmiech, gdy podszedł w końcu do rywali. Francuz wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć. Dziewczyna z Durmstrangu uśmiechnęła się lekko do Harry`ego.
- Dobry przyjaciel? – zapytała.
- Tak. - Tym razem Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Zaraz potem zorientował się, że Lee Jordan wykrzykuje jego nazwisko.
- ... z osiemdziesięcioma punktami, Harry Potter!
„Na pierwszym miejscu, z osiemdziesięcioma pięcioma punktami, ex aequo – pan Cedrik Diggory i pan Harry Potter”.
Harry poczuł, że usta ma suche jak wiór. Nawet gdyby chciał, nie mógł się już uśmiechać.


*

Wszedł pierwszy. Sam. Tym razem nikt nie stał z nim na stanowisku startowym – nikt, do kogo można by nosić w sercu głęboko ukrytą urazę, ani – Merlinie – nikt kto później mógłby stać się powodem tak wielkiego poczucia winy.
Doszedł do wniosku, że w sumie nie jest tak źle, jak mogłoby być. Ta myśl przyniosła mu wielką ulgę.
Bał się, że wszystko, co przeżywał ostatnio, wróci do niego. Jednak nie czuł nic, prócz litości dla tego naiwnego chłopca, który trzy lata temu stał u wejścia do labiryntu. Nie był już tym dzieckiem, które marzyło tylko o tym, by ktoś uratował go od Dursleyów.
No cóż, w końcu nikt nie uratował go od Dursleyów, ani od Voldemorta, ani innych. Musiał to zrobić sam.
I ostatecznie udało mu się to.
Harry ruszył naprzód, skupiając wzrok na cienistej ścieżce przed sobą.
Zrobił to z pomocą miecza, przy użyciu różdżki, a teraz planował zrobić to ponownie, i tym razem też na pewno mu się uda.
Gdy dotarł do rozwidlenia, podniósł głowę i rozejrzał się uważnie.
I przeżył największy szok swojego życia.
„Oczywiście, biorąc pod uwagę tamten incydent, zapewniliśmy wam maksymalną ochronę...”
„Podjęto dodatkowe środki bezpieczeństwa, nic ci się nie stanie i... i wszystko będzie dobrze.”
Górne krawędzie zewnętrznych ścian żywopłotu zaczęły migotać i rozpływać się, jakby były stworzone z wody, a nie z gęsto ulistnionych gałęzi. Sprawiały teraz wrażenie falującej, szklanej ściany. Harry mógł zobaczyć tłumy zebrane na trybunach, a oni widzieli jego. Wewnętrzne mury labiryntu pozostawały nadal nieprzeźroczyste.
Dumbledore naprawdę nie chciał ryzykować w żaden sposób.
Mam nadzieję, że nie zrobię z siebie głupka przed całą tą publicznością. Draco nigdy nie przestałby mi tego wypominać.
Wyszeptał zaklęcie, a trzymana w ręku różdżka wskazała mu kierunek dalszej wędrówki.
Na ławkach przeznaczonych dla prasy zapanował ruch, gdy reporterzy przygotowywali aparaty. Na szczęście nie myślał o tym. Niedawno dowiedział się, że kilku młodszych uczniów wycięło i przechowywało zdjęcia z gazet, na których on i Draco wychodzą z jeziora – i był tym bardzo zakłopotany.
Gwizdek Lee Jordana zasygnalizował, że pozostali dwaj zawodnicy weszli już do labiryntu.
Harry usłyszał głośny szelest, który przyprawił go o nerwowy skurcz żołądka. Spiął się w oczekiwaniu na spotkanie z pierwszą przeszkodą. Zacisnął zęby i powiedział sobie, że na pewno uda mu się przez to przejść.
W tłumie wypatrzył głowy Hermiony i Rona. Dziewczyna podskakiwała, żeby lepiej widzieć. Ron wymachiwał jedną z flag, na których Dean wymalował godło i nazwisko zawodnika Hogwartu.
Zza zakrętu wynurzył się potwór i Harry musiał się bardzo postarać, aby nie zacząć wymiotować.
Trzęsące się, oślizgłe cielsko olbrzymiego gumochłona prawie całkowicie wypełniało przejście. Zwały przyprawiającej o mdłości skóry o barwie i fakturze podobnej jak u robaka, niemal zupełnie skrywały niewielkie czarne ślepia. Ale w odróżnieniu od gumochłonów, jakie Harry widział do tej pory, ten miał otwór gębowy wypełniony rzędami ostrych jak u rekina zębów. Maszkara kłapnęła paszczą, ale Harry zdążył odskoczyć.
Przednia część ciała gumochłona zakołysała się, jakby stworzenie wietrzyło zdobycz. Po chwili, przy akompaniamencie chrzęstu miażdżonej trawy i przeraźliwego syku, potwór ruszył w stronę Harry`ego.
Harry poważnie zaczął się zastanawiać, czy nie mógłby teraz zrezygnować.
Stwór rzucił się na niego. Harry ponownie zrobił unik, a szczęka bestii zatrzasnęła się o centymetry od jego boku. Głowa gumochłonona przypominała łeb węża i Harry`emu przyszło na myśl, że może powinien spróbować porozmawiać z tym stworzeniem. Jednak zaraz uświadomił sobie, że Dumbledore nie zrobiłby nic, co mogłoby dać reprezentantowi Hogwartu przewagę nad innymi zawodnikami.
Cofnął się krok i jeszcze jeden. Bestia sunęła za nim, niepowstrzymana jak tsunami. W końcu Harry wyczuł za plecami ścianę labiryntu.
Wycelował różdżką i krzyknął:
- Impedimenta! Impedimenta!
Potwór nie przestawał się zbliżać. Wydawało się, że nic nie jest w stanie go zatrzymać; tak jakby impet, z którym się poruszał, mógł przełamać każde zaklęcie. Harry wpatrywał się w małe, czarne oczy. Nagle cielsko zadrżało i znieruchomiało.
Teraz Harry musiał wziąć się w garść i pokonać tę obrzydliwą przeszkodę.
Zaczął wspinać się na gumochłona. Starał się nie dopuścić, by oślizgła powłoka dotknęła jego odkrytej skóry. Obrzydliwa istota nagle wydała skowyt i podźwignęła się, a Harry stracił równowagę i musiał podeprzeć się rękami i kolanami. Jego dżinsy natychmiast pokryła warstwa śluzu.
- Bleee! – Ten okrzyk wyrwał mu się niemal bez udziału świadomości. Nie miał teraz czasu, aby zastanawiać się nad ohydą całej tej sytuacji. Zaklęcie unieruchamiające nie trwało wiecznie, a nie chciał siedzieć na grzbiecie gumochłona, kiedy ten odzyska całkowitą zdolność ruchu.
Błyskawicznie przelazł na drugą stronę i zjechał po śliskiej powierzchni, lądując na wspaniale suchej ziemi. Skrzywiony, najszybciej jak potrafił, oddalił się od pokrytej śluzem masy.
Uh, fuj, ble, nie mógł uwierzyć, że naprawdę dotknął tej ohydnej, odrażającej... pięknej?
Harry zamarł. Pośrodku ścieżki, tuż przed nim, tańczyła wila. Jej nagie stopy trącały źdźbła traw, które przy każdym ruchu pochylały się, jak gdyby pożądały tej delikatnej pieszczoty. Harry nie był wybitnym znawcą urody kobiecej, a raczej urody seksowych boginek piękna, ale nawet on doszedł do wniosku, że znajdująca się przed nim istota jest niewątpliwie wyjątkowo cudowną przedstawicielką swego gatunku.
Jej doskonałe stopy pozostawiały na trawie ślady o kształcie okręgów, które zapraszały wręcz, by do nich wejść. Harry chciał zrobić coś, co wywarło by na niej wielkie wrażenie, uczynić wszystko, żeby stać się godnym jej uwagi, a jednocześnie pragnął tylko zbliżyć się i na zawsze patrzyć już na jej boski taniec.
Zdawała się być skąpana w srebrzystym świetle, jakby poświata, która ją otaczała miała źródło w jej hipnotycznych ruchach ciała... było coś... co musiał zrobić... nie mógł tak stać... ale najważniejsze, że mógł wciąż patrzyć.... może...
Ruchem głowy odrzuciła jasne włosy. Tak jasne, jak włosy Draco.
- Zostań ze mną – wyśpiewała niskim, kuszącym głosem. – I nie myśl o niczym więcej.
Myśl. To słowo podziałało na niego jak kubeł zimnej wody.
Zamrugał i cofnął się. Och, to takie upokarzające – cała szkoła patrzy, a on jak kretyn gapi się na wilę.
Zacisnął powieki, zakrył rękami uszy, przysunął się do ściany żywopłotu i powoli próbował wyślizgnąć się z korytarza. Nagle poczuł jednak na piersi dotyk smukłych dłoni.
Momentalnie otworzył oczy i zatonął w najczystszym błękicie, jaki kiedykolwiek dany mu było oglądać.
- Proszę mi wybaczyć... um... panienko – powiedział starając się, aby w jego głosie nie pobrzmiewał za bardzo ton zgorszenia. – Masz wspaniałą osobowość i w ogóle... wszystko, ale naprawdę, muszę już iść.
- Jestem taka samotna – wymruczała pochylając się nad nim.
- Eeee... – odparł Harry. – Nie, dziękuję. To znaczy... um... to bardzo miła propozycja – dodał grzecznie.
Odsunął się i zostawił ją tam, gdzie stała. Podążyła za nim tańcząc.
- Co robisz później...? – zawołała nieco beznadziejnie.
Harry uciekł. Miał nadzieję, że podczas tego spotkania, nikt nie zrobił mu zdjęcia.
Przez chwilę, niczym nie niepokojony, podążał w kierunku, jaki wskazywała mu różdżka. Niemal odprężył się, kiedy tak biegł przez labirynt.
Nie może być już nic gorszego, niż oślizgły potwór i przeklęta syrena.
Wydawało się, że tym razem przeszkody były co prawda trudniejsze, ale było ich za to mniej. Harry posuwał się spokojnie naprzód, co jakiś czas szepcząc „wskaż mi” w stronę różdżki.
Ale brak następnych utrudnień nie zwiódł go zupełnie. Ten spokój był złowieszczy, a panująca wokół martwa cisza wywoływała w nim poczucie zagrożenia. Wiedział, że nie jest bezpieczny. Miał wrażenie, że czai się w tym jakiś podstęp.
Bądź ostrożny napomniał się w duchu. Uważaj. Pamiętaj co masz zrobić. Nie pozwól, żeby coś cię...
Coś uderzyło w niego z taką siłą, że przewrócił się na ziemię, a różdżka wypadła mu z ręki.
... zaskoczyło.
Harry próbował wykręcić się spod wbijających mu się w plecy, ostrych kłów i dosięgnąć różdżki. Obrócił się na wznak i znalazł twarzą w pysk z... lwem. Zwierzę dyszało, a jego zakrzywione zęby znajdowały się tuż przy głowie Harry’ego. Wokół kłów potwora migotały maleńkie, niebieskawe płomyki.
Pazury. Kopyta. Lew. Ogień.
Z niesamowitą wprost jak na tę sytuację jasnością, przypomniał sobie obrazek z jednej z książek Hermiony.
Lew z przodu, wąż z tyłu, a koza pośrodku.**
Chimera.
Harry ze świstem wciągnął powietrze i rozpaczliwie starał się na oślep dosięgnąć różdżki, aż w końcu jego palce zacisnęły wokół drewna.
Chwilę później zdał sobie sprawę, że trzyma w ręku gałązkę z półprzeźroczystego żywopłotu. Wypuścił ją z dłoni i próbował wydostać się spod dziwotwora. Kiedy mu się to nie udało, chwycił ponownie patyk i wepchnął go do paszczy monstrum, oczekując, że za moment poczuje na twarzy żar płomieni.
Potwór warknął i zniżył pysk. Jeden z zakrzywionych kłów musnął policzek Harry`ego. Chłopak poczuł stróżkę krwi płynącej z rany. Przycisnął patyk i wbijając go głębiej w gardło zwierzęcia modlił się, aby jego broń nie spłonęła.
Walczę z przerażającą, ogromną poczwarą, za pomocą małej gałązki, pomyślał krzywiąc się z wściekłości. I to mają być te wyjątkowe środki bezpieczeństwa?
Chimera warknęła i cofnęła się, a Harry uniósł dłoń, by zetrzeć z twarzy krew.
Gdy spojrzał na rękę, była czysta.
Zwierzę ponownie ruszyło do ataku, ale Harry przetoczył się i ponownie wraził patyk w jego gardziel. Jego myśli pracowały na przyspieszonych obrotach.
Nieoczekiwanie usłyszał w głowie echo słów wuja Vernona, który pewnego dnia, przy śniadaniu mówił, że pomysł obniżenia podatków dla upośledzonych umysłowo to... chimera.
Mrzonka. Urojenie. Ułuda.
Harry z całej siły wepchnął patyk do gardła chimery. Popychał mocniej i mocniej, dopóki zwierzę się nie przewróciło. Harry całym ciałem przycisnął bestię do ziemi i pochylił się.
- Nie możesz mi nic zrobić – wydyszał. – Nie jesteś nawet prawdziwa.
Prawie upadł, gdy istota się rozpadła, ale udało mu się podeprzeć się i chwiejnie wstać.
Ciężko dysząc, otarł rękawem czoło, podniósł różdżkę i skierował się do następnego przejścia.
Wszedł prosto w płomienie.
Krzyknął zaskoczony, ale zaryzykował i zamiast cofnąć się, ruszył naprzód.
Stanął rozglądając się wokół i czekając na uczucie paniki wywołane bólem lub zapachem palącego się ubrania i włosów. Zaraz potem zdał sobie sprawę, że nic mu nie jest. Nie czuł żaru. To nie był prawdziwy płomień.
Był iluzją, podobnie jak chimera.
Harry wziął głęboki oddech, otworzył oczy i ujrzał lśniący Puchar Turnieju Trójmagicznego, stojący na cokole tuż przed nim.
Zamrugał z niedowierzaniem.
To nie może być koniec. Cały ten strach, którym napełniał go tegoroczny turniej, drugie zadanie i jego konsekwencje, myśli o Cedriku, które nawiedziły go poprzedniej nocy, przerażenie spowodowane walką z potworami... Czy to wszystko mogło skończyć się w ten sposób?
Cóż – na to wyglądało. Przed nim stał puchar. Jedyne co musiał zrobić, to zabrać go z cokołu. I przynajmniej o to nie będzie musiał się już martwić.
Gdy wyciągnął rękę, żeby go chwycić, ogarnęła go ulga i poczuł się tak lekko.
Później zdał sobie sprawę, że gdy sięgał po puchar, w ogóle nie myślał o Cedriku.
W następnej sekundzie martwa twarz Cedrika była jedynym, o czym mógł myśleć. Poczuł znajome szarpnięcie w okolicach pępka, a zdradziecki świat umknął mu spod nóg. Wypełniło go lodowate przerażenie, a przez głowę przebiegła mu straszna myśl:
To dzieje się znowu!


*

Tym razem Harry był silniejszy, niż ostatnio, a podczas podróży po labiryncie nie odniósł żadnych obrażeń. Skoncentrował się, aby podczas lądowania nie upaść na ziemię. Po zderzeniu z podłogą zatoczył się lekko, usiłując odzyskać równowagę i stanął prosto. W ręku nadal ściskał puchar.
Nie upuść go; pilnuj, żeby go nie zgubić; może dzięki niemu, będziesz mógł wrócić.
Wyciągnął różdżkę i zastygnął w bezruchu.
Jego oczy przyzwyczaiły się w końcu do ciemności. Przynajmniej nie był na cmentarzu... Znajdował się w swoim dormitorium, w Wieży Gryffindoru. Była noc, nie paliło się żadne światło, a w pokoju nie rozlegał się żaden dźwięk.
W sypialni nie było śladu czyjejkolwiek obecności. Wszystkie łóżka był puste.
Tak jak Seamusa...
Tknięty trwogą, rozejrzał się wokół i o zrobił krok, chcąc oddalić się od opuszczonego łóżka Rona. Podłoga pod jego stopami zaskrzypiała głośno; zabrzmiało to tak, jakby od wielu lat żaden odgłos nie mącił ciszy tego pokoju.
Cisza i ciemność były ciężkie i przytłaczające. Harry nie mógł dłużej znieść widoku pustych łóżek. Odwrócił się i wybiegł przez drzwi. Ciężko dyszał, a serce waliło mu jak młotem. Skierował się do pokoju wspólnego, modląc się po drodze, by spotkać kogoś, kto będzie w stanie mu pomóc, wyjaśnić...
Pokój wspólny był tak samo mroczny, zimny i pusty, jak dormitorium.
W kominku znajdowały się pozostałości bardzo starych, nie do końca dopalonych szczap, a na stoliku, obok ulubionego fotela Hermiony leżała jej książka „Mężczyzna, który zbyt mocno kochał smoki”. Harry zauważył, że była otwarta na tej stronie, którą dziewczyna czytała zeszłej nocy. Do końca książki zostało tylko kilka kartek i Hermiona bardzo chciała doczytać ją przed pójściem spać.
Widocznie jednak ktoś przekonał ją, by odłożyła książkę. Ale kiedy Harry dotknął strony, zorientował się, że pokrywa ją gruba warstwa kurzu.
Odskoczył do tyłu, z gardłem ściśniętym grozą – poczuł się tak, jakby dotknął ręki, która okazała się zimna i martwa.
Niemal kompletnie oszalały, zrobił coś, co nie zdarzyło mu się nigdy do tej pory. Nie zastanawiając się ani chwili, wbiegł po schodach i wpadł do dormitorium dziewcząt.
Nic. Absolutna cisza. Wielki, bogato zdobiony motyl, który Parvati tak lubiła nosić we włosach, przykryty był pyłem tak dokładnie, że nie było widać jego kolorów. Jęk przerażenia, który wyrwał się Harry`emu z ust, wydawał się być jedynym dźwiękiem na świecie. Uciekł z tego tchnącego martwą pustką pomieszczenia, pobiegł przez pokój wspólny, wypadł na korytarz mijając portret Grubej Damy i...
Pokryte warstwą kurzu, różowe barwy i krągłe kształty sprawiały wrażenie, jakby obraz umarł i stał się duchem.
- C... co się stało? Gdzie są wszyscy? – wyjąkał Harry, a jego głos odbił się od pustych ścian korytarza.
- Nie wiem o czym mówisz – odparła Gruba Dama. – Faktycznie ostatnio rzadko tu ktoś wchodzi lub wychodzi... ale...
Przerwała, a na jej twarzy odmalowało się zdumienie. Pył na ramach sugerował, że portret nie był otwierany od kilku dobrych lat.
- Nieważne – ziewnęła. – Skoro już tu jesteś, czy mógłbyś przypomnieć mi hasło?
- Um... Czarodziejskie dowcipy Weasleyów.
Nie zatrzymuj mnie dłużej, proszę.
Harry czuł suchość w gardle, a jego wnętrzności skręcały się ze strachu.
- Faktycznie – wymamrotała Gruba Dama. – Myślę, że powinniście je w końcu zmienić...
Obraz z przeraźliwym zgrzytem zamknął przejście do kwater Gryffindoru, a Gruba Dama zapadła w drzemkę. Echo trzaśnięcia jeszcze chwilę rozbrzmiewało w pustych korytarzach.
Harry zbiegł po marmurowych schodach i w chwilę później znalazł się w Wielkim Holu. Właśnie miał skierować się do lochów Slytherinu, gdy ogarnęła go fala panicznego lęku. Oparł się o ścianę, zbyt słaby aby biec dalej i zacisnął powieki.
Słyszał swój krótki, urywany oddech i przyspieszone bicie własnego serca. Otworzył oczy i spojrzał w górę. Cały sufit zasnuty był pajęczynami. Ale dopiero gdy uświadomił sobie jak bardzo boi się zobaczyć pusty pokój Draco, uwierzył, że naprawdę wszyscy zniknęli.
Zdał sobie sprawę, że w progi jego domu wstąpiła groza, i że ten dom został mu odebrany.
Nawet Hogwart nie był bezpieczny. Nawet Hogwart i wszyscy, których kochał, zostali zniszczeni, a on nie potrafił ich przed tym ochronić.
Prawie krzyknął, gdy nagle z Wielkiej Sali dobiegł go brzęk naczyń. Rozpaczliwie próbując stłumić narastającą w nim nadzieję i uczucie strachu, otworzył drzwi.
Po jadalni kręciły się skrzaty domowe. Nakrywały do wielkiej uczty - jedne donosiły coraz to nowe, wypełnione jedzeniem półmiski, inne rozkładały talerze, stawiając je przed pustymi, zakurzonymi krzesłami. Zapach ciepłego jedzenia przyprawił Harry`ego o mdłości.
Któryś ze skrzatów zauważył go i zapiszczał radośnie:
- Jeden z paniczów powrócił!
Wszystkie skrzaty natychmiast podbiegły do niego i łapiąc Harry`ego za ubranie, usiłowały zaciągnąć go do stołu Gryffindoru. Dotyk chudych, chwytliwych rąk wywołał w nim jeszcze większe nudności.
- Co wy, do diabła, wyprawiacie?
Mrużka spojrzała na niego swymi wielkimi i raczej przerażającymi oczami.
- Ostatnim rozkazem było nakarmić Harry`ego Pottera. Przygotowywaliśmy obiad strasznie dużo czasu. Bardzo się cieszymy widzieć cię wreszcie. Mamy nadzieję, że panicz Harry głodny.
- Puśćcie mnie!
Nie pamiętał później czy usiłując się od nich uwolnić, nie wymierzył im kilku kopniaków. Takie zachowanie za bardzo przypominało to, w jaki sposób traktował swoją służbę Lucjusz Malfoy; za bardzo przypominało samego Lucjusza Malfoya, a Harry nie chciał o nim pamiętać.
Rozpaczliwie pragnął wydostać się stamtąd, nawet jeśli jedyne co mógł zrobić, to wbiec na schody z zamiarem dostania się do gabinetu Dumbledore`a. Był na drugim piętrze, gdy uderzyła go myśl, że Dumbledore`a przecież nie ma. Stanął przed figurą chimery, spojrzał w jej kamienne oczy i wybuchnął histerycznym śmiechem, zastanawiając się, czy Fawkes nadal siedzi w gabinecie oczekując, że ktokolwiek powróci. Tak jak Gruba Dama. Tak jak skrzaty domowe.
Nie wymówił ani słowa, a jednak pomnik odsunął się, a zaraz potem z góry zjechały strome, kręte schody.
Harry był zbyt zmęczony by poczuć zaskoczenie, zbyt zmęczony by bać się jeszcze bardziej - lęk zdawał się być tak odległy. Zarejestrował tylko niewyraźne ukłucie strachu, gdy ujrzał sunącego powoli po schodach, wielkiego węża. Natychmiast rozpoznał Nagini – tak często widywał ją w snach....
Wąż wpełzł na kamienną posadzkę korytarza, uniósł łeb i zaczął wpatrywać się w niego okrągłymi, zamglonymi oczami.
Dopiero gdy schody zniknęły w górze i dało się słyszeć, że ktoś na nie wchodzi, uczucie grozy powróciło do Harry`ego ze zdwojoną siłą.
Czekał, trzymając w jednej ręce różdżkę - w drugiej, kompletnie bezużyteczny puchar. Najniższy stopień zrównał się w końcu z podłogą.
Na schodach stał Voldemort. Dokładnie taki, jak go Harry zapamiętał – ta sama, niemal biała twarz, o ostrych rysach znamionujących bezwzględność. Gdy ujrzał Harry`ego, jego czerwone oczy zwęziły się z gniewu.
A Harry był teraz sam; wszyscy jego przyjaciele odeszli; nie miał już o co walczyć.
- A teraz, – odezwał się Voldemort – myślę, że pokłonisz mi się bez stosowania jakichkolwiek środków perswazji.
Harry wpatrywał się w niego długi moment.
- Ty sukinsynu – powiedział dobitnie. - A dlaczego miałbym to zrobić? – zapytał powoli, gorączkowo myśląc.
Niemożliwe, żebym przeniósł się w przyszłość, nawet podczas turnieju. I niemożliwe, żeby to była noc. I ten kurz wszędzie, to zbyt nieprawdopodobne.
To wszystko nie dzieje się naprawdę. To musi być iluzja, jak chimera, jak ogień, to...

- Nie jesteś nawet prawdziwy!
Ale Voldemort nie zniknął. Zaczął pokonywać ostatnie stopnie schodów.
To nie wystarczy pomyślał Harry z rozpaczą. Muszę zrobić coś więcej, tak jak z tym patykiem; tak jak wszedłem w płomienie...
A to po prostu było niewykonalne. Nie mógł zrobić nic, aby pokonać Voldemorta.
Ale nie zamierzał uciekać
Stał w miejscu, drżąc cały, gdy Voldemort zbliżał się do niego. Nie zawahał się jednak, gdy spojrzał w tą nieludzką twarz. Uniósł różdżkę w tym samym momencie, gdy uczynił to przeciwnik.
Zawiodłem. Zawiodłem wszystkich – pomyślał nieoczekiwanie jasno.
Voldemort otworzył usta, a Harry starał się przypomnieć sobie jakieś zaklęcie, które mógłby rzucić i...
Nagle otoczyło go światło. Znowu był dzień, a iluzja rozpływała się i w końcu rozwiała się zupełnie, jakby jej nigdy nie było.
Puchar w jego dłoni także zniknął. Tuż przed nim, na cokole stał prawdziwy puchar. Sięgnął po niego i... stał na zewnątrz labiryntu.
Wygrał Turniej Trójmagiczny. Wszystko się skończyło.
Zmrużył oczy przed słońcem i spojrzał na stojącego na przeciw niego Dumbledore`a. Na twarzy dyrektora malowała się powaga. Harry nie miał czasu pomyśleć, co powinien teraz zrobić, ani co czuje, ani co chciałby teraz zrobić – wygrał coś więcej niż turniej.
Dumbledore stał bez słowa, gdy wokół Harry`ego rozbłysły flesze, a euforia tłumnie otaczających go przyjaciół przesłoniła wszystko.
Ręce Rona zacisnęły się na jego ramionach.
- Harry! Zniknąłeś... tak po prostu... Niemal oszaleliśmy ze strachu o ciebie. Nic ci nie jest?
Harry popatrzył na Rona, którego piegowata twarz wydawała się płonąć. Na jej widok Harry przypomniał sobie puste łóżka w dormitorium.
- Wszystko w porządku – powiedział wolno.
Syriusz i Lupin żywo dyskutowali o czymś z Dumbledore`em. Hermiona usiłowała przecisnąć się przez tłum, ale jej głos był zbyt cichy, by dotrzeć do uszu dyrektora.
- Profesorze! Profesorze... czy to zniknięcie było konieczne?
Okrągła twarz Neville’a jaśniała, gdy spojrzał na Harry`ego ponad ramieniem Rona. Jego mina bardzo przypominała tę, która pojawiała się na obliczu Colina, gdy chłopak był w pobliżu Harry`ego.
- To było fantastyczne, Harry – pogratulował mu z całego serca.
- Na Merlina, Longbottom, mówisz to tak, jakbyś komentował jakiś wyjątkowy eksces alkowiany.
Ton tego głosu uświadomił Harry`emu, że coś jest nie tak. Spojrzał na Draco i uśmiech zamarł mu na ustach. Uśmiech, który nie miał początku zanim się skończył; jak wąż połykający swój własny ogon. Jak wąż.
Draco stał w pewnej odległości od największego skupiska ludzi. Przyjął postawę, która skutecznie zniechęcała innych do zbyt bliskiego podchodzenia, dzięki czemu Ślizgona otaczała pusta przestrzeń. Usta chłopaka wykrzywiały się w pogardliwym uśmieszku, a chłodne oczy utkwione były w Harrym.
- Gratuluję, Potter – wycedził. - Kolejnego oszałamiającego pokazu totalnej głupoty. Świetnie ci poszło. Jak zwykle.
Odwrócił się i odszedł.
- Co za drań! – wybuchnął Ron. – Nie słuchaj go Harry. Jest zazdrosny... zawsze ci wszystkiego zazdrościł.
Ciemne oczy Ginny otworzyły się szeroko.
- Dobrze się czujesz, Harry?
Harry uwolnił się od Rona i popatrzył za Draco. Był zszokowany i niczego nie rozumiał. Czuł tylko palącą potrzebę wyrwania się stąd i natychmiastowego pospieszenia za Ślizgonem. Musiał dowiedzieć się, o czym Draco mówił.
Gdy zdał sobie sprawę, że nadal trzyma puchar, wcisnął go Ronowi do ręki.
- Potrzymaj go przez chwilę, dobrze? – powiedział i zaczął przeciskać się pomiędzy Gryfonami.
Musiał odnaleźć Draco i przyprowadzić go z powrotem. To było tak oczywiste, że prawie nie zwracał uwagi na ręce, które próbowały go zatrzymać, gdy przechodził.
Uparcie podążał za Draco, który opuścił boisko i znikał za pagórkiem. Chłopak kierował się w stronę zakazanego lasu. Chyba naprawdę nie chciał, żeby ktoś za nim poszedł.
Nagle zaczęło padać. Z nieba leciały maleńkie krople deszczu, nie większe niż ziarnka maku. Harry poczuł, że zaczyna ogarniać go złość i niepokój. Co takiego zrobił? Dlaczego Draco zachował się w ten sposób? Do diabła! Był taki zmęczony, niemal oszalał ze strachu i tak czekał na... chwilę spokoju i... tak chciał zobaczyć, że Draco czuje ulgę albo cieszy się na jego widok, a on... Tego się nie spodziewał!
Skupił wzrok na majaczącej w oddali jasnej czuprynie i zaczął biec. Draco nie wiedział, że ktoś za nim idzie, więc nie spieszył się zbytnio. Harry dogonił go w miejscu, gdzie ostatnio wchodzili do Zakazanego Lasu. Złapał Ślizgona za ramię, obrócił go i zaczął krzyczeć:
- Co to do diabła miało znaczyć, Malfoy?!
Twarz Draco była niemal biała, widniał na niej wyraz zawziętości, a krople deszczu spływające po policzkach przypominały łzy.
- Po prostu ci gratulowałem – odparł Draco spokojnie. – To był wspaniały pokaz samobójczej niemal głupoty. Powiedziałbym nawet, że najlepszy ze wszystkich przedstawień jakie dałeś do tej pory. Kto wie jakich zaszczytów teraz dostąpisz? A teraz, skoro już złożyłem ci należny hołd, możesz wrócić do swojego fanklubu. Umierają pewnie z tęsknoty za tobą.
Harry spojrzał mu w oczy. Draco nie odwrócił wzroku
- Możesz przestać zachowywać się jak kretyn? – zapytał Harry cichym, gniewnym głosem.
- Możesz przestać być takim kretynem? – spytał Draco zimnym, pogardliwym tonem.
Wyszarpnął rękaw, za który przytrzymywał go Harry, ale Gryfon błyskawicznie chwycił go za ramię. Harry zauważył, że usta Draco wykrzywiają się w drwiącym uśmiechu. Usiłował przypomnieć sobie, kto, kogo tak bardzo nienawidzi, robi podobną minę i uprzytomnił sobie, że to typowy grymas Malfoya.
Tamtego Malfoya. Malfoya który teraz właśnie przed nim stoi. Harry poczuł nieprzeparte pragnienie, żeby go uderzyć, ale nie zrobił tego. Z prostego powodu – tamten Malfoy nie przejmowałby się, że brawura Harry`ego mogła go doprowadzić do śmierci.
- Może na chwilę przestaniesz mnie obrażać i powiesz w końcu, co ja takiego zrobiłem?! – wybuchnął Harry. – Zrobiłem to, co musiałem zrobić! Nie rozumiem dlaczego jesteś taki wściekły, wiec skończ z tymi bredniami i powiedz mi, o co do cholery chodzi!
- Co zrobiłeś? – zirytował się Draco. - Walczyłeś z chimerą za pomocą patyka!
- Słuchaj, ja musiałem... tam nie było nic innego... nie miałem czasu, żeby myśleć nad...
- Myśleć?! – Draco był tak wściekły, że krzyczał falsetem. – Ty nigdy nie myślisz...!
- Myślę o tobie przez cały czas! – wrzasnął Harry.
Stali naprzeciw siebie dysząc ciężko, z twarzami błyszczącymi od deszczu i mierzyli się wzrokiem. Ramię pod ręką Harry`ego unosiło się i opadało w rytm krótkich urywanych oddechów. Usta Draco zaciśnięte były w cienką linię.
- Jesteś beznadziejnym głupcem – odezwał się w końcu Ślizgon.
- Nie wiem o czym...
- Posłuchaj, to musi się skończyć, rozumiesz? – przerwał mu Draco ostro. – Musi się skończyć; to całe bohaterstwo, te wszystkie próby ocalenia nas wszystkich; wiem, że cały czas o tym myślisz. Nie możesz sam pokonać wszystkich potworów!
- Ja nie... Nie mam... Och, na Merlina, Draco, to dlatego tak wariujesz?
Draco, który nigdy nie unikał niczyjego wzroku, patrzył teraz w ziemię.
- Nie wiem o czym...
Harry poczuł, że nagle ogarnia go spokój - zupełnie jak wtedy, gdy stał u wejścia do labiryntu.
- Draco. Draco, spójrz na mnie. – Chłopak nie posłuchał, wiec Harry chwycił go pod brodę i uniósł jego głowę. Draco spoglądał na niego szeroko otwartymi oczami, w których czaiło się upokorzenie. – To nic złego, że się o mnie martwisz – powiedział miękko.
- Nie wiem o czym mówisz Potter... – odparł Ślizgon zupełnie bez przekonania. Tylko ręka Harry`ego powstrzymywała go przed odwróceniem twarzy.
Deszcz zawsze powodował, że włosy Draco przestawały być idealnie gładkie. Ale w to nie był najlepszy moment, żeby wspominać Ślizgonowi, że jego włosy zrobiły się puszyste.
- Troska o kogoś jest czymś dobrym – rzekł Harry łagodnie. – Wiem, że nie nawykłeś do tego...
- Zwariowałeś Potter? Ja się martwię cały czas. Wszyscy w szkole są zagrożeni. Moi Ślizgoni znajdują się w niebezpieczeństwie, a ja nie wiem, jak ich ochronić...
- I to właśnie twój problem! – krzyknął Harry. – Przyzwyczaiłeś się, że chronisz ludzi wydając im rozkazy; że jesteś silniejszy niż inni; i że zawsze ze wszystkim sam potrafisz sobie poradzić. Dlatego właśnie zachowujesz się jak idiota. Bo jesteś przerażony i zagubiony, gdy komuś, na kim ci zależy, grozi niebezpieczeństwo, a ty nie jesteś w stanie nic na to poradzić!
- Co z tego?! – odwrzasnął Draco. – Ty jesteś taki sam! Jesteś nawet jeszcze gorszy!
Harry przypomniał sobie co czuł, gdy wszyscy zniknęli - ten ból i gorycz świadomości, że ich zawiódł.
- Wiem – przyznał stłumionym głosem. – Dlatego właśnie potrafię zrozumieć co czujesz.
Draco spojrzał na Harry`ego i przygryzł wargę. Potem delikatnie odsunął dłoń Harry`ego ze swojej twarzy i pozwolił jej opaść.
- Nie jestem gorszy niż ty, Draco – stwierdził Harry krzyżując ręce na piersi. – I nie będziesz mi rozkazywał.
- A ja nie jestem gorszy niż ty, Harry – odciął się Draco. – I nie chcę więcej żadnych awantur o zgłaszanie się na niebezpieczne posterunki.
- To nie... Ja tylko chciałem... – Harry westchnął ciężko. – W porządku. Przepraszam.
Draco skinął głową.
- Przepraszam, jeśli... zachowałem się trochę jak dupek. Oczywiście nadal twierdzę, że jesteś durnym samobójcą. Powinieneś zostać i migdalić się z tą miłą wilą. – Ślizgon rozpromienił się. – Właściwie to myślę, że była tobą naprawdę zainteresowana. Mógłbyś...
Harry nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
- Jesteś niemożliwy.
Draco uśmiechnął się w odpowiedzi, uniósł rękę i dotknął twarzy Harry`ego.
Harry poczuł jak chłodne i wilgotne palce przesuwają się po jego policzku. Spojrzał na przyjaciela i pomyślał o tym potwornym lęku, który nie pozwolił mu się ruszyć, by zejść do lochów i zobaczyć opuszczony pokój Draco.
Draco zabrał rękę i przyjrzał się palcom.
- Jesteś strasznie brudny – zauważył.
Harry złapał go za nadgarstek.
- Wróć ze mną na stadion – poprosił. – Muszę jakoś przebrnąć przez to całe zamieszanie.
- Och, na Merlina! – krzyknął Draco zaskoczony. – Oczywiście, że musisz! Przecież będzie ceremonia! Wręczą ci pieniądze! Ty głupku, co ci wpadło do głowy, żeby włóczyć mnie teraz po takich miejscach, jak to?
Harry uniósł brwi. Draco nie był nawet odrobinę zakłopotany – ten chłopak nie miał za grosz wstydu!
- Chodźmy – powtórzył Harry, a Draco pozwolił powlec się w stronę boiska.
Gdy podeszli do Gryfonów, Ginny obdarzyła Harry`ego promiennym uśmiechem. Ron obrzucił go wściekłym spojrzeniem, i pogardliwie łypnął okiem w stronę Draco.
- Proszę Harry, weź to – powiedział wtykając puchar w wolną rękę Harry`ego. – Muszą włożyć do niego pieniądze, a potem Knot ponownie wręczy ci puchar podczas ceremonii. Potem będą przemówienia i tak dalej. Ludzie chcą ci zrobić zdjęcia. Prawie oszalałem...
Jakby na potwierdzenie słów Rona, ujrzeli zbliżającą się ku nim armię fotografów. Ron odsunął się szybko i stanął obok Hermiony.
Harry przypomniał sobie, że jest brudny i poraniony, i zapragnął nagle, żeby w pobliżu był Hagrid, za którego wielkimi plecami mógłby się ukryć.
- Och, tylko nie to – szepnął.
- Jeśli chcą, mogą robić zdjęcia mnie – oznajmił Draco z widocznym samozadowoleniem. – Jestem przystojny i fotogeniczny.
W ich stronę przepychał się Knot. Odkąd zaczęły się zniknięcia, minister nie był już tak pewny siebie, najwyraźniej jednak, na tę specjalną okazję, odzyskał nieco tupetu. W rękach trzymał sakiewkę z pieniędzmi i parł przez tłum. Harry przyglądał mu się nieufnie, jednak urzędnik wydawał się tego nie zauważać.
- No wiesz, Harry? Gdzieś ty był? – zaczął Knot. – Masz, weź to i włóż do pucharu... Powiesz kilka słów, prawda? – dodał, gdy Harry puścił rękę Draco, by odebrać pieniądze.
- Eee... – wydukał Harry przestraszony. – Przemówienie?
- Proponuje, żebyś zabrał ze sobą na scenę tę wilę i poprosił, by zrobiła striptiz – zasugerował Draco. – To wystarczy, żeby wszyscy przestali zwracać na ciebie uwagę. Albo sam się rozbierz. Spójrzmy prawdzie w oczy, ci fotografowie są głodni każdego twojego kawałka.
- Dziękuję Draco – rzekł Harry kątem ust. – Masz jakieś pomysły, które nie wymagają publicznego obnażania się i siania zgorszenia?
- Ja? – oburzył się Draco. – Nigdy!
- Za kilka minut powinieneś znaleźć się na scenie, Harry – oznajmił Knot. – Przytrzymaj na chwilę puchar, muszę zabrać moje notatki do przemówienia...
Minister spiesznie odszedł. Harry popatrzył za nim, potem omiótł wzrokiem ludzi robiących mu zdjęcia i spojrzał na trzymane w ręku złoto. Niemal słaniał się ze zmęczenia.
W końcu podjął decyzję i uśmiechnął się do Draco.
- Zmieniłem zdanie – stwierdził. – Chodźmy stąd.
- Co?!
Harry upuścił sakiewkę i ponownie chwycił Draco za rękę. Ślizgon schylił się i podniósł pieniądze. Był wyraźnie zgorszony.
- Nigdy, przenigdy nie rzucaj pieniędzy, aby kogoś chwycić! – pouczył go Draco surowo. – Za pieniądze możesz każdego kupić!
- A ciebie? – dopytywał się Harry. – Chodź. Chcę stąd iść.
- Mnie oczywiście nie – odparł Draco poważnie. – Ja jestem bezcenny. Gdzie konkretnie chcesz iść?
- Nie wiem. Gdziekolwiek. Byle gdzie. Z tobą.
Draco spojrzał na niego prawie z respektem.
- Ty mówisz poważnie. Jesteś szalony.
Harry uśmiechnął się beztrosko. Tamto wszystko było iluzją. Turniej się skończył, a on nie zamierzał wygłaszać żadnego cholernego przemówienia. Odwrócił się i nie wypuszczając ręki Draco, zaczął iść. Ślizgon roześmiał się i nie opierając się, poszedł za nim.
- Nie mogę uwierzyć, że przywlokłeś mnie tu tylko po to, żeby zaraz stąd odejść.
- Och, ale teraz to co innego – powiedział Harry z pełnym przekonaniem. Gdy odeszli wystarczająco daleko, Harry przyspieszył kroku. – A tak przy okazji, Draco... Masz juz jakieś plany na sobotę?
- Na razie nie – odparł Draco ostrożnie. – A co?
- Mam dla ciebie prezent – powiedział Harry, starając się, aby jego głos brzmiał obojętnie.
Draco był zachwycony.
- Prezent? Z jakiej okazji? A nie mógłbym go dostać już teraz? Co to jest? Czy to coś błyszczącego? Podpowiedz coś.
Harry spojrzał na niego przez ramię.
- Draco?
- Tak? – zapytał Ślizgon, najwyraźniej zajęty rozważaniami dotyczącymi prezentu.
- Mógłbyś się pospieszyć?
Deszcz nadal mżył, gdy śmiejąc się zbiegali z pagórka, ścigani przez grupę reporterów.




* Seneka Młodszy „Kobieta to prowodyr wszelkiego zła: ona, mistrzyni zbrodni (...)”
** Homer „Iliada”
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:29

[BP]



Rozdział jedenasty
Czarne chmury


I tylko dziwna, mistyczna, szalona
chęć tą ohydną wstrząsnąć ziemi bryłą,
świat cały, jak jest, pochwycić w ramiona,
z posad go dźwignąć i na nowe koła
jakie bądź rzucić, gdy te, co go toczą,
we łzach się pławią i we krwi się broczą;
i tylko głos ten, co nas w noce woła
z złem walczyć nie przez ufność odrodzenia,
lecz przez nienawiść ku złemu dla złego
i żądzę, ssaną z powietrzem, niszczenia:
jest naszą wiarą. A choć czasem ona
omdlewa w piersiach, to wnet zmartwychwstawa,
jako z popiołów Feniks, odrodzona,
i jak kometa błyska ludziom krwawa,
której płomienie może świat zażegą.
*


Cztery dni po zakończeniu Turnieju Trójmagicznego, w piątek rano, Harry obudził się pod wpływem bólu. Blizna na czole paliła go żywym ogniem.
Ostatnimi czasy, gdy Voldemort wzrastał w siłę, blizna dokuczała Harry`emu często. Przyzwyczaił się do tego.
Ale nigdy nie przestał nienawidzić.
Kiedy zmartwienia związane z turniejem odeszły w przeszłość, i gdy omijał wzrokiem puste łóżko Seamusa, mógł nawet udawać, że jedyną jego troską są teraz rozgrywki quidditcha. Dlaczego blizna dała o sobie znać właśnie teraz?
- Harry.
Na dźwięk głosu Rona odwrócił głowę i nagle poczuł absurdalne ukłucie lęku, jak gdyby znak na jego czole mógł wydać się przyjacielowi piętnem Kainowym.
Ron uśmiechnął się lekko, choć sprawiał wrażenie nieco zaniepokojonego. Harry odpowiedział uśmiechem, żeby go uspokoić. Potem, na widok piżamy Rona, naprawdę zrobiło mu się wesoło.
Ron ubrany był w piżamę po Billu. Kieszonkę na piersi ozdabiał wizerunek czerwonych, wydętych ust, na których temat Harry często żartował. Spodnie były na Rona zdecydowanie za krótkie, chociaż Harry był pewien, że przyjaciel jest teraz dokładnie wzrostu starszego brata.
- Wszystko w porządku? – zapytał rudzielec, siadając na jego łóżku.
Harry podciągnął nogi, żeby zrobić mu więcej miejsca. Wziął się w garść i odpowiedział spokojniej:
- Tak... Nic nowego. To dzieje się ostatnio tak często...
I za każdym razem mam większą ochotę, żeby go rozgnieść. Coraz bardziej pragnę zabić tego sukinsyna.
- Myślisz, że to gorzej, że wiesz, kiedy Sam Wiesz Kto jest wściekły? – odezwał się Ron niepewnie, jakby bał się zadać to pytanie. – Czasem wydaje mi się, że nie ma nic gorszego od niewiedzy. Nienawidzę tajemnic. Nie cierpię wszystkiego co jest... – Zmarszczył brwi. – ...niejasne. To mnie przeraża.
- Nie zastanawiałem się nad tym – odparł Harry ostrożnie. – Przecież zawsze tak było. – Zamilkł na moment. – Podejrzewam, że obie te rzeczy są tak samo straszne.
- Tak. – Ron rozsiadając się wygodniej na łóżku, uderzył głową o słupek baldachimu i skrzywił się. – Powiem ci coś, chcesz? Ale to może zabrzmieć trochę idiotycznie.
Harry skinął głową.
- Słyszysz jak Neville okropnie chrapie? Ten odgłos mnie uspokaja. Wiem wtedy, że ktoś tam nadal jest; że to łóżko nie jest puste. Czasem nie mogę bez tego zasnąć.
Przez chwilę nic nie mówili, wsłuchując się w chrapanie Neville’a. To był naprawdę koszmarny dźwięk i w końcu obaj się uśmiechnęli.
- To nie jest idiotyczne – odezwał się Harry. – To, co się dzieje jest takie potworne... że łapiesz się każdej szansy i robisz wszytko, co może sprawić, że poczujesz się lepiej.
- Ta... – Ron zacisnął szczęki. – O tym też chciałem z tobą porozmawiać Właśnie dlatego, wiesz...
- Co?
- Dlatego właśnie, gdy zacząłeś się bratać z wrogiem, nie udusiłem Malfoya i nie pochowałem go w płytkim grobie.
- On nie jest wrogiem – powiedział Harry ostro.
- Oczywiście, że ty tak nie myślisz. Ale ja nadal nienawidzę tego dupka. On zawsze był wrogiem... – Ron spochmurniał. – Ugrzeczniony, podstępny drań, który przestaje bluzgać tylko wtedy, gdy zaczyna lamentować, że jakiś odstający włosek niszczy mu fryzurę. Ale w porządku. Wiem, że z jakiegoś niezrozumiałego powodu, ty go lubisz.
Ron skrzywił się, jakby wypowiadając ostatnie zdanie poczuł niesmak w ustach.
- Jest inny, niż ci się wydaje – powiedział Harry. – No dobrze, masz rację, jeśli chodzi o tę obsesję na punkcie włosów.
„Widzisz?” – mówiła wyraźnie mina Rona. – „Jest zły”.
- Rzeczywiście jest trochę metroseksualny**. I faktycznie czasem nie wie, kiedy przestać gadać, ale... – Harry na moment zawiesił głos. – Zależy mi na nim. Bardzo mi na nim zależy – dodał cicho.
- Uhm. Tak, to widać – zgodził się Ron. – Nie jestem kompletnym durniem. Widziałem was razem po turnieju. Uciekaliście jak ptaszki z klatki. – Potrząsnął głową. - Naprawdę, Harry, co ty sobie wyobrażałeś?
- Prawie nam się udało.
- Harry, dopadli was u podnóża pagórka, a potem ten pajac powiedział im, że masz romans z profesor Trelawney.
- Ale mogło się udać – bronił się Harry.
- Pajac – powtórzył Ron. - Zasługujesz przynajmniej na profesor Sinistrę.
- Ron – oburzył się Harry powstrzymując uśmiech. – Zaraz zwymiotuję.
- Tak, cóż... – stropił się nieco Ron. – Chodzi o to, że... Jak powiedziałeś, wkoło dzieją się potworne rzeczy. I rzeczywiście robimy wszystko, żeby poczuć się choć trochę lepiej. Jeśli ta przyjaźń sprawia, że jesteś szczęśliwy; jeśli mu ufasz.... to nie chcę ci tego odbierać.
Harry spojrzał w szczerą twarz przyjaciela.
Ron zmarszczył brwi.
- Co nie znaczy, że mi się to podoba. I że przestanę go nienawidzić – wyjaśnił dobitnie. – Wiem, że mu ufasz, ale ja nadal uważam, że popełniasz błąd. W innej sytuacji oskalpowałbym go i wywiesił ten jego głupi fryz u wejścia do wieży Gryffindoru. I jeśli nie okaże się dobrym przyjacielem, przynajmniej na ten swój oślizgły ślizgoński sposób, to właśnie tak zrobię.
Harry zdusił chichot.
- Ron... – Poczekał aż towarzysz popatrzy na niego. – Ja... Ty jesteś moim najlepszym przyjacielem.
- Mam nadzieję – odparł Ron. – Bo inaczej naprawdę musiałbym zabić Malfoya.
- To prywatne piżamowe przyjęcie, czy każdy może się przyłączyć?
Ciemne, smutne oczy Deana rozbłysły na chwilę wesołością. Harry nigdy nie odwróciłby się od Deana, a już szczególnie teraz, gdy jego najlepszy przyjaciel zniknął.
- Nie każdy – powiedział. – Ale ty zawsze.
Dean wszedł na łóżko, szturchając Rona, żeby zrobił mu trochę miejsca.
- Więc? O czym rozmawiacie?
- O turnieju – odpowiedział Harry.
- Ach. – Dean uśmiechnął się szeroko. – Przynajmniej to masz już z głowy. Ale muszę przyznać, że nieźle nastraszyłeś nas tym zniknięciem.
- Dla mnie to też nie było zabawne. – Harry sposępniał.
Nie chciał o tym mówić, ani teraz, ani wcześniej. Syriusz prawie rzucił się z pięściami na Dumbledore`a, gdy Harry wspomniał o tym co przeżył. Dyrektor powiedział, że to było konieczne, i że Harry później zrozumie dlaczego.
Ale Harry pragnąłby rozumieć już teraz.
- Ginny płakała – kontynuował Dean cicho.
- Hermiona się wściekła – dodał Ron.
- Myślę, że wszyscy byli przerażeni – podsumował Dean. – Wiesz jak teraz jest. Nawet Hogwart nie jest bezpieczny. Mamy tu szpiega.
Słowo „szpieg” zawisło w powietrzu jak ciężka chmura. Harry nigdy wcześniej nie słyszał, żeby ktoś o tym głośno mówił w dormitorium Gryffindoru. Na twarzach przyjaciół ujrzał przygnębienie. Wszyscy stłoczyli się, by być bliżej siebie.
- Wszystko będzie dobrze – powiedział Harry. Ktoś musiał to powiedzieć.
- Musimy się dowiedzieć kto to – odezwał się Dean cicho. – Potrzebujemy przynajmniej jednego miejsca, gdzie bylibyśmy bezpieczni. Wtedy wszystko pójdzie ku lepszemu.


*

Około południa, Harry i Malfoy wybrali się na spacer po dziedzińcu.
- No, dalej Harry.
- Ale po co?
- Bo bardzo tego chcę.
- Może... jeśli byś mnie odpowiednio poprosił.
- Rozważam to.
Harry uśmiechnął się.
- Na kolana, Malfoy.
Draco odchylił głowę i posłał mu zwycięskie spojrzenie.
- Czy to znaczy, że to zrobisz?
- Musiałbym... patrzeć na wizerunek węża. – Harry grał na zwłokę.
Draco wywrócił oczami.
- To żałosna wymówka, Potter. Mam węża na swojej odznace prefekta. Spójrz na nią i powiedz coś w języku wężów. Tylko raz słyszałem wężomowę i tak strasznie chciałbym usłyszeć to znowu!
- Nie bądź dzieckiem – skarcił go Harry nieobecnym tonem. – Nawet nie wiem, co miałbym powiedzieć.
Draco zastanawiał się przez moment.
- Możesz powiedzieć „Draco jest królem i ma idealny kształt kości policzkowych”.
Harry skupił wzrok na odznace przypiętej do piersi Ślizgona. Waż był tylko zieloną linią na srebrnym tle, ale Harry wyraźnie widział jego wysunięty, rozdwojony język.
- Draco czasem zachowuje się jak kompletny idiota i myślę, że jest zakochany we własnym lustrze. – Z ust Harry`ego wydobył się długi syk.
- Hej! – oburzył się Draco.
Harry uniósł brew.
- Przecież nie zrozumiałeś nawet jednego słowa.
- Nie, ale dobrze cię znam, ty łobuzie. – Ślizgon uśmiechnął się i kontynuował. – To było wspaniałe – pochwalił Harry`ego. – Powinieneś robić to częściej. Założę się, że Morag byłaby pod wrażeniem.
- Malfoy, jeśli nie przestaniesz gadać o tej Morag...
Draco rozejrzał się wokół.
- Skoro nie podobają ci się Ślizgonki, to może zaciekawi cię fakt, że twoja słodka fanka nadal wykazuje tobą bardzo wyraźne zainteresowanie.
Harry odwrócił się i od razu dostrzegł kręcącą się nieopodal dziewczynę o płomiennych włosach.
- Mówisz o Ginny?
Usta Draco wykrzywiły się w drwiącym uśmieszku.
- Przecież nie o Creeveyu. I oto ona, Ginny Weasley, jak żywa i dwa razy bardziej tobą zafascynowana niż żywa. Masz szczęście, że nie jesteś typem nałogowego podrywacza; sześciu braci to dość niebezpieczna sprawa. Ale bycie przedmiotem adoracji to świetna zabawa.
- Draco. Pamiętasz jak rozmawialiśmy o nadopiekuńczości? To oznacza także, że nie wolno ci mnie swatać.
Był pewien, że Ginny wyszła po prostu na spacer. Owszem, była nim zauroczona odkąd się poznali, a fascynacja ta doprowadziła to tego, że dziewczyna pocałowała go kilka razy – i tak, owszem, może chciałaby się z nim umawiać, ale on nie był tym zainteresowany. Poza tym przecież nie mogła myśleć o tym poważnie.
Draco wydawał się być zraniony jego odpowiedzią.
- Staram się tylko pomóc. Skierować cię na ścieżkę szczęścia.
- Jestem szczęśliwy, dziękuję ci bardzo.
- Ale mógłbyś być jeszcze szczęśliwszy – nie ustępował Draco. – Nauczyłem Morag kilku rzeczy... To długa historia, o nocnym klubie, języku, cytrynach...
- Draco!
Chłopak przerwał i spojrzał na niego. Harry zauważył, że Ślizgon bezbłędnie wyczuwa, kiedy kończą się żarty.
- Przestań, dobrze? Nie chcę o tym słuchać. Zasługujesz na coś lepszego.
Draco uniósł brwi.
- Czasem naprawdę mówisz jak kretyn, Harry. Mam nadzieję, że zadajesz sobie z tego sprawę?
- Tak. Ale musisz ze mną wytrzymać jeszcze przynajmniej przez godzinę. Obiecałeś, że jeśli opowiem ci dokładnie o Komnacie Tajemnic, zostawisz na chwilę ten swój cholerny projekt. Teraz jesteś mój.
- Jestem daleki od tego, żeby wycofywać się z umowy – uśmiechnął się Draco. - Aczkolwiek, ta sprawa z komnatą wydaje mi się momentami nieprawdopodobna.
- Czy mógłbym cię okłamać? – spytał Harry, udając oburzenie.
- A czy ja cię o to oskarżam? Po prostu to całe wyciąganie miecza z tiary przypomina wyciąganie królika z kapelusza.
- Wizja zabijania bazyliszka za pomocą królika niezbyt mi się podoba.
- Och, a ja bardzo chciałbym zobaczyć coś takiego. Wyobraź to sobie. Wyobraź sobie tę akcję – Draco zaczął mówić tonem rozentuzjazmowanego narratora. – Odważny bohater wymachuje puszystym i piszczącym zwierzątkiem zagłady. „Wracaj, wracaj plugawy wężu!” Trzask! Rozpaczliwy skrzek. Hu...
Harry złapał go za rękaw i pociągnął za sobą.
- Ech, ty i ten twój melodramatyzm.
- Jak śmiesz! Nikt nie rozumie mojej artystycznej duszy.
Rozbawiony Harry pokręcił głową. Draco dąsał się przez chwilę, ale zaraz rozchmurzył się i zaczął nucić coś pod nosem, prawdopodobnie by podkreślić fakt, że jest bardzo utalentowany. Albo po to, aby dokuczyć Harry`emu.
Zawsze podśpiewywał tę samą piosenkę. Pochodziła z repertuaru Fatalnych Jędz. Najwyraźniej Draco lubił ten utwór.
Pewnego wieczoru, na szóstym roku, przyjaciele (szczególnie Seamus go do tego namawiał, ale Harry nie chciał teraz o nim myśleć) zaciągnęli Harry`ego do klubu w Hogsmeade. Harry siedział całą noc gapiąc się w piwo, słuchając piosenek zespołu Fatalne Jędze i czując coraz większą odrazę do każdej z nich. W dodatku cały czas usiłował omijać wzrokiem Rona i Hermionę oraz Seamusa i Lavender, którzy wtedy byli razem...
Najbardziej znienawidził jeden kawałek, bo gdy zespół zaczął wykonywać ten utwór, wśród siedzących przy barze skąpo poubieranych Ślizgonów zapanował ruch i nagle całą gromadą ruszyli na środek sali. Ślizgoni nie potrzebowali szczególnego powodu, żeby upijać się i szokować tłumy.
Harry pamiętał swoje zaskoczenie, gdy ujrzał, że nie tylko dziewczęta ubrane są w bardzo krótkie szaty – Zabini, i Malfoy także mieli na sobie bardzo nieprzyzwoite stroje. Szata Zabiniego zdawała się być zrobiona ze smoczej skóry i miała z przodu rozcięcie, ukazujące nagą pierś chłopaka. Malfoy miał obcisłą szatę bez rękawów. Harry pomyślał złośliwie „Typowe” i skrzywił się nad swoim piwem kremowym, gdy Ślizgoni entuzjastycznie zaczęli wykrzykiwać słowa piosenki.
W świetle neonowych lamp, usta Malfoya wydawały się niesamowicie czerwone.
Harry pomyślał, że to koszmarna piosenka.
- Nikt nie chce z tobą tańczyć, Potter? Nie mogę powiedzieć, żebym był tym choć trochę zaskoczony.
Harry rozpoznał ten złośliwy głos, zanim spojrzał w górę. Malfoy usiadł przy stole i oparł łokcie na blacie.
Ślizgon był pijany i spocony. Gdy chłopak pochylił się, Harry poczuł od niego ostry zapach alkoholu i rozgrzanego ciała. Malfoy zajrzał do szklanki Harry`ego i parsknął śmiechem.
- Piwo kremowe? Widzę, że walczysz z Longottomem o tytuł Najbardziej Żałosnego Ucznia w Hogwarcie. No Potter, na pewno ci się uda. Wierzę w ciebie.
- Odwal się ode mnie, Malfoy. – Harry odepchnął go mocno.
Zastanawiał się, jaki wielki grzech popełnił, by zasłużyć na taką karę, jaką była obecność Malfoya.
Harry`ego uratował Zabini, który podszedł do Malfoya od tyłu i musnął dłonią jego biodro. Nawet wtedy Harry zauważył, że Zabini bardzo często i zupełnie bez potrzeby dotyka Malfoya.
- Nie tańczysz, Draco? To twoja ulubiona piosenka.
Malfoy spojrzał na Harry`ego, a jego zamglone alkoholem oczy rozbłysły.
- Oczywiście, że tańczę – odparł.
Harry wyszedł. Nie miał zamiaru pozostawać dłużej obiektem drwin, ani oglądać perwersyjnych tańców Ślizgonów.
Och, jak on wtedy nienawidził tej piosenki.
Teraz już nie czuł tej złości, co wtedy.
Gdy Draco uniósł brwi i spojrzał na niego, Harry zdał sobie sprawę, że nieświadomie mruczał melodię pod nosem.
- Możemy razem zaśpiewać – zaproponował Draco.
- Nie, dzięki – odparł Harry. – Śpiewam tak samo, jak tańczę.
- Nie śpiewa. Nie tańczy. Wszystko co potrafi, panie i panowie, to zabijać potwory za pomocą królików.
- Nie... – Harry przerwał i zaśmiał się. – Potrafię znacznie więcej.
- I bardzo dobrze posługuje się wężomową – dodał Draco. – Przyznaję.
Harry zadrżał. Przypomniał sobie mówiącego językiem wężów Toma Riddle i poczuł obrzydzenie na wspomnienie słów Dumbledore`a: „Przekazał ci cząstkę swej mocy”. Nie zgodziłby się powiedzieć nic w języku wężów, jeśli nie poprosiłby go o to Draco i gdyby nie czuł się trochę winny.
A miał wyrzuty sumienia, ponieważ wywabił Draco z pokoju i tak naprawdę nie dotrzymał obietnicy. Nie opowiedział przyjacielowi całej historii. Opuścił tę część, kiedy to pewien czarny charakter, podrzucając pamiętnik niewinnej dziewczynie, przypieczętował jej los.
Harry chciał oszczędzić Draco rozczarowania; chciał go chronić za wszelką cenę. Dlatego nie wspomniał nazwiska Lucjusza Malfoya. Nie powinien się obwiniać tylko dlatego, że chciał chronić Draco, ale nic nie mógł na to poradzić.
Na myśl o tym zatrząsł się znowu.
- Na wrota Azkabanu, Harry, przecież ty zamarzasz – zauważył Draco. – Ty bałwanie, dlaczego nie włożyłeś rękawiczek?
Obrzucił Harry`ego krytycznym spojrzeniem i poprawił szalik na szyi chłopaka. Tak, faktycznie musiało być bardzo zimno, gdyż oddech, który Harry poczuł na swoim policzku, kiedy Draco zbliżył się do niego, wydał mu się bardzo gorący.
- Ostatnie ochłodzenie w roku, przymrozki – narzekał Draco. – Co za sadysta wymyślił sobie, że najlepszą porą na ostatnie przymrozki ma być maj?
- Draco – zwrócił mu uwagę Harry. – Przecież nikt nie wymyśla takich rzeczy.
Draco przygryzł dolną wargę.
- To pewnie zemsta losu, za jakieś uczynione w przeszłości przestępstwa.
- No to masz szczęście, że nie pada śnieg.
Draco zrobił okropną minę, zezując na niego spod nasuniętego głęboko na czoło kapelusza.
- Ja przynajmniej włożyłem odpowiedni kapelusz i rękawiczki – powiedział z satysfakcją.
To było takie typowe dla Draco – nawet jego kapelusz i rękawiczki harmonizowały idealnie z szalikiem w barwach Ślizgonów, który miał zawiązany na szyi. Wyglądało na to, że Draco uważa za kompromitujące noszenie niedopasowanych rękawiczek. Harry zauważył, że chłopak podkreśla to przy każdej okazji.
Nagle Harry przypomniał sobie ostatni dzień, kiedy padał śnieg. To było tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Spacerował z Ronem i Hermioną starając się ignorować ich przekomarzania na temat jemioły, gdy nagle dostrzegł rękawiczki i kapelusz tego próżnego drania, Malfoya.
W tym samym momencie, do Malfoya podszedł od tyłu Terry Boot i włożył mu za kołnierz śniegową kulkę. Malfoy był tak zszokowany, że aż usiadł na ziemi. Wyglądał komicznie - jednocześnie oburzony i próbujący powstrzymać się od śmiechu. Harry przypomniał sobie własne zdziwienie na widok tej pozbawionej złości reakcji Ślizgona.
Malfoy patrzył na Terry`ego, a na jego jasnych rzęsach skrzyły się pojedyncze płatki śniegu.
Potem oczywiście zerwał się, by wziąć śnieżny odwet na napastniku. Kilku Krukonów stanęło w obronie swojego prefekta, a Harry skrzyknął Gryfonów, aby im pomóc.
Cała walka zakończyła się, jak każda sprzeczka w Hogwarcie, bitwą pomiędzy Slytherinem i Gryffindorem. Crabbe i Goyle rzucali otoczone śniegiem kamienie, a Pansy broniąc Malfoya w bardzo mało kobiecy sposób, kopnęła Rona tak, że biedak zwijał się w bólu leżąc na śniegu.
- Masz szczęście, Granger – wydyszał Malfoy. – Gdyby to była Millicenta, chodziłabyś teraz z kastratem. – Na jego ustach pojawił się złośliwy uśmieszek. - A to mogłoby być bardzo zabawne...
Z ośnieżonego pagórka schodzili Snape i McGonagall, by rozdać szlabany i rozdzielić najzażarciej walczących przeciwników.
- Potter, wstawaj natychmiast! Jestem absolutnie oburzona twoim zachowaniem. Czyś się tarzał w śniegu? Idź do pokoju i zaraz się przebierz.
- Malfoy, kiedy w końcu wyrośniesz z tych infantylnych ataków na... Co u diabła stało się z twoimi ustami?
- Potter próbował mnie nakarmić lodem!
- To Malfoy wszystko zaczął – warknął Harry.
Snape dyskretnie ścisnął Malfoya za ramię, aby pohamować jego zapędy. Malfoy był na tyle zawstydzony obecnością swojego ulubionego nauczyciela, że zdecydował się rzucić tylko Harry`emu szydercze spojrzenie zza pleców McGonagall.
Harry popatrzył na Malfoya, na jego przekrzywiony, głupi kapelusz, zaczerwienione wargi i pomyślał, że nienawidzi tego chłopaka najbardziej na świecie.
- Mam coś na ustach?
Harry zamrugał.
- Nie. Myślałem tylko o zimie, pod koniec zeszłego roku i o umm...
Draco odchylił głowę i zaśmiał się wesoło.
- I o tym jak próbowałeś nakarmić mnie lodem, pamiętam to. Ty podstępny łotrzyku. Przechodziłem wtedy trudny okres, wiesz...
- Tak, cóż... – Harry przypomniał sobie, co Draco powiedział mu kiedyś nad jeziorem. – W tamtych czasach nie bawiliśmy w „szczerość za szczerość”.
Draco rozpromienił się, a Harry wiedział, że przyjaciel zrozumiał aluzję.
W bramie pojawiły się Parvati i Lavender. Zatrzymały się na moment, żeby zamienić kilka słów z Ginny i ruszyły w ich kierunku.
Harry zapragnął, żeby do nich nie podchodziły. Pomiędzy zajęciami, odrabianiem zadań i spotkaniami Młodzieżowej Sekcji Zakonu i Rady Młodszych, nie mieli zbyt dużo czasu, żeby spotykać się z Draco sam na sam. Harry nie życzył sobie teraz niczyjej obecności.
- Cześć Harry – przywitała go zaróżowiona od zimna Lavender.
- Fajny kapelusz, Malfoy – zauważyła Parvati, podpierając się ręką pod bok i unosząc brew.
Dziewczyna była ładna, miła i stanowiła dobre towarzystwo, ale teraz Harry chciał tylko, żeby sobie poszła.
- Wiem – odparł Draco zadowolony. – To dlatego właśnie Ginny Weasley się tu kręci. Ma nadzieję, że zrobię śmiały striptiz, zostając na końcu w samym kapeluszu. Na drugie imię mam Seksowny.
Obie dziewczyny zachichotały.
- O czym tak żywo dyskutowaliście, zanim przyszłyśmy? – dopytywała się Parvati żartobliwym tonem.
- Głównie o zabijaniu gadów za pomocą małych puszystych zwierzątek. – Draco zmarszczył czoło.
Lavender była wyraźnie zdumiona.
- I o tańczeniu. Harry nie potrafi ani tańczyć, ani śpiewać. Czy to nie zaskakujące? – uśmiechnął się Draco czarująco.
- Tak, pamiętam, że musiałam prowadzić podczas pierwszego balu Bożonarodzeniowego...
- Miałem wtedy czternaście lat! – zaprotestował Harry.
- Oczywiście, że tak – rzekł Draco rozkładając ręce. – I nie wszyscy przecież rodzą się z naturalnym wdziękiem... – Nieznacznie machnął ręką w stronę Parvati, ale zmienił zdanie i wskazał na siebie - ...tak jak ja.
- Widziałam cię kilka razy w klubie – stwierdziła Parvati. – Wiem co masz na myśli.
- Chcesz przez to powiedzieć, że nie o wdzięk tu chodzi a wrodzoną skłonność do rozpusty – zasugerował Harry machinalnie uchylając się, zanim Draco spróbował go trzepnąć.
- W ogóle we mnie nie wierzysz – powiedział Draco z pretensją. – Dobrze więc, podejmę twoją rękawicę.
Zdjął zębami prawą rękawiczkę, potem lewą, a następnie rzucił je Harry`emu.
- No, zobaczymy – ciągnął, wieszając swój szalik na ramieniu Harry`ego. – A teraz, przejdźmy od słów do czynów, Patil.
Złapał Parvati za rękę, pociągnął na otwartą przestrzeń dziedzińca i ignorując jej okrzyk zaskoczenia, obrócił ją w koło i chwycił w ramiona. Potem, podtrzymując jedną ręką, przechylił dziewczynę do tyłu.
Spojrzał na Harry`ego i posłał mu lekki uśmiech.
- I kto teraz powie, że nie potrafię tańczyć?
Harry nie miał szans odpowiedzieć, bo w tym samym momencie, zauważył biegnącą w ich stronę Padmę Patil.
Później Harry bardzo długo pamiętał jak wyglądały twarze bliźniaczek Patil w tym momencie – identyczne, a odbijające tak różne emocje. Parvati - zarumienioną, uśmiechniętą, niewinną i podekscytowaną, i Padmy – ściągniętą, niemal białą z przerażenia.
- Chodźcie szybko – zawołała Krukonka łamiącym się głosem. – Jesteście potrzebni na zebraniu Młodzieżowej Sekcji Zakonu, natychmiast!


*

Obecni na spotkaniu uczniowie nie rozmawiali tak jak zwykle przed rozpoczęciem zebrania. W ciszy i ze zgrozą wpatrywali się w Lupina. Obok Harry`ego siedziały Hermiona i Ginny – obie mocno trzymały go za ręce. Ginny była bliska płaczu. Harry uśmiechnął się lekko, próbując pocieszyć sino-szarego Neville`a. Nie sądził jednak, żeby był to bardzo przekonujący uśmiech. Profesor Lupin, zawsze emanujący spokojem i ciepłem, tym razem był bardzo poważny.
Wszyscy zgromadzili się przy stole, skupiając się w cztery ciasne grupki. Najdalej od wszystkich i tłocząc się najbardziej, siedzieli Ślizgoni. Ale oni zwykle zachowywali się w ten sposób.
Harry zwykle nie zwracał na to uwagi.
Wszyscy czekali, aż Lupin się odezwie. Profesor zaczął mówić cichym i bardzo oficjalnym tonem, z wzrokiem wbitym w stół.
- Panna Granger i pan Boot zostali wyznaczeni do przeprowadzenia badań nad zaklęciami ochronnymi. Przeglądali księgi zawierające bardzo stare zaklęcia, które profesor Dumbledore użył w kilku przypadkach, aby zabezpieczyć niektóre miejsca. – Wzrok Lupina zawisł na moment na Harrym. – Pojawił się pomysł, aby otoczyć takimi zaklęciami pomieszczenie, w którym uczniowie mogliby się schronić w razie alarmu. Jak do tej pory poczynili bardzo obiecujące postępy. Ale dzisiejszego ranka okazało się, że wstępne zabezpieczenia zostały przełamane, a plany skradzione.
Lupin potoczył wzrokiem po uczniach.
Uścisk Hermiony niemal miażdżył Harry`emu rękę.
- Szpieg dopuścił się otwartego sabotażu. To, w czym pokładaliśmy olbrzymie nadzieje, zostało nam odebrane. Przy okazji zmarnowane zostało wiele pracy i magii. Musimy dowiedzieć się, kto o wszystkim wiedział. I przyznaję, że ja jestem jedną z tych osób. Podczas pracy panna Granger konsultowała się ze mną, a ja rozmawiałem o tej sprawie z kilkorgiem nauczycieli.
Lupin zamilkł na chwilkę. Harry najbardziej nienawidził wojny wtedy, gdy dorośli, na których liczył, wyglądali tak staro i bezbronnie.
- Jestem pierwszym podejrzanym – powiedział w końcu nauczyciel i uniósł rękę, aby uciszyć pomruki protestu. – Nalegam też, aby panna Granger i pan Boot powiedzieli nam o innych możliwościach przecieku informacji. Musimy ustalić listę podejrzanych.
Harry popatrzył na Hermionę. Oczy dziewczyny wydawały się olbrzymie w porównaniu do jej nagle skurczonej twarzy.
- Powiedziałam Ronowi – wyznała cicho. – I... i Ginny. Bardzo się bała, więc pomyślałam, że to ją trochę uspokoi.
- Panie Boot? – zwrócił się do chłopca Lupin, nie komentując słów Hermiony.
- Padma i Mandy wiedziały – stwierdził Terry. – Zawsze pracujemy razem. Razem także prowadziliśmy badania.
- Czy to już wszyscy?
Hermiona i Terry powoli skinęli głowami.
- Nie – odezwał się chłodny, rzeczowy głos. Wszyscy odwrócili głowy w kierunku grupy Ślizgonów. – Ja wiedziałem – ciągnął Draco, z twarzą pozbawioną emocji. – Boot wspomniał mi o tym, gdy pełniliśmy straż przy frontowej bramie. Pomagałem mu rozwiązać problem z jednym zaklęciem.
Na chwilę wszyscy zamarli. Harry spojrzał w wypełnione spokojem oczy Draco.
I nagle wybuchło pandemonium.
Wszyscy zaczęli zrywać się od stołu, krzyczeć, potrząsać głowami i prowadzić żywe dyskusje z sąsiadami. Potem, bez porozumienia, zupełnie naturalnie odwrócili się plecami do Ślizgonów.
- Nie powiedziałem, bo wiedziałem, że wszyscy zwalą winę na niego! – krzyknął Boot. – A to nie on.
- Myślę, że to faktycznie mało prawdopodobne – odparła Padma Patil, obserwując chłodno Draco.
- Mało prawdopodobne? – wrzasnął Ron zrywając się na nogi. – To na pewno on! Wystarczy na niego spojrzeć, żeby mieć co do tego pewność! Powinien być natychmiast odesłany do cholernego Azkabanu...
Crabbe i Goyle zacisnęli pięści, ale to Pansy Parkinson próbowała przeskoczyć przez stół.
- Zabiję cię za to, Weasley!
- Łap ją, Goyle – rozkazał Draco.
Pansy wściekle szarpała się w mocnym uścisku Goyle`a.
- Zabiję cię!
- Oczywiście jego dziewczyna zawsze będzie...
- Zamknij tę głupią jadaczkę!
Hermiona puściła rękę Harry`ego i rzuciła się w kierunku stołu. Jej oczy błyszczały, a na policzkach wykwitły dwie krwistoczerwone plamy.
- Nie waż się mówić w ten sposób do Rona – powiedziała ostro. - Jak Malfoy w ogóle śmie zakradać się tu, udając, że jest po naszej stronie i rzucać podejrzenia, na takich ludzi jak profesor Lupin! Nigdy nie powinniśmy byli mu zaufać. Nie powinniśmy ufać żadnemu z was!
- Usiądź, Hermiono.
Hermiona spojrzała na Harry`ego, a chłopak pomimo dławiącego strachu i rozpierającej pierś furii, zorientował się, że to on wypowiedział te słowa.
Prawie nikt tego nie zauważył. Wszyscy zbyt byli zajęci krzyczeniem, pytaniem i odsuwaniem się od grupy Ślizgonów. Ron i Pansy obrzucali się obelgami, podczas gdy dziewczyna usiłowała ugryźć Goyle’a i wyrwać się z jego rąk. Blaise Zabini mówił coś do Padmy. Crabbe gapił się wymownie na kilku Puchonów, którzy natychmiast zamilkli. Prawie każdy Ślizgon zajadle się z kimś wykłócał.
Ale Draco patrzył zamyślony na Harry`ego. Zaskoczona Hermiona także spojrzała na przyjaciela.
- Harry, nie możesz nadal temu zaprzeczać – wyszeptała. – Harry, to szaleństwo...
- On tego nie zrobił – powiedział Harry spokojnie.
Ginny trzęsła się okropnie, ale nic go to nie obchodziło.
- Proszę o ciszę – odezwał się Lupin, próbując przekrzyczeć hałas.
Harry spojrzał na niego z rozpaczą i nadzieją.
Zrób coś, powiedz im. Draco ci ufa, powiedz im, powiedz im, że...
Gwar powoli ucichł.
- Czy może pan udowodnić swoją niewinność, panie Malfoy? – zapytał Lupin cicho.
Draco zlustrował obecnych i wykrzywił usta w gorzkim i kpiącym uśmiechu.
- Nie będę marnował słów.


*


- Znalezione nie kradzione.
Harry głucho warknął hasło, które dał mu Draco i niemal siłą odsunął ciemny, złośliwy kamień, który zbyt wolno odsłaniał przejście do kwater Slytherinu. Zgromadzeni w pokoju wspólnym Ślizgoni nie zatrzymywali go, nie pytali o nic, ani nawet nie patrzyli, gdy przechodził obok nich jak burza.
Załomotał w drzwi i bez wahania wpadł do pokoju Draco.
Ślizgon leżał na łóżku, czytając książkę. Odłożył ją i spojrzał na Harry`ego.
- O, to ty – zauważył spokojnie.
Harry momentalnie znalazł się przy łóżku.
- Co ty wyprawiasz?! – krzyknął.
- Nie wiem, o czym mówisz – wycedził Draco, a ton jego głosu doprowadził Harry`ego niemal do szału.
Złapał Ślizgona za gors.
- Hej! – wrzasnął Draco oburzony. – Co ty...?
- Powiedz mi – wysapał Harry – dlaczego nawet nie zaprzeczyłeś temu wszystkiemu?!
Draco wyszarpnął się z uchwytu Harry`ego i zeskoczył z łóżka.
- A dlaczego pytasz? – Jego głos nadal był chłodny i tylko cień rumieńca na jego twarzy wskazywał jak bardzo jest wściekły.
- Co? – zdumiał się Harry. Dlaczego Draco go o to pyta? Czy to nie oczywiste, że Harry musi ochraniać przyjaciela, nawet przed nim samym? Czy to nie jasne?
Draco stał, spoglądając na niego, z dziwnym błyskiem w oku.
- Myślisz, że to zrobiłem?
Na moment, Harry po prostu gapił się na niego. Draco nie odwrócił wzroku.
- No? – powtórzył. – Tak myślisz?
- Nie! – Harry prawie wrzasnął. – Oczywiście, że nie!
- Jesteś tego pewien? – Draco uśmiechnął się nieprzyjemnie.
- Jestem tego pewien – odparł Harry z wielkim przekonaniem, pomimo emocji, które nim szarpały. – Jestem tego absolutnie pewien. Znam cię.
- Mogłem cię okłamywać.
- Draco – wysapał Harry. – Ty nawet nie potrafisz dobrze kłamać!
- Potrafię! Ja... – Draco wydawał się bardzo urażony.
- Jesteś w tym beznadziejny – ciągnął Harry nieubłaganie. – Wszyscy wiedzą, kiedy kłamiesz, bo nie obchodzi cię nawet, czy ich oszukasz i skupiasz się tylko na myśli, że cokolwiek robisz, potrafisz robić to fantastycznie. Nawet na sekundę nie mógłbyś mnie oszukać, że jest inaczej, kiedy mnie nie lubiłeś; nie potrafiłeś nawet udawać, że zostałeś poważnie zraniony w rękę. Byłbyś najgorszym szpiegiem, jakiego widział świat!
Draco wydął wargi. Wyglądał na kompletnie zaskoczonego.
- Cóż...
Harry uśmiechnął się lekko na ten wyraz rejterady.
- Widzisz? – powiedział łagodniej. – Znam cię.
Draco przyglądał mu się badawczo.
- I myślisz, że tego nie zrobiłem?
- Wiem, że tego nie zrobiłeś.
- Absolutnie?
- Tak.
- Bez żadnych dodatkowych pytań?
- Tak.
- I nic, cokolwiek byś nie usłyszał, nie zmieni twojego zdania?
- Tak! – warknął Harry robiąc krok w kierunku Ślizgona, nie mając innego pomysłu, jak tylko pięścią przemówić przyjacielowi do rozsądku.
Draco zamrugał, cofnął się i roześmiał.
- A jak myślisz, ile osób pokłada we mnie taką wiarę jak ty?
Harry zmarszczył brwi.
- Ja... jestem pewien, że jeśli temu zaprzeczysz, to wiele osób ci...
- Uwierzy w słowa Ślizgona? – zapytał Draco. – Uwierzy w moje słowa? Przedstawię ci to w ten sposób. Powiedzmy, że to wszystko dzieje się sześć miesięcy temu. Cokolwiek bym nie powiedział, czy uwierzył byś mi choć na sekundę?
Harry bardzo chciał powiedzieć „tak”, ale przypomniał sobie, że gdy miał dwanaście lat, był przekonany, że chłopak, który przed nim stoi jest dziedzicem Slytherina.
Nie było możliwości, żeby uwierzył mu pół roku temu.
- Widzisz – powiedział Draco. – Oni nadal będą myśleli, że to ja. Zaprzeczyłbym temu, gdybym wierzył, że to coś zmieni, ale tak się nie stanie. I nie zamierzam płaszczyć się przed zgromadzeniem krytycznie zastawionych Krukonów i tchórzliwych Puchonów, za mniej niż nic.
To było głupie, ale typowe dla Draco; i była w tym dziwna logika. I Draco wspomniał o Krukonach...
- Dlaczego Terry Boot powiedział ci o tym? – zastanawiał się Harry oburzony. – Musiał wiedzieć, co ludzie pomyślą, jeśli wyjdzie na jaw, że znałeś sprawę. Widocznie miał w tym jakiś cel.
Draco wydawał się lekko oszołomiony.
- Na pewno nie zrobił tego specjalnie – odparł. – Jest moim przyjacielem.
Harry pamiętał spotkanie Zakonu, kiedy dyskutowali o magomedykach i mugolach. Przypomniał sobie, jak na początku spotkania, gdy Terry spoglądał na Draco, zastanawiał się czy chłopcy się przyjaźnią.
Teraz uzyskał odpowiedź.
- Od kiedy?
Draco uniósł brew.
- Od początku tego roku. Zaskoczyło mnie, gdy został głównym prefektem. Zawsze byłem przekonany, że to będziesz ty lub ja. Przyzwyczaiłem się do myśli, że jeśli zwyciężę to na rok przynajmniej zamienię życie Gryfonów w piekło; a jeśli poniosę porażkę, to będę najbardziej nieznośnym i buntującym się prefektem, jakiego mógłbyś sobie wyobrazić.
- Jesteś paskudnym łajdakiem.
Draco wzruszył ramionami.
- Pomyślałem, że to był neutralny wybór. Ale nie byłem pewien. A ponieważ bardzo mnie to interesowało, postanowiłem go bliżej poznać. Postarałem się, żebyśmy wspólnie robili projekt z astronomii.
- Ty i te twoje podstępne ślizgońskie plany. Mogłeś przecież zwyczajnie z nim porozmawiać.
Draco zadarł brodę.
- Lubię, gdy życie jest ciekawe. A on jest interesujący. Jest inteligentny i jest świetnym obserwatorem. Polubiłbyś go.
- On też nie wierzy, że ty to zrobiłeś, prawda?
- Cóż, ma swoje powody. Na pewno, nie chce być tym, który zdradził sekrety szpiegowi.
- Nie jesteś szpiegiem. I nawet tak nie mów.
Draco znowu przyjrzał mu się uważnie - zupełnie, jakby próbował przetłumaczyć jakiś trudny tekst i nie był do końca przekonany, czy wszystko dobrze zrozumiał.
- Jesteś pewien? – zapytał. – To znaczy... jesteś tego zupełnie pewien? Wiem, że powiesz, że tak, ale wszyscy twoi przyjaciele będą myśleć, że nim jestem, więc jeśli choć trochę się wahasz, powiedz mi. Nie zależy mi na twojej gryfońskiej szlachetności, nie chcę żebyś oceniał mnie przez pryzmat zasad, jakie wyznajesz, chcę wiedzieć...
- Draco, przestań zachowywać się jak głupek!
Draco nie słuchał. Oddychał szybko, a plamy na jego policzkach pociemniały.
- Zaprzeczę temu wszystkiemu, jeśli chcesz żebym to zrobił – powiedział chrapliwie. – Nie zrobiłbym tego dla nich, ale dla ciebie tak. To nie ja. Naprawdę musiałeś to usłyszeć?
Harry zauważył, zaciśnięte pięści Draco i chwycił przyjaciela za ramię.
- Nie – powiedział i zadał sobie sprawę, że oddycha równie szybko jak Ślizgon. – Nie potrzebowałem tego. Nie od ciebie.
I nagle Draco rozluźnił się, a na jego twarz powrócił leniwy uśmieszek.
- To wystarczy – podsumował i uśmiechnął się promiennie. – Ty mi wierzysz. Ślizgoni mi wierzą. Nikt inny się nie liczy.
Drzwi otworzyły się i do pokoju weszli Zabini, Pansy, Crabbe i Goyle.
- Och, na Merlina, to znowu ty – stwierdził Zabini z obrzydzeniem. – Musisz się tu kręcić? Nie masz swojego domu?
- Musimy porozmawiać z Draco. – Pansy poinformowała Harry`ego zwięźle.
- Cześć – pożegnał go wymownie Crabbe.
- Nie musicie być niemili dla mojego gościa – powiedział Draco, ale bez złości. Harry zobaczył, że przyjaciel patrzy na Pansy. Widać było, że dziewczyna płakała.
- Pójdę już – oświadczył Harry, zmierzając ku drzwiom.
Draco poszedł za nim i powiedział cicho.
- Jest piątek. Moglibyśmy iść na chwilę do Hogsmeade.
- Tak? – ucieszył się Harry. – Z przyjemnością.
- Zobaczymy się za dwie godziny – oznajmił Draco i zwrócił się do reszty. – Crabbe, Goyle, odprowadzicie go – rozkazał. - Nikt nie powinien chodzić sam, a Lupin zapadnie na siedem różnych chorób, jeśli odkryje, że Harry Potter odbywa samotne wędrówki po lochach Slytherinu.
Crabbe i Goyle podeszli do drzwi bez chwili wahania.
Gdy opuszczali pokój, Harry spojrzał jeszcze przez ramię. Pansy popłakiwała ze złości i Draco objął ją ramieniem. Zabini przygryzał wargi.
Crabbe i Goyle odprowadzili go w milczeniu. Po drodze nie zamienili ze sobą ani jednego słowa, ale gdy dotarli do portretu Grubej Damy, Harry zatrzymał się i zwrócił do nich.
- Wiem, że on tego nie zrobił – powiedział.
Zapadła chwila ciszy.
- Pewno, że nie – chrząknął Crabbe.
Odwrócili się jak na komendę i odeszli powoli. Harry patrzył za nimi jeszcze przez chwilę.


*

I w końcu musiał wejść do środka i stawić wszystkim czoło.
Gdy pojawił się w drzwiach, Hermiona podniosła głowę. Jej oczy błyszczały. Mocno trzymała Rona za rękę. Rudzielec był blady z wściekłości, a jego piegi wyglądały jak fosforyzujące czubki szpilek. Parvati z twarzą we łzach siedziała skulona na krześle, ale w jej oczach nie było przekonania, czy powinna go wesprzeć. Za nią stała jej siostra. Na szyi nadal miała zawiązany szalik w krukońskich barwach.
Padma Patil zwróciła na Harry`ego oczy. Były suche i przepełnione wściekłością, podobnie jak jej głos.
- Rozmawiałyśmy trochę z Hermioną – odezwała się.
- Jak miło – odparł Harry chłodno.
- Harry! – krzyknął nagle Ron, nie mogąc powstrzymać oburzenia.
- O co chodzi, Ron? – prychnął Harry. – Masz coś do powiedzenia? Kolejnie bzdury typu „nie chcę ci tego odbierać”? Znowu będziesz rzucał oskarżenia na kogoś, komu ufam?
- Harry, ale wszystko się zmieniło... – zaczął Ron.
- Wszystko, to znaczy co? – przerwał mu Harry.
- Bo teraz mamy powody wierzyć, że on jest szpiegiem.
Tym razem nie był to głos przepełniony złością. Harry momentalnie go znienawidził, bo wiedział, że tym głosem przemawia cała szkoła - bez osobistych antypatii, bez namiętności, za to z żelazną logiką, która pogrąży Draco całkowicie.
Oczywiście należał on do Padmy.
- Dlaczego? – zapytał Harry z napięciem. – Dlaczego on ma być bardziej podejrzany niż inni, którzy wiedzieli?
- Dlaczego...?! – Ron zaniemówił z wściekłości, a Hermiona położyła mu rękę na ramieniu, ruchem głowy nakazując Padmie kontynuować.
Padma Patil - dziewczyna, która była idealną Krukonką; która naturalnie została wybrana na prefekta i członka Rady; która była ładna i mądra, i która nie ukrawała pogardy, gdy Ron zabrał ją na bal ubrany w poszarpaną szatę wyjściową.
Harry nigdy jej nie lubił.
- To poważne powody, Harry – powiedziała i och, Hermiona mądrze pozwoliła jej mówić, bo przyjaciółka nie potrafiłaby znieść jego obojętności. – Jest jedynym Ślizgonem, który o tym wiedział, a wszyscy mroczni czarodzieje pochodzą ze Slytherinu. Jest synem Lucjusza Malfoya i wszyscy wiemy, że ma antymugolskie przekonania. Zawsze zastanawialiśmy się, dlaczego zechciał nas wesprzeć. Jeśli jest szpiegiem, wszystko to nabiera sensu.
- Jest szpiegiem – warknął Ron.
- Harry – powiedziała Hermiona łagodnie. – Musi być.
Harry zacisnął powieki, bo przed oczami zaczęły mu latać czerwone plamy. Natychmiast przypomniał sobie Draco, który z zarumienioną twarzą mówił „Nie zrobiłem tego. Naprawdę musiałeś to usłyszeć?”.
- Nie – syknął. – Znam go.
- Znasz go? – spytała Padma. – Nie poświęcałeś mu zbyt wiele uwagi w zeszłych latach. Nie wydaje ci się podejrzane, że nagle zdecydował zaprzyjaźnić się z tobą – Harrym Potterem; i to w tym samym czasie, kiedy dziwnym zbiegiem okoliczności ktoś zaczął przekazywać informacje drugiej stronie? On cię wykorzystuje.
Harry rozwarł powieki i w oczach Rona dostrzegł nagłe zrozumienie, potem odbicie chwilowej koncentracji i wynik przemyśleń – gniew.
- Zabiję go – wycharczał Ron.
A Harry pomyślał, że wszystko obraca się przeciw niemu.
- Nie waż się go dotknąć – odparł lodowatym tonem. – Żadne z was. Spędziłem z nim wiele czasu, a wy nie. To nieprawda, że przedtem nie myślałem o nim wiele. Nie. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele o nim myślałem. Ale teraz wiem.
- Spędziłeś z nim wiele czasu – powtórzyła Padma kpiąco. – Więc co możesz nam o nim powiedzieć? Co teraz o nim myślisz?
Harry pomyślał, że jego odpowiedź wywoła skandal, który zapewne odbije się szerokim echem.
- Myślę, że jest wspaniały – powiedział miękko.
- Manipuluje tobą! – wtrąciła się Hermiona. – To nie twoja wina Harry, wiem, jaki jesteś lojalny, wiem wszystko, ale musisz zacząć myśleć. Harry pamiętaj, kto był zdrajcą... przyjaciel twojego ojca. Nie możesz tak ślepo mu ufać.
Harry zdał sobie sprawę, ku własnemu, lekkiemu zaskoczeniu, że cały się trzęsie. Porównują Draco to tego... tego...
- Tym zdrajcą – wycedził przez zaciśnięte zęby - był ktoś komu wszyscy ufali.
Spojrzał na Padmę Patil, bo nie mógł zrobić tego Hermionie czy Ronowi. Popatrzyła na niego z narastającym oburzeniem.
- Jak śmiesz! – krzyknęła.
- Jak śmiesz – odciął się Harry – przychodzić tutaj, do mojego domu i obrażać w nim mojego przyjaciela. Jak byś się czuła, gdybym to ja obrażał twojego przyjaciela? Nie chcę słyszeć jednego słowa przeciwko niemu.
Miał tego dość. Nie zamierzał tu zostać ani chwili dłużej. Musiał przez chwilę być sam, musiał pomyśleć. A jeśli ktoś przyłapie go na samotnym wałęsaniu się po szkole, miał to gdzieś.
Obrzucił ich krótkim spojrzeniem - Rona, którego twarz była purpurowa; Hermionę, wyglądającą na potwornie wściekłą i bliską płaczu; i innych Gryfonów.
- I reszty też to dotyczy – dodał chłodno i wyszedł.


*

Ginny była zadowolona ze swego planu.
Harry na pewno nie wróci do kwater Gryffindoru, przynajmniej przez kilka godzin. Był wściekły – i nie ma się czemu dziwić. Ta Padma Patil stała tu, jakby była panią tego domu i oskarżała go.
A przecież on obronił Ginny przed bazyliszkiem. Można mu było ufać we wszystkim. Może faktycznie szpiegiem był Malfoy, a Harry miał jakiś sprytny plan. Może był po prostu lojalny wobec swojego przyjaciela, ale w końcu na pewno odkryje prawdę. Możliwe, że szpiegiem był ktoś inny, a on już wiedział kto i sam chciał rozwiązać sprawę.
Był jedynym, który mógł ich teraz ocalić. Był chłopcem, którego zawsze kochała i czuła wielki żal, że nikt mu nie wierzy.
Ginny chciała powiedzieć Harry`emu, że ona wierzy mu całkowicie. A on będzie bardzo zadowolony, gdy dowie się, że ktoś go rozumie.
Oczywiście nie miała bladego pojęcia, gdzie Harry mógł pójść, dlatego właśnie wymyśliła plan.
Wszyscy podejrzewali Malfoya, a Harry, zawsze lojalny, na pewno pospieszył, żeby być przy przyjacielu. Musiała tylko znaleźć Malfoya, a wtedy dowie się, gdzie jest Harry.
Czekała tylko kilka minut, gdy pierwszy obiekt pojawił się na widoku. Malfoy i Zabini wypadli z lochów, najwyraźniej zawzięcie się kłócąc.
Usłyszała imię „Harry” i nie miała już żadnych oporów, żeby podsłuchiwać.
- To nie tak jak myślisz. – Ginny była przerażona chłodem głosu Malfoya. – I nie liczę na to, że zrozumiesz. Nic nie wiesz o niewinnym dotyku.
- Czyli dokładnie tyle, ile ty, Draco – zadrwił Zabini. Starał się, żeby zabrzmiało to tak, jakby był rozbawiony, ale w jego tonie zabrzmiała irytacja.
Ginny nigdy nie lubiła Malfoya, ale jeśli o niego chodziło, zawsze była pewna na czym stoi. Wszyscy natomiast wiedzieli, że Zabiniemu nie można ufać. W jego oczach zawsze czaił się jakiś mrok a jego przystojna twarz była zbyt chytra, by być pociągająca.
- Oczywiście, że wiem więcej, z samego założenia – odparł Malfoy gładko. – Wiesz, że jestem trochę bardziej wybredny, niż ty. A ostatnio byłem wyjątkowo grzecznym chłopcem.
- Owszem. - Zabini był wyraźnie spięty. – Ostatnio nic nie jest takie jak kiedyś.
Ginny zaczynała czuć się źle, słuchając tej konwersacji. Myślała, że Malfoy natychmiast zaprowadzi ją do Harry`ego.
Usłyszała lodowaty głos Malfoya:
- A co dokładnie chcesz przez to powiedzieć?
- Słuchaj, Malfoy, jestem po prostu... zaniepokojony. A szczególnie teraz – powiedział nagle rzeczowo Zabini. – Wszystko, o co proszę to... powiedz, czy masz jakiś plan? Wiesz co robisz?
- Och, nie martw się – Malfoy mówił teraz łagodniej, jedwabistym głosem, jakby chciał uspokoić Zabiniego, albo jakby był świadom, że ktoś inny go słucha. – Wiem. Cześć, Harry.
Serce Ginny podskoczyło, gdy ujrzała Harry`ego. Zbliżał się do Ślizgonów z tym cudownym, radosnym uśmiechem.
Który przybladł nieco, gdy Harry dostrzegł Zabiniego. Jednak Malfoy wysunął się do przodu, a twarz Harry`ego znowu się rozpromieniła.
- Blaise właśnie wracał do pokoju – oświadczył Malfoy ze słodyczą w glosie i nagle jego chłodne oczy spoczęły na Ginny.
Ginny popatrzyła na niego z trwogą, przekonana, że on wie jak długo tam stała.
- Poza tym, ktoś musi odprowadzić śliczną Ginny do wieży Gryffindoru. – Spojrzenie, towarzyszące tym słowom, wydało się Ginny złowrogie, ale Harry roześmiał się. – Jestem pewien, że Blaise będzie zachwycony.
Zabini miał skwaszoną minę. Uśmiech Malfoya balansował na granicy figlarności, ale Ginny nadal nie widziała w nim szczerej wesołości.
- To nie będzie konieczne – odezwał się jakiś głos za nimi. – Zajmę się Ginny.
Dziewczyna odwróciła się zaskoczona, a potem z uspokoiła się na widok Deana. Stał zaraz za nią, a jego obecność dodała Ginny pewności siebie, podczas gdy Malfoy wymamrotał:
- Tak, wiemy, że chciałbyś...
- Draco! – Harry szturchnął go z wyrzutem i Malfoy zamilkł.
Oczywiście nikt nie powstrzymał Zabiniego. Ginny dostrzegła złośliwość w przeciągłym spojrzeniu, którym chłopak obrzucił Deana.
- Och, bardzo chętnie pójdę z nimi do wieży Gryffindoru – oznajmił Zabini z zadowoleniem lustrując zaskoczone twarze całej czwórki.
Harry przyglądał mu się z niechęcią i lekkim zakłopotaniem. Malfoy uśmiechał się z wyższością.
Dean zwrócił się do Zabiniego, zupełnie nie stropiony.
- Oczywiście, możesz towarzyszyć Ginny i mnie, jeśli masz ochotę.
Zabini był wyraźnie rozgoryczony.
- Widzę Malfoy, że i na twoje towarzystwo wielu ma ochotę – syknął i odszedł szybko. Gdy przepychał się obok Ginny i Deana, dziewczyna usłyszała jak mamrotał pod nosem: – I mam nadzieję, że naprawdę masz jakiś plan.
Ginny nie patrzyła na niego gdy odchodził; ani też na Deana. Była zbyt zajęta gapieniem się na Harry’ego, który tak wspaniale marszczył czoło. Chłopak dotknął ramienia Malfoya.
- Nie powinieneś chyba chodzić tylko z Zabinim – powiedział Harry cicho. – Wiesz, on jest...
Malfoy jak zwykle, w ten obrzydliwy sposób wygiął brwi.
- Jestem całkowicie bezpieczny. Nieszczęście spotka Czarnego Pana, który porwałby mnie i Zabiniego razem. Odesłałby nas z powrotem w ciągu tygodnia, dołączając notkę z wyrazami współczucia.
Harry uśmiechnął się szeroko.
- Myślę, że tylko jednego przyjęlibyśmy z powrotem – na moment zawiesił głos. – W sumie Zabini nie jest taki zły, biorąc pod uwagę drugą opcję.
Malfoy zrobił groźną minę.
- Wszystko w porządku? – spytał Dean, który taktownie udawał, że ich nie słucha. Ginny zawsze doceniała jego dyskrecję, gdy szli gdzieś razem, a ona zatrzymywała się by poplotkować z jakąś przyjaciółką.
- Tak, Thomas – odparł Malfoy, dramatycznie wywracając oczami. – To tylko ten mój durny Gryfon się wygłupia. Znowu.
- Dobrze, muszę dokończyć mój projekt z magii kreatywnej – powiedział Dean. – Na razie Malfoy, Harry.
Ginny była oszołomiona, że Malfoy uśmiechnął się do Deana. Ten uśmiech sprawił, że twarz Ślizgona wydawała się jaśniejsza i młodsza.
Harry także przyglądał mu się z uwagą i Ginny doszła do wniosku, że też był tym zaskoczony.
Wzięła delikatnie Deana za ramię i spojrzała tęsknie na Harry`ego, mając nadzieję, że poprosi, by została. Ale Harry wciąż patrzył na Malfoya, gdy Dean zaczął prowadzić ją korytarzem.
- Wiesz o co chodziło Zabiniemu? – zapytał ją poważnie. – Z tym planem?
Ginny myślała przez chwilę, zanim odparła:
- Nieco wcześniej pytał Malfoya, czy ten na pewno wie, co robi i czy ma jakiś plan. A Malfoy odpowiedział, że ma.
Zmartwiona, spojrzała na Deana i w jego ciepłych, brązowych oczach dostrzegła troskę.
- Myślisz, że powinniśmy powiedzieć Harry`emu? – spytała zaniepokojona.
- Nie... – odparł Dean powoli. – Nie. I tak by nie uwierzył.
- Och, oczywiście. Jest taki ufny. – Ginny przysunęła się od Deana, bo jego bliskość uspokajała ją trochę. – Ale zajmiemy się nim, prawda?
Dean mocniej przycisnął jej rękę do swego ramienia. Przez chwilę jego twarz nadal była poważna. Potem rozjaśniła się lekko.
- Tak, a ja zajmę się tobą.


*

- No – odezwał się Draco, kiedy Ginny i Dean wreszcie sobie poszli. – Chodźmy.
W milczeniu szli korytarzem, w którym znajdował się posąg Jednookiej Wiedźmy. Harry starał się ubrać w słowa te wszystkie bolesne i chaotyczne myśli, które nawiedziły go, gdy włóczył się samotnie po szkole. Jednak nie mógł za bardzo skupić się na tym zadaniu, bo co chwilę zerkał na idącego obok Draco. Czuł taką ulgę, że znowu jest z przyjacielem. Był szczęśliwy, widząc te błyszczące w przyćmionym świetle, jasne włosy. Cieszył się, że są tu, gdzie nikt nie oskarża Draco i gdzie nikt nie mówi niczego, co mogłoby go zmartwić lub mu zagrozić.
- Jestem pewien, że wieści są właśnie w drodze do Hogsmeade – zauważył Draco, gdy szli tunelem. – Zatrzymajmy się na moment i rzućmy jakąś klątwę na pocztę pantoflową.
- Możemy posiedzieć koło Wrzeszczącej Chaty – zaproponował Harry, gdy weszli do piwnicy Miodowego Królestwa. – Tam na pewno nie będzie nikogo.
Draco spojrzał na niego z rozbawieniem.
- Ale mogą być duchy – stwierdził. - Wiesz, że Crabbe i Goyle nadal boją się tam chodzić?
- Eeee...
Ślizgon zatrzymał się, żeby kupić kilka swoich ulubionych lizaków o smaku krwi i uśmiechnął się czarująco do zgorzkniałego sprzedawcy. Potem zaczęli wspinać się po zboczu pagórka, na którym stała Wrzeszcząca Chata.
Po drodze Draco nadal roztrząsał krzywdy z przeszłości.
- Atakowanie kogoś w pelerynie niewidce nie jest szlachetnym czynem – rozważał. – To było bardzo podstępne. Bardzo perfidne. Właściwie to było bardzo ślizgońskie, ty draniu.
- Jak możesz tak mówić Draco, przecież sam jesteś Ślizgonem.
- No właśnie! Więc najlepiej wiem, o czym mówię.
Harry nie mógł nie roześmiać się, gdy usłyszał pełen animuszu głos przyjaciela.
- Tak czy inaczej – podsumował, starając się mówić surowo – zasłużyłeś sobie na to. Byłeś wstrętny dla Hagrida.
- To fakt – przyznał Draco bez cienia skruchy. – Ale to było zanim go tak naprawdę poznałem.
Harry był zaniepokojony diabelskim błyskiem w oczach Draco, gdy ten, podczas pamiętnej herbatki, widocznie zdał sobie sprawę, że Hagrid bierze pod uwagę zdanie uczniów, których lubi. A Hagrid był bardzo niepewny swoich umiejętności pedagogicznych i chłonął wszelkie sugestie związane z przedmiotem, którego nauczał.
- Chciałeś powiedzieć, przed tym, jak zacząłeś nim manipulować.
Draco lekceważąco machnął ręką.
- To to samo. I nie życzę sobie twoich dziwacznych i nieuzasadnionych insynuacji. Ja tylko pomagam. Jestem doradcą i asystentem nauczyciela.
Lekcje nie stały się przez to mniej niebezpieczne. Jednak teraz uczyli się o zwierzętach, które mogłyby być wykorzystane w aktualnej sytuacji – przeważnie zresztą do niecnych działań. Draco zachowywał się jak satrapa, wykorzystując swoje uprzywilejowane stanowisko. Często też rechotał złośliwie, zakłócając tym spokój na lekcjach.
Zabawne.
- Jesteś maskotką nauczyciela, knującą podstępne plany zawładnięcia klasą.
- Jesteś... Próbujesz mnie zagadać i zmienić temat rozmowy – stwierdził Draco ponuro. – A rozmowa toczy się o tym, że podstępnie zaatakowałeś moje osobiste plecy, gdy byłem niewinnym dzieckiem.
- Byłeś okropnym dzieckiem.
- Ale w niewinny sposób – nie ustępował Draco, krocząc ostrożnie ścieżką prowadzącą do Chaty.
Cały Draco – idzie tak, żeby nie ubłocić sobie butów, pomyślał Harry i przewrócił oczami.
- O mało co nie dostałem zawału, wiesz? Byłem bardzo wrażliwym dzieckiem – dodał z wyrzutem Ślizgon.
- Byłeś demonem, który przybył wprost z piekła, żeby mnie dręczyć.
- Każdy potrzebuje jakiegoś hobby – prychnął Draco. – Poza oczywiście daleko ważniejszą, niż sprawy ducha rzeczą, a mianowicie, kwestią włosów. Moje piękne, wspaniałe włosy.
- Blond włosy wyglądają jak sprane – powiedział Harry obojętnie. – Poza tym, twoje są za jasne, jak na naturalny kolor. Założę się, że je rozjaśniasz.
Draco wydał stłumiony okrzyk przerażenia. Harry zagryzł usta, żeby nie wybuchnąć szaleńczym śmiechem.
- Harry – zaczął Draco mrożącym krew w żyłach tonem – to najgorsza rzecz, jaką mi powiedziałeś. To najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek ktokolwiek mi powiedział.
Ślizgon odwrócił się do niego plecami i popatrzył w niebo, jakby brał je na świadka swego potwornego cierpienia. Harry schylił się.
- Jak on śmie tak do mnie mówić – Ślizgon dramatycznie zwrócił się do chmur. – Po tym, jak zrujnował moją fryzurę. Jak zniszczył mi włosy! Były pełne błota, brudne; przez chwilę wyglądały, jakby były brązowe! – wykrzyknął ze zgrozą. – Spędziłem kilka godzin pod prysznicem szorując je zawzięcie szamponami, a on mówi...
- Draco – powiedział spokojnie Harry prostując się i celnie rzucając w niego grudą błocka – przestań w końcu żyć przeszłością.
Nastąpiła chwila ciszy. Draco stał w bezruchu, a błoto spływało z jego włosów i osiadało na płaszczu. Potem odwrócił się wolno i drżąc z powodu tłumionych emocji, wbił wzrok w Harry`ego.
- Potter – oświadczył z niezachwianym przekonaniem – zginiesz za to.
Schylił się i błyskawicznie chwycił z ziemi garść błota. Ale Harry także miał refleks szukającego - uchylił się, a kula mazi trafiła go tylko w ramię. Niemal jednocześnie przykucnął, aby zdobyć więcej amunicji.
Draco odwrócił głowę, a pecyna musnęła jego policzek. Przez chwilę ocierał twarz, patrząc na Gryfona z niedowierzaniem, a potem odsunął się, by uniknąć następnego ataku. Nadal uważał przy tym, żeby nie zabrudzić sobie butów.
Zgarnął trochę błota i uskoczył przed kolejnym pociskiem, ale tym razem w stronę napastnika. Następnie podbiegł do Harry`ego i wrzucił mu mokrą bryłę za koszulkę.
Harry krzyknął, cofnął się, potknął o wystający kamień i z rozmachem wylądował siedzeniem w bagnistej kałuży.
Draco wybuchnął śmiechem. Harry złapał go za kostkę i pociągnął zwalając z nóg.
Oburzony wrzask Draco urwał się jak nożem cięty, wraz z odgłosem stanowiącym kombinację głuchego uderzenia i plaśnięcia.
Harry uniósł momentalnie głowę i ujrzał zastygłą w wyrazie osłupienia twarz Draco. Włosy Ślizgona leżały w największym bajorku w okolicy.
Harry bezsilnie opadł placami na grząskie, miękkie podłoże i śmiał się, i śmiał, i nie mógł przestać. Zamknął na chwilę oczy.
Ufam ci, choćby nie wiem co, pomyślał nagle.
- Przekleństwo – jęczał Draco w tle. – Udręka. Rozpacz. Och, moje włosy. Nienawidzę cię, Harry Potterze.
- Tak, tak – pokiwał pobłażliwie głową Harry, strząsając na niego wodniste błotko.
- Jestem dzisiaj w nienajlepszej formie, powinieneś o tym pamiętać – dąsał się Draco.
Harry podparł się na łokciu i spojrzał na przyjaciela. Powieki Ślizgona były przymknięte, prawdopodobnie dlatego, że chłopak chciał lepiej skoncentrować się na pogrążaniu w całkowitej rozpaczy. Jego rzęsy lśniły na policzkach niczym srebrzyste nitki.
- Draco – odezwał się Harry miękko. – Oni mówią, że przyjaźnisz się ze mną tylko dlatego, żeby wydobyć ze mnie informacje.
Oczy Draco pozostały zamknięte.
- Wierzysz im? – zapytał spokojnie.
- Nie! – Ile razy jeszcze będę musiał to powtórzyć? – Po prostu... Chciałem powiedzieć, że jeśli to dla ciebie zbyt trudne... jeśli sprowadza na ciebie dodatkowe podejrzenia...
- Zapomnij. – Powieki Draco rozchyliły się ukazując szare krążki tęczówek. – Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.
Ulga była tak wielka, że Harry nawet nie próbował powstrzymać uśmiechu.
- Naprawdę? Niech to szlag.
- A było już tak blisko, prawda? – zgodził się Draco. – Nie zamierzam leżeć w błocie całą noc. Pomóż mi wstać.
Wyciągnął władczo rękę, a potem zepsuł cały efekt wymachując nią w powietrzu.
Harry podniósł się i stał ze skrzyżowanymi ramionami, obserwując z pobłażliwym rozbawieniem, jak przyjaciel sam wygrzebuje się z kałuży. Ślizgon obrzucił go pełnym wyrzutu spojrzeniem.
- Zaznaczam, że to ja zajmuję łazienkę prefektów – poinformował Harry`ego.
- Nie sądzę – stwierdził Harry uprzejmie. – Łazienka jest tego, kto dotrze tam pierwszy.
Draco przyglądał mu się przez moment, machinalnie zdrapując smugę błota z szyi. Potem zerwał się nagle i popędził w dół zbocza.
Harry pognał za nim. Zatrzymali się tylko, by wślizgnąć się do piwnicy miodowego królestwa, a potem, gdy podnosili klapę przejścia.
Potem ścigali się tunelem i korytarzami. Draco podstępnie grzmocił Harry`ego za każdym razem, gdy Gryfon zbliżał się za bardzo.
- Spadaj, Potter – wydyszał. – To moja łazienka. Potrzebuję mojej lodowej pianki. Potrzebuję...
Zatrzymał się gwałtownie w pół ciosu.
Pod łazienką stało kilka osób i zawzięcie się wykłócało.
- My przeszukiwaliśmy ten korytarz – piekliła się Pansy. – Idźcie szukać gdzie indziej.
- My byliśmy tu pierwsi – awanturował się Ron.
- Tak? Tak? Zjeżdżaj, Weasley.
- Po prostu niepokoimy się... – zaczęła Hermiona cienkim głosem.
Blaise Zabini chrząknął.
- Patrzcie tam.
Wszystkie głowy obróciły się w ich kierunku. Harry stał prosto, bohatersko próbując sprawiać wrażenie niezwykle czystego.
- Draco! – krzyknęła zrozpaczona i nieco skonsternowana Pansy. – Na Merlina! Co ci się stało? – Podbiegła wyciągając chusteczkę z szaty i rzucając Harry`emu mordercze spojrzenie. – Co on ci zrobił? – zapytała ostro wycierając policzek Draco.
- Nie pluj na nią – poinstruował ja Draco, zezując podejrzliwie na chusteczkę.
- Harry! – pisnęła Hermiona. – Proszę, wróć z nami, tak się martwiliśmy...
Harry popatrzył na nią twardo.
- Nie było takiej potrzeby – powiedział. – Byłem z Draco.
- Ale teraz już możesz wrócić z nami – stwierdził Ron z naciskiem.
- A ty musisz iść do łazienki prefektów, Draco – westchnęła Pansy opuszczając rękę z chusteczką z rezygnacją osoby, która wie, że została pokonana.
- Oferujesz mi swoje towarzystwo, młoda damo? – uśmiechnął się Draco.
- Po tym co się stało – oznajmił Zabini – wszyscy musimy z tobą porozmawiać.
Draco zacisnął usta.
- W porządku – prychnął i zwrócił się do Harry`ego. – Do zobaczenia jutro – powiedział zniżając głos tak, aby wydawało się, że zamierzał być dyskretny, ale mówiąc na tyle wyraźnie, by wszyscy go usłyszeli. A potem rozpromienił się przypominając sobie coś. – A jutro jest sobota.
Harry uniósł brwi. Draco przez cały tydzień mniej lub bardziej intensywnie zadręczał go pytaniami o swój prezent. Harry przyzwyczaił się już, że Ślizgon wita go „Harry, co to jest za prezent” zamiast widocznie zbyt pospolitego „cześć”.
Spojrzał na przyjaciela, który najwyraźniej nie mógł powstrzymać się od wyciągania grudek błota z włosów, i znowu pomyślał:
Ufam ci.
- Tak, do zobaczenia jutro.
- Nie mogę się doczekać – uśmiechnął się Draco.


* Kazimierz Przerwa-Tetmajer „Credo”
**Typowy metroseksualny, to młody mężczyzna, bogaty, mieszkający w (lub przy) metropolii – ponieważ tam są najlepsze sklepy, kluby, siłownie i fryzjerzy. Może być gejem, hetero lub bi, lecz jest to bez znaczenia, gdyż sam dla siebie jest głównym obiektem miłości, przyjemności, a także obiektem seksualnym. Termin użyty po raz pierwszy przez Marka Simpsona w „Meet the metrosexual”.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:29

[lp]

Rozdział dwunasty
Skok w nieznane



Dla twego zdrowia życia bym nie skąpił,
Po twą spokojność do piekieł bym zstąpił;
Choć śmiałej żądzy nie ma w sercu mojem,
Bym był dla ciebie zdrowiem i pokojem.
I znowu sobie powtarzam pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?
*

Harry był na nogach już od ósmej rano. Chciał upewnić się, czy wszystko jest przygotowane, a poza tym musiał zabrać kosz z kuchni. Potem ruszył do lochów i zatrzymał się dopiero przed kamieniem zamykającym drogę do kwater Slytherinu. Wymruczał hasło i wszedł do pokoju wspólnego. Po cichu podszedł do drzwi pokoju Draco i delikatnie zapukał.
Gdy nie usłyszał odpowiedzi, otworzył je i wszedł do środka.
Podchodząc do otoczonego ciężkimi zasłonami łóżka, poczuł nagły niepokój.
A co, jeśli Draco nie jest sam?
Na pewno był sam. Nie mógłby mieć towarzystwa. Powiedziałby o tym Harry`emu.
Trochę energiczniej niż to było konieczne, rozsunął zasłony przy łóżku.
Draco był sam.
Oczywiście.
Spał spokojnie, z policzkiem przytulonym do poduszki, ale nie wyglądał niewinnie. W każdym razie nie tak niewinnie, jak wtedy gdy nie spał i przybierał jedną z tych swoich idealnie wystudiowanych póz, zamierzając coś w ten sposób uzyskać. Lekko marszczył czoło, zupełnie, jakby sen był pracą, na której trzeba się mocno skoncentrować, żeby wykonać ją dobrze. Wydawał się taki bezbronny. Jego rzęsy błyszczały srebrzyście na tle niemal białej skóry.
Gdy przez odsunięte zasłony wpadło ostre światło, powieki Draco zacisnęły się mocno.
- Harry? – zapytał, nie otwierając oczu.
- Skąd wiedziałeś, że to ja? – zaczął Gryfon.
Pomiędzy rzęsami pojawiły się szare przebłyski tęczówek.
- Bo nie znam nikogo innego, kto byłby wystarczająco głupi i miał na tyle poważne myśli samobójcze, by budzić mnie w sobotę o tej porze – stwierdził Draco rozdrażniony. Potem zaczął przeciągać się, leniwie jak kot, a z każdym gestem jego humor zdawał się poprawiać. Rozłożył się wygonie na łóżku, a koc zsunął mu się z piersi.
- No? To co tu robisz? – zapytał w końcu.
- Wstawaj – powiedział Harry, nieco rozkojarzony. – Pamiętaj, mam dla ciebie niespodziankę.
Draco podparł się łokciem i pokręcił głową. W jego oczach rozbawienie mieszało się z niedowierzaniem.
- O czym ty pleciesz, Potter?
- Mówiłem, że to niespodzianka – odparł surowo Harry. – No, Draco, ruszaj się. Jutro możesz sobie spać przez cały dzień.
Z premedytacją użył jego imienia. Po tym jak Draco zwrócił się do niego po nazwisku, poczuł chęć udowodnienia, że nadal może to zrobić.
- Ale ja chcę spać teraz – wyjęczał Draco. – Przynieś mi moją niespodziankę po lunchu.
- Musisz wyjść z łóżka, żeby ją zobaczyć – stwierdził Harry stanowczo. – Natychmiast.
- Och, staliśmy się apodyktyczni po wygraniu Turnieju Trójmagicznego, co? – uśmiechnął się Draco. - No dobrze – ustąpił w końcu i uczynił pański gest w stronę drzwi. – Spadaj. Przyjdę za minutę.
Harry spojrzał na niego z powątpiewaniem.
- Próbujesz się mnie pozbyć, żeby znowu położyć się spać?
Niewiarygodne, że Draco potrafił patrzeć na kogoś z góry, leżąc w tym samym czasie na plecach.
- Nie, Harry – wyjaśnił protekcjonalnym tonem. – Bo jestem goły, ty głupku.
Harry poczuł, że się rumieni. Nagle nagi tors Draco wydał mu się strasznie wyeksponowany; znacznie bardzie niż minutę temu.
- Och... ja... przepraszam...
Draco roześmiał się.
- W porządku. Nie ma powodu, żebyś się tak rozogniał.
Nie jestem rozogniony!
No dobrze, może jednak trochę był.
Harry szybko wyszedł z pokoju i zaraz powiedział sobie, że jest głupi. Przecież często widywał jak jego koledzy przebierają się w szatni, po quidditchu i w dormitoriach. Na miłość... to nic takiego. Naprawdę zachował się jak idiota.
Ale Draco najwyraźniej nie myślał o tym wszystkim, kiedy pojawił się na dole, przecierając oczy. Harry był rozbawiony, gdy zobaczył, że włosy przyjaciela sterczą na wszystkie strony, i że założył on szaty na swoje mugolskie ubranie. Był bardzo rozespany, a Harry, który zwykle bez problemu wstawał nawet wcześniej, stwierdził, że to dziwacznie urzekający widok.
- Lepiej, żeby ta niespodzianka była tego warta.
- Już po dziewiątej, ty leniuchu.
- Wiedziałem, że jest jakaś nieprzyzwoicie wczesna godzina. – Draco wzruszył ramionami.
- Chodź, nie pozwól swojej niespodziance dłużej czekać.
Draco, który do tej pory nie powiedział nic, co znamionowałoby, że jest zadowolony, czy wdzięczny, najwyraźniej nie zamierzał uczynić tego także teraz.
- Lepiej, żeby to było tego warte – wymamrotał znowu.
Harry szturchnął go żartobliwie.
- Bałwan – powiedział czule. – Chodź już.


*

Draco nadal był nieco nieprzytomny gdy schodzili po schodach na dziedziniec.
- Dlaczego idziemy do Hogsmeade dłuższą drogą? – zapytał, usiłując otrząsnąć się z resztek snu.
- Bo Miodowe Królestwo otwierają w sobotę dopiero o dziesiątej, a włamywanie się do sklepu jest złe – wyjaśnił Harry. – Już ci o tym mówiłem.
- Złe!? Podaj definicję tego słowa.
- Generalnie złe jest to wszystko, co jest „nie-prawe”.
- Czyli wszystko co jest „lewe”. Czy mieliśmy kiedykolwiek obiekcje przed robieniem czegoś, co jest nielegalne? Niezgodne z regułami, na przykład szkoły?
- No to powiedzmy, że jest to „nie-taktowne”. Właściciele śpią nad sklepem. Moglibyśmy ich obudzić.
- No to co? - zapytał Draco zapalczywie. – Skoro ja nie śpię, to nikt nie powinien spać. Jeśli ja jestem nieszczęśliwy, chciałbym, żeby to uczucie rozprzestrzeniło się także na innych. Nigdy nie obudziłeś się, mając nieprzepartą chęć skopania wszystkim naokoło tyłków?
- Czasami mam na to ochotę, to prawda – odparł Harry, rzucając mu wymowne spojrzenie.
Draco okropnie się do niego wykrzywił.
- Grr... Jesteś wstrętny, Potter.
Harry uniósł brwi.
- Jesteś wstrętny, Potter? Tylko tyle? Wymiękasz, Draco.
- Phi – fuknął Draco. – Co masz w koszyku, Harry? Czy to część prezentu? – Rozpromienił się. – Ooooo, tak? Mogę zobaczyć? Tylko zajrzę...
Harry szturchnął go koszykiem.
- Tak, to część prezentu, i nie, nie możesz zajrzeć.
- Uderzyłeś mnie w kolano – poinformował go Draco ponuro. – Mogłeś mnie zabić.
- Jak? Trącając cię koszykiem w kolano? Czy to ta sama logika, dzięki której doszedłeś do wniosku, że umrzesz, bo hipogryf skaleczył cię w ramię?
- Mogłem zginąć! Mogło się wdać zakażenie, wiesz? – odparł Draco. – Ten potwór był brudny. A ten koszyk mógł mieć zadzior, który mógł być zatruty, i mógł mnie zranić, i spowodować moje zejście śmiertelne, a to by oznaczało, że tysiące moich zrozpaczonych wielbicieli lało by łzy do trumny z moim pięknym, mlecznobiałym ciałem, a potem by cię ukamienowali.
Harry popatrzył na niego przeciągle. Ślizgon skrzyżował ręce na piersiach i odpowiedział spojrzeniem pełnym wyrzutu.
- No co? Przecież to możliwe – bronił się.
- Myślę, że to było warte ryzyka – stwierdził Harry sucho i chwycił przyjaciela za ramię, żeby zmusić go do pośpiechu.
Za bardzo się denerwował, by dobrze się bawić. Chciał jak najszybciej dotrzeć do celu, żeby w końcu zobaczyć, jak Draco zareaguje na jego niespodziankę. Szli więc w porannej mgle, którą słońce co dopiero zaczynało rozpraszać, aż w końcu znaleźli się na przystani, skąd odpływały statki. I wtedy Draco ujrzał prezent.
- Ty chyba żartujesz? – wyszeptał przerażony.
Na wodzie kołysała się niewielka łódka. Jej ruch wywoływał na gładkiej powierzchni, rozchodzące się kręgami, małe fale. Harry schylił się i włożył do niej koszyk.
- Nie – powiedział. – Nie żartuję, Draco.
- Nie wejdę do tego.
- Co? Chyba nie zamierzasz pielęgnować tego lęku i omijać łodzie przez całe życie?
- To świetny plan. Tak! Nie jestem Gryfonem. Nie przeszkadza mi, że czegoś się boję.
- Naprawdę?
Draco rzucił mu mordercze spojrzenie, popatrzył na łódkę, zbladł i głośno przełknął ślinę.
- Harry – wyszeptał. – Nie mogę.
- Draco, nie musisz. Ale została tak zaczarowana, że żadne zaklęcie na nią nie podziała. Jest idealnie bezpieczna.
Draco spojrzał ponownie na swój prezent, a potem przeniósł wzrok na Harry`ego. Znowu przełknął z wysiłkiem.
- To musiało zająć strasznie dużo czasu.
- Poprosiłem Hermionę, żeby poleciła mi ksiązki, które mogłyby mi pomóc. – Harry uśmiechnął się do przyjaciela, zadowolony, że na ustach Ślizgona też pojawił się cień uśmiechu. – Nie powiedziałem jej po co.
- Oczywiście. – Draco z powątpiewaniem przyglądał się łódeczce. – Żadne zaklęcie? Na pewno?
- Przysięgam. Ale nie musisz wsiadać, jeśli nie chcesz.
Draco przeniósł wzrok na Harry`ego, a potem z powrotem na łódkę. Zagryzł wargę, ale w jego oczach pojawiła się determinacja.
- Wiem – odparł i ostrożnie wstąpił do łódki.
Harry wszedł zaraz za nim, starając się jej za bardzo nie rozbujać. Draco popatrzył na niego podejrzliwie.
- Jeżeli nie działają na nią żadne zaklęcia – odezwał się. – To jak będzie płynęła?
- A jak myślisz? – Harry wziął do ręki wiosła. – Tak samo jak mugolskie łódki, głupku.
Draco był zaskoczony.
- Praca fizyczna? Oszalałeś.
- Weź wiosło, Draco.
- Ja? – zdumiał się Ślizgon i błyskawicznie przybrał bezmyślny wyraz twarzy. – Jak się tym rusza? Co trzeba powiedzieć?
Harry przez chwilę patrzył na niego z niedowierzaniem.
- Machasz tym od tyłu do przodu – wytłumaczył w końcu, chwycił oba wiosła i ostrożnie odbił od brzegu.
Zauważył, że dłonie Draco zacisnęły się na burtach, ale pominął to milczeniem.
- Jak twój projekt z magii kreatywnej? – zapytał.
- Koszmarnie! – odpowiedział Draco z rozpaczą w głosie. – Nie mogę się zdecydować. No, bo jak? Można wybierać pomiędzy muzyką, sztukami plastycznymi, aktorstwem i moją ulubioną dziedziną, poezją?
- Nie sądziłem, że lubisz poezję?
- Och, nie przepadam. Ale kiedy recytuję, wkładam tę specjalną szatę. Lubię taki krój rękawów.
- Wydaje mi się, że nie powinieneś rozważać tej kwestii pod kątem kroju rękawów.
Draco wzruszył ramionami. Puścił jedną burtę, ale nadal bacznie rozglądał się, gdy dotarli na środek jeziora.
- Już? Możemy teraz wracać?
- Nie, Draco – odparł Harry. – Zostaniemy tu przez chwilę. Do lunchu. Dlatego poprosiłem skrzaty, żeby przygotowały nam wałówkę.
- Nie ma mowy, nie zmusisz mnie do tego! – oburzył się Draco.
Harry uśmiechnął się niewinnie.
- A założymy się? – zapytał i puścił wiosła, pozwalając opaść im w wodę.
Draco wydał przejmujący okrzyk zgrozy.
- Nie wierzę, że to zrobiłeś! Mówiłeś, że na tę łódkę nie działają zaklęcia! Jak teraz wrócimy? Ja nie wejdę do wody – stwierdził kategorycznie. – I nie pozwolę ci mnie tu zostawić. Będziemy głodować, a ty umrzesz pierwszy i będę cię musiał zjeść, ale to mnie nie ocali, bo, spójrzmy prawdzie w oczy, twoją kościstą osobą nie najadłby się nawet pufek; więc zgasnę, a potem zgniję tu w samotności!
- Draco. Ufasz mi, prawda?
- Chyba tak – przyznał Draco niechętnie.
- Wrócimy. Odpręż się.
Draco spojrzał na czółno, na wodę, a w końcu na Harry`ego. Wziął głęboki oddech.
- W porządku.
- Dobrze. – Harry wygodniej rozsiadł się na ławce. – I nie jestem kościsty – dodał, wyrażając spóźnione oburzenie.
Draco ostrożnie odchylił się, aż dotknął plecami oparcia.
- Jesteś – stwierdził spokojniej. – Masz sękate nadgarstki. Powinieneś utyć i zapuścić wąsy.
Harry zamrugał.
- Dlaczego?
Draco przeciągnął się, udając, że rozpiera się wygodnie na ławeczce. Harry jednak widział, że przyjaciel nadal jest spięty.
- Nie mówiłem ci? To mój podstępny plan – odpowiedział Ślizgon. – Sam wiesz, jak nie znosisz sławy i tak dalej. Wszystko co musisz zrobić, to stworzyć swoje alter ego. Będziesz udawał jakiegoś zwykłego czarodzieja. Nikt nie będzie podejrzewał, że ta okrągła twarz z wielkimi wąsami należy do słynnego Harry`ego Pottera. Możesz nosić kamizelki z dzianiny i nazywać się Ignatius Trout.
- Ignatius Trout – powtórzył Harry z niesmakiem.
- Myślę, że to do ciebie pasuje – rozpromienił się Draco. – Poza tym, Harry Potter nie brzmi najlepiej.
- Lubię moje imię!
- Och, nie – stwierdził Draco lekceważąco. – To koszmarne imię. Harry jednoznacznie wskazuje na Krisznę, a Potter brzmi jak „potem”. Pomyśl, jak to mogą odebrać inni! To może sugerować, że chcesz stworzyć własną sektę, a następnie zmusić wszystkich żeby przeszli na wegetarianizm i ogolili głowy! – Draco z przerażeniem w oczach przesunął ręką po włosach. - To tak jakbyś miał napisane na czole „będę waszym Zielonym Panem”.**1)
- Tak, oczywiście. W takim razie twoje sugeruje, że jesteś niebezpiecznym potworem i niemoralnym przestępcą. **2)
- Przemawia przez ciebie zazdrość o moje arystokratyczne imię i nazwisko – stwierdził Draco wyniośle. – Spójrz prawdzie w oczy, Potter. Masz kościste nadgarstki i fatalnie się nazywasz.
Słońce już na dobre stało na niebie. Draco zrzucił szkolną szatę i mechanicznie zaczął zapinać guziki przy mankietach koszuli. Patrzył przy tym na Harry`ego, a na jego ustach igrał lekki, figlarny uśmiech.
- Ale i tak cię lubię – dodał po chwili i rozsiadł się trochę wygodniej.


*

Draco w końcu odprężył się całkowicie i zaczął sprawiał wrażenie całkiem szczęśliwego. Oczywiście natychmiast, gdy poczuł się lepiej, zaczął narzekać.
- Haaaaaarry...
- Tak, Draco?
- Haaaaarry...
- O co chodzi, Draco?
Harry przymknął oczy i rozkoszował się ciepłem słońca. Kiedy uniósł powieki i spojrzał na przyjaciela, Draco nerwowo rzucał okiem na wodę za burtą.
- Wydaje mi się, że dokładnie pod nami siedzi wielka kałamarnica – oświadczył ponuro.
- I dlaczego cię to tak martwi? – zapytał pobłażliwie Harry, w duchu przygotowując się na scenę, którą zapewne zaraz zrobi Ślizgon.
- Ona dusi niewinnych w uściskach swoich macek! – oburzył się Draco.
- Ocaliła Dennisa Creeveya od utonięcia. Nie może być zła.
- Och, tak właśnie chcą, żebyś myślał – przerwał mu Draco. – Jestem przekonany, że byli w zmowie. Wiem co nieco o tych Creevey`ach. Wiesz, że ten starszy... Kołdun...
- Collin.
- Niech będzie. Zakradł się do przebieralni Ślizgonów, zrobił zdjęcia i potem je sprzedawał! Nie wydaje ci się to złe?
- Właściwie to bardzo ślizgońskie zagranie. – Harry zmarszczył brwi.
- Och, no cóż. W końcu okazało się, że to był pomysł Blaise`a. – Draco lekceważąco machnął ręką. – Ale to nieważne. Chodzi o istotę całej sprawy. To było złe.
- I głupie – rozważał Harry. – To znaczy, nie obraź się, ale nie mogę sobie wyobrazić, żeby ktoś chciał zbyt wiele zapłacić za zdjęcie Goyle`a.
- Byli napaleńcy, którzy dali się zrobić w konia. Zaraz potem zresztą zaczynali walić... głową o ścianę.
Draco przez chwilę utrzymał jeszcze poważny wyraz twarzy, a potem wybuchnął śmiechem.
- Draco, to było okropne skojarzenie – stwierdził Harry zagryzając wargi, żeby się nie roześmiać. – Powinieneś się wstydzić.
- Nie moja wina, że niektórzy to idioci – bronił się Draco zawzięcie.
- No cóż. Przynajmniej wyjaśniła się zagadka zdjęcia, które krążyło po Wieży Gryffindoru w zeszłym roku. To było twoje zdjęcie. W ręczniku.
Draco zakrztusił się, a Harry uśmiechnął się niewinnie.
- Naprawdę powinieneś być Ślizgonem – powiedział z przekonaniem Draco i spojrzał na przyjaciela z nagłym zainteresowaniem. – Czy nie słyszałeś przypadkiem... ile żądali za to zdjęcie?
- Niestety nie – powiedział Harry łagodnie. – Nie brałem udziału w licytacji.
Draco spojrzał na niego wilkiem. W rzeczywistości Harry bardzo dobrze pamiętał całą tę sprawę ze zdjęciami. Kilka z nich leżało na stole w pokoju wspólnym Gryffindoru, dopóki bliźniacy Weasley nie rzucili na nie zaklęcia, zmieniając ręcznik na różowy, w czerwone serduszka z napisem „Malfoy i McGonagall - na zawsze razem”. Taktownie nie wspomniał o tym Ślizgonowi. Podobnie jak o fakcie, że razem z Ronem zaśmiewali się z tego do utraty tchu.
Tak czy inaczej, zabawnie byłoby znaleźć takie zdjęcie i pokazać je Draco.
Ślizgon nadal był naburmuszony i mamrotał pod nosem komentarze na temat osób, którym się wydaje, że są taaaacy zabawni, kiedy łódka nagle się zachybotała.
- Och, Merlinie! – krzyknął Draco, zieleniejąc. – To kałamarnica! Mówiłem ci, że to kałamarnica!
- Draco, uwierz mi, ona nie jest zła.
- To co z tego? – zawył Draco. – Ale dotyka ludzi tymi obrzydliwymi mackami! – Nerwowo spojrzał w wodę. – Nie chcę, żeby mnie dotykała – dodał wyraźnie nieszczęśliwy. – Jest oślizgła. Walnij ją wiosłem.
- Przecież je wyrzuciłem, nie pamiętasz?
Draco popatrzył na niego spode łba i skrzyżował ręce na piersi, ze zrezygnowaną miną osoby, która oczekuje na swój nieunikniony, oślizgły los.
- Wspaniale, Ignatiusie Trocie.
Tym razem Harry nie zdołał powstrzymać się od śmiechu.
- Rano jesteś jeszcze bardziej zwariowany niż zwykle - zauważył. – A w najlepszych momentach, tylko trochę dziwaczny.
- Jego pierwszego zjedz – poradził Draco głośno kałamarnicy. – Jest bardziej chrupki.
- Nie, lepiej zjedz jego – rezolutnie ogłosił Harry. – Jest zły. Słyszałem, że zło ma specyficzny smaczek.
- Właściwie to jestem bardzo mdły – sprostował Draco szybko. – Jestem jak zły kleik na mleku.
- Och, zamknij się. – Harry sięgnął za burtę i ochlapał przyjaciela wodą.
Draco zaczął parskać i ocierać twarz.
- Ta woda jest brudna i śluzowata! – krzyknął. – To śluzowata woda oślizgłej kałamarnicy! Zapłacisz za to, Potter.
Okulary Harry`ego nagle zostały opryskane wodą. Przez kropelki spływające po szkłach chłopak widział uśmieszek na twarzy Ślizgona. Harry uśmiechnął się, a Draco zbladł.
- Teraz jesteśmy kwita – oznajmił chcąc załagodzić sytuację. – Już dobrze, Harry.
- Jesteś pewien?
- Absolutnie – przytaknął Draco patrząc na niego z obawą. – Nie. Nawet o tym nie myśl. Moje włosy! Napuszą się, jeśli zmokną i nie zostaną odpowiednio wysuszone!
- Rozumiem. – Harry poważnie skinął głową.
- Więc nie ochlapiesz mnie?
- Skoro o tym wspominasz... - Harry wyszczerzył zęby i chlapnął wodą wprost na głowę Ślizgona. – Puszek.
Draco przez chwile gapił się na niego spod ociekającej wodą grzywki. Potem zaczął się rozbierać.
- Eeee? – Harry spojrzał na niego pytająco.
Draco rozpiął kołnierzyk koszuli, której góra była już mokra od spływającej z włosów wody. Następnie zwinął szatę.
- Przygotowuję się do kąpieli słonecznej – oznajmił z godnością. – Będę potrzebował poduszki, żeby odpowiednio wysuszyć głowę. I żeby było mi wygodnie.
Harry przyglądał mu się ze zdumieniem. Draco uniósł wysoko brodę starając się wyglądać odpowiednio poważnie.
- Podzielisz się swoją poduszką?
- Tak – zgodził się Draco niegrzecznie. – Jak tylko zrozumiesz, że moje włosy nie są odpowiednim tematem do żartów.
- Och, ależ ja to rozumiem – powiedział Harry, śmiejąc się pod nosem i wyciągając wygodnie na dnie łódki.
Draco osłonił ręką oczy i spojrzał na niego.
- Już drugi raz w ciągu kilku dni dokonałeś okrutnego zamachu na moje włosy – prychnął i kopnął Harry`ego w kostkę. - Niewierny.
- Wiem, że niektórzy uważają ciało za świątynię, ale to śmieszne – wymruczał Harry.
Draco usiadł.
- Przesadziłeś – oświadczył, przechylił się i zanurzył w wodzie rękę po łokieć. Potem wyciągnął ją i energicznie zmierzwił włosy Harry`ego.
Harry nie stawiał żadnego oporu. Podparł się tylko łokciem i zachichotał, przekonany, że cokolwiek Draco by nie zrobił, nie może to zaszkodzić jego włosom.
Ślizgon starannie wytarł dłoń o spodnie.
- Dotknąłem kałamarnicy – poinformował Harry`ego radośnie. – Teraz masz śluz we włosach. No, Potter. I teraz jesteśmy kwita.
- Śluz! To obrzydliwe. Co ty? Masz cztery latka? – Harry szturchnął Draco w ramię, gdy chłopak kładł się z powrotem.
Urażony Ślizgon oddał mu.
- Zasłużyłeś sobie – podsumował, zakładając mokre kosmyki za uszy.
Harry popchnął przyjaciela tak, że ten wylądował na dnie łódki. Draco nie próbował się podnieść. Spojrzał tylko na niego spod zmrużonych powiek.
- Po tym wszystkim, co zrobiłem – stwierdził Harry z udawanym wyrzutem. – Niewdzięcznik.
- Nigdy nie atakuj moich włosów – powiedział surowo Draco. - I żadnej przemocy w łódce. Przewróci się, zacznę piszczeć jak dziewczyna, a potem będę musiał cię utopić, żeby ukryć swoją hańbę.
Harry zauważył, że za uśmiechem przyjaciela kryje się prawdziwy strach. Położył się więc spokojnie i przymknął oczy. Słońce przyjemnie grzało i Harry zaczął właśnie przysypiać, gdy Draco potrząsnął go za ramię.
- Harry. Hej, Harry!
- No?
Draco przechylił głowę i spojrzał w niebo.
- Z czym ci się kojarzy ta chmura? – zapytał tonem, jakby przeprowadzał wywiad naukowy. – Mnie przypomina żółwia w peruce.


*

Leżeli przez kilka godzin, wygrzewając się na słońcu, chłonąc jego ciepło i przysypiając. Za każdym razem Draco budził się z drzemki z nowym pytaniem w stylu „Jeśli miałbyś być nieożywionym przedmiotem, to czym chciałbyś być?”, albo „ Myślisz że skrzaty domowe dobierają się w pary biorąc pod uwagę wielkość swoich gałek ocznych?”.
Draco był przekonany, że tak właśnie się dzieje. Zdecydował też, że Harry powinien być miotłą Ginny Weasley. Gdy Harry to usłyszał, zagroził, że go trzepnie.
- Czego najbardziej się boisz? – zapytał nagle Ślizgon.
Harry uniósł nieco głowę, kątem oka przyglądając się krzywiźnie policzka Draco. Jednak myśli Gryfona krążyły wokół własnego koszmaru.
- Że nie będę miał siły, by pokonać Voldemorta – odparł cicho.
Draco drgnął na dźwięk ostatniego słowa i zapatrzył się w wodę.
- Miałem nadzieję, że powiesz coś w stylu „widoku Hanny Abbott w niewymownych” – zaczął narzekać starając się przybrać lekki ton.
- No? Draco?
Ślizgon westchnął i usiadł. Przyciągnął kolana do klatki piersiowej i objął je ramionami.
- Ja... dobrze – powiedział. – Że ich stracę. Że stracę Ślizgonów. Tych, którzy są po naszej stronie.
Harry podparł się na łokciach i zatroskany spojrzał w twarz przyjaciela.
- Boisz się, że zginą? Czy że zostaną porwani?
- Nie – Draco zagryzł wargę. – Tak, to też. Ale... nie mówię, że zmusiłem ich, żeby wstąpili do Młodzieżowej Sekcji Zakonu, ale wielu z nas ma rodziców, którzy... którzy wiele po nas oczekują, albo są w różnych miejscach; takich, że musimy się o nich bać, albo... Każdemu Ślizgonowi bardzo trudno było się zdecydować. A po... śmierci mojego ojca, gdy wróciłem i zacząłem ich przekonywać... Wiem, że niektórzy z nich mnie słuchają, więc wykorzystałem to i... Nie, nie żałuję i wcale nie mam zamiaru się poddać. Udało mi się zrobić to, co chciałem, jak zwykle zresztą, ale ja pragnąłem tylko zemsty, a musiałem też wziąć na siebie odpowiedzialność za nich. A teraz... boję się o nich i muszę się o nich troszczyć, bronić ich i...
Harry przyglądał się przyjacielowi. Tym razem twarz chłopaka była całkowicie poważna – blada i pełna determinacji. Jego profil rysował się ostro na tle lustra wody.
Draco spojrzał na niego, wziął głęboki oddech i uśmiechnął się lekko. Wiedział, że Harry go rozumie. Potem zaczął znowu mówić:
- Po prostu... to wymaga tyle wysiłku. Nie żeby wielu z nas skakało z radości na myśl o znaku na przedramieniu, ale wydawało się, że nie ma zbyt wielkiego wyboru; że nie ma tak naprawdę o co walczyć... Nie byliśmy jego celem i nie zależy nam na tych, którzy kochają mugoli czy mugolaków. Nie liczyłbym na ślepą wiarę w Dumbledore`a, czy w jakieś światłe ideały. My tacy nie jesteśmy. – Przerwał na moment i spojrzał na własną dłoń spoczywającą na kolanie. – Zbyt dużo włożyłem w to pracy, żeby teraz pozwolić im odejść.
- Chcesz powiedzieć, że mogą...?
- Mówię, że tego nie wiem! – odparł Draco ostro. – Nie jesteśmy tacy jak reszta; jak wy. Niektórzy z nas musieli się wyprzeć swoich rodzin. Większość lubi Lupina, ale ciężko nam polegać na kimś, kto nie jest taki jak my. Nie lubię Dumbledore`a i nie pozwolę mu sobą rządzić. A teraz nie ma Snape`a i wszyscy rzucają te oskarżenia, a ja nie wiem co mam robić!
Harry nie wiedział co powiedzieć. Siedział tylko i wpatrywał się w przyjaciela.
Przypomniał sobie, jak Lupin mówił, że profesor Snape opuścił szkołę, by dowiedzieć się czegoś na temat ostatnich ataków.
Snape wyjechał na początku marca. Teraz był maj. Harry był tak przyzwyczajony do jego okresowych nieobecności, tak skupiony na turnieju, wojnie, własnych problemach i Draco, że nawet nie zauważył jego przedłużającej się absencji.
A zastanawiał się, dlaczego Draco ostatnio jest tak często zmęczony!
Spojrzał na pochyloną głowę przyjaciela i poczuł wyrzuty sumienia.
- Draco. Starasz się podołać temu wszystkiemu sam.
Chłopak nie podniósł głowy.
- Ślizgoni nie potrzebują pomocy.
- Ty głupi bałwanie. – Harry zamilkł na moment, a potem ciągnął już spokojniej. – Ty... Ty się o niego martwisz?
Głowa Draco podskoczyła. Oczy Ślizgona były szeroko otwarte, jakby ktoś znienacka go zaatakował.
- Tak – wyszeptał chrapliwie. – Wiemy jakie ryzyko podejmuje. A on jest jedynym dorosłym, któremu możemy ufać, jedynym, który w nas wierzy.
„We mnie” – nie dodał - „i zależy mi na nim.”
- Możecie ufać Lupinowi – przekonywał Harry. – Możecie ufać Dumbledore`owi.
- Tak? – prychnął Draco. – Chcesz, żebym powiedział ludziom, którzy zostali wychowani by nie ufać nikomu poza ścisłym gronem pewnych osób, żeby wierzyli wilkołakowi? Nawet ja nie jestem do tego przekonany. I chcesz, żebym zaufał Dumbledore`owi, który od kilku lat arbitralnie decyduje by odebrać Slytherinowi Puchar Domów? Nie ma mowy. Nigdy nie był moim mentorem. Nie jest moim przywódcą i nie ufam mu.
- Słuchaj, Gryffindor wygrywał puchar sprawiedliwie...
- Nie oskarżam cię – odparł Draco. – Mówię, jak ja to widzę. Nam nigdy niczego nie wyjaśniał. Nie wierzymy nikomu tak po prostu, a on nawet nie próbował zdobyć naszego zaufania. Wiesz co się stało, gdy Crouch mnie transfigurował we fretkę i obijał mną o ścianę? Snape powiedział mu, że jeśli jeszcze raz tknie któregoś z jego uczniów, to go zabije. A Dumbledore był tym, który zatrudnił tego szaleńca. Wiem, komu mogę ufać.
Harry spoglądał w twarz przyjaciela, na której malowała się złość i upór. Przypomniał sobie minę chłopaka, gdy ten opowiadał o reakcji Snape`a na to, co zrobił Crouch i gdy mówił Syriuszowi, że Mistrz Eliksirów jest najlepszym nauczycielem w szkole.
- Snape na pewno wróci – powiedział miękko. Draco znowu zapatrzył się na swoje kolana. – Z całym tym twoim szczerym oddaniem – dodał niedbale – powinieneś być raczej w Hufflepuffie.
Ślizgon spojrzał na niego błyszczącymi oczami, w których jednak czaił się cień ulgi.
- Odwołaj to, albo wybiję ci to z głowy za pomocą koszyka piknikowego.
Zaczął przeszukiwać łódeczkę, żeby znaleźć narzędzie zemsty, ale przerwał i spojrzał na Harry`ego, gdy poczuł na ramieniu rękę przyjaciela.
- Możesz im ufać – powiedział Harry cicho. – Lupinowi i Dumbledore`owi. Naprawdę.
- A dlaczego miałbym cię słuchać, Potter? – zapytał Draco lekceważącym tonem. – Ty wszystkim ufasz. Nawet mnie. Jest w ogóle jakaś osoba w szkole, której twoim zdaniem można okazać zdrowy brak zaufania?
Wzruszył ramionami, ale był to wyraźnie wymuszony gest. Harry uśmiechnął się do niego pokrzepiająco.
- Filch – odpowiedział. – Filch i jego wstrętny kot. Możesz im nie ufać ile tylko zechcesz.
- Lubię koty – sprzeciwił się Draco, nieco spokojniej. – Są tak wspaniale egoistyczne. Potrafię je świetnie zrozumieć.
- Eeee – skrzywił się Harry. – Ja wolę psy. W dzieciństwie marzyłem o szczeniaku. – Rozpromienił się na myśl o czymś. – Jak skończę szkołę, to będę miał psa.
Draco odchylił głowę i przypadkiem uderzył nią w burtę. Najwyraźniej jednak, zupełnie się tym nie przejął. Utkwił wzrok w niebie.
- Och, tak. Przyszły rok – odezwał się po chwili. – Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Co będziesz robił?
Powiedział to tak, jakby przyszłość Harry`ego zupełnie nie wiązała się z jego planami. Rzeczywiście, nigdy o tym nie rozmawiali, ale co jeśli Draco Malfoy wiedział już, co będzie robił, a w jego planach nie było miejsca dla Harry`ego?
Chociaż słońce nadal mocno przygrzewało, Harry`ego ogarnął nagle chłód. Odwrócił się do przyjaciela, ale nie widział jego twarzy. Bardzo chciał, aby jego pytanie zabrzmiało zdawkowo.
- Czy nadal będziesz ze mną? – wybąkał i w tym samym momencie oddałby wszystkie swoje umiejętności zawodnika quidditcha, w zamian za zdolność lepszego posługiwania się słowem. – Umm... to znaczy...
Draco spojrzał na niego i lekko uniósł brew.
- Na pewno nie jako twoje zwierzątko domowe – poinformował go. – Wrócę do domu. Będę mieszkał z matką; to oczywiście nie pozwoli rozwinąć mi skrzydeł, ale mamy trzydzieści sypialni, więc jest szansa, że nie będziemy widywać się zbyt często. Może nie będzie tak źle. Poza tym, niektórzy Ślizgoni będą potrzebowali miejsca do zamieszkania. Mój dom się do tego idealnie nada. - Kąciki jego ust uniosły się lekko. - Ty też możesz u mnie zamieszkać – zaproponował wprost. – Teraz i potem. Ojciec wybudował kilka stadionów quidditcha w posiadłości. Zazdrosny?
Twarz Harry`ego rozjaśniła się w uśmiechu.
- Ta, strasznie. – Na moment zawiesił glos. – Będę pracował jako auror. Kupiłem już mieszkanie w magicznej części Londynu.
Na wspomnienie zeszłego lata, gdy z razem z Syriuszem oglądali mieszkania, nadal ogarniała go fala ciepłego uczucia. Kiedyś Syriusz zaproponował, że mogą zamieszkać razem. Harry przez długi czas nie marzył o niczym innym. Tak bardzo chciał się uwolnić od Dursleyów. Ale teraz, gdy dorósł, marzenia, które snuł jako dziecko, właśnie się spełniły – sam mógł kupić sobie mieszkanie i wyprowadzić się z Privet Drive na zawsze.
Dom. Kiedy Harry w końcu dokonał transakcji, poprosił Syriusza, żeby ten zostawił go na chwilę samego. Siedział i przez chwilę napawał się swoim szczęściem. Żadnych nakazów, zakazów, krewnych... To było coś stałego, co wzbudzało w nim poczucie bezpieczeństwa i pozwalało spojrzeć jaśniej w przyszłość, która nadejdzie po wojnie. Będzie mógł wybierać meble, kupi psa i...
- Też mógłbyś czasem tam pomieszkać – powiedział.
- Wspaniale – ucieszył się Draco. – Kawalerskie mieszkanie w mieście. Będzie świetnie. – Zachmurzył się nagle. – Chyba że zaproponowałeś to też Weasleyowi? Jeśli tak, to muszę odrzucić twoje grzeczne zaproszenie. Nie będę mieszkał gdzieś, gdzie ktoś niegościnny mógłby poderżnąć mi gardło we śnie.
- Ron zostaje w domu – oznajmił Harry. – Myślę, ale nie mów tego nikomu, że chce odłożyć trochę pieniędzy. Może za kilka lat zbierze się w końcu na odwagę i poprosi Hermionę, aby z nim zamieszkała.
Spodziewał się jakiejś złośliwej uwagi na temat anielskiej parki, ale w zamian, nieoczekiwanie został obdarzony anielskim uśmiechem.
- Cudownie – podsumował Draco uradowany. – Mogę pomóc urządzić ci pokój gościnny?
- Wybierzesz kolory, które będą się gryzły z rudymi włosami, prawda?
- Ależ jakże bym mógł?
- Wiesz, że Ron nie zwraca uwagi na takie rzeczy.
Draco był wyraźnie zawiedziony i zniesmaczony.
- Ale możesz mi pomóc wybrać psa – zaproponował Harry wspaniałomyślnie.
- Nie chcę. Chcę ci pomóc wybrać kota.
- Draco, jeśli chcesz mieć kota, możesz go sobie kupić. Ja wolę psa. Tak bardzo chciałem psa, a Dursleyowie zawsze mówili, że psy...
- Nie mogę mieć kota – powiedział równocześnie Draco nadąsany. – W domu są antyczne meble, a ojciec zawsze mówił, że koty...
- Niszczą i bałaganią – dokończył Harry za nich obu i uśmiechnął się promiennie.
Draco przez chwilę siedział w milczeniu. Skulony na dnie łódki, wyglądał jak zamyślone dziecko. Lekki wietrzyk unosił włosy na jego karku.
- Jak to było, gdy mieszkałeś z Dursleyami? – spytał. – To znaczy wiesz, słyszałem plotki i wiem, że nigdy nie jedziesz do domu na święta. Ale... naprawdę było aż tak źle?
Harry spojrzał na niego. W oczach przyjaciela malowała się ciekawość i niepokój.
Merlinie, życie naprawdę jest dziwne. Kto by pomyślał, że któregoś dnia będę opowiadał o swoim nieszczęśliwym dzieciństwie właśnie Draco Malfoyowi.
Wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać. O komórce pod schodami. O pokoju z kratami w oknach i o tym, jak całymi dniami głodował.
W tym momencie Draco chwycił jego rękę i ścisnął ją niemal boleśnie. Harry powiedział mu tylko kilka rzeczy o swoim życiu pod dachem Dursleyów i to bez wdawania się w szczegóły. Teraz to wszystko było już poza nim. Nie miało już znaczenia.
Kiedy skończył, na twarzy chłopaka ujrzał ten sam wyraz determinacji, jaki Ślizgon przybierał przed meczem quidditcha.
- W porządku, Harry – podsumował Draco dziwnym tonem. – A teraz powiem ci, co zrobimy. Kiedy tylko opuścimy mury szkoły, z naszymi pięknymi, nowymi licencjami w rękach, pójdziemy tam i zamienimy tych ludzi w żuki. To doświadczenie pozwoli im spojrzeć na świat z innej perspektywy, wiesz? A potem przypadkiem, przejedziemy po nich wałkiem, i jeszcze raz i jeszcze...
- Draco, nie chcę zmiażdżyć moich krewnych wałkiem – zaoponował Harry bez przekonania. Pomyślał, że cały ten pomysł ma swoje zalety. - Nie. Tak czy inaczej, nie zrobię tego.
W oczach Draco nadal widniał dziwny fanatyzm.
- Żaden sąd by nas za to nie skazał – argumentował. – Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek.
Pomysł, że Draco miałby znaleźć się w tym samym pomieszczeniu z Dursleyami był bardzo dziwaczny. Oni byli tacy drobnomieszczańscy, tandetni i nieokrzesani. Malfoy wyglądałby zupełnie nie na miejscu na Privet Drive, w tym swoim wspaniałym płaszczu, z błyszczącymi, jasnymi włosami i promieniującą z każdej komórki jego ciała magią i arystokratyzmem.
Nałożenie na obrazy z jego poprzedniego życia wizji żywotnego i skrzącego się Draco tworzyło bardzo niestosowną całość. Harry odepchnął od siebie wyblakłe, szare wspomnienia tamtych lat. Zabrał już wszystko ze swojego pokoju, wiedząc, że nigdy więcej już tam nie wróci. Tym bardziej nie powróciłby tam z przyjacielem. Z ulgą zostawił za sobą całą tę nienawiść, którą czuł i której był przedmiotem.
Naprawdę, teraz to już się nie liczyło.
Ale choćby raz chciałby zobaczyć minę Draco, gdyby ciotka Petunia kazała mu smażyć bekon dla Dudleya.
I na pewno chciałby wyjść stamtąd, zanim wszystko by wybuchło.
- No dobrze, więc nie chcesz ich zabić – zgodził się Draco ochoczo. – To zrobimy coś innego. Zamienimy ich wspomnienia i wmówimy im, że są tancerzami go-go...
- Draco – zaśmiał się Harry. – Przestań. Proszę.
Ślizgon zamilkł, uważnie wpatrując się w twarz przyjaciela.
- Nic dobrego by z tego nie wynikło – zapewnił go Harry.
Draco skinął głową i puścił jego rękę.
- Przykro mi, Harry. – Podniósł głowę i ujrzał zdumienie na twarzy Harry`ego, ale kontynuował. – Tak naprawdę, twoje nadgarstki nie są takie fatalne. Nie musisz się tym tak bardzo zamartwiać.
- Dziękuję, Draco. Naprawdę bardzo nad tym bolałem.
Draco uniósł wysoko brodę.
- Nie wątpię. Nie wszyscy mają to szczęście, żeby odziedziczyć piękne kości po swoich ustosunkowanych protoplastach czystej krwi.
- Mówiłeś coś o stosunkach? – spytał niewinnym tonem Harry. – Bo słyszałem, że pomiędzy niektórymi członkami starych rodów czystej krwi...
- Zamknij się.
- Czy twoi rodzice byli spokrewnieni, Draco? – odezwał się Harry konspiracyjnym szeptem. – Jeśli tak, to możesz mi o tym powiedzieć. To nie twoja wina... No i wiele by to wyjaśniało.
- Zamknij się, zamknij się, zamknij się!
Policzki Ślizgona pokryły się lekkim rumieńcem oburzenia. Wiatr rozwiewał mu włosy, pomimo wysiłków, jakie czynił by doprowadzić fryzurę do porządku. Jasne kosmyki wirowały pomiędzy jego palcami, gdy odgarniał je do tyłu. Ten widok przypomniał Harry`emu ich pierwsze spotkanie nad jeziorem.
Teraz jest zupełnie inaczej. Nigdy nie przypuszczałem, że to wszystko będzie tak wyglądało – pomyślał i uśmiechnął się do przyjaciela.
- Byli kuzynami, Draco? – zapytał troskliwie.
Draco pacnął go w głowę.
- Byli powiązani tylko uświęconym węzłem małżeńskim, jeśli musisz wiedzieć – odparł surowo. – I wcale nie byli do siebie podobni. Oczywiście poza tym, że oboje mieli jasne włosy i byli zabójczo piękni. A ja nawet nie jestem podobny do matki.
- Poza tym, że też jesteś blondynem i to zabójczo przystojnym – wtrącił Harry, z łatwością mogąc przewidzieć jego reakcję.
Draco obdarował go olśniewającym uśmiechem.
- Ależ oczywiście. – Ruchem głowy odrzucił włosy, a potem zadumał się na moment. – Ludzie mówią... – zaczął niepewnym głosem, który dość dziwacznie brzmiał w jego ustach.
- Tak?
Draco milczał dłuższą chwilę.
- Że wyglądam jak ojciec – dokończył szorstko. Zwrócił się w stronę Harry`ego i zaczął mówić szybko, chcąc pokryć wcześniejsze wahanie. – Widziałeś mojego ojca, prawda? Raz w księgarni i potem na mistrzostwach świata. Czy myślisz... że jestem do niego bardzo podobny?
„Wygląda zupełnie jak jego ojciec”.
Gdy Harry po raz pierwszy zobaczył Lucjusza Malfoya, nie miał wątpliwości, że mężczyzna jest ojcem Draco.
Syn miał jego oczy, jego rysy twarzy, jego włosy – obraz stworzony na podobieństwo ojca; mający podążyć w jego ślady.
Ale teraz Lucjusz Malfoy nie żył, a te oczy, włosy, twarz, tak jak i wybór drogi życiowej, należały tylko do Draco. Harry nigdy wcześniej nie był tak wdzięczny losowi za to, że ktoś już nie żyje.
Chciał zaprzeczyć. Chciał powiedzieć Draco, że nie; że nie jest podobny do swojego ojca; sprawić, by w to uwierzył i zapewnić go, że to dobrze.
Ale na twarzy Draco malował się ten niezaspokojony głód, to palące pragnienie miłości, której nigdy nie doświadczył, a której nigdy nie miał już doświadczyć. Harry znał tę minę, widział ją nie raz, gdy patrzył w lustro. I pomimo że Draco wmawiał sobie, że jest rozpieszczonym dzieckiem, pomimo że wszyscy tak właśnie sądzili, Harry nie mógł nie zrozumieć tej rozpaczy, która była także jego udziałem. Podobnie, jak nie potrafił w tej chwili uwierzyć w kłamstwa, które sam sobie wmawiał – że to wszystko to przeszłość, i że nic już nie znaczy.
Wyciągnął rękę i chwycił Draco pod brodę, unosząc lekko jego głowę. Przyjaciel nie opierał się, prawdopodobnie sadząc, że Harry robi to, aby lepiej mu się przyjrzeć.
Ale nie to było powodem tego gestu. Harry zrobił to, bo...
Ta twarz, te oczy, te włosy...
- Myślę, że wyglądasz lepiej, niż on – powiedział.
Draco uniósł brew i odchylił się, a ręka Harry`ego zawisła na moment w powietrzu.
- To mogłoby być użyteczne w kampanii. Dobrze prezentowałbym się na plakatach, prawda? – zauważył.
- Proszę?
Draco przysunął się z powrotem, opierając się na łokciach i kolanach.
- Mój ojciec zawsze chciał, abym zajął się polityką – wyjaśnił. – Ale nie wiem. Nie jestem pewien, czy mnie to interesuje. Jednak z drugiej strony, sam nie wiem co chciałbym robić. Może coś związanego z magią kreatywną, albo... Zawsze zastanawiałem się nad Niewybaczalnymi.
- Na pewno w końcu na coś się zdecydujesz – zapewnił go Harry.
- Mam dużo czasu – zgodził się Draco chłodno. – I tak nie mogę nic robić, zanim nie skończy się wojna. Mam zbyt wiele rzeczy na głowie. Muszę zająć się tyloma sprawami, a kto wie, co jeszcze może się zdarzyć.
Prawdopodobnie miał na myśli zwycięstwo Voldemorta, albo własną śmierć, ale Draco był zbyt niepokorny, aby przyznać to głośno.
A Harry nie pozwoliłby, aby któraś z tych rzeczy mogła się ziścić.
- Na pewno na coś w końcu się zdecydujesz – powtórzył tym razem z większym przekonaniem.
Draco uśmiechnął się krzywo.
- Jestem wzruszony twoją wiarą we mnie – powiedział tylko. – Może po prostu będę gentelmanem-markierantem, którego jedynym zajęciem, będzie leżenie na jedwabnych poduszkach, w otoczeniu tuzinów tańczących dziewcząt i zajadanie się czekoladą.
- Brzmi nieźle – stwierdził Harry. – Mówiłeś, że mnie zapraszasz do siebie. Lubię białą czekoladę.
Draco omdlewającym gestem przyłożył dłoń do czoła.
- Typowy brak empatii. - Jak możesz wspominać o jedzeniu, gdy ja słabnę z głodu? – powiedział z wyrzutem. Nie żebym cię winił, Harry, za to, że sprowadziłeś mnie tu i zamierzasz zagłodzić na śmierć. Nie pozwól by moje cierpienie zburzyło twój spokój. Nie zniósłbym myśli, że moje tragiczne zejście w jakiś sposób cię zmartwiło.
- Jest wpół do drugiej. Nie sądzę, żebyś miał umrzeć już teraz.
- Nawet jeśli to ty będziesz odpowiedzialny za moją śmierć, nie powinieneś dopuścić, by palące poczucie winy kładło się cieniem na twoim sumieniu. Wybaczam ci, Harry, naprawdę wybaczam; pomimo że głód trawi me wnętrzności.
Draco przybrał pozę męczennika. Harry westchnął z rezygnacją.
- Możesz zajrzeć do koszyka, jeśli chcesz.
- Tak! – krzyknął Draco chwytając pojemnik i zaczynając w nim grzebać. – Hmmmm, hmmmm, hmmm... kanapki, ser, szynka, jesteś kompletnie pozbawiony wyobraźni, wiesz? Hmmm, hmm, hmm, co to za butelka?
- Sok z dyni – odparł Harry.
- A ta druga?
- Kawa.
Draco rozpromienił się na dźwięk tego słowa.
- Kawa! – ucieszył się. – Ooooch... i wodorosty. Glony. Potter, nie jem glonów. Nie obchodzi mnie, że są dobre na cerę.
- To skrzeloziele – wyjaśnił Harry. – Na wypadek, gdyby łódka się wywróciła.
- Na wypadek, gdyby...? – przeraził się Draco. – Jak wywrotna jest ta skorupa? Dlaczego wcześniej nie podzieliłeś się ze mną swoimi wątpliwościami w kwestii bezpieczeństwa? Czy ona przecieka? Czy są tu jakieś dziury?
- Tak, są. W twoim mózgu – stwierdził Harry i spojrzał na Ślizgona. – Chyba nie sądzisz, że naraziłbym cię na jakiekolwiek niebezpieczeństwo? Kretyn.
- Och – podsumował Draco nieco uspokojony i powrócił do przeszukiwania koszyka. - Hmmm, herbatniki, hmm, och! – Spojrzał zdumiony na Harry`ego. – Lizaki o smaku krwi! Pamiętałeś!
Harry wzruszył ramionami i przytaknął z zakłopotaniem, a potem przyjrzał się przyjacielowi sprawdzając, czy na pewno jest zadowolony.
- Słodyyycze, hmm, hmm, mmm i łyżka, świetnie, i... słoik marmolady, i... pudełko cukru pudru! – Draco podniósł głowę, przynajmniej raz nie dbając o to, że wiatr rozwiewa mu włosy we wszystkich kierunkach. – Och, Harry! – Wydawał się zupełnie zawojowany zawartością koszyka.
- Chciałem, żeby to był najdziwniejszy piknik świata – usprawiedliwił się Harry.
- Najwspanialszy. Dzień. W życiu – powiedział Ślizgon z głębokim przekonaniem. – Następnym razem musimy zrobić cos podobnego dla ciebie. Może wynajmę tancerki. Co byś chciał?
Harry zaczął wyciągać nudne rzeczy, które Draco zignorował – na przykład talerze.
- Lubię spędzać czas z tobą – napomknął. – Podaj mi sok z dyni.
- Zastanów się nad tymi tancerkami – zasugerował Draco, wyciągając w jego kierunku butelkę. – Ten pomysł na pewno będzie chodził ci po głowie. Albo raczej krążył jak głodny drapieżnik.
- Zobaczymy – zgodził się Harry pogodnie.
Spojrzał na przyjaciela, który, najwyraźniej zaabsorbowany jakąś myślą, intensywnie wpatrywał się w jego filiżankę. Gdy łódka zakołysała się lekko, Ślizgon delikatnie przygryzł dolną wargę.
- Zamówimy tancerki, gdy przeprowadzisz się do własnego mieszkania – zdecydował Draco zadowolony i wyprostował się. – Nigdy wcześniej tego nie robiłem. To będzie najlepsza parapetówka na świecie.
- Przyjdą też Syriusz i profesor Lupin. Nawet o tym nie myśl – skrzywił się Harry.
- Wiesz, oni są raczej starzy – zauważył Draco. – Jestem pewien, że wiedzą o...
- Nie, Draco. Wybij to sobie z głowy. I ani słowa na temat intymnych związków moich guru. Przestań. Jakbyś się czuł, gdybym ja zaczął sugerować coś takiego?
- Cóóóóż, mógłbym mieć pewne wątpliwości jeśli chodzi o profesora Snape`a. – Draco zmarszczył brwi i zaczął się zastanawiać. – No wiesz, jest taki nieznośny i humorzasty... No i te jego okropne włosy... Ale z drugiej strony, jest Ślizgonem...
- A co... Ślizgoni mają jakieś specjalne związane z tym rytuały?
Draco odchylił głowę. Odbijające się od jego włosów promienie słońca sprawiały, że wyglądał nieprawdopodobnie niewinnie.
- Tak, Harry. Właśnie tak. To rytuał. Każdego Ślizgona w wieku lat dwunastu poddaje się ceremonii defloracji; odziany w lateks, zostaje pozbawiony dziewictwa przez starszego krewnego, na ołtarzu skropionym krwią jagnięcia. Ani słowa. Czy ja deprecjonuję wasze domowe tradycje?
Harry przewrócił oczami.
- Dzięki za wspaniałą wizję, Draco. Niedokładnie to miałem na myśli.
- Muszę cię poinformować, że dziewictwo darzymy wielką estymą. Nikt z nas nigdy nie wyśmiewał się z tego powodu z Crabbe`a.
Harry odwrócił wzrok i przez chwilę milczał, zanim z trudem był w stanie przyjąć to do wiadomości. Jezioro, odbijając nieco pociemniałe niebo, przybrało odcień granatu, podkreślony dodatkowo szarością i zielenią słabo widocznego brzegu.
- Chcesz powiedzieć... – Harry zamilkł na moment i odetchnął głęboko. – Więc Goyle...
- Och, tak – przytaknął Draco spokojnie. – Z Millicentą Bulstrode.
- Blee, przestań. Jesteś pewien?
- Nawet bardzo. Obudził mnie z wyjątkowo przyjemnego snu, aby zapytać o zaklęcie wigoru.
- Och, uh, Merlinie... Co powiedziałeś?
Draco uśmiechnął się figlarnie.
- Z tego co pamiętam „bierz ją, tygrysie”. – Uśmiechnął się szerzej widząc, że Harry zaniemówił ze zgrozy. – Jestem dobrym przyjacielem – bronił się twardo. – A częścią tego brzemienia jest wspieranie przyjaciół, gdy zdobywają nowe doświadczenia.
- Bleeee – podsumował Harry. – Nie wiedziałem, że się spotykają.
Draco spojrzał na Harry`ego, jakby próbował odczytać hieroglify.
- Nie mówię, że się spotykali – odparł powoli. – Po prostu eksperymentowali. To nie miało nic wspólnego z uczuciami.
- Och, to obrzydliwe.
- Dziękuję ci bardzo – powiedział Draco nieobecnym tonem, otwierając pojemnik z cukrem pudrem.
- Draco, nie miałem na myśli... Nigdy właściwie nie powiedziałeś mi ile, eee... miałeś...
Draco spojrzał na niego wyczekująco. Harry poddał się i szturchnął go w ramię.
- No wiesz.
- Och, dobrze – ustąpił Ślizgon. – Pięć. Dwa dłuższe związki, dwie przygody i przyjaźń, w czasie której zdarzyło się kilka razy.
- Tylko pięć?
Draco był wyraźnie urażony.
- To nieźle jak na osiemnaście lat, Potter – stwierdził. – Co ty sobie wyobrażasz? Że co dzieje się w lochach? Nie chodzimy w skórach z biczami w ręku. Właściwie, to czasem wieczorami rozwiązujemy krzyżówki.
- Fakt, wybacz – powiedział Harry. – Nie patrz tak na mnie. Nie jestem ekspertem w tych sprawach.
- Ta, wiem – Draco zamyślił się na chwilę. – Harry, czy mógłbym... czy nie przeszkadzałoby ci, gdybym...
- Co?!
- Czy przeszkadzało by ci, gdybym posmarował kanapki marmoladą i posypał je cukrem? Uważasz, że to obrzydliwe?
- Tak – odparł Harry zdecydowanie. – Uważam, że to obrzydliwe. Nie rób tego, dopóki nie zjem.
- Och, dobrze – naburmuszył się Draco, zlizując marmoladę z palca. W porównaniu jasną skórą, jego usta wydawały się intensywnie czerwone.
Do Harry`ego dotarło nagle, że Draco zadał mu właśnie jakieś pytanie.
- Proszę?
- Martwisz się, bo ty czekasz na wielkie uczucie?
Harry był zanadto zakłopotany tą całą dyskusją, żeby spojrzeć przyjacielowi w oczy. Zawiesił wzrok na szwie na koszuli Ślizgona.
- Nie wiem – odparł. – Nie myślałem o tym.
To prawda. Tyle się zawsze wokół niego działo, że nie była to sprawa, nad która trzeba się zastanawiać natychmiast. To wszystko jawiło się raczej jak obietnica przyjemności i zabawy w odległej przyszłości, a poza tym wzbudzało w nim pewien niepokój.
- Posuń się – rozkazał Draco. – Chcę się wyciągnąć.
Harry posłusznie odsunął się na bok. Draco ostrożnie wstał, nadal trzymając w rękach pojemnik z cukrem i przekroczył rozłożone na dnie talerze. Usadowił się wygodnie obok Harry`ego i kontynuował:
- Założę się, że na to właśnie czekasz. Znam ciebie i te twoje absurdalne pomysły. Wiesz, że świat nie jest czarno-biały, ale chcesz, żeby taki był.
- A dlaczego to takie absurdalne? – zapytał Harry zirytowany.
Draco podparł się na łokciach.
- Bo nic nie jest idealne – odparł cynicznie i przeciągnął się. – Nie może być. Nie ma czegoś takiego, jak absolutne piękno, skończona doskonałość czy idealne uczucie. Nie mogę kompletnie komuś zaufać, Weasley nie może być bezwzględnie zakochany w Granger, a... mój ojciec nie mógł mnie bezwarunkowo kochać.
Draco oceniał świat emocji poprzez pryzmat doświadczeń z człowiekiem, który z zimną krwią mordował niewinnych ludzi.
- Sam sobie zaprzeczasz – powiedział Harry miękko. – Mówiłeś mi kiedyś, czym jest dla ciebie życie, pamiętasz? Że jest pasją. A jeśli właśnie w ten sposób postępujesz, jeśli oddajesz mu się z taką pasją, to co to jest, jeśli nie pełnia życia?
Draco usiadł, podpierając się ręką.
- Okrutny paradoks, no nie?
Najwyraźniej Draco był zadowolony, że odkrył jak pełen sprzeczności jest świat, w którym żyje. Harry nie mógł zrozumieć, jak można cieszyć się z uzmysłowienia sobie raczej bolesnej prawdy, że wszystko wokół jest tak nieprzewidywalne.
Harry chciałby wierzyć, że istnieją ideały; chciałby żyć ze świadomością, że jest choć kilka rzeczy absolutnie niepodważalnych. Tak bardzo pragnął być pewnym tylu rzeczy; poznać tyle odpowiedzi.
Położył rękę na ramieniu przyjaciela.
- Jestem absolutnie pewien, że chcę być twoim przyjacielem – powiedział. Jedyne co mógł zrobić, to sam ustalić coś, co nigdy się nie zmieni. – A teraz, czy możemy porozmawiać o czymś innym? – zapytał ponuro. – Znowu widzę w twoich oczach świecący jak latarnia morska blask „mam ochotę cię w coś wrobić”.
- Zastanawiałem się nad zaletami Lavender Brown – odparł Draco z nadzieją w głosie. – Nie wzięliśmy jej pod uwagę. A to taka czarująca dziewczyna.
- Draco, ostrzegałem cię.
Ślizgon ściągnął usta w ciup.
- Ooooch, Harry, tak się boję twojego gniewu. Cóż teraz ze mną będzie?
Harry trzepnął go w głowę serwetką.
- Zamknij się.
- Nie krzywdź mnie – zapiszczał Draco. – Wszyscy wiedzą jak potężny i bezlitosny jest wielki Harry Potter. Lękam się twojej homerycznej mocy. Jestem na wieki przeklęty, nie posiadam żadnej tajnej broni...
Draco błyskawicznie sięgnął ręką w kierunku twarzy Harry`ego.
Jego palce rozwarły się, a w otwartej dłoni Ślizgona pojawił się kubek gryzący w nos. Harry w ostatniej chwili chwycił chłopaka za nadgarstek, krzyknął i odepchnął go mocno. Draco wylądował na siedzeniu, przyciskając kubek do piersi. Na jego ustach nadal błąkał się nikczemny uśmieszek.
- Chowasz w zanadrzu mnóstwo podstępnych sztuczek - zauważył Harry. - Naprawdę zachowujesz się jak czterolatek.
- Prawie mi się udało – ucieszył się Draco.
- Nie o to chodzi.
- A-ha! Przyznajesz, że tym razem niemal cię dopadłem!
Harry pokręcił głową.
- Smarkacz – wymamrotał. Kropla deszczu spadła na jego rękę.
Draco wpatrywał się w nią ze zgrozą.
- O nie! – wykrzyknął. – Będzie padać!
- No to trochę zmokniemy. – Harry wzruszył ramionami.
Twarz Draco ściągnęła się z rozpaczy.
- Moje włosy! – zaczął lamentować. – Moja fryzura! Będzie zniszczona! Zrujnowana! Och, Merlinie!
Harry spojrzał w niebo. Było ciemne i pokryte złowieszczo burymi chmurami. Krople deszczu spadały z coraz większą częstotliwością.
- Możemy wrócić – zaproponował niechętnie.
Draco zanurkował pod ławkę i coś spod niej wyciągnął.
- Nie – powiedział. – Mam plan. Schowamy się pod tym!
I narzucił na ich głowy szatę.
- Świetny plan, Draco – stwierdził Harry stłumionym głosem, próbując wsunąć się głębiej pod tę namiastkę parasola. – Nic nie widzę. Oooo, Ślizgoni to naprawdę wyjątkowo sprytny ludek.
- Cicho bądź – zakomenderował Draco, wiercąc się, aby sprawdzić, czy jego włosy są dobrze okryte.
Harry poczuł, że dłoń Draco muska jego kolano.
- Draco.
- Tak? – zapytał Ślizgon idealnie niewinnym głosem.
- Chyba nie myślisz o podrzuceniu mi na kolana gryzącego kubka, prawda?
Nastąpiła chwila ciszy.
- ...a jeśli tak, to co? – przyznał Draco z irytacją.
Harry roześmiał się i przytrzymał Ślizgona za przeguby.
- To przestań.
Najwyraźniej jednak groźby Harry`ego Pottera nie przerażały Draco tak bardzo jak deszcz. Obaj czuli krople spadające na ich prowizoryczne schronienie.
- Taaa – odezwał się Draco przysuwając się bliżej, a potem zaśmiał się. Włosy Ślizgona łaskotały Harry`ego w ucho, a gdy Draco zaczął mówić, Harry czuł ocierający się o jego policzek nos chłopaka i jego ciepły oddech. – Mogłoby być zabawnie – zapewnił go Draco. – Kiedyś upuściłem jeden na kolana Longbottoma. Mieliśmy niesamowity ubaw, jak zaczął wrzeszczeć.
Harry potrzebował chwili by uświadomić sobie, co Draco właśnie powiedział.
- Kiedy co?
- Och, to było wieki temu – pospieszył z wyjaśnieniem Draco. – Właściwie, teraz jak o tym myślę, to wydaje mi się, że to nie byłem ja. To chyba Crabbe, albo Goyle, albo ktoś inny. I wcale nie powiedziałem im, że mają to zrobić. I to nie był Longbottom, to mógł być ktoś inny. I w ogóle mnie tam nie było. Tak czy inaczej, to było bardzo śmieszne.
Harry zamrugał gdy kosmyk włosów Draco połaskotał go w szyję.
- Ty nie zachowujesz się tylko jak czterolatek. Ty zachowujesz się jak czteroletni, niegrzeczny, rozbestwiony smarkacz – stwierdził, uchylając się przed drażniącym go kosmykiem jasnych włosów.
Gdy Draco roześmiał się, Harry poczuł na policzku eksplozję ciepłego oddechu.
- No dobrze, to było w zeszłym tygodniu.
- Przewracam oczami Draco. To tak, żebyś wiedział. Już nigdy nie rób czegoś takiego.
- Skąd bierze się cały ten deszcz? – zirytował się Draco.
- Hmm... Prawdopodobnie z nieba. Obiecaj mi.
- Dobrze. Obiecuję już nigdy nie szczuć Longbottoma gryzącymi kubkami. Nie potrafisz się bawić, Potter.
- A ty czasami jesteś paskudną, złośliwą fretką, Malfoy.
Draco wydał ostry okrzyk protestu. To był okropny dźwięk jeśli wziąć pod uwagę, że wydające go usta znajdowały się tak blisko ucha Harry`ego. Gdy Ślizgon odwrócił się, aby spiorunować przyjaciela wzrokiem, jego wargi otarły się o ucho Harry`ego.
- Powiedziałeś to słowo na „F”! Wszyscy moi przyjaciele muszą przysiąc, że nigdy nie wypowiedzą tego słowa na „F”!
Harry odetchnął głęboko, bo pod szatą zaczęło robić się duszno.
- Fretka, fretka, fretka – wyszeptał do ucha przyjaciela.
Dopiero po chwili zorientował się, że zduszony pomruk, który wydawał Draco, jest próbą stłumienia śmiechu.
- To okropne – pożalił się Ślizgon, zachichotawszy tylko raz. – Pada i chyba nigdy nie przestanie, a woda już zaczyna przeciekać mi na włosy.
- Hm, u mnie wszystko w porządku – stwierdził Harry. – Poza tym, po takim deszczu, może wyjdzie tęcza.
Draco pomyślał przez chwilę.
- No dobrze. Masz gdzieś tam tę butelkę z kawą?


*

Rzeczywiście, gdy tylko przestało padać, na niebie pojawiła się blada tęcza. Niewyraźna, jakby namalowana akwarelami Deana i dodatkowo zamazana głębokim, wilgotnym błękitem. Przyćmione, delikatne kolory prawie natychmiast rozproszone zostały przez blask słońca.
Chłopcy leżeli na dnie łódki, ciesząc się ciepłem ostatnich promieni słonecznych.
- Nigdy nie widziałem, żeby ktoś zjadał tyle czekolady – zauważył mimochodem Harry, patrząc, jak Draco sięga po kolejną czekoladową żabę.
Ślizgon odwrócił się do niego, wyraźnie urażony.
- Potrzebuję dużo energii – wyjaśnił sucho.
Harry uśmiechnął się i przymknął oczy.
- Na pewno.
- Harry, możesz być jednym z moich najlepszych przyjaciół i tak dalej, ale jeśli insynuujesz, że jestem gruby, to walnę cię koszykiem. I lepiej, żebyś nie robił także żadnych uwag dotyczących wyboru mojego narzędzia zemsty.
- A kto tu cokolwiek insynuuje? – zapytał z rozleniwieniem Harry, szturchając przyjaciela w brzuch.
Draco kopnął go i odtoczył się nieco dalej. Podparł się na łokciach, spojrzał na Harry`ego i znacząco rzucił okiem w stronę gryzącego kubka, który teraz ryzykownie kołysał się w jego palcach, trzymany z godnym podziwu opanowaniem, dokładnie nad sprzączką paska Gryfona.
Harry z obawą popatrzył na kubek, sięgnął ręką do koszyka, wyciągnął z niego czekoladową żabę i zamachnął się, wrzucając ją do jeziora.
- Hej! – Draco usiadł szybko i obrzucił go wściekłym spojrzeniem. – Śmiecisz! Zanieczyszczasz środowisko naturalne. Poskarżę na ciebie McGonagall.
Harry spokojnie położył się z powrotem i znowu przymknął powieki.
- Nie ma sprawy.
- Ooooch, Harry Potterze, jesteś taki niepokorny – zaczął strofować go Draco cienkim głosem, przypominającym bardzo sposób mówienia Colina Creeveya. – Jesteś zepsuty do szpiku kości. Wywabiasz niewinnych uczniów ze szkoły i odciągasz ich od istotnych zajęć...
- A co dokładnie planowałeś dzisiaj robić?
Harry otworzył oczy, by ujrzeć jak Draco z godnością unosi głowę.
- Zamierzałem dzisiaj zrobić coś niezmiernie doniosłego. Chciałem podciąć włosy.
- Przykro mi, że zepsułem twoje arcyważne plany – powiedział Harry bardzo poważnie. – Czy kiedykolwiek mi wybaczysz?
- Chyba tak. Bo właściwie to było warto. – Draco ugryzł następny kawałek żaby i rozpromienił się, kiwając ręką w stronę opakowania. – Czekolada – sprecyzował.
Harry skinął głową. Był spokojny i zadowolony. Słońce powoli zniżało się nad horyzontem - takie ciepłe i bliskie. I towarzyszył mu Draco, który pomimo, że znajdowali się na środku jeziora, nie bał się. Życie malowało się w jasnych barwach. Przez chwile wydawało się takie przyjemne i na swoim miejscu.
Draco wyglądał tak, jakby jednocześnie chciał zasnąć i nadal jeść czekoladę. Miał zamglone oczy, a jego ubranie znajdowało się w lekkim nieładzie. Koszula podwinęła mu się nieco do góry ukazując nieco jasnej skóry.
- Było warto – powtórzył z rozmarzeniem, uśmiechając się do trzymanego w ręku kawałka czekoladowej żaby. Nagle kątem oka dostrzegł, że Harry mu się przygląda. – Co?
Na jego ustach znajdowała się odrobina czekolady.
- Um. Nic – powiedział Harry pochylając się i ścierając plamkę wierzchem dłoni. – Miałeś tu trochę... czegoś...
- O, dzięki. – Draco opadł na plecy i podłożył rękę pod głowę. Wydawał się bardzo zrelaksowany. – Hmmm. Niedługo zajdzie słońce.
- Tak. Powinniśmy... wracać.
- Hmmmm. Za chwilkę.
Kilka minut później, słońce zniżyło się jeszcze bardziej, a od wody zaczął bić wieczorny chłód. Draco oddychał głęboko i regularnie, a gdy odezwał się znowu, jego głos brzmiał spokojnie. Nie było w nim nuty zdenerwowania.
- Harry, jak wrócimy bez wioseł?
Harry usiadł, pomacał się po kieszeniach i wyciągnął różdżkę.
- Accio wiosła – powiedział i wyszczerzył zęby w uśmiechu, gdy przyfrunęły do jego ręki. – Wiesz Draco, spróbuj zapamiętać, że jesteś czarodziejem.
Draco przez moment wpatrywał się w wiosła, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Potem spojrzał na Harry`ego i skrzywił się okropnie. Harry roześmiał się i podał mu jedno wiosło, a Ślizgon zrobił jeszcze gorszą minę.
- Traktujesz mnie jak niewolnika – wymamrotał żałośnie. – Mogą mi się zrobić odciski.
- Odciski są bardzo męskie – zauważył Harry i uśmiechnął się, gdy oburzony Draco wykrzywił się ze zgrozą, a zaraz potem zaczął nakładać na siebie szatę.
- Jestem niezwykle męski i bez tego, jeśli byś nie wiedział – powiedział stłumionym głosem.
Gdy usłyszał rytmiczny odgłos wioseł uderzających o taflę wody, odwrócił głowę, żeby zobaczyć, jak Harry nimi porusza. Opadały i wznosiły się niemal synchronicznie. Harry poczuł niewielkie ukłucie żalu, gdy łódka otarła się o dno, lekko dobijając do brzegu. Draco chwycił koszyk i wyrzucił go na ląd.
- Chyba porozbijałeś właśnie naczynia.
- Ryzyko dodaje życiu smaku – stwierdził Ślizgon lekkim tonem, podniósł się i wyskoczył z łódki.
Łódeczka niemal się wywróciła, a Harry, który właśnie wstawał, opadł z powrotem na ławkę. Draco zaśmiał się beztrosko i podał mu rękę.
- Przepraszam, chodź – powiedział, a gdy Harry chwycił jego dłoń, pociągnął go szybko i zdecydowanie za mocno, tak że Gryfon jęknął i znowu prawie się potknął. Draco roześmiał się znowu, z tą samą radością, która nie opuszczała go przez cały dzień i puścił rękę przyjaciela, zanim ten zdążył złapać równowagę.
Ciemnozłote promienie zachodzącego słońca igrały na rozwianych wiatrem włosach Draco. Harry był szczęśliwy i rozbawiony; także się śmiał, nadal niepewnie stojąc na nogach. Gdy wyskoczył na wilgotną trawę, zachwiał się mocniej, pochylił i złapał towarzysza za szatę, by nie upaść. W momencie, kiedy obaj przestali się śmiać, pocałował Draco w usta.
Harry przymknął oczy, a pod jego powiekami, na ciemnym tle majaczyło echo blasku jasnych włosów. Na sekundę wszystkie jego myśli odpłynęły, a wargi Draco były takie miękkie.
Potem zamrugał, odsunął się i spojrzał na przyjaciela.
Słońce zniknęło. Twarz Draco emanowała chłodem, a jego rysy stwardniały.
- A więc o to chodziło – powiedział Ślizgon lodowatym tonem, po czym odwrócił się z furią i odszedł.
Harry zamarł. Stał na brzegu jeziora, patrząc za nim ze zgrozą.




*A. Mickiewicz “Niepewność”
** 1) Współautor fragmentu - Mith.
2)Malfoy - "mal foi" (franc.) - zła wiara (świadomość, że własne postępowanie jest niezgodne z prawem lub z obowiązującymi zasadami współżycia społecznego - PWN); „draco” – (łac.) smok.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:30

Rozdział trzynasty
Tacy byliśmy


"Tacy byliśmy jeszcze wczoraj
Wystarczał mały gest, wystarczał gest
I wszystko miało sens
Tacy byliśmy jeszcze wczoraj
A dzisiaj tak jak sen skończyło się
I gdzie to wszystko jest"*


Harry leżał na łóżku, dryfując na granicy snu.
Nie mógł przestać myśleć o tym, co wydarzyło się tego dnia. Właściwie to od kilku godzin nie mógł myśleć o niczym innym. Teraz, gdy prawie zasypiał, słysząc równy oddech śpiącego Rona, wciąż było tak samo. Mocno zaciskał powieki, jakby to miało pomóc mu pogrążyć się w zapomnieniu.
Dlaczego to zrobił?
Dlaczego chciał... Co go opętało...? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na te pytania.
Przecież był... lubił dziewczyny. Więc co, do diabła, chciał zrobić? O co mu chodziło? Czy kiedykolwiek w ogóle rozważał...? Czy myślał o...?
Myślał o tym, jakby to było, gdyby miękkie wargi Draco rozchyliły się pod jego ustami. Gdyby położył dłoń na tym ciele, przesunął rękami po torsie, karku; poczuł w swych palcach te jedwabiste włosy; gdyby Draco także go dotknął...
Bliskość jego ciała. Echo smaku, wizja tych ust, chętnych, odpowiadających z gwałtowną namiętnością; Draco, z odchyloną głową, poddający się pocałunkom Harry`ego; jego skóra, gładka i słodka... Jego głos, niski i cichy, jak zwykle, gdy przeżywał coś intensywnie...
- Harry! Harry!
Harry obudził się, ciężko dysząc i ujrzał nad sobą zaniepokojoną twarz Rona.
- Jęczałeś przez sen – wyjaśnił przyjaciel. – Czy to... był sen o Sam Wiesz Kim?
Harry odchrząknął.
- Eeee... nie. To... Wszystko w porządku.
Ron pokiwał głowa ze współczuciem i wrócił do swojego łóżka.
Harry leżał w ciemnościach, usiłując uspokoić oddech.
Był cały spocony i rozgorączkowany. Niedobrze.
A więc – próby znalezienia racjonalnego wyjaśnienia nie miały sensu. Gorące krople potu spływały z jego twarzy, a piżama przyklejała się do wilgotnego ciała. Rozpacz pomogła objawić nagą prawdę.
Pożądam go.
To pragnienie było tak silne. Dlaczego nie uświadomił sobie tego wcześniej...? Czy nie zauważył...
Harry przymknął oczy i starał się odpędzić te myśli, ale obrazy ciągle wracały - małe jaskrawe, kolorowe kawałki układanki, wirujące w ciemnościach. Miał zaschnięte gardło.
Uczucie, gdy Draco leżał na nim w klubie pojedynków. Ruch warg, gdy się uśmiechał. Błysk w oczach, który był jak promień słońca, przebijający przez burzowe chmury. Cień złośliwości w niemal dziecinnie brzmiącym śmiechu. Oszałamiające wrażenie gładkości i miękkości, które czuł pod palcami, gdy dotykał włosów Draco.
Harry zdał sobie sprawę, że mocno zaciska zęby, a jego ciało wygina się z tęsknoty. Usiłował oddychać głęboko, by się uspokoić.
Jestem niewiarygodnie głupi.
Powinien był wiedzieć... I nigdy nie powinien był zrobić tego, co zrobił.
Wspomnienie miny Draco uderzyło Harry`ego jak obuchem. Oczy wypełnione bólem, zaciśnięte usta, wyostrzone rysy, napięcie widoczne na twarzy, gdy z wysiłkiem próbował się opanować. Harry znał tę minę tak dobrze i nigdy nie chciał... och, jak mógł doprowadzić Draco do takiego stanu?
Gorzkie skrzywienie ust i ostatnie spojrzenie – zdrada.
Nie chciałem go skrzywdzić!, pomyślał Harry, gdy nagły ból szarpnął jego sercem. Nigdy, przenigdy nie zamierzałem go zranić. Nie Draco.
Już tyle się nacierpiał. Przecież wiem. Nikt nie wie tego tak dobrze, jak ja.

I tym razem z bólem, nie z wcześniejszą niepohamowaną radością tego szokującego olśnienia, Harry zdał sobie sprawę ile dokładnie znaczy dla niego ta samotna, zgryźliwa istota.
Draco.
Co, na Merlina, ma zrobić, żeby to wszystko naprawić? Jak ma mu to wytłumaczyć? Czy po tym co zrobił, kiedykolwiek będzie w stanie spojrzeć mu w oczy?
Absolutnie nie mógł ścierpieć myśli, że istnienie możliwość utraty przyjaciela. Draco był... potrzebował go!
Harry wcisnął twarz w poduszkę.
Sprawy byłyby prostsze, gdyby nie Turniej Trójmagiczny. Przedtem wszystko było jasne.
Teraz nie zniósłby, gdyby to powróciło; gdyby znowu mieli być dla siebie tym, czym wtedy byli.
„A więc to o to chodziło” – powiedział Draco. Myślał, że cała ta przyjaźń, tak naprawdę była jakimś zauroczeniem, u którego podstawa leżał żądza. Draco myślał...
To wszystko napełniło go pewnie odrazą i przerażeniem.
Zapewne uważał, że Harry`emu na nim nie zależy.
I jak to wszystko wyjaśnić? Przecież nie mógł oświadczyć, że wcale go nie pragnął, bo wtedy Draco nadal myślałby, że...
Tej nocy Harry prawie nie spał.
Setki razy powtarzał w duchu imię „Draco”, podobnie jak kiedyś powtarzał imię „Voldemort”. Tym niemym wołaniem chciał sprowadzić do siebie obiekt swoich rozmyślań. Niemal pragnął, by Voldemort pojawił się nagle przed nim – chciał z nim walczyć, by pokonać swój strach.
Nazwij demona, a utraci on swoją moc.
Chciał wezwać Draco, z tysiąca powodów. Ponieważ zawisł pomiędzy nimi złowieszczy cień, bo chciał domagać się odpowiedzi na dręczące go pytania „Jak mogłeś uwierzyć, że chcę cię wykorzystać?; jak śmiałeś sprawić, że tak się poczułem, a potem odejść?”. Bo chciał po prostu, żeby Draco był z nim, spokojny i szczęśliwy; chciał tylko patrzeć na niego i widzieć na jego twarzy zwykły uśmiech.
I chciał go znowu pocałować.
Harry zagryzł wargi i mocno zacisnął oczy.


*

Następnego dnia nie był w stanie rozmawiać z Ronem. Niemal nie widział siedzącej w pokoju wspólnym Hermiony. Tak, jakby wcale ich tam nie było; jakby znajdowali się w innym wymiarze i widział ich sylwetki zza półprzeźroczystej szyby.
Tylko jedna myśl kołatała mu się w głowie; myśl, która wywoływała lęk i cierpienie.
Gdy dotarł do Wielkiej Sali, tylko jedna twarz wydawała mu się realna, tylko ją widział wyraźnie.
Tylko Draco znajdował się w rzeczywistości, która otaczała Harry`ego. Był wszystkim, co Harry dostrzegał.
Siedział przy stole Slytherinu, bezmyślnie obracając w rękach tosta. Harry zauważył mocno zarysowaną linię brody i kosmyki włosów leżące na jego karku.
Ten widok sprawił, że Harry zamarł. Nigdy nie zdawał sobie sprawy jak bardzo prawdziwe może okazać się porównanie kogoś do motyla przebitego szpilką. Harry stał się nagle jądrem bólu, rozdzieranym przez ostrza żalu, troski, uczucia i pożądania. W piersi palił go niepokój i smutek, a gardło piekło go tak, jakby coś próbowało je z niego wyrwać.
Kiedy tylko był w stanie odetchnąć i poruszyć się, zaczął działać. Nie był w stanie się powstrzymać.
Podszedł do stołu Ślizgonów, w rozpaczy zobojętniały na całe otoczenie.
- Muszę z tobą porozmawiać – powiedział zwracając się do Draco.
Ślizgon spojrzał na niego.
Harry cofnął się, zszokowany tym, co ujrzał w jego oczach. Poczuł się tak, jakby był celem, którego dosięgnął idealnie ukierunkowany pocisk; jakby ktoś zatopił w nim zatruty sztylet. W tych oczach nie było nic, prócz wściekłości.
- No to sobie muś, Potter. – Głos chłopaka przepełniony był zimną furią.
- Draco... – zaczął Harry i przeraził się brzmiącą w swoim głosie głęboką pasją.
Nakrycie zabrzęczało, potrącone przez Ślizgona, który podniósł się gwałtownie. Na jego twarzy malowała się czysta wrogość.
- Nazywam się Malfoy – wysyczał.
Harry nie mógł znieść całkowitego braku ciepła w spojrzeniu Draco, ale nie był w stanie odwrócić wzroku.
- Draco – powtórzył niemal wyzywająco.
- Zamknij jadaczkę.
To była typowa, chłodna odpowiedź Malfoya. Zaciśnięte pięści Draco wparte były na stole, wgniatając się w blat, jakby Ślizgon miał ochotę kogoś zabić.
- Draco, posłuchaj...
Chłopak warknął ostrzegawczo, przeskoczył przez stół, złapał Harry`ego za gors i popchnął go na krzesło.
Harry zatoczył się w wyniku nagłego ataku, ale udało mu się utrzymać równowagę.
Twarz Draco wykrzywiła się w grymasie złości. Stał przed Gryfonem, niczym uosobienie Alekto – blady, emanujący wrogością, oszalały, jakby chciał zamordować Harry`ego gołymi rękami.
Musiał coś ujrzeć w oczach Harry`ego, bo jego wzrok nagle zaczął przypominać zimne kawałki stali.
- Nie – powiedział ostro, cedząc słowa, jakby zadawał nimi pojedyncze ciosy. – Nie będę słuchał. Nigdy więcej nie chcę cię widzieć, ani z tobą rozmawiać. Koniec tej całej farsy z przyjaźnią, Potter. Spływaj do swoich odrażających koleżków i zostaw mnie do diabła w spokoju!
Jego ręce nadal zaciśnięte były na szacie Harry`ego. Gryfon także złapał go za koszulę.
Błysk oburzenia w oczach Draco, przypomniał mu nagle wczorajszy wieczór – Harry z niesamowitą wyrazistością przypomniał sobie smak jego ust. Uczucie złości pomogło mu odsunąć od siebie te wspomnienia.
- Przestań być takim upartym draniem i posłuchaj! – krzyknął.
Draco odepchnął go, a w odpowiedzi Harry pchnął Ślizgona. Nagle zaczęli walczyć. Żaden z nich nie próbował uderzyć przeciwnika. Zwarci w uścisku, przepychali się i szamotali w zażartej szarpaninie.
- Odwal się ode mnie! – głos Draco zabrzmiał jak chlaśnięcie bicza.
- Posłuchaj mnie, do diabła! – wydyszał Harry.
Draco brutalnie uderzył go łokciem, pozbawiając resztki powietrza w płucach.
- Nie będę cię słuchał! – wycharczał dziko.
Harry złapał go za ramię.
- Nie, do cholery! Nie przestanę, dopóki mnie nie posłuchasz, nigdzie nie pójdę, i tobie też nie pozwolę odejść! Bo jesteś moim przyjacielem.
- Nie jestem – warknął Draco i z nagle silnie odepchnął Harry`ego.
Harry złapał go za przegub i zdołał utrzymać równowagę. Obaj skrzywili się z bólu, spowodowanego siłą uderzenia i pieczeniem w wykręcanym nadgarstku.
Opuścili ręce i stali na przeciw siebie. Do obu powoli docierała świadomość, że patrzy na nich cała szkoła.
Nie wydawało się to jednak ważne.
Mięśnie twarzy Draco rozluźniły się i spojrzał na Harry`ego. Oblicze Ślizgona było nieprzystępne, niczym mroźny, nieprzyjazny krajobraz.
- Nie jestem twoim przyjacielem – oznajmił. – Na twój widok robi mi się niedobrze.
Harry stał jak sparaliżowany.
To była najgłupsza rzecz, jaką mógł zrobić – obdarzyć zaufaniem i uczuciami osobę taką, jak Draco Malfoy. Zdał sobie z tego sprawę w tym momencie i zdrętwiał, bo wiedział, że ten błąd jest nieodwracalny. Draco posiadał nieprawdopodobną umiejętność zadawania bólu; był okrutny.
Teraz, widząc uczucia odbijające na twarzy Harry`ego, jego usta wykrzywiły się w uśmieszku satysfakcji.
- A teraz spadaj – rozkazał i odwrócił się.
Harry bezradnie patrzył, jak Ślizgon wychodzi z Wielkiej sali. Nagle pojawiła się przed nim pełna szyderstwa twarz Blaise Zabiniego.
- Słyszałeś co powiedział – syknął Zabini. – Trzymaj się z dala od naszego stołu. Nie jesteś tu mile widziany.
Przysunął się do Harry`ego i ściszył glos.
- Nigdy nie byłeś. Na szczęście w końcu oprzytomniał i jeśli kiedykolwiek jeszcze się do niego zbliżysz, gorzko tego pożałujesz.
Zabini cofnął się, a obok niego pojawili się Crabbe i Goyle. Obaj mieli groźne miny, jasno wyrażające obietnicę tego, co zdarzy się, jeśli Harry nie posłucha.
Harry gapił się na nich bezmyślnie.
W końcu oprzytomniał.


*

Harry biegł po schodach do sypialni tak szybko, że wszystko wokół zlewało się w niewyraźne, rozmazane plamy. Nie chciał z nikim rozmawiać; nie chciał wyjaśniać czegoś, czego sam nie rozumiał. Nie potrafił uporządkować własnych myśli i uczuć, nie był w stanie jasno rozumować; to wszystko było takie bolesne...
Nagle zderzył się z Ginny tak mocno, że oboje zatoczyli się, usiłując złapać oddech.
- Harry! – zawołała cicho miękkim, współczującym tonem. – Słyszałam, co się stało. Czy ty... wszystko w porządku?
Harry cofnął się gwałtownie. Nie chciał stać na tych ciemnych schodach zbyt blisko niej. Starał się omijać wzrokiem jej wypełnione nadzieją, błyszczące w mroku, szeroko otwarte oczy, bo były takie... To było takie...


Na szóstym roku, kiedy Snape i Syriusz usiłowali odebrać pięćset punktów domowi faworyzowanemu przez adwersarza, obaj rozjuszeni nauczyciele, oskarżając się wzajemnie, pędzili po schodach prowadzących do gabinetu dyrektora.
- Wiesz, Snape – powiedział Syriusz ostro. – Nie byłbyś tak nieprzyjemny, gdybyś urodził się nieco mniej obrzydliwy i mógł sobie kogoś znaleźć.
Wszyscy Ślizgoni stojący pod gabinetem Dumbledore`a zasyczeli chóralnie z oburzeniem. Zgromadzeni uczniowie z domów Slytherina i Gryffindora, obrzucali się wściekłymi spojrzeniami.
Harry, stojący murem po prawicy Syriusza, z nienawiścią patrzył na Malfoya, który ze skrzyżowanymi ramionami, stał twardo obok lewego ramienia Snape`a, spoglądając na Gryfona z pogardą.
- Nie mogę wymyślić nic, co ciebie uczyniłoby mniej obmierzłym – odciął się Snape. – Byłeś nieznośny odkąd cię pamiętam. Ty i twoi kochani koleżkowie, zdrajca, wilkołak i ten faryzeusz...
Z błyskiem w oku, Syriusz rzucił się na Snape`a i obaj, w kłębowisku szat i pięści, przewrócili się na podłogę.
Malfoy obrócił się, najwyraźniej chcąc udzielić ulubionemu profesorowi niehonorowej pomocy. Harry, urażony do żywego obelgą Snape, której celem był jego ojciec, wściekły na mistrza eliksirów z powodu ostatniej straty punktów, nie mógł na to pozwolić.
Chwycił Malfoya za ramię.
Malfoy błyskawicznie się wywinął i z oczami wypełnionymi furią, skoczył na Harry`ego.
- Nie waż się mnie dotykać, Potter – warknął rozkazująco, a jego pięść z tak wielką siłą wylądowała na szczęce Harry`ego, że głowa chłopaka odskoczyła do tyłu.
Harry nie myślał jasno, gdy rzucił się na Malfoya i przewrócił go na ziemię. Prawie nie zauważył, że obie grupy uczniów, wzięły to za sygnał do rozpoczęcia regularnej wojny. Nie słyszał wrzasków i zamieszania, które ogarnęło tłum, ani jęków bólu wydawanych przez Malfoya, nie czuł krwi lejącej się z ran.
Bardzo wyraźnie za to, usłyszał lodowaty głos Ślizgona.
- Oczywiście, tacy jak wy uważają, że pyskówka i walka na pięści rozwiąże każdy problem. To szczyt bezczelności, że ten twój ojciec chrzestny, morderca-skazaniec, śmie atakować opiekuna mojego domu! Co on sobie myśli?
Wraził łokieć pod żebro Harry`ego.
Harry jęknął, a Malfoy wykorzystał szanse i uwolnił się spod niego.
- Jak Snape śmiał obrazić mojego ojca? Co on sobie wyobraża, że kim jest? – prychnął Harry.
Malfoy spokojnie przetoczył się na niego i jednym ciosem rozbił mu nos.
- Nigdy nie słyszałem, żeby kogoś obrażał – wysyczał. – Zawsze mówi tylko prawdę.
- Jak byś się czuł, gdyby to o twojej rodzinie mówili w ten sposób? – krzyknął Harry. – Och, chwila, zapomniałem, że ty nikogo nie kochasz. Oprócz siebie oczywiście.
Złapał Ślizgona za gors i przyciskając go do siebie, kopnął w brzuch.
- A ty nie masz rodziny – wycedził Malfoy przez zaciśnięte zęby.
Wściekłość dodała Harry`emu niemal nadludzkiej siły. Strząsnął z siebie Ślizgona i rzucił się na niego całym ciężarem, wgniatając przeciwnika w kamienną podłogę.
- Zapomniałem jeszcze o jednym – warknął Harry. – Przecież i tak wszyscy mówią w ten sposób o twojej rodzinie.
Twarz Malfoya wykrzywiła się z wysiłku, gdy próbował zrzucić z siebie Gryfona.
- Jesteś draniem, Potter.
Harry uderzył go w zęby.
- No to jesteśmy siebie warci, Malfoy.
Z olbrzymią satysfakcją obserwował krew, która spływając, starła z rozbitych warg Malfoya ten denerwujący uśmieszek. Ucieszył się na widok rumieńca frustracji, który zapłonął na aroganckiej, nienawistnej twarzy, gdy Malfoy usiłował się od niego uwolnić. Nadal przepychali się i walczyli, ale Harry mocno trzymał Ślizgona, nie pozwalając mu się wyrwać. Uchylał się i atakował, przytrzymując Malfoya, który nadal wykręcał się pod nim w nieudanych próbach odzyskania wolności. Obaj ciężko dyszeli i nagle...
Na korytarzu pojawił się Dumbledore. Kłębiący się przed jego gabinetem tłum, zamarł.
- Co się tu dzieje? – krzyknął dyrektor. – Co to ma znaczyć? I gdzie są nauczy...
Zamilkł, gdy Snape i Syriusz unieśli głowy i wbili w niego dwie pary, błyszczących, czarnych oczu.
Harry popatrzył w dół, na leżącego pod nim Malfoya. Chłopak oddychał chrapliwie, a jego twarz spływała krwią, odwzajemnił jednak spojrzenie. Harry stoczył się z niego i wstał z podłogi. Malfoy podniósł się jednym zgrabnym ruchem i obaj, nie spuszczając z siebie wzroku, wycofali się między swoich przyjaciół.
Dumbledore odprawił uczniów i poprosił Snape`a i Syriusza, żeby przeszli z nim do gabinetu. Harry wracał do wieży Gryffindoru, marząc o prysznicu.
Był rozkojarzony, więc nie zauważył stojącej na schodach Ginny. Niemal wpadli na siebie. Ginny uśmiechnęła się do niego.
- Harry, słyszałam, co się stało. Czy ty... Wszystko w porządku?
Harry uświadomił sobie, że nadal ciężko oddycha. Chciał się natychmiast wykąpać, ale dziewczyna stała, patrząc na niego z troską. Musiał jej coś odpowiedzieć. Była taki zły i sfrustrowany – korciło go, żeby coś zrobić...
Przed oczami stanęła mu blada, pełna złości twarz Malfoya.
Mogłem go walnąć jeszcze raz , pomyślał.
- Wszystko w porządku – odpowiedział, pogładził Ginny po głowie i pocałował ją. Tak rozpaczliwie pragnął coś zrobić, coś poczuć..
Z wahaniem, odwzajemniła pocałunek. Ten niepewny dotyk ust nie wystarczył, by wypełnić uczucie pustki w jego sercu. To wszystko, to za mało, by rozproszyć mroczne myśli – jak zawsze. Harry odsunął się najszybciej jak mógł.
Spojrzał na nią niemal przerażony, a ona zarumieniła się.

Teraz także patrzył z przerażeniem, choć ogarnęło go ono z innego powodu, a ona zarumieniła się tak samo jak wtedy.
- Już wtedy – szepnął. – Och... cholera, już wtedy... Och, przepraszam cię, Ginny. Tak bardzo mi przykro.
Wbiegł do góry, a ona stała na schodach, drżąca i szczęśliwa z jego nagłego olśnienia, pieszcząc w myślach wspomnienie wyraźnego pożądania, które ujrzała w jego oczach.


*

Teraz był już pewien, absolutnie i beznadziejnie pewien...
To dziwne... znowu pragnąć czegoś tak mocno. Harry niemal przyzwyczaił się do głęboko ukrytego bólu, który spowodowany był tym, że już niczego nie pragnął.
A teraz, nagle, chciał czegoś tak bardzo.
To było straszne.
Uświadamiał to sobie każdego ranka i za każdym razem był tak samo zszokowany. Budził się spokojny, a jego pierwszą myślą było to, co on i Draco będą robili dzisiejszego dnia, a potem na wspomnienie przyjaciela czuł to zaskakujące, nieodparte pragnienie, niemal żądzę.
To było takie dziwne uczucie; zawsze myślał, że to sen. Oczywiście, przecież nie wiedział wcześniej... skąd mógł wiedzieć...?
Wystarczyło spojrzeć na Draco, żeby rozwiać te wątpliwości.
Czasami wydawało się to czystym pociągiem fizycznym, rozpaczliwie płonącym w jego wnętrzu pożądaniem, zbyt silnym, by było tylko echem, pozostałością ze snu.
Za każdym razem, gdy mówił sobie, że nie mógłby... że nie jest... taki, uzmysławiał sobie coś, jakąś kolejną rzecz, jak...
Harry znał usta Draco Malfoya lepiej, niż jakiekolwiek inne na całym świecie.
Obserwował je przez niemal siedem lat; znał każdą formę, którą potrafiły przyjąć. Myślał o każdym złośliwym skrzywieniu, każdym uśmieszku, każdym drgnięciu będącym wyrazem emocji i ich intensywności.
Przyglądał się im uważnie podczas lekcji i meczów quidittcha, koncentrował na nich całą swą uwagę, jakby siłą wzroku mógł zmusić chłopaka, by się nie odzywał.
Zwykle patrzył na nie z czystą nienawiścią - szczególnie, gdy wyrywały się z nich naprawdę okropne słowa - i wyobrażał sobie, jak uderza w nie pięścią.
Ostatnio usiłował odczytać z nich uczucia. Zaciskały się w cienką linię, gdy Draco był zły lub smutny.
Gdy wpatrywał się w nie z taką intensywnością, nienawiścią, lub gdy analizował ich ruchy, nigdy nie podejrzewał, że będzie miał na ich punkcie obsesję.
Możliwe, że było to jednak nieuniknione.
Teraz, kiedy mijał Draco na korytarzach, jeden kącik tych ust unosił się w wyrazie nieświadomego obrzydzenia. To bolało.
A kiedy siedział w klasie, albo wędrował po szkole, albo podczas kolejnej bezsennej nocy wpatrywał się w sufit nad swoim łóżkiem...
Cały czas towarzyszył mu obraz tych ust, tak miękkich, które wyrażały tylko te emocje, które Draco chciał okazać. Mięśnie twarzy Ślizgona były tak wyćwiczone, żeby ujawniać tylko to, na co chłopak pozwalał. Podobnie jak krzywizna jego warg.
Harry myślał o tych ustach, jakby to była jedyna rzecz na świecie, o której mógł myśleć. Śnił o tym, jak przyciska kciuk do dolnej wargi, a ona poddaje się; śnił o tym, że może to zrobić. We śnie marzył, że czuje ich miękkość, gdy rozchylają się, by odwzajemnić pocałunek.
W nocy przed kolejnym spotkaniem Młodej Sekcji Zakonu, podczas którego zamierzał porozmawiać z Draco, miał dziwny sen.
Siedział nad jeziorem. Niebo było szare i chłodne, ale nie przeszkadzało mu to, bo chroniły go przeźroczyste ściany labiryntu.
Draco szedł w jego kierunku, pewnie i cicho, ubrany w szaty Snape`a. Były na niego trochę za długie i zbyt obszerne. Luźny kołnierzyk zsuwał się na lewo, ukazując jasną skórę odsłoniętego obojczyka i szyi.
- Dlaczego się tak ubrałeś? – zapytał, ponieważ wydawało się trochę dziwne.
Ślizgon pchnął Harry`ego na ścianę obok pomnika, a Harry przymknął oczy i zanurzył twarz we włosach Draco.
Głos Draco był szeptem, ale brzmiał wyraźnie w jego uszach.
- Nie wiesz? – powiedział, a Harry odwrócił głowę w kierunku ciepłego oddechu przyjaciela.
Harry zamrugał i spojrzał w oczy gryfa, potem chimery, a następnie bazyliszka.
- Nie wiesz? – zapytały go.
Hermiona klęczała na sofie przeszukując stertę książek. Harry spoglądał na nią stropiony: była wśród nich kopia “Mężczyzny, który zbyt mocno kochał smoki”, ale ona wybrała olbrzymie tomisko.
- Nie wiesz? – zapytała, zdejmując okulary.
Draco przytulił się do niego i wszystko było w porządku; znajdowali się w łodzi i nic się nie zmieniło, a Draco mówił: „lubię koty”, ale Harry słyszał zamiast tego „Nie wiesz?”.
Harry obudził się, ciężko dysząc.
Wiedział już, czego chce.


*

Hermiona była przekonana, że teraz wszystko wróci do normy.
Malfoy i Harry publicznie się posprzeczali, niemal pobili, a cała ta chora przyjaźń skończyła się tragicznie i nieodwracalnie. Dla Harry`ego nie było to nic poważnego – cóż, nastoletni chłopcy przechodzą burzę hormonalną i miewają dziwne pomysły, ale Harry był zbyt rozsądny, żeby pozwolić, aby zamieniło się to w coś więcej.
Hermionie krajało się serce, gdy widziała jak bardzo jest nieszczęśliwy, ale Ron cały czas starał się go rozbawić. Harry czasem nawet uśmiechał się, gdy Ron wygrywał z nim w szachy.
Tyle było wokół nich przerażających rzeczy. Powiedziała sobie, że chociaż w tym przypadku, na pewno wszystko będzie dobrze.
Dopiero podczas pierwszego, po bójce w Wielkiej Sali, zebrania zakonu, uświadomiła sobie, jak bardzo się myliła.
Nie było żadnej sceny. Nie było żadnych nieprzyjemności, nawet śladu czegokolwiek, a jednak, sposób w jaki Draco Malfoy reagował na Harry`ego, był dziwny i niemal... straszny.
Widziała, jak Harry drgnął, gdy wzrok Malfoya przesunął się po nim, ale Malfoy obojętnie odwrócił oczy, lustrując pomieszczenie, sprawdzając, czy wszyscy są obecni. I ten właśnie brak reakcji Ślizgona zszokował ją najbardziej. To było złe.
Malfoy siedział spokojnie, obracając w palcach pióro, a Harry wpatrywał się w niego z taką intensywnością, jakiej Hermiona nigdy wcześniej u nikogo nie widziała...
U nikogo, oprócz Harry`ego. Bo tak naprawdę, już wcześniej była świadkiem czegoś takiego.

Kiedy Draco Malfoy przyłączył się do Zakonu, w trakcie pierwszego spotkania zachowywał się wręcz idealnie. Ron stwierdził, że to na pewno jakiś ślizgoński podstęp, ale Ron uważał także, że to Ślizgoni sprowadzają deszcz, gdy odbywa się trening drużyny Gryffindoru.
Harry przytaknął mu z zapałem.
Kiedy Malfoy mijał ich na korytarzach, nie kierując w ich stronę ani jednej obelgi, Harry skręcał się ze złości.
Trzeciego dnia, palec Harry`ego utknął w paszczy gargulca, z której spływała woda do umywalki w klasie eliksirów. Malfoy przygryzł wargę, wyraźnie umierając z pragnienia obrzucenia Gryfona stekiem wyzysk i wyśmiania go, ale jednak przeszedł obok bez słowa.
Po lekcji, kiedy opuszczali salę, Harry popchnął Ślizgona na framugę. Po raz pierwszy wtedy Hermiona widziała, że dotknął go z własnej woli.
- O co chodzi, Malfoy? – zażądał odpowiedzi. – W co ty pogrywasz?
- Odczep się – syknął Malfoy. – Masz jeden z tych nerwowych ataków, Potter? Blizna cię sw... – Zamilkł i odetchnął głęboko. – Chciałem powiedzieć – poprawił się spokojnie. – Dlaczego zachowujesz się tak nierozsądnie? Przecież musimy współpracować.
- Dowiem się, o co ci chodzi – prychnął Harry i szarpnął go jeszcze raz.
- Proszę bardzo – powiedział Malfoy, odepchnął go i odszedł.
Harry gapił się za nim, a na jego twarzy malowała się determinacja.
- Nie pozwolę mu się z tego tak wykręcić – powiedział wolno. – To znaczy, cokolwiek to jest.
Hermiona pomyślała wtedy, że Harry chyba spędza zbyt dużo czasu z Ronem.
Na następnym spotkaniu Lupin zaproponował, żeby osoby siedzące naprzeciw siebie, uścisnęły sobie dłonie. Chciał w ten sposób przełamać wrogość w stosunku do Ślizgonów, którzy przyłączyli się do Zakonu. Malfoy rzucił okiem na siedzącą naprzeciwko Hermionę.
- Nie widzę powodu, dla którego miałbym dotykać szla... – zaczął ostro i ku zdumieniu wszystkich obecnych przerwał w pół słowa i sięgnął przez stół, by energicznie potrząsnąć ręką Hermiony. Potem szybko usiadł i zaczął pisać coś na leżącym przed nim pergaminie. Kiedy kilka osób zareagowało złośliwymi uwagami, kilka razy podniósł głowę, a Hermiona ujrzała w jego oczach niemal namacalną, tłumioną z wysiłkiem tęsknotę by odpowiedzieć drwiąco. Dostrzegła także, jak mocno zaciskał palce na piórze, gdy zaczynał pisać z jeszcze większym zacięciem.
Pod koniec spotkania Hermiona podniosła się i rzuciła okiem na jego pergamin, zanim zdążył go zrolować.
Cała strona zapisana była zdaniem „Panuj nad sobą”.
Harry, drżąc z wściekłości, zastąpił Malfoyowi drogę do drzwi.
- O co ci chodzi? Co próbujesz zrobić? – wybuchnął.
Dłoń Malfoya zwarła się tak mocno na pasku od torby, że aż zbielały mu knykcie.
- Próbuję przejść przez drzwi – odparł Malfoy, najwyraźniej dokładając wielkich starań, aby mówić spokojnie. – Myślisz, że mógłbyś mi w tym pomóc?
- Skończ z tym, Malfoy – powiedział Harry.
Malfoy powoli odprężył się i przybrał typową dla siebie, złośliwą minę.
- Dlaczego miałbym to zrobić, Potter? – zapytał nonszalancko. – Myślę, że jestem wspaniały.
Na obliczu Harryego pojawił się zarezerwowany dla Malfoya wyraz obrzydzenia.
- Tylko ty i twoja dziewczyna jesteście na tyle naiwni, żeby wierzyć w coś takiego.
- Ja przynajmniej mam dziewczynę – stwierdził zjadliwie Malfoy.
Obok niego pojawiła się rozgniewana Pansy Parkinson. Hermiona z rozbawieniem zauważyła, że dziewczyna jest nieco wyższa od Ślizgona. Oczywiście Hermiona też była wyższa od Harry`ego i Malfoya.
- Och, gratuluję – prychnął Harry.
Malfoy i Harry syczeli na siebie jak dwa małe, rozzłoszczone kociaki. Harry złapał Ślizgona za łokieć.
- Wiedziałem, że się nie zmieniłeś!
Malfoy uniósł brew.
- Po co zmieniać coś, co jest idealne? Masz rację. Nie zmieniłem się. Nigdy nie będę jednym z pachołków Dumbledore`a – powiedział. – Możesz więc odetchnąć z ulgą. A teraz spływaj. Idź rozdawać autografy mdlejącym na twój widok Creevey`om. I nigdy więcej mnie nie dotykaj. Jestem pewien, że Weasleyowie zarazili cię wszami.
Stanowczo odsunął Harry`ego na bok i odszedł dumnie, z Pansy depczącą mu po pietach.
Do Harry`ego i Hermiony podeszła Parvati.
- Musi jeszcze trochę podrosnąć, żeby się tak wywyższać – zauważyła. – Wiecie, jeśli...
- Och przestań, to idiotyczne, Parvati – fuknął Harry krzywiąc się z niesmakiem.
Po tej rozmowie, Malfoy nadal starał się nie przerywać spotkań zbyt poważnymi incydentami, ale przestał aż tak mocno dusić w sobie potrzebę dokuczenia komuś. Zanim zaczynał przypominać bombę, która za moment ma wybuchnąć, dawał upust swojej wrodzonej złośliwości, rzucając od czasu do czasu niewybredne komentarze.
Tak właśnie to wszystko wyglądało i stąd Hermiona wiedziała, że Malfoy jest dużo gorszy, gdy ignoruje ludzi, niż gdy ich obraża. Zauważyła, że wtedy Harry się przejął, może nawet aż za bardzo, a potem wykłócał się z Malfoyem jeszcze bardziej zaciekle... ale nie był przybity.


A teraz Malfoy nie zachowywał się lepiej, właściwie to był bardziej nieprzyjemny niż zwykle. Udawał, że prawie nie zauważa Harry`ego i Hermiona doszła do wniosku, że to o wiele bardziej niepokojące, niż jego zwykłe docinki.
Bo Harry najwyraźniej cierpiał.
Hermiona obserwowała go zatroskana, przez całe spotkanie Młodej Sekcji Zakonu.
Kiedy do sali weszła spóźniona Hanna Abbott, Malfoy powiedział ironicznie:
- Nie przepraszaj, Abbot. Przecież to nie są jakieś tam bardzo ważne spotkania, aczkolwiek oczywiście wszyscy tęskniliśmy za piskami, jakie emitujesz w pewnych momentach dyskusji.
Hermiona obrzuciła Ślizgona gniewnym spojrzeniem. Harry wyglądał, jakby przysypiał.
Merlinie, dlaczego on uważa, że ten złośliwy mały idiota jest wart tego wszystkiego?.
Później profesor Lupin spokojnie zaczął omawiać szczegóły kontaktów Ministerstwa Magii z mugolskim rządem. Zastanawiali się, jakie kwestie związane ze światem czarodziejskim trzeba będzie ujawnić, ponieważ bez wątpienia w tej sytuacji należało ściśle współpracować z mugolami.
- A potem szlamy to wykorzystają – wymamrotał Draco.
- Panie Malfoy, ta uwaga była nie na miejscu – zauważył Lupin, a wszyscy obecni popatrzyli na Harry`ego.
- Draco, przestań – odezwał się Harry cicho i poważnie.
Malfoy nawet na niego nie spojrzał.
- Malfoy – powiedział spokojnie, z obojętną miną.
Po zakończeniu zebrania, Harry wstał od stołu. Na jego twarzy malował się wyraz determinacji. Na widok tej miny Hermiona zadrżała z trwogi. Harry podszedł do drzwi i zatrzymał Malfoya, zanim ten wyszedł z sali.
- Malfoy, możemy porozmawiać? – zapytał łagodnie Terry Boot, pojawiając się nagle tuż przy nich.
Ślizgon przystanął i zachowując się tak jakby Harry był powietrzem, odparł:
- Oczywiście.
- Słuchaj – zaczepił go Harry. – Na Merlina, Malfoy, jeśli chcesz...
- Wybacz Potter, nie widzisz, że z kimś rozmawiam? – odparł Malfoy spokojnie.
Hermiona położyła rękę na ramieniu Harry`ego i próbowała go popchnąć w stronę drzwi. Każdy mięsień chłopaka był napięty do granic możliwości.
- Nie dałem rady złapać cię wcześniej – zaczął Terry wkładając książki do torby. – Chciałem cię przeprosić...
- Mów, - wtrącił Malfoy z uśmiechem i delikatnie zdjął okulary do czytania z nosa Krukona – ale bez nich. Nie jestem książką.
Terry uśmiechnął się do niego w odpowiedzi. Hermiona zawsze lubiła Boota i była przerażona, gdy zdała sobie sprawę, że przez cały ten czas źle go oceniała. A przynajmniej przeceniała jego gust, jeśli chodzi o dobór przyjaciół.
- Przykro mi, że nie powiedziałem wtedy o tobie – kontynuował Terry. - Spanikowałem. Teraz wiem, że postawiłem cię w bardzo trudnej sytuacji. Wybaczysz mi?
- Nie ma tu czego wybaczać – odparł Malfoy pogodnie. – Przecież nie zrobiłeś tego, żeby mnie wrobić. Chciałeś pomóc.
W tym momencie Hermionie udało się popchnąć Harry`ego w kierunku drzwi.
- Chodź – powiedziała. – Ron czeka na nas w pokoju wspólnym...
- Ja... Idź przodem – odpowiedział Harry nieszczęśliwym tonem. – Muszę... odetchnąć świeżym powietrzem. Polatam trochę. Niedługo finały quidditcha.
Kąciki jego ust opadły nieco. Szybko odwrócił się i odszedł.
Hermiona przycisnęła do piersi książki i pobiegła do pokoju wspólnego. Przez całą drogę przed oczami majaczył jej obraz Malfoya kompletnie ignorującego Harry`ego. To było takie dziwne, takie nieprawdopodobne - pomimo że przecież raz już coś takiego się zdarzyło.
Przypomniała sobie Ślizgona, który uparcie pisał „Panuj nad sobą”. Jedynym powodem, dla którego Draco Malfoy chciałby kontrolować swoje nieprawdopodobnie aroganckie zachowanie, było osiągniecie jakiegoś poważnego celu. Celu, którego zamierzał dopiąć za wszelką cenę.
Był podłym człowiekiem, a teraz w dodatku tak bardzo ranił Harry`ego. Gdy wspominała tamte wydarzenia, przychodziła jej na myśl tylko jedna przyczyna, dla której podjąłby się takiego wysiłku. Jeśli naprawdę zależało mu na Zakonie, na wojnie, to...
Weszła do pokoju wspólnego i usiadła przy stole zajmowanym przez Rona.
- Ron – powiedziała wolno. – Zaczynam myśleć, że Draco Malfoy nie jest szpiegiem.
Oczekiwała kolejnej gwałtownej sprzeczki, ale Ron spojrzał na nią poważnie.
- Nie wiem – odparł powoli. – Ta cała scena w Wielkiej Sali, ta ich kłótnia... wiesz, nienawidzę go, ale jeśli naprawdę miałby zamiar coś wyciągnąć z Harry`ego, to po co by się z nim bił? – Zamilkł na moment i w zamyśleniu ściągnął brwi. – To nie ma sensu. Jak myślisz, co powinniśmy zrobić?
Hermiona przytuliła się do niego. Poczuła taką ulgę, że niemal się rozpłakała. Ron miał trudny charakter i często się ze sobą nie zgadzali, ale nigdy nie opuścił jej, gdy naprawdę go potrzebowała.
Położyła rękę na jego ramieniu i już miała powiedzieć „kocham cię”, jednak zmieniła zamiar.
- Potrzebujemy więcej pergaminu – oznajmiła.
Niedługo potem wrócił Harry. Ostatnio wyglądał fatalnie – teraz był jeszcze bardziej zmęczony i przybity niż zwykle.
- Co robicie? – zapytał podchodząc do nich. Ron spojrzał na niego znad kartki, na której Hermiona coś zapisywała.
- Robimy listę możliwych szpiegów – odparł.
Twarz Harry`ego ściągnęła się z bólu.
- Myślałem, że jesteście przekonani co do tej kwestii?
- Rozważamy to wszystko jeszcze raz - wyjaśniła Hermiona. – Chciałbyś nam... pomóc?
Zawahała się widząc minę Harry`ego, ale po chwili na twarzy przyjaciela nie było nic, prócz determinacji.
- Tak – odparł. – Pokażcie co macie.


*

Kiedy Harry leżał w ciemności nie mogąc zasnąć, przez głowę przewijały mu się wszystkie przykre wydarzenia i obrazy.
Twarz Draco, kiedy znowu mówił „szlamy” na ostatnim spotkaniu Młodzieżowej Sekcji Zakonu Feniksa. Wszyscy zwrócili wtedy oczy na Harry`ego... a Harry nie odezwał się, wpatrując się w te jedyne, które go omijały. Czuł w tamtym momencie pożądanie. To było takie nie na miejscu...
Już wtedy był bliski szaleństwa, a teraz nałożyła się na to jeszcze jedna sprawa - ostatni mecz Gryffindor kontra Slytherin, który zadecydować miał o ostatecznym zwycięstwie i zdobyciu Pucharu Domów.
Podobnie było na trzecim, piątym i szóstym roku. Gryffindor przeciw Slytherinowi, walka o puchar; walka rozgrywająca się pomiędzy odwiecznymi wrogami; pomiędzy dwoma nienawidzącymi się szukającymi.
Tego roku jednak wszystko było inne. Dla jednego i drugiego.
Draco wydawał się skupiony bardziej niż zwykle. Gdy stali naprzeciw siebie przed meczem, w zmrużonych oczach Ślizgona nie było nic prócz chłodu i nienawiści.
Jako kapitanowie drużyn, zmuszeni byli uścisnąć sobie dłonie.
To był pierwszy kontakt fizyczny, jaki mieli od... od tamtego dnia, nad jeziorem.
Formalny i nieprzyjazny uścisk jaki zaoferował mu Draco, spowodował, że Harry`emu zakręciło się w głowie.
Furiacka siła, z jaką Ślizgon niemal zmiażdżył mu rękę, nasunęła Harry`emu fantazje o pełnej pasji bliskości, spotkaniu sam na sam, gorącym ciele, mocno przyciśniętym do bandy okalającej boisko. Płonąca pożądaniem twarz tamtego Draco, jego miękkie włosy, wszędzie, nawet między wargami całującego jego szyję Harry`ego, smak potu, skóry i...
Draco wyrwał rękę tak szybko, jak tylko mógł. Harry przez moment mrugał zaskoczony, wpatrzony w to chłodne oblicze, perfekcyjnie ułożone włosy, nie mogąc rozpoznać osoby, która przed nim stała.
Zdusił w sobie szaleńcze pragnienie i odsunął uczucie osamotnienia, które go ogarnęło. Starał się pozostawić za sobą wszystkie te emocje, gdy odepchnął się od ziemi. Przez chwilę zdawało mu się, że odniósł sukces – płynął w powietrzu, wiatr rozwiewał jego szaty i włosy, a on czuł jedynie radosne podniecenie, jak zwykle na początku meczu.
Wszystko będzie dobrze. Przecież kiedy był zakochany w Cho, nigdy nie przeszkadzało mu to na boisku. Zawsze czuł się tak, jak za pierwszym razem, gdy wsiadł na miotłę... Kiedy Draco drażnił się z nim, trzymając w ręce przypominajkę Neville`a; kiedy ujrzał szok w oczach Ślizgona i sprawiło mu to taką satysfakcję. Zupełnie inaczej, niż z Cho Chang, która nie była jego wrogiem, ani przyjacielem, ani tak naprawdę nigdy dla niego wiele nie znaczyła i właściwie nigdy mu na niej nie zależało.
Tak pragnął, by wszystko było takie jak kiedyś. Obojętnie które „kiedyś”.

Podczas ostatniego meczu kipiał z wściekłości. Malfoy obserwował go spod półprzymkniętych powiek, gdy podczas każdej przerwy omawiali faule, które popełnił, sprawdzając wszystko w podręczniku z zasadami gry w quidditcha. Harry pamiętał, jak nienawidził każdej komórki, każdej molekuły Malfoya, gdy Ślizgon kolejny raz skierował miotłę w dół. Potem usiadł na ławce, otworzył książkę, spojrzał wyzywająco na Harry`ego spod zasłony jasnych włosów. Powoli i wyrachowaniem oblizał końcówkę pióra i odznaczył kolejną regułę, którą złamał.
Dłonie Harry`ego zacisnęły się na trzonku miotły dokładnie tak, jak teraz, gdy zdał sobie sprawę, że dokładnie wie, w jaki sposób Draco lata. Latał tak... akuratnie - wkładał w tę czynność całą duszę, by zrobić to idealnie. Mogło wydawać się, że kieruje nim instynkt, ale Harry wiedział, że tak nie jest. Potrafił wyłapać momenty, kiedy lot Ślizgona tracił płynność. Wyczekiwał ich, by poczuć dreszcz triumfu.
To dziwne, że z taką zachłannością wpatrywał się w Draco Malfoya.
Nie żeby myślał o tym kiedykolwiek wcześniej, oczywiście, że nie, bo myśląc o tym teraz czuł się winny. Wtedy przecież nie chodziło o to.
To przypadek, że te wspomnienia były tak wyraźne właśnie teraz, podobnie jak obraz tych smukłych palców, czy falującej szaty, odsłaniającej napięte mięśnie uda.
Nagłe zderzenie z jakimś zawodnikiem omal nie zrzuciło Harry`ego z miotły. Ostro skręcił w lewo, przecinając drogę innemu graczowi. Harry wiedział kto to, zanim na niego spojrzał.
Draco leciał tak szybko, że wydawał się zamazaną plamą, jaśniejszą w miejscu, gdzie falowały jego rozwiane włosy. W chwilę potem jego miotła zetknęła się z miotłą Harry`ego i obraz stanął w miejscu. Gdy Harry skoncentrował wzrok na jego twarzy, ujrzał, że jest zarumieniona z wysiłku i maluje się na niej skupienie oraz absolutnie zimna furia.
- Nie waż się poddać, Potter.
Nie od razu słowa Draco dotarły do świadomości Harry`ego. Rozpraszał go widok drobnych kropelek potu na odsłoniętej, jasnej szyi Ślizgona i podobnych, perlących się nad górną wargą, spływających wolno i drżących przez moment na ustach chłopaka.
Potem Harry popatrzył w jego oczy i dostrzegł w nich odbicie własnej, urażonej miny.
- Poddać się? – prychnął. – Masz wygórowane mniemanie o sobie, prawda Malfoy? Nigdy się nie poddaję. Nigdy w życiu nie przegrałem.
- Dobrze – odparł Draco. – I tak trzymaj.
- Och, do diabła – warknął Harry, odbijając w prawo i zniżając lot. Kątem oka ujrzał, że Ślizgon kieruje miotłę w dół, podążając za nim.
Znicza nie było w zasięgu wzroku. Harry pomyślał, że w takim razie mógłby pomóc graczom, których atakowali Ślizgoni.
Ostatnio Malfoy zrzucił Ginny z miotły i Harry`emu ledwo udało się ją złapać. Wyraźnie pamiętał mocny uścisk ramion, którymi obejmowała go za szyję, i szydercze spojrzenie, jakim obrzucił ich wykłócający się z panią Hooch Draco. Ślizgon twierdził, że Gryfoni nie powinni mieć rzutu karnego, bo jedyne co zrobił, to umożliwił spełnienie erotycznej fantazji Wesleyówny.
Ale ten mecz... był taki spokojny. Ślizgoni wygrywali, bo mała Natalie była zdenerwowana. Poza tym, zawodnicy Slytherinu z dobrym skutkiem podpuszczali Deana, pozorując ataki i robiąc zwody, ale tak naprawdę... nie oszukiwali.
Nie oszukiwali.
Ślizgoni zawsze oszukiwali, grając z Gryffindorem. Odkąd Draco na piątym roku został kapitanem drużyny, zdecydowanie mniej oszukiwali podczas meczów z Huffepuffem i Ravenclawem. Tak jak w przypadku latania, Draco starał się, by wszystko wyglądało bardzo naturalnie; lubił się popisywać i chciał przekonać wszystkich, że są w stanie wygrać z Puchonami i Krukonami bez problemu. Łamali zasady tylko wtedy, gdy musieli, ale i tak robili to bardzo rzadko... no chyba, że grali z Gryffindorem. Wtedy intensywność, z jaką stosowali zakazane chwyty podwajała się, a gra stawała się brutalna, co doprowadzało Harry`ego do szału.
A teraz, ostatni mecz Slytherin - Gryffindor; ostatni w którym grali przeciwko sobie... Wszystko było inaczej, wydawało się dużo ważniejsze, a jednak Draco był zbyt dumny i wściekły, by oszukiwać.
Harry zastanawiał się nad tą jego straszliwą pychą i przez chwilę naprawdę czuł ochotę, by poddać mecz. Ale znał Draco lepiej, niż Ślizgon mógł podejrzewać. Poza tym, nie był kimś, kto mógłby zdradzić innych - bez względu na to, co chłopak o nim myślał. I nigdy, w całym swoim życiu, nie poddał się.
Krążył nad boiskiem, przeszukując wzrokiem przestrzeń w nadziei, że ujrzy błysk złota. I w końcu dostrzegł go, wysoko na niebie.
Draco był daleko przed nim, dużo bliżej znicza. Harry skierował miotłę pionowo w górę, czując na policzkach ostry pęd powietrza. A potem Ślizgon zobaczył go i przyspieszył.
Nie patrz na niego. Nie patrz na niego. Harry widział w tej chwili tylko znicz i innego zawodnika, który złapie go wcześniej, dlatego, że miotła Harry`ego nie była w stanie tak szybko się wznosić. Nagle opuścił miotłę poziomo i stanął na niej, chwiejąc się gwałtownie. Słyszał dochodzące z dołu okrzyki tłumu i nagle zamknął dłoń wokół złotej piłeczki.
Miotła Draco zatrzymała się gwałtownie, jak ptak, który uderzył w szybę.
Widząc pusty wyraz twarzy Ślizgona, Harry zorientował się, jakim policzkiem dla chłopaka musiał być fakt, że kapitan przeciwnej drużyny wygrał, wykorzystując sztuczkę, której Draco nauczył go, kiedy byli przyjaciółmi.
Szare oczy błyszczały zawziętością i zdecydowaniem.
- Przynajmniej jej nie obróciłeś – podsumował Draco.
Nikomu nie śniło się nawet, że mogą być do siebie tak podobni, jak teraz.
- Słuchaj – zaczął Harry rozpaczliwie, wyciągając rękę, w której nie trzymał znicza. – Proszę...
Draco nawet na niego nie spojrzał. Odbił w bok i skierował się ku murawie, opuszczając przestrzeń nad boiskiem.
Harry powoli zniżał lot, aż miękko osiadł na ziemi, lądując pośrodku rozradowanego tłumu. Uścisnął Rona z uczuciem triumfu, które zbyt szybko minęło i przyjął puchar, którego wcale już nie pragnął zdobyć.

*

W końcu Harry doszedł do wniosku, że najlepiej będzie, jak pójdzie wziąć prysznic. Ron poszedł przodem, a Hermiona zdecydowanie odmówiła objęcia go, wymownie marszcząc nos.
Harry`ego uścisnęli już prawie wszyscy, Natalie, Ginny, Dean – i co było najgorsze – profesor McGonagall. Teraz był gotowy, by iść do łazienki.
- Potter, mogę zamienić z tobą słówko? – zapytała McGonagall.
Mógł się tego spodziewać.
Harry skinął głową i delikatnie uwolnił się od Ginny, która podekscytowana paplała o cudownym stylu, w jakim złapał znicz.
Szata profesor McGonagall została nieco zmięta przez tłum gratulujących Harry`emu osób, a jej kapelusz przekrzywił się na jedną stronę. Irytacja sklęsła w Harrym, gdy ujrzał, że ciemne włosy nauczycielki poprzeplatane są gęsto srebrzystymi pasmami siwizny.
Siedem lat temu jej włosy były czarne jak skrzydła kruka. Teraz były niemal szare.
Kobieta szła szybko, zdecydowanym krokiem i Harry musiał nieźle wyciągać nogi, aby nie pozostawać w tyle. Był pod wrażeniem żywotności starszej kobiety.
Gdy opuszczali boisko, po drodze mijali trybuny Slytherinu. Draco, Zabini i Pansy siedzieli na rozciągniętej na trawie obok bandy szacie do quidditcha. Harry odwrócił głowę, starając się nie gapić na Draco.
Gdy znaleźli w połowie drogi do szkoły, gdzie nikt nie mógł ich usłyszeć, jego uwagę przyciągnął głos profesor McGonagall.
- Panna Granger powiedziała, że ostatnio źle sypiasz.
- Ja... – powiedział Harry, mając zamiar oburzyć się, że to jego sprawa. Był zły, że Ron wypaplał o tym Hermionie, która, odkąd została prefektką, zdawała opiekunce dokładne raporty o każdym z uczniów. Jednak nie był na tyle głupi, by niegrzecznie odzywać się do nauczycielki. – To nic takiego – wykręcił się.
- Potter – zaczęła McGonagall ostro, wyraźnie zirytowana. Potem zamilkła na moment i kontynuowała już łagodniej. – Pamiętasz co profesor Dumbledore mówił ci o twoich snach. Pojawiają się z tego samego powodu, z jakiego boli cię blizna. Wtedy, gdy Sam wiesz Kto znajduje się bardzo blisko, lub jest wściekły. Twoje sny to ostrzeżenia, nie możesz pozwolić sobie na to, by je ignorować.
Harry popatrzył na nią, zastanawiając w jakiej formie wyrazić informację: „Właściwie, ostatnio moje sny są raczej erotycznymi fantazjami i na pewno nie dotyczą Voldemorta”, by nie uraziła ona uszu nauczycielki.
- Wydaje mi się – zaczął i przerwał powstrzymując się przed dodaniem, że „Draco Malfoy, robiący striptiz, nie ma nic wspólnego z jakimś podstępnym planem Voldemorta”.
Rzucił krótkie spojrzenie na swoja miotłę, deliberując czy mógłby przypadkiem uderzyć się nią w głowę tak, aby stracić przytomność.
- Potter, wiem, że ocena tego co jest istotne, jest trudną sprawą – odparła ze współczuciem opiekunka Gryffindoru. – Dlatego postaraliśmy się o senodsiewnię.
- Um... Co to jest senodsiewnia, pani profesor?
Dotarli do budynku szkoły i zaczęli wchodzić po schodach.
- Chodź ze mną Potter – powiedziała energicznie. – Pokażę ci.


*

Gabinet profesor McGonagall został przeniesiony do lochów na szóstym roku. Nauczycielka pracowała wspólnie z profesorem Snape`em nad tranfiguracją eliksirów samobójczych dla żołnierzy. Zmieniali je w niewinnie wyglądające, przyczepiane do szat znaczki, które w razie potrzeby można było przywrócić do poprzedniej formy i użyć.
Harry znowu poczuł bezsensowne, żałosne ukłucie bólu, gdy przechodząc obok komnat Snape`a, przypomniał sobie smutek na twarzy Draco, kiedy chłopak wymawiał nazwisko opiekuna swojego domu.
Gabinet profesor McGonagall był niewielki i schludny, dokładnie taki, jakim zapamiętał go Harry z poprzednich wizyt. W pomieszczeniu królowało wielkie, zawalone pergaminami biurko. Jedynym osobistym akcentem było stojące w kącie wiklinowe legowisko dla kota.
Właściwie nic się nie zmieniło, poza tym, że na środku podłogi, na postumencie, stała płytka, kamienna misa. Na jej brzegach wyrzeźbiono wiele magicznych run. Gdyby nie brak srebrzystej, wirującej zawartości, wyglądałaby dokładnie jak myślodsiewnia.
- Myślodsiewnie i senodsiewnie służą czarodziejom do filtrowania zawartości umysłu, by zachować jego jasność – rozpoczęła wykład McGonagall, uradowana, że ma szanse kogoś czegoś nauczyć. Harry stłumił chęć – której, jak podejrzewał, Hermionie nie udałoby się opanować - znalezienia kawałka pergaminu i zabrania się do robienia notatek. – Myślodsiewnie używane są do oczyszczania myśli. Senodsiewnie do porządkowania marzeń sennych. Co dokładnie profesor Dumbledore mówił ci o myślodsiewniach?
Harry usiłował sobie przypomnieć, czego dowiedział się na temat tego artefaktu.
- Łatwiej jest... uchwycić sens i korelacje między pozornie nie związanymi ze sobą myślami, gdy ich nadmiar przełoży się do myślodsiewni – odpowiedział powoli.
Jeśli jego sny mają jakieś znaczenie, a jego odkrycie pomogłoby im zwyciężyć, będzie musiał to zrobić.
Nie był jednak gotów, aby zmierzyć się ze sobą. Nie wiedział, czy kiedykolwiek będzie gotów na to, by dopuścić profesor McGonagall do swoich najskrytszych snów.
Przecież to nie mogło być ważne.
- Ta senodsiewnia jest wykalibrowana, by ujawnić sny ukryte w podświadomości, takie, o których zapomniałeś, lub nawet nie wiesz, że ci się śniły – sprecyzowała nauczycielka. – Jest także ustawiona w ten sposób, by wykrywać sny, których źródło leży poza twoją świadomością, nie zaś te, które generuje twój własny umysł.
Harry poczuł tak wielką ulgę, że zdołał wykrztusić tylko:
- Co?
- To nietypowy artefakt – kontynuowała McGonagall, a Harry zauważył teraz, że runy wyrzeźbione na misie były inne, bardziej skomplikowane, niż te na myślodsiewni Dumbledore`a. – Przysłano go z ministerstwa, ze specjalnymi rozkazami. Percy Weasley dostarczył nam także kilka pergaminów z instrukcjami do tej konkretnej senodsiewni. Myślę, że będzie ona reagowała tylko na sny związane z Sam Wiesz Kim. To oszczędzi nam czasu, a dla ciebie będzie mniej stresującym przeżyciem i nie wprawi cię w zakłopotanie.
Głowa Harry`ego gwałtownie podskoczyła. Na obliczu kobiety ujrzał lekki rumieniec i nieco wymuszony uśmiech.
- Ja także byłam kiedyś młoda, Potter – poinformowała go sucho.
Harry poczuł impuls, by zaprzeczyć wszystkiemu i zapytać, dlaczego sądzi, że jego głowa wypełniona jest sprośnymi myślami, co oczywiście nie jest prawdą, ale wyobraził sobie słowa, których miał zamiar użyć w trakcie tej wypowiedzi, a które brzmiały „Draco Malfoy”, „ostatnio bardzo często” i „fizycznie niemożliwe”.
- Um... Wątpię, czy była pani nastoletnim chłopcem – stwierdził w końcu, a kobieta uśmiechnęła się, tym razem szczerze.
Harry podszedł do misy, dotknął czoła różdżką, a potem włożył ją do senodsiewni.
Od kiedy zobaczył jak robi to Dumbledore, zastanawiał się, jakie to uczucie. Myślał, że zobaczy swoje sny od razu, skopiowane z jego umysłu i odtworzone jak na taśmie video.
Ale to wszystko przypominało bardziej własnoręczne oczyszczanie rany w znieczuleniu. Cięcie, które obserwował raczej niż czuł, a potem pojawiająca się fala... czegoś, co przypominało strumień srebrzystej cieczy, podobnej do niematerialnej krwi. Gdy kleista substancja wypełniała powoli naczynie, miał wrażenie, że czas się zatrzymał.
A potem otworzył oczy, które w jakimś momencie nieświadomie musiał przymknąć.
Misa emanowała światłem - jasna poświata unosiła się ponad srebrną powierzchnią, a profesor Mcgonagall uśmiechała się z aprobatą patrząc w fosforyzującą zawartość naczynia.
- No dobrze, Potter – powiedziała. – Zobaczmy więc. Jeśli wszystko działa poprawnie, będziemy mogli zobaczyć twój ostatni znaczący sen.
Uniosła różdżkę i włożyła ją do senodsiewni.
Harry obserwował, jak zawartość misy staje się przeźroczysta. Na powierzchni pojawiła się wizja jeziora, a zaraz potem nałożył się na nią obraz labiryntu.
Następnie na tafli zadrgało blade oblicze Draco, nieco rozmazane, które z każdą chwila stawało się coraz wyraźniejsze, aż wreszcie tylko końcówki jego włosów wydawały się płynne, jakby znajdowały się pod wodą. Chłopak pochylił się, a kołnierzyk zbyt obszernej szaty Snape`a obsunął się, ukazując obojczyk. Postać Harry`ego z senodsiewni została pchnięta na ścianę labiryntu.
Harry poczuł, że jednocześnie ma ochotę wrzasnąć „Obiecałaś przecież!”, ukryć twarz w dłoniach i umrzeć ze wstydu.
- Taaak – odezwała się profesor McGonagall. – Czy Draco Malfoy ci groził w jakiś sposób?
- Nie... – zaczął Harry i dokończył z takim przekonaniem, na jakie w tej chwili było stać. – Nie ostatnio.
Nauczycielka, nie przestając wpatrywać się w senodsiewnię, skinęła głową. Harry obserwował jej twarz i w pewnej chwili dostrzegł na niej niemal nieuchwytną zmianę. Gdy jednak spojrzał z powrotem w przesuwające się na zwierciadle substancji obrazy, nie potrafił domyślić się, co mogło wywołać taką reakcję.
Potem zobaczył urywek jakiegoś koszmaru pełnego przemocy, mignięcie twarzy, której nie rozpoznał, rozpaczliwy krzyk i poczuł, że jego usta zaciskają się z wściekłości.
A potem – jezioro, nocą. Sen, który miał zaraz po zniknięciu Seamusa. Zobaczył jak płynie, zauważył swoje nagie ramiona i pomyślał mimochodem:
Czy ja w ogóle miałem coś wtedy na sobie?.
Profesor McGonagall znajdowała się na górze listy osób (zaraz po Jęczącej Marcie), które, zdaniem Harry’ego, nie powinny oglądać go nago. W tej chwili jednak nie miał na to wpływu.
Łódki, Ron, Hermiona i znowu Draco... Ale profesor McGonagall nie ma powodu, aby myśleć, że to coś oznacza. Przecież Hermiona także występowała w obu snach.
Draco, płynący w wodzie, zbliżający się do niego... Och, na Merlina, czy Draco też nie miał nic na sobie?
- Wszystko w porządku, Potter?
- Tak – odparł Harry słabo.
Musi zwracać większą uwagę na swoją podświadomość.
Gdy sen się skończył, podniósł wzrok na nauczycielkę. Teraz kobieta zbladła bardzo wyraźnie.
- Co pani...?
- Ciii – uciszyła go stanowczo McGonagall, pochylając się znowu nad senodsiewnią, w której pojawiła się teraz fala przepełnionych okrucieństwem pojedynczych obrazów. Większości Harry nawet sobie nie przypominał. Kilka z nich rzeczywiście pamiętał. Wizje te napawały go wstrętem i przerażeniem, gdy leżał w swoim łóżku na Privet Drive, lub w sypialni w Hogwarcie, ale nie miał pojęcia, że było ich tak wiele.
Drżąc ze strachu zastanawiał się, jaki wpływ na jego umysł mogły mieć te krwawe, mroczne koszmary.
Nie wiedział jak długo jeszcze będzie mógł znieść te widoki.
- Jak daleko w przeszłość sięgają te sny? – zapytał, rozpaczliwie usiłując mówić spokojnie.
- Odkąd ty i szpieg Sam Wiesz Kogo, Quirrel, pojawiliście się w szkole na pierwszym roku – odparła cicho McGonagall.
Harry zatrząsł się i nadal obserwował przewijające się sny.
Jeden z nich był o tym, jak został pochwycony przez sowę i przeniesiony pod okno Voldemorta, który rzucał na Glizdogona zaklęcie Cruciatus...
- Piękny puchacz – zastanawiała się McGonagall. – Mamy takiego w sowiarni. Wiesz może do kogo należy?
- Nie – skłamał bez namysłu Harry, ale w chwile później zmienił zdanie. – To znaczy do Draco Malfoya, ale...
Nauczycielka uciszyła go gestem ręki.
To przecież nic nie znaczy buntował się w duchu Harry. Wszystkie te symbole to mieszanka zwykłych snów i wspomnień z całego dnia. Musiałem po prostu tego ranka zwrócić uwagę na sowę Draco, albo coś.
Kiedy oglądali sny, które miał podczas czwartego roku, uspokoił się trochę. Miał przynajmniej pewność, że w senodsiewni nie pojawią się żadne obsceniczne wizje.
Z determinacją wpatrywał się w naczynie, starając się nie słyszeć dochodzących z niej okrzyków cierpienia. To dziwne, za każdym razem gdy widział siebie we własnych snach, był coraz młodszy i młodszy, aż w końcu ujrzał przed sobą okropnie kościstego jedenastolatka, walczącego z Tiarą Przydziału.
W tym śnie pojawił się turban. Ostrzeżenie, które zrozumiał o siedem lat za późno.
Harry zaczekał do zakończenia ostatniego snu, a potem spojrzał smutno na McGonagall. Kobieta była jeszcze bledsza i bardziej przerażona niż przed chwilą.
- Co się dzieje pani profesor?! – wykrzyknął.
Nauczycielka otrząsnęła się z zamyślenia i zacisnęła usta.
- Nic Potter. Myślę, że coś zobaczyłam... Nie jestem pewna. Ale to nie twoje zmartwienie.
- To moje sny! – oburzył się Harry.
- Tak, dziękuję ci za pomoc, ale nadal jesteś uczniem i nie zamierzam obciążać cię dodatkowymi problemami! – Nauczycielka była wyraźnie zdenerwowana.
Harry wpatrywał się w nią nie mogąc wydusić z siebie słowa, ale w następnej chwili McGonagall uspokoiła się trochę.
- Czy mógłbyś zanieść wiadomość profesorowi Lupinowi? – zapytała. – Chciałabym, żeby zobaczył się ze mną tak szybko, jak to możliwe.
Harry odwrócił się i szybko skierował się ku drzwiom, Nagle przypomniał sobie o czymś i zatrzymał się.
- Pani profesor... już się ściemnia, a dzisiaj będzie pełnia...
Harry i Syriusz odmierzali czas według kalendarza lunarnego. A... Dumbledore był w ministerstwie i miał wrócić bardzo późno. Nie było nikogo, do kogo można by się zwrócić.
- Może zawołam Syr... eee.. profesora Bl...
- Nie – ucięła McGonagall. – Nie. Poczekam do rana. Ja... Dziękuję ci Potter, to wszystko.
Nadal była bardzo poruszona i wyraźnie się trzęsła. Kiedy Harry wahał się, stojąc przy drzwiach, podeszła do biurka, oparła się o nie i zdjęła tiarę. Kapelusz wyślizgnął jej się z rąk i opadł na blat, a Harry ujrzał jej siwe włosy, spięte szpilkami w kok.
- Podczas gdy panna Granger szukała w księgach... – wymamrotała pod nosem i umilkła. Podniosła głowę i powiedziała ostro:
- Powiedziałam, że to wszystko, Potter.
Harry spojrzał na nią niepewnie, a jej twarz złagodniała.
- Jeśli będziesz chciał z kimś porozmawiać... – powiedziała nieco sztywno. – Wiem, że teraz jest tu twój ojciec chrzestny... ale w końcu jestem opiekunem twojego domu.
Harry nie był w stanie zrobić nic innego, jak tylko uśmiechnąć się do niej. Miał nadzieję, że ten krótki, wymuszony uśmiech uspokoi ją nieco.
- Oczywiście, pani profesor – odparł i wyszedł.
Ostrożnie szedł ciemnym korytarzem, zmierzając ku wyjściu z lochów. Opanowało go nagle uczucie wszechogarniającej nienawiści, jakby mrok wbijał w niego swoje szpony.
To Voldemort jest przyczyną tego wszystkiego. To on powoduje ten ból i zsyła go na mnie...
Uniósł głowę i zorientował się, że stoi przed kamieniem, zamykającym przejście do kwater Slytherinu. Nawet jego nienawiść była już tym wszystkim znużona.
Nie chciał... nie chciał nad tym rozmyślać i nie chciał wiedzieć nic więcej, po prostu... Tak bardzo pragnął zobaczyć się z Draco, potrzebował odrobiny zrozumienia, chciał usłyszeć ten głos, nawet jeśli żadne słowa nie zdołałby mu pomóc. Był taki zmęczony, głodny czegokolwiek, co sprawiłoby, że poczułby się choć trochę lepiej.
Podniósł rękę i zastukał w kamienną ścianę.
Zastukał jeszcze dwa razy, chociaż wiedział już, że nie będzie żadnej odpowiedzi. Potem uświadomił sobie, że stoją za nim dwaj młodsi Ślizgoni, wpatrując się w niego chłodno.
- No? - prychnął. – Dlaczego nie wejdziecie do środka?
Nie poruszyli się, ani nie odpowiedzieli. Harry pozwolił swojej ręce opaść.
- Dobrze – oświadczył. – Ale możecie mu powiedzieć, że tu wrócę.
Pobiegł korytarzem, czując, że na całym świecie nie ma nic innego, oprócz tej ślepej nienawiści; że został z nią całkiem sam.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 6 gru 2010, o 11:30

*

Hermiona nie wiedziała dokładnie, co wydarzyło się pomiędzy Harrym a Malfoyem, ale widziała, jaki miało to wpływ na jej przyjaciela.
Widziała co dzieje się z Harrym. Trudno było tego nie zauważyć. Jedyne co było w tym trudne, to znalezienie sposobu, jak mu pomóc. Kochała go nadal, tak jak kochała go zawsze, ale on nie zwierzał się jej już ze swoich problemów, a ona nie miała pojęcia, co zrobić, by odzyskać jego zaufanie; jak skłonić go, żeby pozwolił sobie pomóc.
I to było tragiczne w przyjaźni – nawet jeśli zdawała sobie sprawę, że popełni gafę, i że może zostać odrzucona, nie potrafiła przestać próbować.
Kiedy Harry wrócił ze spotkania z profesor McGonagall, nie odzywał się cały wieczór. Siedział przed kominkiem, z nogami wyciągniętymi przed siebie i głową pochyloną nad „W powietrzu z Armatami”. Jego zainteresowanie tą książką wydawało się już uzależnieniem.
Poczekała, aż pokój wspólny opustoszeje, a potem usiadła obok niego i delikatnie dotknęła jego kolana.
Zwrócił na nią zamglone, zielone oczy.
- Chcesz mi coś powiedzieć, Hermiono? – zapytał dziwnie neutralnym tonem. – Obserwowałaś mnie odkąd przyszedłem.
Coś cię gryzie, a ja tak bardzo martwię się o ciebie, ale nie mogę w żaden sposób do ciebie dotrzeć, bo nie potrafię tego zrozumieć, a każda próba wyciągnięcia czegoś z ciebie sprawi ci jeszcze więcej cierpienia.
Spuściła oczy. Miała nadzieję, że tym razem jest na tyle zmęczony, by w przypływie bolesnej szczerości wyjawić jej swoje troski. Otwarta rozmowa mogłaby mu przynieść ulgę.
- Jesteś... nieszczęśliwy, Harry.
Milczał chwilę, zanim odpowiedział:
- Tak.
To jedno słowo wystarczyło by się załamała.
- Harry... – wykrztusiła zatrwożona, że jej głos brzmiał, jakby zaraz miała się rozpłakać. – Proszę, powiedz mi, zrozumiem, przysięgam... po prostu powiedz mi co... Błagam, nie odpychaj mnie. Powiedz mi... czego pragniesz...
Jego spojrzenie było dalekie, a oczy płonęły uczuciem i malowało się w nich bezbrzeżne cierpienie.
- Chcę go odzyskać – odparł powoli.
- Harry, pomyśl... o tych wszystkich latach, kiedy byłbyś zadowolony, że w końcu się go pozbyłeś...
Jej zlękniony, wymuszony śmiech urwał się, gdy zobaczyła wypisany na jego twarzy ból; tak jakby został zraniony, a otwarta rana wciąż krwawiła.
- Nie – wyszeptał. – Nie rozumiesz.
Przyglądała mu się bez słowa.
Wiem, że nie, pomyślała. Wiem i nawet nie zdajesz sobie sprawy jaka to męka; to gorsze niż wszystko, bo teraz, w tych okropnych czasach, nie mogę być nawet pewna, czy między nami wszystko się kiedyś ułoży...
- Nie byliśmy przyjaciółmi, gdy znalazłem go... – Harry głośno przełknął ślinę – ...na dnie jeziora.
- Ale to była... – Głos prawie ją zawiódł. Następne słowo wypowiedziała, jakby bała się go usłyszeć. – Pomyłka?
- Nie. – Znowu krótka odpowiedź.
Patrzyła na niego błagalnie, jakby miała nadzieję, że może zmieni zdanie. Harry w zamyśleniu wpatrywał się w ogień.
- Nigdy nie miałem nikogo, zanim przyszedłem do Hogwartu – powiedział martwo. - A potem przyjechałem tutaj i spotkałem ciebie i Rona, i... byliśmy tylko my. A kiedy ty i Ron związaliście się, wyglądało na to, że nie ma już dla mnie miejsca. Ale jego też spotkałem tutaj, i czasem, gdy walczyliśmy... nie zdawałem sobie sprawy, że to było takie niezmienne. Nigdy o tym nie myślałem, ale czasem... byliśmy tylko my.
Zacisnął szczęki.
Hermiona splotła dłonie, mocno, aż usłyszała jak trzeszczą w stawach. Nigdy o tym pomyślała; nie zastanawiała się jak wyglądało życie Harry`ego, zanim przyszedł do Hogwartu. Nie przyszło jej do głowy, ile może znaczyć dla niego odrobina niepodzielnej uwagi. I co może oznaczać, gdy on nią kogoś obdarzy.
Ten płomień, który na trzecim roku rywalizację międzydomową zamienił w wojnę; spirala agresji, której punktem wyjścia była wrogość. Sposób, w jaki Harry, który przecież nigdy nie cieszył się z porażek innych, napawał się widokiem przerażonej miny Malfoya - tak jakby porażka Ślizgona stanowiła jego osobiste zwycięstwo, które należało odpowiednio celebrować; którym trzeba było się delektować.
Ich miny, gdy pewnego dnia, na czwartym roku sięgnęli po różdżki – na widok uczuć, malujących się na tych dwóch twarzach, wszyscy uczniowie pierzchli w popłochu. Hermiona pomyślała, że już wtedy powinna była zwrócić na to uwagę...
- Tęsknię za tym bardziej, niż za czymkolwiek innym – kontynuował Harry wojowniczym tonem, zawstydzony i zły, że tak bardzo cierpi. - Chcę go odzyskać. Nieważne jak. Nie mogę znieść tej... samotności.
Hermiona przygryzła wargi, usiłując powstrzymać się od płaczu.
- Nie jesteś sam – zapewniła go żarliwie.
Obrzucił ją krótkim, bolesnym spojrzeniem.
- Tak, ale nie o to chodzi. – Nie wydawał się pokrzepiony jej oświadczeniem.
Hermiona spuściła głowę, żeby nie zauważył z jakim wysiłkiem walczyła ze łzami. Była taka zadowolona, taka pewna, że wszystko wróci do normy teraz, gdy Malfoy znowu jest jego wrogiem. Ale nagle zrozumiała – Malfoy nigdy wcześniej Harry’ego nie ignorował, nigdy nie omijał go wzrokiem i możliwie, że nic już nie będzie takie jak kiedyś. Teraz już to wiedziała, a co gorsza, Harry też wiedział i ta świadomość powodowała, że pękało mu serce.
- Harry, wybacz... – odezwała się cicho. - Muszę iść.
Poderwała się i dziwnie niezgrabnie, obijając się po drodze o meble, wybiegła przez drzwi. Pędziła jak oszalała, nie zważając na otoczenie, dopóki nie minęła drzwi do Wielkiej Sali i nie znalazła się w korytarzu prowadzącym do lochów.
Nie miała pojęcia co zrobi, aż do czasu, gdy dostrzegła Malfoya i jego dwóch bandyckich koleżków. I... nadal nie wiedziała coś robić.
Ale teraz miała tego świadomość.
Był tam, nienawistny jak zawsze, dokładnie taki, jakim go zawsze widziała. Z szyderczą miną, chłodem w oczach i dwoma gorylami za plecami. Ale może jednak nie; może nie taki sam – nie patrzył na nią wyzywająco. Nie była już dla niego celem docinków i złośliwości, dlatego, że przyjaźniła się z Harrym. Spoglądał na nią raczej z obojętnością, zaprawioną szczyptą pogardy – niczym, co można by odczytać jako coś osobistego. Patrzył na nią zupełnie jak na Neville`a... czy to coś znaczyło?
- Granger – odezwał się lodowatym tonem. – Zgubiłaś się?
Zawahała się, próbując go rozgryźć. Nie chciała go zrozumieć, pragnęła nadal go nienawidzić, ale nie mogła – dla dobra Harry`ego.
Ale czy ktoś, kto tak bezwzględnie odciął się od Harry`ego, zwróci uwagę na to, co ona ma do powiedzenia? Jeśli potrafił traktować go z taką obojętnością, zimnym, bezdusznym okrucieństwem...
Nie mogło mu zależeć na Harrym. Nie wierzyła, że mu kiedykolwiek zależało. Nikt nie mógłby tak krzywdzić osoby, która byłaby dla niego ważna.
Jakiekolwiek próby przekonywania go były bez sensu.
- Nie – odparła obrzucając go chłodnym spojrzeniem. – Szukałam kogoś, kogo tu nie ma.
Odwróciła się na pięcie i odeszła, kierując się ku wyjściu do Wielkiego Holu. Niepotrzebnie traciła czas. Przyjście tutaj było głupotą. Co ona sobie w ogóle myślała...
Usłyszała jakiś hałas.
Dochodził z ciemnego korytarza po lewej. Stwierdziła, że prawdopodobnie jakiś uczeń kręci się koło gabinetu Snape`a. Powinna iść i zwrócić mu uwagę, to nic takiego, ale gdy uniosła różdżkę i szepnęła „lumos”, jej głos drżał, a serce waliło jak młotem.
Nie powinna wchodzić tu sama.
Światło drgało, tak samo jak jej ręka, w której bardzo mocno ściskała różdżkę. Nagle zatęskniła mocno za zwykłymi mugolskimi rzeczami, takimi jak choćby latarka czy oświetlonymi, otynkowanymi korytarzami, jak u niej w domu. Nikły blask rozjaśniał wąski, kamienny tunel i ukazywał ściany z masywnych bloków. Widziała szczeliny spojeń, chybotliwe cienie na szarej powierzchni i zupełnie czarne plamy w miejscach, gdzie nie docierała poświata zaklęcia.
Nagle światło omiotło coś jeszcze. Nie miała pojęcia co to było, ale poczuła że serce podchodzi jej do gardła.
Refleks odbijający się od błyszczącego futerka. Poczuła się tak wtedy, gdy miała dwanaście lat; jak wtedy, gdy została otwarta Komnata Tajemnic. Była przerażona.
Zniżyła różdżkę by lepiej oświetlić podłogę i usłyszała krzyk. Nie mogła uwierzyć, że sama wydała ten dźwięk.
Tuż za nią rozległ się odgłos szybkich kroków, a czyjeś silne ręce obróciły ją od tego, co ujrzała. Nie mogła złapać oddechu, miała ściśnięte gardło, nogi się pod nią ugięły, a ktoś ją podtrzymał, by nie upadła.
Szare oczy, poważne i zdecydowane, błyskające pomiędzy jasnymi kosmykami włosów.
Malfoy, pomyślała usiłując zdusić panikę i pozbierać myśli.
- Granger – powiedział z naciskiem. – Granger! Co się stało?!
- To... to kot – wydusiła, tłumiąc w sobie potrzebę znalezienia w kimś oparcia, nie chcąc się kompletnie załamać. – To pani Norris... pewnie została spetryfikowana, tak jak wtedy, gdy otwarta została Komnata Tajemnic...
Przestań, powiedziała sobie w duchu. Nie panikuj.
Nie zdejmując jednej ręki z jej ramienia, Malfoy uniósł różdżkę i nieco drżącym głosem, tak samo jak ona wcześniej, wypowiedział zaklęcie:
- Lumos.
Twarze stojących obok Crabbe`a i Goyle`a, zastygły w maski przerażenia. Potem Goyle przyjrzał się uważniej leżącemu na podłodze nieruchomemu kształtowi i uspokoił się trochę. Pochylił się i powiedział:
- Ona ma rację, to pani Norris...
Hermiona nie była w stanie spojrzeć w tę stronę ponownie... A jednak zrobiła to. Szczęka Malfoya zacisnęła się mocno, a gdy nie panując nad sobą wtuliła się w niego, objął ją zesztywniałymi ramionami.
Przemógł zgrozę i powiedział to, o czym ona wzbraniała się nawet myśleć. Jego słowa wybiły się ponad odgłosy rozbrzmiewającego za nimi tupotu nóg.
- To nie pani Norris – oznajmił. - I nie została spetryfikowana.


*

Później Harry nie mógł przypomnieć sobie, co tak naprawdę się stało. Szedł zły, bo Ginny uparła się mu towarzyszyć. A potem przyspieszył kroku, ponieważ Hermiona mogła być gdziekolwiek, a on nie chciał tłumaczyć jej, gdzie idzie. I wtedy usłyszał krzyk, i zaczął biec...
Słyszał za sobą kroki Ginny, szybkie i lekkie, potem niepewne. A potem jej krzyk i odgłos czyjegoś upadającego ciała.
Harry ujrzał cofającego się Goyle`a, pełznącego na kolanach i nie dowierzając własnym oczom zamarł na widok obejmującego Hermionę Malfoya.
To wszystko trwało sekundy; fragmenty obrazów migotały, wzbudzając falę strachu, która nagle do niego dotarła.
Crabbe zacisnął rękę na ramieniu Draco, niemal je zgniatając. Draco uniósł dłoń, w której trzymał różdżkę i oparł na barku Crabbe`a jakby chciał ochronić kolegę przed jakimś niebezpieczeństwem. Twarz Malfoya była biała i malowała się na niej zgroza, ale jego głos był opanowany, gdy mówił „To nie pani Norris. I nie została spetryfikowana”.
Na podłodze leżał martwy kot.
Może to mrok korytarza i wspomnienie Komnaty Tajemnic spowodowały, że Goyle jęczał, a Ginny krzyczała, ale Harry widział pobladłe oblicze Hermiony. Widział także wyraz oczu Draco udającego, że jest na tyle silny, by podzielić się tą odwagą i spokojem z innymi; by uwierzyli, że dopóki jest z nimi, nic im nie grozi.
Wiedzieli.
Poczuł, że Ginny próbuje go zatrzymać, ale ruszył naprzód, żeby znaleźć się poza jej zasięgiem. Za jego plecami, Draco niemal nieruchomo trzymał różdżkę. Musiał tam podejść, bo nikt inny by tego nie zrobił. Myślał, że nie będzie w stanie, ale zrobił to. Bo musiał to zrobić.
Pomimo przerażenia, przypomniał sobie zaklęcie, którego nauczył się parę miesięcy temu; zaklęcia, które Syriusz i Lupin użyli kilka lat wcześniej, we Wrzeszczącej Chacie. Ale wtedy, te słowa wydawały się o wiele prostsze do wypowiedzenia.
Harry wyrzucił je z siebie niemal wyzywającym tonem, a jego głos odbił się echem od kamiennych ścian.
- In Veterem Revolvaris Figuram.
Zabłysło blade, niebieskawe światełko.
Na podłodze leżała profesor McGonagall.
Harry nie drgnął. Spojrzał na pozostałych. Crabbe jęknął niemal z ulgą. Goyle zaczął cofać się jeszcze szybciej.
Ani Draco, ani Hermiona nie wydali żadnego dźwięku, ale dziewczyna wtuliła głowę w ramię Ślizgona. Draco spojrzał na Harry`ego. Na jego twarzy malował się szok, który zastąpił zwykły wyraz obojętności. Ta twarz, wydawała się teraz naga i niemal dziecinna, ale oczy Ślizgona pozostały spokojne.
Harry dopiero po chwili mógł spojrzeć z powrotem na martwe ciało. Szpilki wysunęły się z włosów McGonagall i leżały teraz na posadzce, błyskając w świetle, które padało wprost na jej otwarte, martwe oczy.
Krzyk Ginny był wysoki i przepełniony czystym strachem. Dziewczyna krzyczała, dopóki nie przybiegła reszta uczniów.


*Universe „Tacy byliśmy”
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości