[Z] [T] Związani

BDE, tłumaczone z Kaczalką; 22/22

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Aevenien » 31 paź 2010, o 11:00

Z okazji Halloween przesunęłyśmy premierę naszego tłumaczenia o cały jeden dzień, jestem pewna, że się cieszycie ;)

Tłumaczenie jest wspólne, moje i Kaczalki. Tak, mogę się nawet przyznać do zmackowania jej, ale sami wiecie, w jak szczytnym celu.

„Bond” jest jednym z największych klasyków drarry, bardzo ciepłym, pełnym uczuć, dość lekkim w odbiorze, choć niebanalnym i stosunkowo kanonicznym. Opowiada o więzi, ale nie niewolniczej, nikt tu nad nikim nie dominuje, chłopaki mają tak samo „przechlapane”. No i dodam jeszcze, że zakończenie Was nie rozczaruje.
Rozdziały będą wklejane co dwa tygodnie, jeśli się wszystko uda to każdego 1 i 15 dnia miesiąca.
Tłumaczymy na zmianę, pierwszy rozdział to moje dzieło, drugi będzie Kaczalki i tak już do końca.
Serdeczne dziękuję wszystkim naszym betom, dzisiaj głównie Liberi i Minamoto, za kawał naprawdę świetnej roboty :*

Zapraszamy do czytania i życzymy miłej lektury.



Tytuł i link do oryginału: Bond
Autor: Anna Fugazzi
Zgoda na tłumaczenie: jest
Tłumaczenie: Aevenien i Kaczalka
Beta dla Aevenien: Liberi i Minamoto
Beta dla Kaczalki: Liberi i Yami-no
Rating: NC17
Ostrzeżenia: brak
Kanon: zachowany w charakterystyce postaci; uwzględniono wydarzenia do piątego tomu włącznie.



ZWIĄZANI



ROZDZIAŁ 1

29 września — 1 października


Dzień 1 (wtorek)


…co, do cholery?
Harry powoli wracał do świadomości i w końcu udało mu się na czymś skupić wzrok. Sufit. Bardzo znajomy sufit… w skrzydle szpitalnym.
Cholera, tylko znowu nie to, było jego pierwszą myślą.
Co się stało tym razem?, drugą.
Quidditch? Nie, nie miał na sobie stroju do gry i nie bolało go nic poza głową. Nie sama blizna, tylko cały obszar… dookoła głowy. Pulsujący ból za powiekami, w głębi, blisko karku…
Usłyszał słaby jęk, a kiedy zorientował się, że to nie on był jego źródłem, rozejrzał się wokół.
Malfoy. Leżał na łóżku po jego prawej stronie i jęczał, wyglądając, jakby też dopiero co się ocknął. Natychmiast otoczyło go kilkoro czarodziejów — pani Pomfrey, Dumbledore, Lucjusz Malfoy… Co?
— Harry!
Pani Pomfrey spojrzała na niego, kiedy usłyszała znajomy głos dobiegający z jego lewej strony. Harry odwrócił szybko głowę.
— Profesor Lupin?
— Jak się czujesz? — zapytał Lupin z uśmiechem.
— Jakbym potrzebował czekolady — odparł zdezorientowany Harry, a Lupin uśmiechnął się ponownie. — Co się stało?
Profesor sięgnął do kieszeni, wyciągnął tabliczkę czekolady i położył na łóżku obok, a pani Pomfrey zaczęła krzątać się przy Harrym.
— Jak się czujesz, Potter?
— Chyba w porządku, tylko głowa mnie trochę boli — zaczął Harry, a ona skwapliwie przytaknęła.
— Można się było tego spodziewać, w końcu zemdlałeś. No, usiądź. — Kiwnęła na niego i postawiła na stoliku przy łóżku małą buteleczkę.. — Zjedz czekoladę i wypij ten eliksir. Pamiętasz, co się wydarzyło?
Harry, ciągle zagubiony, podniósł się powoli do pozycji siedzącej. Wyglądało na to, że wokół było całkiem sporo ludzi, nie tylko Dumbledore, pani Pomfrey, Lucjusz Malfoy i Lupin, ale także McGonagall i nawet Snape. Nie mógł się skoncentrować na głosie żadnego z nich. Co się tutaj działo?
— Niewiele… Ja, wydaje mi się, że wychodziłem z klasy…
— Jakie zaklęcie? — Głos Malfoya wyróżnił się na tle innych, kiedy chłopak usiadł na łóżku. Harry skrzywił się, gdy wśród dorosłych rozległy się niespokojne szepty, jednak nikt nie kwapił się, by udzielić odpowiedzi.
— Jakie zaklęcie? — Malfoy zapytał ponownie.
— Chłopcy — zaczął Dumbledore powoli. — Obawiam się, że zostaliście… związani ze sobą.
Cisza.
— Co? — jęknął Draco słabo.
— Zaklęcie wiążące było na drzwiach, przez które obaj przeszliście. Miało się aktywować pod wpływem silnych emocji, a wy przechodząc, kłóciliście się o coś i…
— Nie. Boże, nie — Malfoy spojrzał na dorosłych, a jego oczy rozszerzały się coraz bardziej, gdy widział, że wszystkie twarze były równie posępne jak oblicze Dumbledore’a. — To… to niemożliwe. — Wpatrywał się teraz w swojego ojca, który zacisnął mocno usta i pokręcił głową. Cisza. — To… popieprzyło was… To jakiś obłęd. Nie!
— Draco — zaczął jego ojciec, a Harry poczuł lekkie ukłucie strachu, kiedy syn przerwał mu i zerwał się z łóżka, krzycząc.
— Nie! Nie możecie mówić tego poważnie!
— Panie Malfoy, przykro mi, ale jesteśmy całkowicie pewni — powiedział Dumbledore.
— Kurwa! Nie!
— Chwila, o czym wy w ogóle mówicie? — przerwał im Harry. — Co za zaklęcie wiążące?
Draco spojrzał na niego.
— Zaklęcie wiążące, pieprzony palancie.
Harry wodził wzrokiem od Malfoya do dorosłych, zupełnie zdezorientowany i zdumiony tym, że nikt nie zwrócił uwagi Malfoyowi, żeby nie przeklinał. Spodziewał się, że przynajmniej jego ojciec udzieli mu jakiejś reprymendy, ale Lucjusz Malfoy wyglądał na wstrząśniętego, niemal chorego. Nie było w nim ani trochę tej zimnej, wzbudzającej respekt aury, którą zawsze emanował.
— Ale co… Co to znaczy?
— Nawet nie zdajesz sobie sprawy… Po prostu cudownie. — Malfoy walnął pięścią w stolik, po czym odwrócił się z odrazą.
— Panie Potter, zaklęcie wiążące to czarodziejskie małżeństwo — zaczęła pani Pomfrey, ale Malfoy jej przerwał.
— To pieprzona klątwa małżeńska, Potter — warknął. — Zaklęcie było na drzwiach, wpadliśmy na nie, jesteśmy małżeństwem. Która część jest zbyt skomplikowana, by mógł ją pojąć twój mały, gryfoński móżdżek?
— Ale jak możemy… Małżeństwo nie jest zaklęciem, w jaki sposób…
— Potter. Pozwól, że to wyjaśnię — powiedziała profesor McGonagall stanowczo. — W świecie czarodziejów małżeństwo nie jest małżeństwem, dopóki nie zostanie rzucone zaklęcie wiążące, które łączy małżonków. Normalnie jest to dobrowolne, podobnie jak mugolskie przysięgi. — Lucjusz wydał z siebie pełen oburzenia dźwięk, ale jej nie przerwał. — Jednak, w odróżnieniu od mugolskich przysiąg, zaklęcie wiążące wymusza na małżonkach określone zachowania. I może stać się klątwą, rzuconą bez zgody osób, których ma dotyczyć. To oczywiście absolutnie nielegalne, ale i tak działa, łącząc ze sobą obie strony.
Harry zmarszczył brwi, całkowicie zbity z tropu. Klątwa, która zmusza ludzi do małżeństwa wbrew ich woli? To brzmiało jak jakiś kiepski żart. Szybko rozejrzał się po skrzydle szpitalnym, łudząc się, że zobaczy bliźniaków, chichoczących radośnie z sukcesu, jaki odniósł ich najnowszy dowcip.
Nie miał tego szczęścia.
— Ale to niedorzeczne. Miłosne eliksiry, to jestem w stanie zrozumieć, jednak w jaki sposób można być zmuszonym do małżeństwa?
— Zaklęcie zmusza was do zachowywania się jak małżonkowie. Przez pierwsze miesiące musicie mieszkać razem, niemal cały czas być obok siebie i robić wszystko to, co robią małżeństwa, inaczej poniesiecie konsekwencje.
— Wszystko… Nie, chwila…
— Nie, to nie zawsze oznacza seksualne skonsumowanie związku — wtrąciła się pani Pomfrey. — Ludzie mogą być związani, nie będąc jednocześnie małżeństwem, zdarza się to czasami w przypadku bliźniąt albo bardzo bliskich przyjaciół, którzy zdecydują się na czerpanie korzyści płynących z więzi, pomijając jej seksualne aspekty. Ale spora część więzi ma charakter seksualny, chyba że jest jakiś ważny powód, aby tak nie było.
— Na przykład wzajemna nienawiść?
— Normalnie to nie stanowi problemu — odparła szczerze. Harry utkwił w niej spojrzenie.
— Na Mordreda, zamknij usta, Potter, wyglądasz jeszcze bardziej tępo niż zazwyczaj — warknął Malfoy.
Harry go zignorował.
— Ale dlaczego ktokolwiek miałby się na to zgodzić?
— Ze względu na korzyści, oczywiście. Zwiększenie magicznych mocy i tym podobne rzeczy. Tak samo jak na wszystko inne, co łączy się ze zwykłym, niezwiązanym magicznie małżeństwem: towarzystwo, przyjaźń, równowagę emocjonalną.
— Ale w jaki sposób coś takiego może się wydarzyć, jeśli się tego w ogóle nie chciało?!
— Zaklęcie wiążące pomaga w osiągnięciu korzyści, wymuszając zachowania, które mają za zadanie przyśpieszyć proces. Większość małżeństw zaczyna od co najwyżej chęci do wstąpienia w związek małżeński. Nie jest jednak niemożliwe, żeby wymuszona więź funkcjonowała tak samo jak zwykła.
— Jak?!
— Bo nie masz innego wyboru, więc musisz zadbać, żeby to działało — powiedział krótko Snape. — Mugole myślą, że konieczne jest zaczynanie od kwiatów, romantyczności i mdlącej słodyczy, żeby powstało zaangażowanie. Czarodzieje wiedzą lepiej.
— A ty skąd możesz wiedzieć? — odgryzł się Harry, zanim zdążył się powstrzymać albo chociaż trochę złagodzić ton. Ale Snape wydawał się nie zwracać na to uwagi.
— Mimo że to absolutnie nie twoja sprawa, byłem żonaty, Potter. Przez siedem szczęśliwych lat, z kobietą, której praktycznie nie znałem, kiedy zostaliśmy związani.
Draco Malfoy spojrzał na niego gniewnie.
— To coś zupełnie innego!
— Wielu czarodziejów zaczyna dokładnie tak samo, Draco — powiedział Lucjusz cicho i syn rzucił także jemu gniewne spojrzenie. — Wiesz przecież, że ja i twoja matka ledwo się znaliśmy przed rzuceniem zaklęcia wiążącego. Wiedziałeś, że pewnego dnia coś takiego się wydarzy i wyraziłeś zgodę na poślubienie osoby, którą dla ciebie wybierzemy…
— Zgodziłem się, ponieważ to miał być związek, który przyniesie korzyści naszej rodzinie, poza tym wiedziałem, że nie zmusisz mnie do poślubienia kogoś, kto wzbudza moją pogardę i…
Lucjusz skrzywił się i potrząsnął głową.
— Wiem. Ale nie masz innego wyboru. Uspokój się…
— Nie mów mi, do kurwy nędzy, żebym się uspokoił — wrzasnął Draco, a Lucjusz zmarszczył brwi, wstając.
— Jest zdenerwowany, Lucjuszu, potrzebuje trochę czasu, żeby… — zaczął Snape, ale Lucjusz przerwał mu, patrząc na syna surowo.
— Draco! Jesteś wzburzony, jestem w stanie to zrozumieć, jednak nie ma żadnego usprawiedliwienia dla… — Lucjusz próbował go uspokoić, kładąc mu rękę na ramieniu, ale wciągnął tylko gwałtownie powietrze i szybko ją cofnął, kiedy Draco wzdrygnął się i krzyknął z bólu. — Ja… Przepraszam, zapomniałem. — Zabrał rękę, nie dotykając syna, który patrzył na niego z niepokojem. — Usiądź. Proszę.
Draco opadł na krzesło, jego szczęki ciągle były zaciśnięte, a dłonie zwinięte w pięści.
— Przykro mi — powiedział Lucjusz łagodnie, a jego słowa i gesty podziałały na Harry’ego jak kubeł zimnej wody. Nigdy nie widział, żeby Lucjusz traktował syna inaczej niż z chłodną rezerwą, a teraz miał przed oczami obraz zaniepokojonego ojca, sprawiającego wrażenie, jakby za wszelką cenę chciał pocieszyć syna, tylko nie miał pojęcia jak. O Boże. — Draco, przykro mi — powtórzył Lucjusz.
Malfoy oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. Harry przenosił wzrok od jednej osoby do drugiej, a jego strach wzrastał z każdym zrezygnowanym i zasmuconym wyrazem twarzy.
— Czekajcie, czy czarodzieje się nie rozłączają? — zapytał z desperacją w głosie. — Nie rozwodzą się?
— Obie strony muszą wyrazić zgodę na zerwanie więzi… — zaczął Snape.
— Myślę, że mogę spokojnie powiedzieć, że obaj się zgadzamy…
— … i tylko osoba rzucająca zaklęcie może je rozwiązać. Normalnie to nie stanowi problemu, bo rzuca je jeden z partnerów, ale w tym przypadku, gdy więź jest przymusowa…
— Chcesz powiedzieć, że ktokolwiek nam to zrobił, jest jedyną osobą, która może to odwrócić? Nie możemy zrobić tego sami?
— To fascynujące, jak dużo czasu potrzeba, żeby coś tak oczywistego dotarło do twojej tępej łepetyny, Potter — mruknął Draco, nie podnosząc głowy.
— Możesz być pewny, że zrobimy co tylko w naszej mocy, żeby znaleźć osobę lub osoby, które ponoszą za to odpowiedzialność — zapewnił go Snape. — Jednak są na to nikłe szanse, chyba że ktoś sam się do tego przyzna. To wysoce nielegalne zaklęcie, panie Potter. Nikt nie ujawni się z własnej woli. A ktokolwiek to zrobił, z pewnością dobrze zatarł za sobą ślady.
— Ale… Nie jestem nawet gejem!
Malfoy przewrócił oczami, a jego ojciec syknął z niesmakiem.
— Mugole... — stwierdził Draco szyderczo.
— Zdajemy sobie sprawę, że w mugolskim świecie istnieją pewne uprzedzenia w stosunku do związków osób tej samej płci — zaczęła pani Pomfrey — ale w czarodziejskim świecie…
— Nigdy nie słyszałem o chociażby jednej gejowskiej parze wśród czarodziejów!
— Nie jesteś zbyt długo częścią naszego świata — powiedziała McGonagall — i lwią część czasu spędziłeś w szkole, gdzie większość osób nie jest po ślubie. Takie związki są rzadkie, ale nie niespotykane. To prawda, że wielu ludzi uważa, iż poślubienie osoby tej samej płci jest straszliwie nieodpowiedzialne, biorąc pod uwagę, że wskaźnik naszego przyrostu naturalnego nie jest tak wysoki, jak być powinien, ale nie mamy tego rodzaju ślepych uprzedzeń, co świat mugolski.
— Nie jestem nawet gejem — przedrzeźniał go złośliwie Malfoy. — Naprawdę, jakież to gryfońskie, skupiać się na najmniej istotnej rzeczy.
— Więc co jest dla ciebie najistotniejszym problemem? To, że jeśli będę musiał spędzić z tobą resztę życia, to równie dobrze mogę cię zabić? — wybuchnął Harry bez zastanowienia.
— To nie przelewki, panie Potter — stwierdziła surowo McGonagall. — Jednym z powodów, dla których niedobrowolne zaklęcia wiążące są nielegalne jest to, że w rezultacie małżonkowie mogą się nawzajem pozabijać. To niezwykle stresująca sytuacja. Obaj będziecie poddani ścisłemu nadzorowi, żeby upewnić się, że wasza wzajemna… niechęć nie wymknie się spod kontroli i nie stanie się przyczyną poważnych obrażeń u was obu.
— W tej chwili to wydaje się być całkiem niezłym pomysłem — wymamrotał Harry, a Malfoy znowu przewrócił oczami.
— Jak bardzo tępy jesteś, Potter? Bo właśnie naprawdę wznosisz się na wyżyny swojej głu…
— Panie Malfoy — przerwała mu McGonagall — niech się pan łaskawie zamknie. — Zwróciła się ponownie do Harry’ego. — Kiedy więź jest świeża, jesteś mocno podatny na emocje i samopoczucie drugiej osoby. Jeśli jeden z małżonków umrze lub zostanie bardzo poważnie ranny, szok może być tak wielki, że zabije drugiego. Szczególnie, kiedy to jeden z małżonków jest sprawcą śmierci lub obrażeń.
Harry bezwładnie opadł na łóżko.
Nastąpiła długa cisza, którą w końcu przerwała McGonagall.
— Chłopcy, myślę, że zaakceptowanie tej nowej sytuacji może wam zająć trochę czasu. Uważam, że najlepiej będzie, jeśli pani Pomfrey wyjaśni wam, czego macie się spodziewać, a my w tym czasie przedyskutujemy, co zrobić, żebyście przetrwali to w jednym kawałku.
— To znaczy, że będziecie rozmawiać bez nas…
— Chcecie sami zdecydować…
Obaj z oburzeniem zaczęli mówić jednocześnie, ale Lucjusz Malfoy im przerwał.
— Draco, jesteś teraz w takim położeniu, że ciężko mówić o twoim decydowaniu o czymkolwiek. Nawet nie rozumiesz w pełni, jakie skutki pociąga za sobą to zaklęcie — zaznaczył.
— Ale to wcale nie oznacza, że możesz podejmować za mnie wszystkie decyzje! — zaprotestował chłopak, a jego ojciec uniósł brwi ze zdziwienia, to samo zresztą zrobił Harry. Z tego, co dotychczas widział, ojciec Malfoya zawsze o wszystkim decydował, poczynając od tego, na jakie zajęcia syn ma uczęszczać, a kończąc na tym, z jakimi ludźmi może utrzymywać kontakty. Malfoy musiał być naprawdę wzburzony, skoro pomyślał o jawnym sprzeciwieniu się ojcu.
— Panowie, nikt nie będzie podejmował za was żadnych decyzji — zauważyła McGonagall ze spokojem. — Po prostu będziemy omawiać różne możliwości, a wy dołączycie do nas, gdy będziecie lepiej poinformowani o waszej sytuacji i wtedy weźmiecie udział w dyskusji.
Lucjusz Malfoy wpatrywał się w nią w zdumieniu, a jedna z odległych części mózgu Harry’ego zarejestrowała, że widok Lucjusza wytrąconego z równowagi jest bardzo przyjemny. Gdyby Harry sam nie był tej równowagi pozbawiony jeszcze bardziej, stwierdziłby pewnie, że mina Lucjusza jest komiczna.
— Wszystko w porządku, Harry — powiedział Lupin delikatnie. — Idź i posłuchaj, co Poppy ma wam do powiedzenia.

***

Kilka godzin później Harry wspiął się na swoje szpitalne łóżko, dalej w stanie odrętwienia spowodowanego szokiem.
Po niezwykle niepokojącej sesji informacyjnej z panią Pomfrey wrócili do dorosłych i rozpatrzyli praktyczne aspekty życia w ciągłej bliskości. Harry cieszył się, że Dumbledore pomyślał o tym, aby wezwać Remusa Lupina jako osobę, która była w tej chwili dla niego kimś najbardziej zbliżonym do rodzica. Mógł liczyć na spokój i dobry humor Remusa podczas omawiania ich planów lekcji, bardzo stresującej dyskusji na temat quidditcha i wzrastającej świadomości, że to naprawdę, naprawdę nie był żart.
Kiedy w końcu kilka godzin później zobaczył Rona i Hermionę, przyjaciele nie bardzo mu pomogli. Ulga na ich twarzach po tym, jak zobaczyli, że jest cały i zdrowy, szybko zmieniła się w przerażenie, kiedy dowiedzieli się o klątwie. Przerażenie było bardziej widoczne u Rona, który wiedział więcej o zaklęciach wiążących. A wiedział o tyle więcej, że mógł odtrącić rękę Hermiony, kiedy wyciągnęła ją, by przytulić Harry’ego — klątwa sprawiała, że przez pierwsze kilka miesięcy dotyk jakiejkolwiek obcej osoby był bardzo bolesny.
Jednak poza tym oboje nie mieli pojęcia, co powiedzieć, a ich zmartwione i pełne wrogości spojrzenia rzucane w kierunku Malfoya, który ignorował ich z posępną miną, tylko utwierdzały Harry’ego w przekonaniu, że jego najgorszy koszmar właśnie się ziścił.
Nienawidził Malfoya tak samo mocno jak Ron i Hermiona, ale w przeciwieństwie do nich nie mógł po prostu wyjść z pokoju i go unikać.
Malfoy nie prosił żadnego ze swoich przyjaciół o odwiedzenie go w skrzydle szpitalnym.
Na szczęście Harry nie musiał stawiać czoła ciekawskim i współczującym spojrzeniom uczniów w Wielkiej Sali, ponieważ kolację przyniesiono im do szpitala i zjedli ją odsunięci od siebie tak daleko, jak tylko się dało. W rzeczywistości, skoro tutaj nie musieli być aż tak blisko, Harry nie widział powodów, dla których nie mogli wrócić do dormitoriów. Pani Pomfrey zapewniła ich jednak, że przebywanie w osobnych pokojach byłoby bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem.
Tak więc pozostali w skrzydle szpitalnym, szykując się do spędzenia tam nocy. Do tej pory zgadzali się przynajmniej w jednej kwestii: w największym stopniu, w jakim było to możliwe, chcieli żyć tak jak przedtem. Żadnych wolnych dni na to, żeby przyzwyczaić się do nowej sytuacji, lepiej się poznać, czy na cokolwiek innego z rzeczy, które sugerowali im dorośli. Głowy domów wyjaśnią wszystko uczniom podczas dzisiejszej kolacji, odpowiedzą na pytania i postarają się, żeby wszyscy dokładnie zrozumieli ich sytuację. A oni wrócą jutro normalnie na zajęcia, po południu zaś przeniosą się do swoich nowych pokoi.
Harry zerknął na Malfoya, który leżał już w łóżku, gapiąc się obojętnie w sufit. Przy obopólnej milczącej zgodzie nie odzywali się do siebie prawie wcale, pomijając kilka docinków, wygłoszonych w trakcie pogadanki pani Pomfrey.
Harry leżał we własnym łóżku, także wpatrując się w sufit i myśląc o tym, co im powiedziała. Jakieś pięć, sześć miesięcy wymuszonego kontaktu. Przebywanie w tym samym pokoju, w odległości sześciu do dwunastu stóp. Zwiększenie tego dystansu miało spowodować duży dyskomfort i potencjalne zasłabnięcie, jeśli zignorowaliby potrzebę zbliżenia się do siebie. Pragnienie dotyku co kilka minut. Powoli rosnący pociąg do drugiej osoby, potem potrzeba erotycznego kontaktu w ciągu kilku tygodni od rzucenia zaklęcia. Bycie zależnym od siebie do tego stopnia, że gdy jeden z nich poczuje fizyczny bądź psychiczny ból, drugi doświadczy tego samego.
Świetnie, po prostu świetnie.
Wyglądało na to, że jedną z największych przyjemności w życiu Malfoya było sprawianie, by Harry czuł jak najwięcej bólu.
Byłby z tego całkiem zadowolony tak długo, jak długo mógłby się na Ślizgonie odegrać, miał jednak świadomość, że sprawienie bólu Malfoyowi odbije się także na nim samym.
I wolał nawet nie myśleć o tej całej sprawie z „bliskością”.
Więc. Jutro była środa. Podwójne eliksiry z samego rana, w tym samym składzie co zwykle. Potem, zamiast mugoloznastwa, miał mieć transmutację ze Ślizgonami i Krukonami, później obiad, z powrotem na jego zaklęcia z Gryfonami, z wlekącym się razem z nim Malfoyem. Następnie malfoyowa numerologia. Na szczęście na te zajęcia uczęszczała też Hermiona, więc dotrzyma mu towarzystwa i pomoże w ogarnięciu tematu. A na koniec dnia starożytne runy, na których będzie siedział z Malfoyem, ale zajmował się własną astronomią. Ponieważ nie mogli osiągnąć kompromisu w sprawie tych dwóch lekcji, zdecydowali się sprawdzić, czy dadzą radę chodzić na nie na zmianę, co drugi dzień. W końcu nie były to jakieś bardzo skomplikowane przedmioty.
Merlinie, jak bardzo świat się zmienił w jednej krótkiej chwili.
Harry westchnął. Chciał znaleźć się z powrotem w swoim dormitorium, słuchając Rona, Neville’a, Deana i Seamusa szykujących się do snu. Zastanawiał się, co robią teraz jego współlokatorzy. Rozmawiają o nim? Zasmuceni tym, że nie będzie już z nimi mieszkał i grał w quidditcha? Zastanawiając się, jak to będzie znosić cholernego Draco Malfoya za każdym razem, kiedy będą chcieli się z nim zobaczyć?
Myśląc, co teraz robi? Tęskniąc za nim?
On na pewno za nimi tęsknił. Tęsknił za domem. Za wszystkim.
Odwrócił się plecami do Malfoya i próbował zmusić się do zaśnięcia.

***

Dzień 2 (środa)

Draco otworzył oczy i przez chwilę był lekko zdezorientowany. Gdzie… Och.
O Merlinie. Zacisnął mocno powieki, pragnąc znowu zasnąć, w nadziei, że to wszystko mu się śniło, a poranna rzeczywistość okaże się tylko koszmarem.
Ponownie otworzył oczy. Nie. Nie miał takiego szczęścia.
Popatrzył na stojące obok łóżko. Potter nadal spał, a jego twarz sprawiała wrażenie rozluźnionej i zrelaksowanej. Draco ledwo powstrzymał ogromną chęć uderzenia go. Mocno. Za to, że ośmielił się wyglądać tak spokojnie, kiedy byli tutaj, w szpitalu, zmagając się z pierwszym dniem ich cholernego, nowego, wspólnego życia.
Odwrócił się plecami do Pottera, mając nadzieję, że uda mu się wmówić sobie, że jest w skrzydle szpitalnym tylko z powodu wypadku podczas gry w quidditcha. Szybko jednak odepchnął tę myśl, bo przez nią zaczął myśleć o quidditchu, a to było zbyt bolesne, żeby zajmować się tym z samego rana. Niestety wszystko inne, co przychodziło mu do głowy, także było zbyt bolesne.
Zresztą to strasznie dziwne — stwierdził w duchu — jak jego umysł nie może się zdecydować, miotając pomiędzy rozpaczliwą chęcią odcięcia się od informacji udzielonych im przez panią Pomfrey, a analizowaniem ich z potworną dokładnością. Szczególnie tej części o ewentualnej potrzebie dotykania się — Draco skrzywił się z obrzydzeniem; absolutnie nie miał ochoty, by dotykać Pottera w jakikolwiek inny sposób, niż stosując wobec niego przemoc fizyczną.
Ale najwidoczniej będą odczuwali potrzebę dotykania się, na początku mimochodem, później żeby zachować dobre samopoczucie, a w końcu w bardziej erotyczny sposób.
Draco skrzywił się na samą myśl. To nie była zbyt przyjemna perspektywa. Nie, żeby dotykanie innego chłopaka w ten sposób było aż taką odrażającą wizją, ale, ze wszystkich ludzi na świecie, dlaczego właśnie Harry’ego Pottera? O Merlinie, jaka ohyda. Było to tylko nieznacznie lepsze niż dotykanie szlamy.
Draco westchnął i ponownie zamknął oczy. Mogło być gorzej, próbował sobie wmówić. Mógł przechodzić przez te drzwi, kłócąc się z Hermioną Granger.
Nie. To wcale mu nie pomagało. Granger przyniosłaby wielki wstyd jego czystokrwistej rodzinie, ale ostatecznie to tylko szlama. A dopóki Draco nie miałby z nią dzieci (a na pewno zadbałby o to, żeby ich nie mieć), tolerowano by ją. Nie była przecież wrogiem ich Pana.
Draco nie mógł sobie wyobrazić, jak jego rodzina przeżyje taki cios. Czarny Pan z pewnością zwątpi w niezłomną lojalność Lucjusza.
Może za kilka lat, kiedy zaklęcie trochę osłabnie i więź będzie mniej surowa, Draco będzie w stanie jakoś przeżyć, kiedy Voldemort pokona Pottera. Ale… Konfrontacja miała nastąpić niebawem. A Voldemort na pewno nie zaufa w pełni człowiekowi, którego jedyny syn prawdopodobnie umrze, jeśli Potter zostanie zabity lub zraniony.
Tyle, jeśli chodzi o pozycję ojca jako prawej ręki Voldemorta.
Boże, to było naprawdę absolutnie porąbane.
— No dobrze panowie, czas wstawać. — Pani Pomfrey wpadła do pokoju i Potter się obudził. Draco obserwował, jak na jego twarzy maluje się ten sam wyraz zagubienia, zastąpiony szybko przez rosnącą świadomość tego, gdzie jest i co się stało. Potter odwrócił głowę i wymienili pełne obrzydzenia spojrzenia. Potem Draco odwrócił wzrok.
— Teraz niech no wam się przyjrzę… — Pomfrey wyjęła różdżkę i machnęła nią w kierunku Draco, który skrzywił się lekko, zaniepokojony. — Tylko rzucam okiem, panie Malfoy. Wszystko wydaje się być w porządku… — Odwróciła się teraz do Pottera, powtarzając czynność. — Tak samo u ciebie… Jak wam się spało?
— Eee, w porządku — wymamrotał Potter.
Spojrzała na Draco, który tylko pokiwał głową.
— Oddzielnie?
— Tak! — odpowiedzieli obaj z identyczną dawką zawstydzenia i irytacji w głosie.
Pomfrey zmierzyła ich długim spojrzeniem.
— Muszę o to pytać, monitoruję stan waszej więzi. Przez najbliższe kilka miesięcy będę zadawać mnóstwo pytań, które pewnie uznacie za wścibskie i zawstydzające, więc lepiej zacznijcie się do tego przyzwyczajać.
Klasnęła w dłonie i para skrzatów pojawiła się z tacami śniadaniowymi, a kolejne dwa z zestawami ubrań i książek.
— Proszę, to wasze książki i szaty, prysznice są tam. — Machnęła ręką. — Macie czterdzieści pięć minut do zajęć, jakieś pytania? — Draco i Potter gapili się na nią bez słowa. — Wspaniale, pośpieszcie się panowie — popędziła ich.

***

Snape nie zaszczycił ich nawet spojrzeniem, kiedy weszli do klasy i stoczyli bitwę o to, gdzie będą siedzieć. Do tej pory porozumiewali się głównie za pomocą monosylab, czasami rozszerzając wypowiedź o „pośpiesz się” albo „zejdź mi z drogi”.
— No chodź — syknął Draco, niezadowolony z faktu, że ich koledzy udawali tylko, że na nich nie patrzą.
— Nie — szepnął Potter. — Chcę siedzieć tutaj.
Draco nie miał zamiaru się tym przejmować. Nie ma mowy, żeby siedział koło szlamy i Wiewióra.
— Nie bądź śmieszny.
— Siadaj sobie, gdzie chcesz — wysyczał Potter, z hukiem kładąc swoje książki obok książek Hermiony. — Ja zostaję tutaj. — Draco zmrużył oczy, nawet nie myśląc o poddaniu się. Potem spojrzał na swoją ławkę, mierząc w głowie odległość.
Jakieś dwanaście czy piętnaście stóp. W porządku. Podszedł do swojego miejsca i usiadł obok Goyle’a, ignorując jego zaskoczoną minę i kiwając głową witającym go z lekkim wahaniem Ślizgonom.
W połowie zajęć był niemal gotowy przyznać, że to był zły pomysł.
Zaczęło się od lekkiego niepokoju, który zmienił się w rozdrażnienie, później w swędzące uczucie, tak jakby potrzebował obecności Pottera. Doznanie narastało i nie był już w stanie skupić się na lekcji. Snape mówił coś o sposobie suszenia jakiejś rośliny… jak ona się nazywała… żeby uchronić eliksir przed… czymś.
Świetnie, pomyślał Draco. Bardzo precyzyjnie. Zmusił się do skoncentrowania na profesorze mimo wzrastającej irytacji. Miał wrażenie, że otaczają go bzyczące pszczoły. Potrząsnął głową, próbując pozbyć się tego uczucia. Ale oczywiście nie przyniosło to żadnych efektów. Potarł oczy, pozwalając sobie na lekkie westchnienie.
— Malfoy? Wszystko w porządku? — zapytał cicho Goyle.
— Taa — mruknął, zmuszając się do zachowania spokoju.
Wstań. Wstań i przejdź na drugi koniec klasy, powiedz Granger, żeby się przesunęła i usiądź. Poczujesz się lepiej.
Zignorował ten cichy głosik, odetchnął głęboko i ponownie skupił uwagę na profesorze.
— Malwa musi zostać wykorzystana w przeciągu trzech dni od ścięcia, kto powie mi dlaczego?
Snape spojrzał na Draco, a jego oczy zwęziły się na krótką chwilę. Przeniósł wzrok na koniec pomieszczenia, a potem z powrotem na Draco. Draco zesztywniał, licząc na to, że Snape go nie wybierze, naprawdę nie miał pojęcia…
— Potter? — powiedział Snape.
Draco odetchnął. Nastąpiła krótka cisza, którą przerwał odgłos uderzenia. Draco z trudem powstrzymał się od spojrzenia do tyłu.
— Eee… Przepraszam, panie profesorze, jakie było pytanie? — Głos Pottera drżał lekko.
Na kamiennej twarzy Snape’a pojawił się słynny Jadowity-Grymas-Satysfakcji, a ślizgońska część sali zachichotała.
— Spytałem, panie Potter, czemu malwa musi zostać zużyta w przeciągu trzech dni od zerwania.
Cisza.
— Nie wiem, proszę pana.
— W takim razie zobaczmy, czy uda ci się to wywnioskować. To jest pytanie, na które nawet Longbottom powinien być w stanie odpowiedzieć. Powiedz mi, w jakim celu używamy malwy w tym eliksirze? I nie, panno Granger, proszę mu nie podpowiadać.
Kolejna chwila ciszy.
— Nie wiem.
Niby-uśmieszek Snape’a poszerzył się, a Draco poczuł, że z niewytłumaczalnego powodu sam się rumieni, kiedy śmiech Ślizgonów rozległ się głośniej.
— Panie Potter, w takim razie proszę mi powiedzieć, jakie jest przeznaczenie eliksiru?
— Nie wiem — powtórzył Potter z ponurą miną.
— Jak się nazywa ten eliksir?
— Nie. Wiem — powiedział Potter głośno gniewnym tonem. Draco poczuł, jak jego puls przyśpiesza, a złość narasta z każdym pytaniem Snape’a.
Cholera, przecież Snape doskonale wiedział, co się działo, czemu nie zapytał kogoś innego…
Nie, Snape miał rację. Potter nie uważał, a Snape wiedział dokładnie z jakiego powodu i postępował słusznie. Sprawienie, że Potter wyjdzie na głupca przed całą klasą, będzie dla niego nauczką, żeby nie popełniać drugi raz tego samego błędu — następnym razem usiądzie tam, gdzie Draco będzie chciał. To było genialne. Powinien czuć się wdzięczny.
Tyle że przez tę cholerną więź zamiast wdzięczności Draco odczuwał złość Pottera.
— Jaką nazwę nosi ten przedmiot? — zapytał Snape.
— Eliksiry — warknął Potter.
— W końcu trafiłem na pytanie, na które był pan w stanie udzielić odpowiedzi. Bardzo dobrze, jeden punkt dla Gryffindoru. I utrata dziesięciu za to, że nie mógł pan odpowiedzieć na żadne inne.
Rozległ się szmer sprzeciwu ze strony Gryfonów i fala śmiechu ze strony Ślizgonów.
— Sugerowałbym znalezienie sposobu na koncentrację, Potter. Jeszcze z tobą nie skończyłem.
Draco zacisnął mocno powieki, usiłując odepchnąć od siebie złość i urazę Pottera i swoją gwałtownie wzrastającą potrzebę zmiany miejsca i zakończenia tego cierpienia.
Nie. Nie. Nie nie nie nie.
Snape kontynuował wykład o cholera wie czym, ale bliżej niego rozległ się inny głos, którego nie mógł nawet rozpoznać, a pszczoły bzyczały głośniej i …
— Ała! SZLAG! — wrzasnął, czując rozgrzany do białości ból promieniujący z jego ramienia. Targnął się do tyłu, jak najdalej od źródła męki i otworzył oczy, widząc wpatrującego się w niego Goyle’a i resztę klasy, która gapiła się w zdumieniu. Odsunął się, masując rękę i starając się uspokoić.
— Jakiś problem? — Głos Snape’a przebił się przez brzęczenie.
— Ja nie chciałem… Przepraszam, panie profesorze, zapomniałem… — jąkał się Goyle. — Ja… On nie wyglądał najlepiej i nie odpowiedział, kiedy zapytałem, czy wszystko w porządku i ja tylko klepnąłem go w ramię…
Snape prychnął zirytowany.
— Goyle, przesiądź się do tamtej pustej ławki, Potter, zajmij miejsce Goyle’a. Powód, dla którego malwa musi zostać wykorzystana w przeciągu trzech dni… — Draco nie usłyszał dalszej części zdania. Goyle zebrał swoje rzeczy i przeniósł je na sąsiednią ławkę, rzucając Draco przepraszające spojrzenie. Potter cisnął swoje książki na blat i usiadł, nie patrząc na niego.
Jak beznadziejnie obrzydliwie. Potter pojawił się obok i niemal natychmiast świat znowu wrócił do normalności — żadnego brzęczenia, swędzenia, żadnych głosów mówiących mu, co ma robić. Czując się znacznie lepiej, z łatwością skupił się na wykładzie Snape’a, bez problemu uzupełniając informacje, które wcześniej mu umknęły.
Oczywiście każdy głupiec mógł dojść do tego, że malwa była wykorzystywana ze względu na swoje lecznicze właściwości, które mijały po trzech dniach.
Umoczył pióro i zapisał słowa profesora, patrząc na swoje notatki i zamierając ze zdumienia. Jego pismo było okropne, prawie nieczytelne. Brakowało słów, wszędzie były pomyłki… Będzie musiał pożyczyć od kogoś zeszyt, żeby uzyskać jakieś rzetelne informacje z ostatnich trzydziestu minut lekcji.
Zajrzał przez ramię Potterowi i stłumił śmiech, widząc absolutny chaos panujący w jego zapiskach.
— Zamknij się — mruknął Potter pod nosem. Draco uśmiechnął się złośliwie i w dużo lepszym humorze wrócił do swoich notatek, nie zważając na promieniującą od Pottera niechęć.

***

Wkroczyli razem do Wielkiej Sali, zadowoleni, że resztę poranka udało im się do siebie nie odzywać, ale teraz zatrzymali się, uświadamiając sobie, że nie mają pojęcia, gdzie usiąść. Nie mieli tego problemu na transmutacji, która była zaraz po eliksirach, ponieważ Potter był teraz na zajęciach Ślizgonów, więc, chcąc nie chcąc, musiał siedzieć razem z Draco.
A to oznaczało przebywanie z jego przyjaciółmi, którzy patrzyli na Pottera podejrzliwie, ciesząc się, że Draco wrócił, zachowując tak, jakby nic się nie stało i z rozmysłem unikając wspominania o klątwie. Draco przez część lekcji zabawiał się wyobrażaniem sobie, jak zareagowali na tę rewelację rodzice jego znajomych. Wydawało się, przynajmniej teraz, że najpopularniejszą taktyką było mieć się na baczności. Rodzina Malfoyów ucierpiała mocno, ale powrót do dawnego porządku wcale nie był niemożliwy, a większość doskonale wiedziała, z własnych nieprzyjemnych doświadczeń, że nie należy wykorzystywać momentów ich słabości. Malfoyowie dokładnie pamiętali, na kim powinni się zemścić.
To jednak nie pomagało w jego obecnej sytuacji. Wielka Sala zapełniała się uczniami, a oni dalej stali pomiędzy stołami Gryffindoru i Slytherinu.
Potter ruszył w kierunku Gryfonów i Draco złapał go za rękaw.
— Gdzie idziesz?
— Do mojego stołu. Musiałem siedzieć z twoimi przyjaciółmi cały ranek. Teraz twoja kolej.
— Nie będę siedział przy twoim stole.
— Czemu nie?
— Nie bądź głupi!
— Malfoy. — Potter wyszarpnął ramię. — Musimy godzić się na kompromisy, pamiętasz? Dawaj i bierz? Brzmi znajomo?
— Ustąpiłem ci, rezygnując z historii magii i zamieniając ją na twoje cholerne zaklęcia i godząc się na zielarstwo.
— Ja rzuciłem mugoloznawstwo i…
— Nie usiądę przy stole Gryffindoru!
— W takim razie, gdzie według ciebie mamy jeść? Ja nie usiądę przy stole Slytherinu!
— Żaden Ślizgon i tak by cię tam nie chciał!
— To wymyśl coś innego!
Patrzyli na siebie ze złością, nie przejmując się tym, że kilka osób przygląda się ich kłótni. W końcu Draco podszedł do najbliższego stołu, sięgnął obok zaskoczonych Krukonów, złapał dwa tosty i jabłko, machając na Pottera, żeby zrobił to samo. Kiedy ten to uczynił, wyszli z Wielkiej Sali, kierując się na najbliższy dziedziniec, gdzie usiedli na ławce, najdalej od siebie jak tylko mogli.

***

To… Draco naprawdę nie tego potrzebował do szczęścia.
Po całym dniu spędzonym z Potterem, starając się ignorować go z całych sił i nie myśleć o tym, jak kompletnie popieprzona była ich sytuacja, po całym dniu spędzonym na próbach nieprzyjmowania jej do wiadomości, to okazało się po prostu ponad jego siły.
Zaklęcia już same w sobie były okropne, a na dodatek musiał siedzieć stanowczo zbyt blisko szlamy i Wiewióra, był otoczony cholernymi Gryfonami i Puchonami, a w pobliżu nie było ani jednego Ślizgona. Przynajmniej później miał tylko te zajęcia, na które uczęszczał już przed tą pieprzoną klątwą.
Ale teraz, pod koniec dnia, chciał się odprężyć i może pójść pouczyć się do biblioteki. Albo spędzić trochę czasu z przyjaciółmi, grając w niekończące się polityczne gierki, w których był taki dobry i które tak lubił. Potrzebował komfortu swojego pokoju wspólnego i dormitorium. Będąc jedynakiem, w szkole zawsze nienawidził dzielenia pokoju z trzema innymi chłopakami, ale w tej chwili dałby wszystko, żeby zobaczyć głupie twarze Goyle’a i Crabbe’a i usłyszeć pretensjonalny głos Zabiniego.
Zamiast tego musiał minąć swoich kolegów, holując za sobą Pottera, pójść do pokoju i spakować swoje rzeczy, żeby skrzaty mogły przenieść je do ich nowych kwater. A potem musiał iść z Potterem do wieży Gryffindoru, żeby tamten mógł zrobić to samo.
A teraz byli tutaj. W pokojach przeznaczonych zwykle dla żonatych profesorów. Mała sypialnia, wyglądająca na dość zagraconą po wstawieniu dwóch łóżek. Salon, wystarczająco duży, żeby zmieściło się kilka kanap i dwa biurka. Łazienka z wanną, żadnych wspólnych pryszniców z innymi uczniami. I mały schowek.
Jeśli mieszkałby tu sam, byłoby całkiem przyjemnie. Niestety, miał współlokatora.
Odczuwał niepowstrzymaną potrzebę albo zabicia Pottera, albo wybuchnięcia płaczem. I nie mógł zrobić ani jednego, ani drugiego. Ucieczkę odnalazł w bezmyślnym rozpakowywaniu swoich rzeczy, mimo że nawet nie zawracał sobie głowy wyjmowaniem osobistych drobiazgów, które zabrał z dormitorium. To znaczyłoby, że traktuje to miejsce jak dom, a tak na pewno nie było. Po prostu wypakował ubrania i książki, tak samo jak Potter, ignorując go jednocześnie, jak robił to cały dzień i wyciągnął notatki z zielarstwa, które dostał od profesor Sprout. Usiadł przy biurku i zaczął czytać, a wtedy poczuł na sobie wzrok Pottera.
— No co?! — burknął.
— To wszystko? Po prostu zasłonisz się nauką?
— Opuściłem pierwszy miesiąc zielarstwa — odparł Draco szorstko. — Nie mam zamiaru popsuć tym moich ocen. Ty natomiast powinieneś zabrać się za numerologię, to nie jest łatwy przedmiot.
— Za godzinę będzie kolacja. — Draco wzruszył ramionami i przewrócił stronę. — Gdzie będziemy siedzieć?
— Nie w Wielkiej Sali.
— Przegapimy ogłoszenia.
— Mam to gdzieś.
— A ja nie.
— To już twój problem.
— Malfoy, chcę pójść do Wielkiej Sali i być w otoczeniu ludzi. Nawet jeśli bardzo doceniam twoje milczenie, nie mam zamiaru zostać tu z tobą na zawsze.
— To nie jest twój wymarzony miesiąc miodowy, co, Potter? Tak mi przykro. Będę pamiętać, żeby poprosić ojca o zarezerwowanie nam rejsu po Morzu Śródziemnym. — Przewrócił kolejną kartkę. — Ale to po tym, jak nadgonię materiał z tego głupiego przedmiotu.
— Malfoy, idę do Wielkiej Sali na obiad. I usiądę z moimi przyjaciółmi.
— Przekażę skrzatom, na które łóżko mają cię położyć, kiedy już stracisz przytomność. Niemal słyszał, jak Potter liczy do dziesięciu.
— Dlaczego nie możemy dzisiaj siedzieć przy stole Gryffindoru, a jutro przy stole Slytherinu?
— Dlatego, że moi przyjaciele zaczną rzygać, jeśli będziesz siedział koło nich podczas jedzenia.
— Możemy więc cały czas siedzieć przy moim stole. Gryfoni nie są tacy wrażliwi.
— Odwal się.
— Z chęcią bym to zrobił. Niestety istnieje drobny problem z pewną klątwą. — Draco go zignorował. — Malfoy. — Głos Pottera był pełen desperacji. Draco nadal go ignorował. — Popatrz na mnie, kiedy do ciebie mówię. — Draco ziewnął i przewrócił następną kartkę. To było coś nowego. Potter robił to kilka razy na przestrzeni ostatnich lat: udawał obojętność, odmawiając połknięcia haczyka, doprowadzając tym Draco do szaleństwa. On sam nigdy wcześniej tego nie próbował, ale już doskonale rozumiał, czemu Potter stosował tę zagrywkę. Była całkiem satysfakcjonująca. Musiał ją sobie zapamiętać. — Malfoy!
Potter wyglądał teraz na naprawdę wkurzonego i Draco uśmiechnął się pod nosem, nadal nie odwracając wzroku od swoich notatek.
Potter rąbnął pięścią w biurko tuż przed nim, sprawiając, że Draco podskoczył lekko i w końcu na niego spojrzał.
— Masz jakiś problem, Potter? — spytał, przeciągając samogłoski, z satysfakcją obserwując czerwoną twarz Gryfona.
— Przestań zachowywać się jak dupek i porozmawiaj ze mną!
— Nie będę siedział przy stole Gryffindoru podczas kolacji, ty nie będziesz mógł siedzieć przy stole Slytherinu, więc sugeruję, żeby skrzaty przyniosły nam posiłek tutaj. Koniec z tym domowym dylematem.
Potter gapił się na niego przez chwilę, potem odwrócił się i rzucił na swoje łóżko.

***

— Ktoś stoi przed drzwiami — oznajmił kilka godzin później ich portret, Sir Xander, niemiecki pogromca wampirów.
— Kto?
— Hermiona Granger i Ronald Weasley.
— Powiedz im, że mogą wejść…
— Powiedz im, żeby spadali…
Powiedzieli jednocześnie.
— To też mój pokój — powiedział Potter bardzo cicho, a Draco przez chwilę analizował swoje możliwości. Kusiło go, żeby odmówić i zobaczyć, co się stanie. Ale Potter, niech go szlag, miał rację: nie mogli tu siedzieć we dwójkę przez cały czas. I mimo że jego kolejnym odruchem byłoby powiedzenie Potterowi, że jak chce spędzać czas z przyjaciółmi, niech robi to sobie poza ich pokojem, zorientował się, że oznaczałoby to, że on musiałby wyjść razem z nim, a nie miał najmniejszego zamiaru pokazywać się publicznie z przyjaciółmi Pottera.
I jeśli chciałby zaprosić swoich przyjaciół, Potter będzie musiał się na to zgodzić.
— No dobrze, mogą wejść, ale tylko pod warunkiem, że moi znajomi też będą mogli.
Potter popatrzył na niego ze zdziwieniem.
— Oczywiście — powiedział, jakby to się rozumiało samo przez się.
Draco szybko skinął głową.
— Harry, czemu nie było cię na kolacji? — zapytała Granger, kiedy tylko wpadli do pokoju. Draco nie zawracał sobie głowy przywitaniem się, tylko zagłębił się w swoich notatkach.
— Byłem tutaj — mruknął Potter.
— Och, Harry…
Draco niecierpliwym gestem wyciągnął różdżkę i rzucił na swoje biurko zaklęcie wyciszające, odcinając się od kumpli Pottera i zagłębiając z powrotem w notatkach z zielarstwa.

***

Dzień 3 (czwartek)

Merlinie, nie, pomyślał Harry po przebudzeniu następnego dnia.
Nie wyglądało na to, żeby cokolwiek zmieniło się na lepsze.
Rzucił okiem na drugie łóżko, na którym leżał Malfoy. Wyglądał inaczej, gdy spał, bez tak charakterystycznego złośliwego uśmieszku. Pomijając już fakt, że przez ostatnie dwa dni raczej się nie uśmiechał. Jego minę można było nazwać chyba tylko ponurą.
Naprawdę wyglądał lepiej, kiedy spał.
Harry patrzył na niego, rozmyślając. Ostatnie dwa dni spędził, radząc sobie jakoś z codzienną rzeczywistością i celowo nie pozwalał sobie na zastanawianie się, co to tak naprawdę znaczy.
Cały czas wydawało mu się niewyobrażalne, by mieli naprawdę razem mieszkać, sami, jako para. Kiedy tylko zbaczał myślami w tym kierunku, pocieszał się wspomnieniem słów pani Pomfrey, która twierdziła, że nie wszystkie więzi były jak małżeństwa. Może akurat oni będą mieli tyle szczęścia, że ich więź sprowadzi się tylko do wspólnego mieszkania, a z tego, co mówiła Pomfrey, potrzeba fizycznego kontaktu nie potrwa wtedy wiecznie. Pewnego dnia to wszystko może być tylko odległym i bardzo nieprzyjemnym wspomnieniem jednego roku w Hogwarcie, zrujnowanego przymusowym spędzaniem całego czasu z Malfoyem, mieszkającym teraz na drugim końcu świata.
Tak, zdecydowanie.
Idąc do łazienki, rozmyślał o tym, co zdarzyło się poprzedniego dnia. Okropne roztargnienie na eliksirach, znęcający się nad nim Snape, przenoszenie się, żeby usiąść z Malfoyem i nagła poprawa nastroju. Zawstydzenie sytuacją i słabe uczucie satysfakcji, kiedy spojrzał na notatki Malfoya, które nie wyglądały może tak źle jak jego własne, ale i tak były do niczego. Przynajmniej nie był jedynym z podobnym problemem.
Tęsknił za Hermioną. I za Ronem. A myśl o tym, że właśnie się budzą i wykonują zwyczajne poranne czynności bez niego, że wszyscy jego przyjaciele są razem w wieży Gryffindoru, a on utknął tutaj z tym palantem, była niemal nie do zniesienia.
Hermiona i Ron odwiedzili go poprzedniego wieczoru i zostali całkiem długo, ale w końcu i tak musieli wrócić do siebie. A on nie mógł iść z nimi. Mógł tylko przygotować się do snu i leżeć w łóżku, tuż przy Malfoyu, który był ledwie kawałek dalej. Gapić się w sufit i zastanawiać się, jak niby ma przeżyć więcej niż kilka dni tej męczarni.
Miał jedną rzecz do zrobienia. Chciał w jakiś sposób zmusić Malfoya, żeby zgodził się chodzić na posiłki do Wielkiej Sali. Upewnić się, że będą spędzać czas z innymi ludźmi.
Może dzisiejszy rozkład zajęć mu pomoże: Malfoy będzie na jego lekcjach przez większą część popołudnia. Być może zatęskni za swoimi kumplami. Harry mógł mieć tylko taką nadzieję.
Malfoy przewrócił się z boku na bok, wzdychając głośno przez sen. Harry nienawidził samej myśli o tym, że musi go obudzić. Chciał zostawić go śpiącego i samemu pójść na śniadanie i zajęcia. Ale niestety, jeśli Malfoy nie wstanie, obaj będą spóźnieni.
— Malfoy.
Żadnej reakcji.
— Malfoy — powtórzył Harry trochę głośniej, ale blondyn nawet nie drgnął. Harry podszedł do jego łóżka i szturchnął go w ramię. — Malfoy, obudź się.
Draco nagle otworzył oczy, spojrzał na Harry’ego i zacisnął mocno powieki.
— Boże. Znowu ty — mruknął zaspany.
— Taa, to znowu ja. Wstawaj.
— Nie.
— Nie?
— Nie. Spadaj.
Harry odsunął się, kompletnie zaskoczony. I co niby miał teraz zrobić? Nie cieszyła go perspektywa rozpoczęcia dnia od kłótni i ciągnięcia ponurego i zawziętego Malfoya na śniadanie, a potem na lekcje.
W takim razie dobrze, nie będzie tego robił. Położył się na swoim łóżku i sięgnął po książkę.
Dwadzieścia pięć minut później Malfoy krzyknął nieprzytomnie:
— Która godzina?
— Ósma dwadzieścia.
— Co?! — Malfoy usiadł gwałtownie. — Mamy zajęcia za dziesięć minut!
— Wiem.
— Dlaczego do cholery mnie nie obudziłeś?
— Próbowałem, ale mnie olałeś.
— I po prostu pozwoliłeś mi dalej spać?! — Malfoy pośpiesznie wyskoczył z łóżka i zaczął zbierać swoje ubrania i szkolne szaty.
— Nie jestem twoim budzikiem — odparł Harry łagodnie, podnosząc się. Był ubrany i gotowy do wyjścia. Stracił co prawda śniadanie, ale oglądanie Malfoya, panikującego na myśl o spóźnieniu się na lekcję McGonagall, było tego warte.
— Bardzo. — Głos Malfoya był stłumiony przez koszulkę, którą właśnie ściągał. — Śmieszne. Potter. Wręcz komiczne — kontynuował, wkładając spodnie. — Naprawdę powinieneś rozważyć opcję przyłączenia się do biznesu Weasleyów — mówił, zakładając nową koszulę i zapinając guziki. Po chwili zorientował się, że jeden przeoczył i musiał zacząć od nowa, wzdychając przy tym z frustracją. — Skoro najwyraźniej nie jesteś w stanie przydać się do niczego innego. — Wrzucił książki do szkolnej torby, sprawdzając, czy są wszystkie.
— Jeśli szukasz swojego podręcznika do obrony przed czarną magią… — Harry zawiesił głos i Draco popatrzył na niego z ulgą — … to obawiam się, że nie mogę ci pomóc.
Harry stwierdził, że sposób, w jaki to całe „odczuwanie swoich wzajemnych emocji” działało, był całkiem interesujący. Czuł właśnie częściowo gniew i zakłopotanie Malfoya, to prawda, ale były one zdominowane przez mściwą satysfakcję, której doświadczał on sam. Po zażenowaniu, jakie przeżył na wczorajszych eliksirach, mógł to sobie teraz odbić, myśląc o tym, że Malfoy pojawi się na zajęciach głowy jego domu sfrustrowany i spóźniony. Nie, żeby McGonagall faworyzowała uczniów w taki sposób, w jaki robił to Snape, ale to i tak była miła wizja.
Wtedy Malfoy podniósł książkę i nią rzucił, a Harry ledwo zdążył się uchylić; książka przeleciała nad nim i walnęła w ścianę z głośnym hukiem. Harry utkwił w Malfoyu zdumione spojrzenie: przecież on nigdy nie uciekał się do przemocy fizycznej, kiedy się złościł. Malfoy był mistrzem sarkastycznych uwag i złośliwych obelg, ale jakakolwiek forma fizycznego zastraszania pozostawała w gestii jego goryli, Crabbe’a i Goyle’a. Tak, jakby Malfoy nie chciał zawracać sobie głowy zniżaniem się do równie prymitywnych działań. Ale teraz właśnie to robił, z wściekłością podnosząc następną książkę z zamiarem ciśnięcia nią w Harry’ego.
— Malfoy, weź się w garść. Nie mamy na to czasu!
Malfoy i tak rzucił w niego książką, ale potem odwrócił się i włożył na siebie szaty, rozglądając się za krawatem.
— Wiem, gdzie jest twój krawat — odezwał się Harry. Malfoy nie zwrócił na niego uwagi. — Nawet ci go podam — Harry zawiesił na chwilę głos — jeśli usiądziemy z moimi przyjaciółmi na obronie przed czarną magią.
Malfoy wyglądał, jakby zaraz miał cisnąć w niego kolejną książką, ale tylko kiwnął głową. Harry uśmiechnął się i podał mu ślizgoński krawat, wyciągając go spod biurka.
— Idziemy — mruknął Malfoy i ruszyli biegiem w stronę klasy transmutacji. Ślizgon pośpiesznie przeczesywał włosy palcami i zmagał się z krawatem.
Muszę pamiętać, że żyję ze Ślizgonem, pomyślał Harry. Nie ma sensu przejmować się uczciwością i przyzwoitością. Manipulacja i egoizm to jedyne rzeczy, jakie oni są w stanie zrozumieć.


Koniec rozdziału pierwszego
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Sasame » 31 paź 2010, o 12:21

Bond? Sporo słyszałam o tym fiku i naprawdę cieszę się, że ktoś w końcu postanowił go przetłumaczyć. Wielkie podziękowania i ukłony w stronę Aevenien oraz Kaczalki, które podjęły się tego zadania ;) Nie zapominając oczywiście o drogich betach.

W zasadzie, jakby nie było, samo ff zaczyna się dość banalnie. Zaklęcie wiążące, wspólne dormitorium, ile to już razy było? Ale w tym przypadku wszystko jest poprowadzone dość nietypowo - mam na myśli oczywiście małżeństwo naszych chłopców. Kto i dlaczego rzucił to zaklęcie? Nie wiadomo. Ale mam niejasne wrażenie, że ten wątek będzie się jeszcze wielokrotnie przewijał w opowiadaniu, choć oczywiście mogę się mylić. A kłótnie Draco i Harry'ego? Jak zwykle urocze. Na wspomnienie zasługuje również sposób kreacji Lucjusza, który zazwyczaj w fanfiction przedstawiany jest jako pozbawiony serca ojciec, wychowujący Draco twardą ręką. Tutaj z kolei mamy taką miłą odmianę. I podoba mi się, o.
Sasame Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 53
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:49

Postprzez Donnie » 31 paź 2010, o 17:26

Och, a więc to ten sławny, zapowiadany Bond :-)
Dawno nie czytałam szkolnego opowiadania (przy okazji przyznaję, że w ogóle dawno nie czytałam żadnego drarry), miło więc będzie zacząć od samych, przyjemnie kanonicznych w tym wypadku, korzeni.
Sasame ma rację, wątek więzi nie jest oszałamiająco nowy ? tutaj akurat opis jej działania mocno kojarzy mi się z małżeństwem magicznym w ?Red Hills? Akame. Początek jest obiecujący, a skoro to klasyk, to zakładam, że rozdziały będą trzymały poziom. Podoba mi się kalendarzowa forma opowiadania i zmiana punktu widzenia narracji. Ale nie aż tak bardzo jak moja aktualna faworytka, pani Pomfrey, rezolutnie uprzedzająca, że będzie ?pytać o intymne szczegóły w celach obserwacyjnych?. Pewnie z trudem powstrzymując przy tym ślinotok. Nie ma to jak dobry pretekst, żeby usiąść w pierwszym rzędzie, jak najbliżej sceny ;-)
Wytrwałości w tłumaczeniu i betowaniu!
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Ka » 1 lis 2010, o 11:48

To jedno z moich ulubionych drarry, może też dlatego, że jedno z pierwszych. (Aev, dziękuję! :) ) Strrrrasznie dawno go nie czytałam, miło będzie sobie odświeżyć w Waszym tłumaczeniu. Może i "zmuszeni do małżeństwa" jest oklepanym motywem, ale to akurat mi nie przeszkadza, bo Bond jest jednym z nielicznych opowiadań tego typu, jakie czytałam, więc nie mam wrażenia deja vu; a do tego jest po prostu cholernie dobrze napisany. I nie wierzę, że to mówię, ale... w miarę kanoniczny.

Chociaż sama najchętniej zapomniałabym o wojnie i po prostu pozwoliła żyć chłopakom długo i szczęśliwie, doceniam, że temat wojny jest poruszony, że wyraźnie widać, jak Harry i Draco stoją po przeciwnych stronach barykady, widać, że są zupełnie innymi ludźmi, mają zupełnie inne wyobrażenie o świecie. Zwłaszcza zwrócił moją uwagę moment, kiedy Draco boi się, czy przeżyje, kiedy Voldemort zabije Harry'ego. I jest całkowicie przekonany o jego zwycięstwie, nawet nie bierze pod uwagę innej możliwości.

Świetne jest też to, że oni się naprawdę nie cierpią. Jednym z moich ulubionych momentów w rozdziale jest ten, kiedy Draco się budzi, widzi obok śpiącego Harry'ego i ma ochotę go uderzyć. Żadnego "co za dupek, och, ale jest taki uroczy, kiedy śpi". Podejrzewam, że można by wcisnąć w to jeszcze więcej wściekłości, poczucia beznadziejności, przerażenia... ale już te emocje, które dostajemy, są mocne. Pięknie opisana została lekcja eliksirów, prawie można poczuć to swędzenie i duchotę, usłyszeć zatykające uszy bzyczenie, totalny, ogarniający całe ciało dyskomfort.

Czekam na kolejną część... jeszcze spokojnie, to jeszcze ten moment, kiedy każdy kolejny odcinek czytam z coraz większą przyjemnością. W dalszych rozdziałach najchętniej zatrzymałabym czas i w ogóle nie dopuściła, żeby coś się zmieniło. Nie chcę spoilerować, ale przyznam się, że akurat zakończenie podobało mi się średnio. To znaczy, zakończenie było świetne, ale - epilog? Cóż, będę miała okazję pomarudzić sobie za rok. :D

Dziękuję, dziewczyny. Jesteście naprawdę niesamowite.
Ka

P.S. Ha! Nareszcie mogę justować! Ależ mi tej opcji brakowało na starym forum!

HA, własnymi rączkami ją tutaj wgrałam, bo to nie jest podstawowa opcja *dumna* :)
A.
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Akame » 1 lis 2010, o 23:52

Zapowiada się ciekawe opowiadanie. Jak ja lubię jak oni są zmuszani do bycia razem, jak się kłócą, wyzywają i nie trawią na początku, zwłaszcza w czasach szkolnych.
Podobał mi się Lucjusz, nie zimny typ, który rzuca oskarżeniami na prawo i lewo, ale ojciec, wyraźnie poruszony losem swojego dziecka. Rzadko można go zobaczyć w tej roli, zwłaszcza nie przesadzonego, lub zupełnie niekanonicznego, tutaj był w sam raz.

Zgadzam się z Ka co do tej pobudki Draco, też mnie to uderzyło. Odruchowo wręcz czekałam na to jaki ten śpiący Harry jest słodki, ma rumieńce i długie rzęsy, uroczo rozczochrane włoski i w ogóle niewinność śpiącej królewny na twarzy, a tutaj... zonk! Malfoy miał ochotę go walnąć, a ja miałam ochotę zaklaskać ze szczęścia.

Ktoś mi kiedyś napisał (ha! nawet wiem kto ;P) że autorki co by nie napisały, zawsze znajdą drogę do tego, aby nawet nie trawiących się Draco i Harry'ego wsadzić jak najszybciej razem do łóżka i to jest cholernie prawdziwe. Mogą się nie znosić, ba Potter może nie być nawet gejem, a magia i tak zrobi swoje ;) Jakie to wygodne prawda? I tak, to jest ironia i autoironia też, żeby nie było, że tylko z innych się śmieję ;) Nawet po drabinie, aby tylko w jednej pościeli ;]

Jak na początek, tekst jest lekki, przyjemny w odbiorze i oczywiście wspaniale było go przeczytać.
Pozdrawiam ciepło obydwie tłumaczki i ich bety i czekam na dalszą część :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Miss Black » 2 lis 2010, o 19:59

Nie potrafię wyrazić jak wielka była moja radość, gdy po okropnym dniu dzisiejszym weszłam na stare forum i zastałam tam dziwne porządki. Oznaczać to mogło tylko jedno i oto jest: nowe forum, a wraz z nim opiewany od dawien dawna "Bond". Oczywiście mój mały móżdżek dopiero teraz skojarzył, że tytuł może sugerować aranżowane małżeństwo, jednak muszę przyznać, że to tylko wzmocniło mój entuzjazm. Dla mnie ten właśnie motyw jest niemal gwarantem dobrej historii. Nie wiem skąd podobna bzdura w mojej łepetynie, ale na swoje usprawiedliwienie mogę podać przykłady "Kamienia" i "Piętaszka", które wielbię już czas jakiś i nie potrafię sobie wyobrazić, by miało się to zmienić. W ogóle nie kojarzę złego opowiadania opartego na więzi. Dlatego moja reakcja była zgoła inna niż poprzedniczek. Natomiast całkowicie zgodzę się, że tłumaczki wykonały kawał solidnej roboty. Wiem, że to trochę krzywdzące, ale, gdy w rubryczce tłumacz widzę Kaczalkę, Donnie czy Aevenien to ostatnią rzeczą, jaka przychodzi mi do głowy jest chwalenie tłumaczenia. Raczej włącza mi się odruch Pawłowa i dostaję ślinotoku na myśl o nowym, cudownym drarry. Bo trzeba Wam przyznać, że oprócz bezdyskusyjnie wspaniałych zdolności translatorskich, dziewczyny mają prawdziwy talent w wyszukiwaniu perełek. Nie wiem czy to intuicja czy Wy po prostu przebijacie się przez morza i oceany tandety, by od czasu do czasu trafić na coś takiego.
Wróćmy jednak do tekstu. Muszę przyznać, że z reakcji wszystkich zebranych najbardziej zaskoczył mnie Lucjusz. Z całą pewnością pierwszy raz widzę, by faktycznie zachowywał się jak ojciec niepokojący się o syna, bo oczywistym jest, że tu nie o bycie prawicą Voldzia się rozchodzi, ale o dobro Draco. Zastanawiające, nie powiem nie. Co więcej, ten nowy Lucjusz wcale mi nie zgrzyta. Jeszcze nie rozgryzłam jak autorka to zrobiła, ale brawa dla tej pani! W ogóle wyczuwam tu niezły talent pisarski. Koncepcja z klątwą na drzwiach wcale nie jest taka oklepana jak by się wydawało. Idę o zakład, że raz w życiu jakiś autor wpadł na pomysł, że nasza egzystencja na tym ziemskim padole wcale nie jest taka poukładana i nawet zmyślne plany na dwadzieścia lat w przód genialnego Albusa Dumbledore'a mogą wziąć w łeb z powodu klątwy, która zapewne została rzucona dwieście lat temu przez przodków braci Weasley. Tak, to jest moja hipoteza: zaklęcia nie da się cofnąć, bo autor dawno zszedł z tego świata i zapewne właśnie pije herbatkę dwa obrazy dalej. Jeśli mnie pytać: dowcip doskonały. Poza tym bardzo mi się podoba rozwój sytuacji i kreacja postaci chłopaków, ale o tym już nie napiszę, bo zapewne nikt tego nie doczyta. Zresztą się nie dziwię ;)
Ha, chociaż szalenie by mnie ubawiło, gdyby to był kolejny plan Albusa. Całkiem w jego stylu, chociaż chyba nigdy się nie zdarzyło w kanonie, by Trzmiel kłamał. On raczej zdobył złoto w omijaniu prawdy.
W każdym razie pozdrawiam i życzę masy czasu i Wena!
Miss Black
Ostatnio edytowano 5 lis 2010, o 01:36 przez Miss Black, łącznie edytowano 2 razy
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Ew. » 2 lis 2010, o 21:49

Fantastycznie. Wystarczył tylko ten jeden rozdział, aby całą sobą pokochać owe opowiadanie, o którym, notabene, słyszę po raz pierwszy - tak przy okazji. Przyznam, że od bardzo dawna nie miałam styczności z wątkiem związku małżeńskiego Harry'ego i Draco, dlatego w tym momencie jestem naprawdę ciekawa dalszych rozdziałów, które, mam nadzieję, pojawią się szybciej, niż napisałaś powyżej.
Błędów nie zauważyłam, choć przyznam, że w paru zdaniach nie podobała mi się składnia, jednak mniemam, iż było to zamierzone. Ale tak ogólnie: Wydaje mi się, że cała fabuła ma w sobie jakąś, bliżej nieokreśloną, magię, którą bije od tego tekstu na kilometr, przez co przyciąga on oczy czytelników - deklaruję, że jednym z nich jestem ja. <wyszczerz>
W każdym razie najbardziej z całego tekstu spodobała mi się poniższa wypowiedź Harry'ego, przez którą aż wesoło zakwiczałam.

- Jeśli szukasz swojego podręcznika do obrony przed czarną magią? - Harry zawiesił głos i Draco popatrzył na niego z ulgą ? - to obawiam się, że nie mogę ci pomóc.


Cóż, to by było chyba na tyle. Odmeldowuję się, składając przy okazji podziękowania tłumaczkom i życząc im powodzenia w dalszej translacji "Związanych".
Pozdrawiam serdecznie,
Ew.
"I`m worse at what I do best
And for this gift I feel blessed.
Our little group has always been
And always been until the end."
Smells Like Teen Sprit, Nirvana
Ew. Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 263
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 10:22
Lokalizacja: Mazury

Postprzez Voldemortist » 2 lis 2010, o 23:25

Och, właśnie umieram z radości. Uwielbiam "Bond". Za to, że było jednym z pierwszych opowiadań, które przeczytałam po angielsku, za ten specyficzny, bondowy nastrój i za fantastyczną kreację Draco i Harry'ego. Myślę,że przytaczane już przez inne komentatorki momenty, w których chłopcy się budzą wspaniale to podsumowują.
Komputer odmawia mi posłuszeństwa, więc będę zmuszona dokończyć komentarz jutro, ale chciałam jeszcze dzisiaj dać znać, jak bardzo cieszę się, że to tłumaczycie. Niech wieczna sława będzie autorce i wspaniałym tłumaczkom. (A także betom. Gdyby nie one co by się działo w tych tekstach. XD) Wrócę tu jeszcze jutro, strzeżcie się!
"Krawiec, jeden z pierwszych krawców, Polak, wysilił się i prawdziwie zadziwiającym sposobem jestem zgrabny - ale te trzewiki, te mnie zabijają, a bez nich ani się pokazać."
~Juliusz Słowacki
Voldemortist Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 440
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:56
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Jah » 3 lis 2010, o 14:51

Kolejny długodystansowiec! Ba! Kolejny długodystansowiec drarry! Już zacieram rączki z podekscytowania :)
Na początku zaznaczę, że oryginału nie znam, bo baaardzo rzadko czytuję w wersji angielskiej. Jestem pod tym względem strasznie leniwa i na ogół czekam już na wersję tłumaczoną. Widzę, że będę musiała mocno kopnąć moje lenistwo w tyłek, bo właśnie przez nie przelatuje mi koło nosa mnóstwo świetnych kawałków.
Nie wiem, co w tym jest, ale znowu natrafiam na małżeństwo Malfoy-Potter, oczywiście wymuszone (podobnie jak w ukochanych Red Hillsach, aczkolwiek jeszcze niekomentowanych przeze mnie; tak, zdecydowanie trzeba kopnąć to moje lenistwo). I szczerze się przyznając, podoba mi się to.
Po przeczytaniu tego rozdziału muszę z radością zaznaczyć, że kanon faktycznie jest tu zachowany. Malfoy jest malfoyowaty, a Potter - potterowaty. I tak ma być. Autorka miała ciekawą wizję z tym zaklęciem wiążącym. Do tego jeszcze ta niemożność dotyku przez inną osobę. I bezmyślność Goyle'a... I dociekliwość pani Pomfrey... I wzajemna wrażliwość na emocje drugiego... Po prostu mrau! Teraz chłopacy muszą dać sobie jakoś radę i przetrwać najbliższy czas :)
Aevenien napisał(a):- To nie jest twój wymarzony miesiąc miodowy, co, Potter? Tak mi przykro. Będę pamiętać, żeby poprosić ojca o zarezerwowanie nam rejsu po Morzu Śródziemnym. - Przewrócił kolejną kartkę. - Ale to po tym, jak nadgonię materiał z tego głupiego przedmiotu.
Chciałoby się, oj chciało. Tylko Lucek raczej nie tryska energią z tego powodu, że jego syn nagle stał się bezużyteczny w szeregu Śmierciożerców...
Aevenien napisał(a):- Jeśli szukasz swojego podręcznika do obrony przed czarną magią? - Harry zawiesił głos i Draco popatrzył na niego z ulgą ? - to obawiam się, że nie mogę ci pomóc.
A już się łudziłam, że może jednak!
Czytało się dobrze i sprawnie. Błędy nie wypalały wzroku, przecinki nie szalały... No ale czego innego można było się spodziewać, skoro za tłumaczenie i betowanie wzięły się same profesjonalistki? ;)
Dziewczyny, pozdrawiam Was i życzę udanego dalszego tłumaczenia. Wychodzi Wam to świetnie. Dziękuję, że to tłumaczycie :*

(Jah wstaje, podchodzi do kalendarza ściennego i bazgrze pod datą 15.11 "Bond!!!")
Jah Offline


 
Posty: 19
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 00:06

Postprzez Nathali » 8 lis 2010, o 22:36

Jak pierwszy raz natknęłam się na wzmiankę o niespodziance, to automatycznie pomyślałam o tym tekście. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale jak widać sprawdziło się z czego niezmiernie się cieszę :D
Dla mnie jest to jedno z najlepszych drarry. Czytałam je wielokrotnie, co samo w sobie jest dowodem na moją ogromną sympatię do tego opowiadania. Naprawdę rzadko zdarza mi się sięgnąć po dłuższy tekst więcej niż raz. Jeśli jest jeszcze napisany po angielsku, to już w ogóle nie ma o czym mówić. Jest kilka wyjątków, dla których złamałam tą zasadę i "Bond" należy właśnie do nich. Dla mnie to opowiadanie jest genialne. Autorka naprawdę wiarygodnie przedstawiła relacje Draco/Harry. Nie spieszyła się, a nawet wręcz przeciwnie. Wszystko dzieję się powoli, co dla mnie jest bardzo ważne. W końcu im dłużej na coś czekamy, to tym bardziej jesteśmy usatysfakcjonowani, kiedy w końcu to otrzymujemy, prawda?
W tym rozdziale jest sporo rzeczy, które mi się podobały. Większość została już wymieniona, więc powtarzać się nie będę. Wspomnę tylko o tym, co nie zostało wypisane, jak np. Snape znęcający się nad Harrym na Eliksirach, czy Draco tak wzburzony, że nie zważał na to, co mówił w obecności ojca.
Wątek z uprzedzeniami na temat orientacji zawsze bardziej pasował mi do czarodziei. W końcu jest ich mało i spotykanie się wyłącznie z osobami tej samej płci jest równoznaczny z brakiem potomstwa. No, ale jak w tekście to mugole są tymi mniej tolerancyjnymi nie przeszkadza mi to szczególnie. Harry zresztą wychowany był przez Dursleyów, którzy potępiali każdy odchył od normy.
Najchętniej po wychwalałabym Was pod niebiosa za to, że wzięłyście się, kochane dziewczyny, za tłumaczenie tego cuda. Ten tekst zasługuje na to by zapoznało się z nim, jak najwięcej osób, ale Wy to już same dobrze wiecie. No i nie wierzę, że to piszę, ale nawet cieszy mnie fakt, że odcinki będą pojawiać się co dwa tygodnie, bo przynajmniej mam pewność, że znajdę czas na skomentowanie. No i chwała Annie, że części są wystarczająco długie by zaspokoić, choć na chwilę mój głód, co jednak nie powstrzyma mnie przed zaglądaniem do oryginału po każdym przetłumaczonym rozdziale xP
Pozdrawiam,
Nathali
Nathali Offline


 
Posty: 710
Dołączył(a): 3 lis 2010, o 14:31

Postprzez Michiru » 10 lis 2010, o 23:13

Miałam nadrobić, więc jestem:)

Na początek zaznaczę jeszcze, że ponieważ ficków po angielsku nie czytuję, więc nie spotkałam się wcześniej z Bond (i dzięki temu oceniam pierwsze wrażenia, na świeżo). To zaczynamy.

Jak tylko dotarła do mnie ta niezbyt skomplikowana wiadomość, że rzecz dzieje się w czasach, gdy chłopcy wciąż chodzą do szkoły, od razu się uśmiechnęłam. Uwielbiam takie ficki, o wiele bardziej niż post-HP, tak więc z zadowoleniem czytam dalej. Czytam... czytam... i czego się dowiaduję? Że Harry i Draco zostali małżeństwem. W tym momencie myślałam, że się rozpłaczę, a przez mój umysł przebiegł jęk: Nie, litości, tylko nie to... Ale doszłam do wniosku, że przerywać nie będę, co to to nie. Już mi się udało raz trafić na tekst, który spodobał mi się, jak przełknęłam słowo "małżeństwo". Więc może drugi raz też się uda. No i co? Miałam rację! :mrgreen: Czytałam dalej i z każdym zdaniem Związani wydawało mi się coraz bardziej fascynujące.

Zadziwił mnie przedstawiony tutaj wizerunek Lucjusza. Ten zawsze zimny drań naprawdę przejął się losem Draco. Oczywiście domyślam się, że częściowo jego reakcja może być związana z faktem, że - jak doszedł do tego również Draco - w tym momencie stracił zaufanie Czarnego Pana i swoją pozycję w Kręgu. Ale muszę przyznać, jego reakcja i to, jak stara się mimo wszystko zachować zimną krew, dobrze wróży na przyszłość.
Draco - gdy się dowiedział o więzi, zupełnie stracił twarz wywyższającego się arystokraty. Okazało się, że i jego mogą dosięgnąć jakieś nieszczęścia, których w dodatku nie rozwiąże sarkastyczny komentarz ani nabita ojcowska sakiewka. Trochę się nam Smoczek zdenerwował i jeszcze się przy okazji Harry'emu dostało za ignorancję. Ale sądzę, że to się da naprawić 8-)
Potter, jak to Potter, chwilowa olewka, po czym wielki szok. Już sobie wyobrażam, co on musiał myśleć w tym momencie. Ale sądzę, że teraz przynajmniej Harry ma okazję nieco zgłębić swoją wiedzę na temat czarodziejsich tradycji i zrozumieć, że w magicznym świecie nie wszystko jest takie kolorowe i beztroskie, jak być może mu się wydawało. Podoba mi się z resztą jego późniejsza postawa, kiedy stara się zachowywać racjonalnie i nie chce tworzyć sztucznego muru między sobą i swoimi przyjaciółmi. Dobrze, że rozumie, że nie ma sensu trzymać się od wszystkich z daleka. Że obecność bliskich osób może mu pomóc w tej sytuacji, a nie zaszkodzić.
Oczywiście oboje z Draco są uparci jak osły, ale - jak udowodniła lekcja Eliksirów - czasami upór nie popłaca i mam nadzieję, że obaj szybko dojdą do takich wniosków i skupią się na poznawaniu siebie nawzajem, zamiast na prowadzeniu wojny domowej. Miejmy nadzieję, że nauczą się współpracy i zaufania. Bo przy okazji może się okazać, że obaj wcześniej nie wiedzieli o sobie kompletnie nic prawdziwego.

Tak więc oficjalnie wycofuję mój wcześniejszy jęk i, że się tak wyrażę, przedsąd o Związanych i od tego momentu staję się wierną fanką tego ficka..

Oczywiście nie muszę chyba dodawać, że samo tłumaczenie jest doskonałe, świetnie się czyta, płynnie, bez żadnych zgrzytów itd. itp. Vivat Aevenien! I czekamy na kolejny rozdział w wykonaniu Kaczalki:)

Z kwestii technicznych zauważyłam tylko jedną nadprogramową kropkę:)

Aevenien napisał(a):Kiwnęła na niego i postawiła na stoliku przy łóżku małą buteleczkę..


Pozdrawiam,
M.
"Oh," he says, "oh, god, I missed you so much."
"Did you, now?" Eames asks, his eyebrows going up. Arthur gives him a look, relieved the tension has apparently passed.
"I was talking to the coffee," he sniffs. "You are interrupting our moment."
Michiru Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1018
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 20:07
Lokalizacja: BB

Postprzez Zoe » 13 lis 2010, o 12:09

Aev, Kaczłko, mam nadzieję, że się nie obrazicie za przeklejenie posta, ale skoro komentowałam "Bonda" już wcześniej, to trudno by mi było napisać oryginalny komentarz :lol:

W pierwszej chwili pomyślałam, że motyw z zaklęciem wiążącym jest oklepany i to takie trochę pójście na łatwiznę. Zwłaszcza w momencie, gdy była mowa o potrzebie przebywania ze sobą i wzajemnym dotyku. Ale po zastanowieniu się stwierdzam, że chyba jednak nie jest to taki zły pomysł. O ile w społeczności czarodziejów (podobnie jak kiedyś u mugoli) funkcjonowało i nadal funkcjonuje wybieranie swoim dzieciom małżonków, to sprytni czarodzieje postanowili ułatwić młodym sprawę. U mugoli często takie małżeństwa były bardzo nieszczęśliwe, a u czarodziejów mamy zaklęcie, które sprawia, że małżonkowie w zupełnie naturalny sposób zaczynają szukać swojego towarzystwa i cieszyć się wzajemną bliskością. W ten sposób całkiem łatwo było im przejść przez okres adaptacyjny i w wielu przypadkach po kilku miesiącach dwie często obce sobie osoby zaczynały się do siebie naprawdę przywiązywać.

Ciekawi mnie tylko, kto rzucił to zaklęcie i przede wszystkim, kto miał być jego adresatem? Nie wiemy, jak długo to zaklęcie "wisiało" i czekało na rozemocjonowana parkę, ale chyba trudno byłoby zakładać, że trafi akurat na tych dwoje.

Podoba mi się postawa Lucjusza, który w tym momencie ogarnia tę sytuację racjonalnie. Nie utrudnia jej, starając się tonować zdenerwowanie syna, nie wścieka się na Pottera, bo wie, że sprawy tym nie ułatwi. Jest przerażony zaistniała sytuacją, ale stara się zachować spokój. Mamy tu więc dwóch całkiem ludzkich Malfoyów, bo obawa Draco przez tym, co Voldemort może zrobić z jego ojcem, wskazuje na to, że chłopak ma głowę na karku, potrafi myśleć i jak widać, niepokoi się o swojego ojca.

W kontekście zaklęcia wiążącego, emocje, które odczuwa Draco (irytacja na zajęciach eliksirów) są bardzo prawdopodobne, gdyż Draco dzieli te emocje z Harrym. Gdyby nie to zaklęcie, jakiekolwiek współczucie względem Pottera byłyby u Dracona nienaturalne, a tutaj kupuję je bez zastrzeżeń. Draco jest skołowany - najpierw po ludzku współczuje Harry'emu, potem przekonuje się, że w zasadzie skoro Potter nie uważał, to zasłużył sobie na drwiny ze strony Snape'a. Swoją drogą, argumentacja podczas dawania Harry'emu AŻ jednego punktu była powalająca. Ach, ten nasz kochany profesorek...

Bardzo, ale to bardzo podoba mi się ten Draco. Nie wredny, złośliwy matoł, jak to często przedstawiają go autorzy fanfików. Malfoy, w którym budzą się pozytywne uczucia i emocje jest dla mnie mało wiarygodny, gdyby chodziło tu o zwyczajną sytuację z życia wziętą. Ale skoro to wpływ zaklęcia, w dodatku bardzo sensownie wyjaśnionego... to ślę pokłony dzielnym tłumaczkom. I czekam na więcej. :roll:

Zaciekawiona Zoe
Zoe Offline

Avatar użytkownika
Zua Kobieta
 
Posty: 282
Dołączył(a): 11 lis 2010, o 23:51

Postprzez Aevenien » 15 lis 2010, o 21:11

Dziękujemy śliczie za wszystkie komentarze, ten rozdział tłumaczyła Kaczalka, za betę dziękujemy Yami i Liberi i zapraszamy do czytania. A kolejny rozdział zgodnie z planem, czyli 1 grudnia :)


ROZDZIAŁ 2

1 — 4 października


Dzień 3 (czwartek — ciąg dalszy)


Muszę pamiętać, że żyję ze Ślizgonem, do tego wyjątkowo niesympatycznym i mściwym, pomyślał Harry podczas obiadu.
Jak do tej pory dzień nie przebiegał szczególnie dobrze. Na transmutację spóźnili się osiem minut i chociaż wszystkim, co zrobiła McGonagall, było przerwanie w środku wypowiadanego właśnie zdania i pełne zjadliwości oczekiwanie, aż zajmą swoje miejsca, od tego momentu nastrój Malfoya stał się okropniejszy niż kiedykolwiek. W porównaniu z posępną lakonicznością, jaką prezentował przez ostatnie dwa dni, podczas praktycznej części lekcji ani na chwilę nie przerywał litanii werbalnych obelg.
W niczym nie pomagał fakt, że była to akurat jego lekcja i każda złośliwa uwagą, jaką Malfoy wypowiedział, była nagradzana chóralnym śmiechem pozostałych Ślizgonów. Harry praktycznie gryzł swój język, aby powstrzymać się od mówienia czegokolwiek, wiedząc, że wszystko, co powie, zostanie bezlitośnie wykpione przez Malfoya i jego kumpli.
— Znakomicie, Potter. Z takiej pracy byłby dumny każdy drugoklasista. Choć niekoniecznie ktoś na siódmym roku.
— Czyżby błysk zrozumienia w twoim mózgu czuł się zbyt samotny bez towarzystwa innych myśli? Czy właśnie dlatego postanowił cię opuścić?
Pansy Parkinson wydawała się szczególnie zadowolona z całej sytuacji.
— Merlinie, Potter, mamy zamienić pióro w kwiat, a nie jakiś cholerny badyl.
— Tylko udajesz skrajną głupotę, prawda? Aby wywołać w reszcie z nas fałszywe poczucie wyższości?
Ostatnia uwaga doprowadziła przynajmniej do tego, że McGonagall odebrała Slytherinowi pięć punktów za nieuprzejme zachowanie Malfoya, co jednak w niczym Harry’emu nie pomogło.
Po transmutacji przyszła pora na obronę przed czarną magią. W czasie pierwszej części lekcji Harry mógł usiąść ze swoimi przyjaciółmi, ale w drugiej połowie, podczas której ćwiczyli rzucanie zaklęć na szyszymory, wszyscy uczniowie musieli się przemieścić. Goyle, Crabbe i Pansy Parkinson znaleźli się blisko Gryfonów, wtórując Malfoyowi w kpieniu z Harry’ego i Hermiony, gdy ci próbowali pokonać magiczne stworzenie. Namowy przyjaciółki, aby nie przejmował się oślizgłym gnojkiem, jakoś nie przyniosły pożądanego efektu.
— Szczerze, Potter, równie dobrze mógłbym wziąć ślub z charłakiem — wymamrotał Malfoy, na co Ślizgoni parsknęli śmiechem.
— Nie jesteśmy poślubieni — warknął Harry. Malfoy rzucił mu zdziwione spojrzenie.
— Co?
— Możemy być ze sobą związani, ale nie jesteśmy poślubieni — odparł Harry stanowczo.
— Na jedno wychodzi.
— Całkowita bzdura. Przestań to tak nazywać — powiedziała chłodno Hermiona.
Malfoy wymienił z przyjaciółmi zdumione spojrzenia.
— Dlaczego nieprawda?
— Małżeństwo to coś więcej niż idiotyczna klątwa, związująca cię z obrzydliwą gnidą, którą najchętniej udusiłbyś podczas snu. Chodzi w nim o miłość i oddanie, z założenia jest czymś dobrym.
Malfoy posłał im złośliwy uśmieszek.
— Och, jakie to urocze. Małżonkowie piszą dla siebie wiersze i obdarowują lukrowanymi serduszkami, prawda? — Parkinson zachichotała. — Jakież to mugolskie. W każdym razie myśl sobie, co chcesz, Potter, mój ukochany, ale równie dobrze mógłbym wziąć ślub z charłakiem.
Harry zarumienił się wściekle, wywołując tym u Ślizgonów wybuch śmiechu i dając Malfoyowi doskonałą pożywkę dla jeszcze bardziej bezlitosnych złośliwości, którymi rzucał aż do końca lekcji.
— Nie myśl zbyt dużo, kochanie. To nie jest twoja mocna strona.
— Światło mego życia, zastanawia mnie twoja kompletna niezdolność do zrozumienia najprostszych instrukcji. Przychodzi ci to naturalnie czy musiałeś ciężko pracować nad udoskonaleniem tej cechy?
Harry próbował pocieszać się myślą, że przez większość popołudnia przynajmniej przebywał z przyjaciółmi. Co jednak, jak się przekonał na niedawnej lekcji, niewiele znaczyło, kiedy musieli zmieniać swoje miejsca w klasie. Podczas praktycznej części transmutacji oraz obrony przed czarną magią zdarzało się, że inni uczniowie potrącali ich przez przypadek, tak że skończyli, stojąc z Malfoyem bardzo blisko siebie, aby uniknąć bólu wywołanego niechcianym kontaktem.
— Pospiesz się — warknął Malfoy do Harry’ego, wchodząc do Wielkiej Sali. Podszedł szybko do najbliższego stołu i podobnie jak wczoraj złapał kilka kanapek.
— Malfoy, daj spokój. Nie chcę znowu jeść na dziedzińcu.
— Nie będziesz. Idziemy do skrzydła szpitalnego, nie pamiętasz? Mamy codziennie zgłaszać się do Pomfrey.
— Racja. — Zrezygnowany Harry wziął ze stołu trochę jedzenia i ruszył za Ślizgonem. Szpital. Gdzie Pomfrey pomacha nad nimi różdżką, „monitorując” ich „postępy” i prawdopodobnie zada masę pytań, na które nie chciał odpowiadać. I przypomni mu, że cały ten bałagan to coś o wiele więcej niż konieczność przyzwyczajenia się do zmiany w planie lekcji i nowego miejsca zamieszkania. A to już z pewnością nie było czymś, o czym chciał, aby mu w ogóle przypominano.

***

— Zacznijmy więc — powiedziała pani Pomfrey. — Każdego dnia będę zadawała wam wiele pytań i chciałabym, abyście odpowiadali na nie szczerze. Wszystko odbędzie się tak prywatnie, jak to tylko możliwe, więc nie musicie obawiać się, że jeden z was użyje którejś z tych informacji przeciwko drugiemu. Rozmawiałam też z uzdrowicielką ze Świętego Munga, zajmującą się przypadkami, w których po rzuceniu zaklęcia wiążącego coś poszło nie tak jak trzeba. Nie, że zdarza się to często, jednak od czasu do czasu para, która zaakceptowała więź z powodów politycznych — po tych słowach spojrzała ostrożnie na Malfoya — uświadamia sobie, że naprawdę do siebie nie pasuje. Uzdrowicielka przybędzie tu za kilka dni, aby wam pomóc. — Pomfrey wygładziła szatę. Przynajmniej ten jeden raz nie brzmiała tak autorytatywnie jak zwykle. — Naprawdę jestem zmartwiona. Nie dość, że zaklęcie zostało rzucone bez waszej zgody, to jeszcze związki między przedstawicielami tej samej płci należą do rzadkości. Do tego dopiero zupełnie niedawno staliście się pełnoletni. No i nie można zapominać o waszej wzajemnej animozji.
— Jak miło być unikalnym — wymamrotał Malfoy.
— Cóż, z tego powodu gazety mają się świetnie — powiedziała Pomfrey.
— Gazety?! — zapytali równocześnie Harry i Malfoy.
— Wnioskuję, że nie byliście na śniadaniu? — Obaj potrząsnęli głowami. — W „Proroku” aż huczy od plotek na wasz temat.
— Och, Merlinie. — Ślizgon ukrył twarz w dłoniach.
— Witamy na pierwszej stronie — powiedział gorzko Harry. — Czy nie tego zawsze chciałeś?
Pani Pomfrey odchrząknęła i zaczęła mówić, zanim Malfoy mógł zareagować ciętą ripostą.
— Dzisiaj, gdy będę rozmawiała z jednym z was, drugi spotka się z panią Pantere, która zrobi wszystko, co w jej mocy, aby znaleźć tego, kto nałożył na drzwi zaklęcie. Jednak szanse na to są raczej niewielkie. — Obaj ponuro kiwnęli głowami. — W takim razie zacznijmy. Panie Malfoy, proszę iść z panią Pantere. Zbada cię i zada kilka pytań. Potter, pójdziesz ze mną.
Pielęgniarka poprowadziła Harry’ego za niewielkie przepierzenie, niedaleko miejsca, do którego udała się druga para, najwidoczniej jednak ścianka miała właściwości izolujące, bo dobiegające go głosy nagle ucichły.
— Jak się czujesz, Potter?
— Dobrze.
— A co z więzią? Odczuwasz potrzebę przebywania blisko pana Malfoya lub dotknięcia go?
— Bliskości tak, dotyku... nie.
— Odczuwasz jego stan emocjonalny?
— Chodzi pani o to, czy mogę czuć to, co on czuje? — Pielęgniarka kiwnęła głową. — Tak, coś w tym rodzaju.
— Chcesz mi powiedzieć, co dokładnie masz na myśli?
— Nie.
— Zrób to mimo wszystko.
— Ja... w pewnym sensie potrafię powiedzieć, co on czuje. Jeśli emocje są silne, to jest tak, jakbym ja doznawał ich także, ale one nie są... nie są moje — przerwał, nie wiedząc, jak wyrazić się jaśniej.
— Wydaje się to prawidłową reakcją. Odczuwasz do pana Malfoya pociąg?
Harry skrzywił się z obrzydzenia.
— Nie.
— Racja, nic na to nie wskazuje. Coś takiego zwykle zajmuje tydzień lub dwa. Z drugiej jednak strony, obaj jesteście nastolatkami, więc mogłoby to nastąpić szybciej. — Pomfrey zapisała coś w notatniku. — Miałeś do tej pory jakieś seksualne doświadczenia z chłopcami?
— Nie.
— A z dziewczętami?
— Eee... nie, raczej nie.
Pielęgniarka spojrzała na niego z zaskoczeniem.
— Żadnego?
— Eee... Pocałowałem dziewczynę, kilka lat temu — wymamrotał Harry, rumieniąc się. — Jednak, eee, poza tym, to nic.
— Och, mój drogi. — Pomfrey wyglądała na lekko zbitą z tropu. — Malfoy o tym wie?
— O czym?
— Że praktycznie nie posiadasz żadnego seksualnego doświadczenia.
— A niby skąd miałby wiedzieć?
— Rozumiesz, że będziesz musiał z nim o tym porozmawiać?
— Tego akurat bardzo bym chciał uniknąć.
— Lepiej porozmawiać teraz, kiedy jest to problem hipotetyczny, niż później, w trakcie... cóż, w sytuacji, gdy byłoby niezgrabnie inicjować dyskusję na taki temat.
— Szczerze mówiąc, najchętniej nie rozmawiałbym o tych sprawach z nikim. A już szczególnie nie z nim.
— Mogę sobie wyobrazić — powiedziała Pomfrey ze współczuciem. — Niestety, to nie wchodzi w grę.
— Dlaczego? — wymamrotał Harry buntowniczo.
— Potter, bądź poważny. Twój brak doświadczenia będzie doskonale widoczny i wprawi cię w spore zażenowanie. — Harry potarł czoło, z całego serca pragnąc mieć zmieniacz czasu. Mógłby wrócić do czasu, zanim to wszystko się wydarzyło. — Musisz to zrobić. — Gdy Harry zmarszczył brwi, Pomfrey pochyliła się bardziej w jego stronę. — To twoje małżeństwo, musisz...
— Chciałbym, żeby ludzie przestali tak to nazywać! — wybuchnął Harry z irytacją. Kobieta spojrzała na niego z takim samym zdziwieniem jak wcześniej Malfoy. — To nie małżeństwo, to pomyłka!
— To jedno i drugie, Potter — powiedziała pielęgniarka powoli, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Harry zacisnął wargi i zrezygnował z dalszej dyskusji. Najwidoczniej jego awersja do tego słowa była jedną z rzeczy, które mogli zrozumieć jedynie urodzeni w rodzinach mugolskich. — Porozmawiasz z nim? Nie mogę cię zmusić, ale to naprawdę dobry pomysł...
Harry westchnął.
— Tak, domyślam się, że tak. — To będzie raczej kłopotliwe, rozważył ze znużeniem. Cała sytuacja przedstawiała się piekielnie niezręcznie, a myśl o poruszaniu tego tematu akurat z Malfoyem... Nie miał nawet pojęcia, jak zacząć.
— Teraz nie macie czasu, ale chcę, żebyście wrócili tu po lekcjach. Być może tutaj, w miejscu... neutralnym, łatwiej będzie dyskutować.
— Ale mówiła pani, że zanim cokolwiek się stanie, upłynie jeszcze trochę czasu?
— Tego nie wiemy na pewno. Takie rzeczy nie dzieją się według ustalonego planu, rozumiesz?
— Świetnie.
— Rozchmurz się, Potter. Uzdrowicielka ze Świętego Munga ma wiele propozycji, jak wyciągnąć was z tego kłopotu. Właściwie... — Wyjęła rolkę pergaminu i zaczęła ją rozwijać. — Przysłała mi listę. Nie mamy teraz czasu, aby przeczytać całość, ale możemy zacząć, dobrze?
Harry spojrzał na długi, bardzo długi zwój i z rezygnacją ugryzł swoją kanapkę. Och, jasne. Będzie zabawnie.

***

Po rozmowie z Pomfrey Malfoy wyszedł zza przepierzenia z ponurą miną. Obaj chłopcy, pogrążeni we własnych myślach, ruszyli na numerologię.
— Pomfrey rozmawiała z tobą o używaniu kominka w naszym pokoju? — zapytał nagle Ślizgon.
— Abyśmy mogli kontaktować się z rodzicami i bliskimi?
— Tak.
— Rozmawiała. To była jedna z sugestii uzdrowicielki ze Świętego Munga.
— Cóż za marnotrawstwo czasu. — Malfoy potrząsnął głową. — W jaki sposób może pomóc codzienna rozmowa? I kiedy mam się uczyć, skoro tyle czasu będę spędzał na gadaniu?
— Nie wiem. Mugole dość mocno wierzą w takie rzeczy.
— Masz na myśli w zbawienny wpływ samej rozmowy? — Harry przytaknął, na co Malfoy wywrócił oczami. — Jakież to typowe.
— Wiesz, nie chcą na nas używać zaklęć poprawiających humor czy czegokolwiek, co...
— Tak, tak, nie wiedzą, czy to cholerne przekleństwo będzie współdziałać z innymi czarami i boją się ryzykować, i tego typu bzdury. Ja nadal twierdzę, że pocieszające zaklęcie jest lepsze niż codzienna, bezsensowna gadanina.
— Nie chcesz rozmawiać z rodzicami?
— Nie każdego dnia.
— Twój ojciec wyglądał na zmartwionego tym, co ci się przydarzyło.
Malfoy zmarszczył lekko brwi.
— To prawda.
— Dlaczego twoja mama nie przyszła? — spytał zaciekawiony Harry.
— Kiedy?
— Tego dnia... twój tata był, a ona nie.
— Nie twój interes.
Harry wzruszył ramionami i resztę drogi do klasy pokonali w ciszy. Zatrzymał się dopiero przy drzwiach i zapytał:
— Pani Pomfrey mówiła ci, żebyśmy przyszli do niej dzisiaj po lekcjach?
— Tak, ale nie powiedziała, po co.
— Och.
— A ty wiesz? — spytał Malfoy, kiedy weszli już do środka.
— Ee... tak.
— To po co?
— Po nic.
— Po nic? Więc dlaczego mamy tam iść?
Zajęli miejsca: Harry obok Hermiony, a Malfoy mając z drugiej strony Zabiniego i Milicentę Bulstrode.
— Bez powodu — powiedział Harry, wyjmując książki i notatki, ponieważ nauczyciel numerologii właśnie wszedł do klasy i przywitał się z uczniami.
— Mam tu wasze poprawione testy z... Och... — przerwał profesor, marszcząc brwi i przeglądając szybko trzymany w rękach plik pergaminów. — Te należą do piątego roku. Zaczekajcie chwilę, zaraz wrócę — dodał i wyszedł.
— To po co mamy tam iść? — spytał ponownie Malfoy, napełniając swój kałamarz.
— Po nic.
— Och, gadaj — nalegał Ślizgon rozdrażnionym głosem. — To jakiś sekret?
— Nie, tak naprawdę to nie...
— To dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?
— Ja po prostu nie...
— Wiesz coś, o czym ja nie wiem?
— Mów ciszej — upomniał go Harry, ponieważ zauważył, że siedzący w pobliżu uczniowie, udając obojętność, próbowali ich podsłuchiwać.
— Czyli to coś, co chcesz ukryć, prawda? — Malfoy skrzywił ironicznie wargi, patrząc na Bulstrode i Zabiniego, którzy nawet nie starali się ukryć uśmiechów i usiedli tak, aby móc im się przyglądać.
— Odpuść sobie — powiedział Harry.
— O Merlinie, Potter, teraz cały się trzęsę z wyczekiwania. — Malfoy dramatycznym gestem położył rękę na piersi, na co Bulstrode głośno zachichotała.
— Zamknij się — warknął Harry, zgrzytając zębami.
— To musi mieć coś wspólnego z pytaniami, które Pomfrey nam dzisiaj zadawała. — Kiedy zobaczył, jak Harry mocno zaciska usta, krzyknął: — Mam rację!
— Nie, nie masz.
— Wmawiaj to sobie dalej — zaśmiał się Ślizgon. — Rumienisz się. I mogę czuć, jak bardzo jesteś zakłopotany, wręcz cię skręca. To wyjątkowo zabawne.
— Cudownie.
— Malfoy, dorośnij — powiedziała Hermiona niecierpliwie.
Ślizgon nawet nie zwrócił na nią uwagi.
— Hmm, więc o czym to dzisiaj mówiła Pomfrey? O stanie naszej więzi, czy wyczuwam twoje emocje... Teraz musiałbym odpowiedzieć, że jak najbardziej. Czy wydajesz mi się atrakcyjny... — Harry starał się pozostać niewzruszony, ale radosny ton głosu Malfoya całkowicie te próby zaprzepaścił. — Hmm, chyba trafiłem w sedno — dodał, przechylając głowę w jedną stronę. — Chodzi o to, że już coś do mnie czujesz, co? — Zamilkł na chwilę. — Nie, to jednak nie to... — Harry zacisnął usta, opanowując pragnienie, aby walnąć Malfoya w łeb lub rzucić na niego zaklęcie obdzierające ze skóry. — Merlinie, Potter, ale ty się łatwo wkurzasz — zachwycił się Ślizgon złośliwie. — Wiesz, powinieneś coś z tym zrobić. To nie wpływa dobrze na twoje nerwy.
— Nie słuchaj go, Harry — powiedziała Hermiona, wyciągając rękę, aby dotknąć pocieszająco jego dłoni, odsuwając ją jednak w ostatniej chwili, gdy zaniepokojony Harry się cofnął.
— A może chodzi o pytania, jakie Pomfrey zadawała na temat naszych seksualnych doświadczeń? — spytał Malfoy, zniżając głos tak, żeby nikt inny nie mógł go usłyszeć. Harry spróbował przybrać obojętny wyraz twarzy, ale było już za późno. — Mam rację, prawda? Mimo twoich zapewnień, że nie jesteś homoseksualny, zaliczyłeś już niejednego chłopaka? — spytał ze złośliwym uśmiechem. Harry otworzył swoje notatki i udawał, że studiuje numerologiczne wykresy. Malfoy obserwował go przez chwilę. — Nie, to też nie to — zdecydował w końcu. — Czyli... — Przyjrzał się Gryfonowi uważnie i wycedził bardzo powoli: — Mamy do czynienia z sytuacją całkowicie odwrotną? — Tętno Harry’ego przyspieszyło. Malfoy ze zdziwienia otworzył usta. — Potter... nie jesteś dziewicą, prawda? — zapytał zgorszonym tonem.
— Cicho! — syknął Harry, ale było już za późno. Usłyszeli wszyscy, którzy siedzieli blisko nich, kilku uczniów obróciło się nawet, aby na nich popatrzeć. Malfoy zerknął na jego twarz, której wyraz bliski był teraz przerażeniu. Harry, całkowicie upokorzony, zakrył oczy dłońmi.
— Jesteś... na Mordreda! — Malfoy położył głowę na stole. — Znajdę tego, kto rzucił to zaklęcie — zajęczał. — Znajdę go i zabiję, a potem reanimuję, żebym mógł zabić go jeszcze raz. — Harry skrzyżował ręce na piersi i zacisnął szczękę, nie ufając sobie na tyle, aby powiedzieć cokolwiek. Przypomniał sobie, że jeśli przeklnie Ślizgona, sam to poczuje. Niewielki ból czy niewygoda byłyby w porządku, ale gdyby zrobił Malfoyowi to, co chciał, cholerna więź zapewne by go zabiła. — Jak możesz... — Ślizgon uniósł głowę. — Do diabła, masz prawie osiemnaście lat! Na co, do cholery, czekałeś? Na specjalne zaproszenie?
— Najwyraźniej czekałem na ciebie — rzucił Harry. Zabini i Bulstrode już mieli parsknąć śmiechem, ale zdławili go pod wpływem ostrego spojrzenia, jakim obrzucił ich Malfoy.
— Och, jak zabawnie. To naprawdę bardzo, bardzo śmieszne. Szkoda, że twój błyskotliwy dowcip nie pomógł ci z dziewczynami. Czyli właśnie o tym, jak przypuszczam, będziemy rozmawiać po dzisiejszych lekcjach? O twoim całkowicie żałosnym braku jakiegokolwiek doświadczenia? — Harry pchnął krzesło do tyłu i dumnym krokiem wyszedł z klasy. Malfoy zawarczał ze złości, ale skierował się za nim, niezdolny pozostać w pomieszczeniu bez niego. Wśród reszty uczniów rozgorzała dyskusja. — To jest, kurwa, niewiarygodne! — krzyknął Ślizgon, gdy tylko znaleźli się na korytarzu. — Co z tobą nie tak, Potter?
— Nic! — odparł Harry z wściekłością. — Po prostu nie miałem czasu na...
— Och, do diabła... to nie jest... jak mogłeś do tej pory nie spróbować seksu?!
— Zakładam więc, że ty już spróbowałeś?
— Oczywiście!
— Z chłopcami?
— No nie... ale...
— W takim razie nie masz żadnego prawa kpić z mojego niedoświadczenia...
Z klasy wybiegła Hermiona i od razu zaatakowała Malfoya.
— Jesteś śmierdzącą kupą bezwartościowego gówna!
— Zabawne, że mimo to udało mi się mieć jakieś życie towarzyskie. Granger, to nie twoja sprawa, więc się odpieprz!
— Gadając bez zastanowienia w środku lekcji, zrobiłeś z tego sprawę wszystkich wokoło. Co z tobą? Nie posiadasz ani odrobiny przyzwoitości?
— Zamknij się — zbył ją Malfoy i zwrócił się do Harry’ego. — To będzie najbardziej... Wracaj tu! — krzyknął, widząc, że Gryfon odwraca się i odchodzi. — Gdzie idziesz?!
— Jak najdalej od ciebie!
— Nie możesz, ty cholerny idioto! I mamy numerologię!
— Nic mnie to nie obchodzi! Nie wrócę na lekcję!
— Ty głupi gnojku... — Malfoy złapał Harry’ego za ramię, chcąc go zatrzymać i obrócić, zaraz jednak wrzasnął z bólu, gdyż Hermiona szarpnęła nim do tyłu.
— NIE!!! Hermiona, przestań! — krzyknął Harry, ponieważ palący wstrząs przebiegł także przez jego ciało.
Malfoy potarł rękę, sapiąc ciągle z powodu niedawnego szoku i patrząc na Hermionę ze złością.
— Wracaj — odezwał się do Harry’ego. — Nie chcę stracić lekcji. Jeśli musisz być żałosną, małą dziewicą, to przynajmniej nie bądź żałosną, małą dziewicą, która psuje moje oceny.
Harry zacisnął zęby.
— Jakiś problem? — zapytał profesor, który pojawił się nagle z ramionami pełnymi zwojów pergaminu.
— Żaden, proszę pana — odpowiedziała automatycznie cała trójka.
— W takim razie wracajcie do środka — polecił.
— Ja... nie czuję się zbyt dobrze... — zaczął Harry, ale Hermiona nie pozwoliła mu skończyć.
— Zaraz tam będziemy, proszę pana.
— Hermiono...
Profesor wzruszył ramionami i ruszył do klasy. Malfoy poszedł zaraz za nim.
— Harry, on ma rację — powiedziała Hermiona, krzywiąc usta, jakby własne słowa napawały ją obrzydzeniem. — Kiedyś i tak będziesz musiał wrócić.

***

Cóż, to było bardzo zabawne, pomyślał Harry ze znużeniem, kiedy pod koniec dnia wrócili wreszcie do swojej kwatery po wizycie w skrzydle szpitalnym. Numerologia i konieczność zmierzenia się ze złośliwymi uśmieszkami i szeptanymi komentarzami Ślizgonów okazały się czystą torturą. Czuł się całkowicie odsłonięty i upokorzony, choć fakt, że potem mieli już tylko astronomię i zielarstwo z Gryfonami nieco pomógł. Malfoy co prawda wytrwale kontynuował wylewanie z siebie potoku zniewag, ale robił to głosem dostatecznie cichym, aby tylko Harry mógł go usłyszeć, skoro nie miał doceniającej te wysiłki ślizgońskiej widowni, która by mu kibicowała i dołączyła do niego w kpinach.
Wizyta u Pomfrey stanowiła inny rodzaj pełnej zażenowania tortury, jednak Harry cieszył się, że pielęgniarka podeszła do sprawy rzeczowo i nie dopuściła, aby Malfoy zbytnio zbaczał z tematu. Kazała im podzielić się swoimi doświadczeniami, uraczyła obu kilkoma zasadami, co robić, a czego nie i dała im parę książek. Przypomniała również, czego mogą się spodziewać, jakie emocje zaczną odczuwać w ciągu następnych kilku tygodni i jak sobie z nimi poradzić. Zapowiedziała też surowo Malfoyowi, że jeśli wprawi Harry’ego w tak duże zakłopotanie, że chłopak nie będzie w stanie się odprężyć i zaburzy cały proces, to prawdopodobnie sam poniesie tego konsekwencje.
— Hasło? — zapytał Sir Xander niewyraźnie, dopiero co wybudzony z drzemki, drapiąc się po plecach drewnianym kołkiem.
— Hades — mruknął pod nosem Malfoy, odpychając Harry’ego, aby mógł pierwszy wejść do środka. Gryfon odwdzięczył mu się niecierpliwie tym samym i rzucił na jedno z krzeseł swoją torbę. Zsunął z ramion szatę i cisnął ją na drugie krzesło.
— Nigdy nie odkładasz swoich rzeczy na właściwe miejsce, Potter? — zapytał zdenerwowany Ślizgon.
— Dziwi mnie, że ty to robisz. Nie masz skrzatów i lokajów, którzy by ci usługiwali?
— Nie przez całą dobę, idioto. — Malfoy ułożył swoje rzeczy starannie i podszedł do kominka. — Będę pierwszy, równie dobrze mogę mieć to już za sobą — powiedział i usiadł przodem do ognia.
— Jasne, ja odrobię pracę domową.
— Naprawdę? Żadnego jęczenia, że to już pora kolacji i chcesz iść zjeść ze swoimi małymi przyjaciółmi?
— Po tym, co się stało dzisiaj na lekcji, nie mam najmniejszej ochoty na przebywanie w Wielkiej Sali, dzięki — wyjaśnił Harry szorstko, grzebiąc w swojej szkolnej torbie.
Malfoy uśmiechnął się złośliwie, po czym obrócił w stronę kominka, w którym ukazała się twarz jego matki.
Harry rozsiadł się w jednym z wygodnych foteli w salonie i wyciągnął podręcznik do numerologii. Strasznie mu się nie podobało, że na siódmym roku musiał uczyć się akurat tego przedmiotu. Choć w zasadzie tematyka odbiegała znacznie od tej, z jaką mieli do czynienia w klasach od trzeciej do szóstej i naukę mógł podjąć nawet ktoś, kto wcześniej nie miał z numerologią wiele wspólnego, Harry ciągle czuł się w niej zagubiony. Jeśli chciał zdać, w dużym stopniu będzie musiał polegać na pomocy Hermiony.
Skupił się na skomplikowanych równaniach w książce i notatkach przyjaciółki, co chwilę jednak unosił wzrok, aby zobaczyć, czy Malfoy rozmawia ze swoimi rodzicami. Wyglądało na to, że rozmowa przebiega w sympatycznej atmosferze, choć twarz Lucjusza Malfoya zdawała się ponownie nabrać lekko rozdrażnionego wyrazu, jaki mężczyzna miał zawsze, przebywając blisko syna. A sam Ślizgon, gdy tylko minął początkowy, wywołany klątwą szok, powrócił do okazywania ojcu zwyczajowego, tłumionego szacunku.
Z Narcyzą było jednak zupełnie inaczej. Jej mina świadczyła, że jest o syna wyjątkowo zaniepokojona, co najwyraźniej bardzo Malfoya irytowało.
— Lekcje nie sprawiają ci żadnego kłopotu? — zapytała.
— Nie. Zielarstwo nie stanowi problemu. Właśnie dlatego się na nie zdecydowałem. Jest tak proste, że sam się mogę wszystkiego nauczyć. Jedynie ze starożytnymi runami jest gorzej, trudno je zrozumieć, skoro tracę połowę zajęć.
— Rozumiem. Może wynajmiemy dla ciebie korepetytora?
— Niezły pomysł.
— Jak... jak się czujesz, Draco? — zapytała pani Malfoy bardzo niepewnym głosem.
— Dobrze — mruknął Ślizgon, brzmiąc na tak samo skrępowanego jak matka.
Harry odchrząknął i rzucił wokół siebie zaklęcie wyciszające, dając tym Malfoyowi trochę prywatności i mając nadzieję, że Ślizgon odwdzięczy mu się tym samym. Nie, że ufał, iż nie będzie podsłuchiwany w trakcie rozmów z Lupinem, ale może Malfoy uzna, że to, co ma do powiedzenia Harry’emu wilkołak, nie jest warte słuchania. Ponownie skupił się na numerologii.
Gwałtowne szturchnięcie w ramię wystraszyło go i wytrąciło z rozmyślań nad złożonymi równaniami. Malfoy stał nad jego fotelem i coś mówił. Harry przerwał działanie zaklęcia.
— Przepraszam, co?
— Powiedziałem, że skończyłem. — Ślizgon ruszył w stronę łazienki. — Możesz teraz wezwać swojego pseudo rodzica wilkołaka. — Po chwili przystanął i dodał jeszcze przez ramię: — Chyba że jest teraz zajęty rozszarpywaniem ludzi. Pełnia blisko, prawda?
Harry zignorował go i podszedł do kominka.
— Profesorze — powiedział, czując ulgę, gdy twarz Lupina pojawiła się w płomieniach. Boże, do tej pory nawet nie rozumiał, jak bardzo potrzebował z kimś porozmawiać.
— Harry, jak się masz?

***

Dzień 4 (piątek)

Draco ocknął się, czując w głowie brzęczenie czegoś... czując, jak gdyby... cholera. Nie potrafił zidentyfikować wrażenia, ale było to coś na kształt braku... Do diabła! O co chodzi? Nie mógł zasnąć, gapiąc się na ciemny sufit nad sobą i próbując rozpoznać doznanie. Dlaczego nie spał? Spojrzał na zegar: druga siedem. Nie powinien się obudzić, a jednak się obudził, do tego tak bardzo zakłopotany...
Podniósł się i spojrzał na Pottera, kręcącego się niespokojnie w sąsiednim łóżku, na jego ściągnięte przez sen brwi. Opanowała go narastająca potrzeba przysunięcia się bliżej.
Och, niech to szlag!, pomyślał, opadając na poduszkę. O to chodzi. W tym, co czuł, nie było nic seksualnego, ale półtorametrowa odległość między ich łóżkami nagle wydała mu się zdecydowanie zbyt duża.
Cudownie. I co miał z tym zrobić? Przysunąć swoje łóżko bliżej, a rano Potter zobaczy, że to właśnie on się w nocy złamał?
Zagryzł dolną wargę, obserwując nerwowe ruchy Gryfona i postanowił działać. Wstał i poszedł do łazienki, zgrzytając zębami z powodu doznawanego niepokoju, który narastał w miarę, jak Draco oddalał się od łóżka. Miał nadzieję, że to uczucie obudzi Pottera. Gdy wrócił, Potter już siedział, rozglądając się po pokoju zmrużonymi oczami i pocierając ręką rozczochrane włosy.
— Malfoy?
— Tak?
— Gdzie byłeś?
— W toalecie.
— Och. — Gryfon położył się z powrotem.
Przez kilka minut żaden z nich się nie odzywał.
— Malfoy? — powiedział w końcu Potter.
— Tak?
— Możesz spać?
Draco już miał odpowiedzieć, że jak najbardziej, ale oparł się pokusie. Potter nie spytałby, gdyby sam czuł się dobrze. Jeśli teraz skłamie, że z nim wszystko w porządku, Gryfon następnym razem mógłby nie okazać słabości i mimo niewygody udawać, że śpi, trzymając ich obu w stanie wyjątkowego rozdrażnienia, dopóki któryś z nich by się nie poddał. Zastanawiał się przez moment, co powiedzieć.
— A ty możesz?
— Nie, nie mogę — odparł po dłuższej chwili Potter.
— Dlaczego?
— Czuję się zbyt niewygodnie. A ty? — odezwał się Gryfon po kolejnej chwili przerwy.
Draco zawahał się, ale zaraz westchnął z rezygnacją.
— Tak, ja też — przyznał i usiadł. — Pomfrey mówiła, że to się w końcu stanie.
— Tak, ale nie myślałem, że tak szybko — powiedział Potter i wstał. — Zsunę je ze sobą, dobrze? — dodał i zaczął pchać swoje łóżko, nie czekając na zgodę Draco.
— Ee...
— Lepiej? — zapytał, kładąc się z powrotem.
— Boże, tak — wyrzucił z siebie Malfoy, zanim zdążył ocenzurować własne słowa, zdumiony ulgą, która zalała go, gdy tylko ich łóżka znalazły się obok siebie, a Potter leżał niecałe pół metra od niego.
Zagryzł wargę, słysząc śmiech Gryfona, jednak w dźwięku tym nie było ani śladu złośliwości.
— Wcześniej miałem wrażenie, jakby pełzały po mnie mrówki — wyznał Potter i zadrżał.
— Ja właściwie słyszałem, jak gdyby wokół głowy brzęczały mi pszczoły — powiedział Draco. — Ten, kto wymyślił tę klątwę, był sadystą.
— Tak. Och, jak dobrze. — Potter z zadowoleniem przymknął powieki.
Draco zgodził się z nim w milczeniu, poprawił poduszkę i zaraz potem ponownie zasnął.

***

— Malfoy! — Draco otworzył oczy. Potter siedział na swoim łóżku, pochylając się nad nim i próbując go obudzić mocnymi szturchnięciami. Zamrugał, chwilowo zdezorientowany bliskością Gryfona, jednak szybko przypomniał sobie, co stało się w nocy i obrócił się, aby ukryć wypływający na szyję rumieniec. — Znowu zaspaliśmy, zaraz musimy wychodzić — dodał Potter, wstając z łóżka.
Tak, pierwsze eliksiry. Draco sprawdził godzinę: punkt ósma. W pośpiechu złapał za ubrania, zadowolony, że wieczorem wziął prysznic.
— Widziałeś mój krawat? — spytał, kiedy obaj szybko się przebierali, jednocześnie szukając książek.
Draco złapał rzucony mu przez Gryfona krawat i przepchnął się obok niego do łazienki, aby umyć zęby i uczesać włosy. Znał swoją twarz i mimo że lustro nie pokazywało na niej żadnego cienia, żadnej niespodzianki, wiedział, iż powinien zażyć eliksir golący. To stawało się niewygodne. Nie, teraz nie czas na to.
— Malfoy? Mogę pożyczyć twój atrament? Mój się skończył...
Potter wszedł do łazienki, pospiesznie przebiegając grzebieniem przez włosy.
— Tak, jeśli usiądziemy z moimi przyjaciółmi na eliksirach i obronie przed czarną magią.
— Co powiesz na eliksiry i zielarstwo?
Draco zastanawiał się przez chwilę.
— Zgoda. Gotowy?
— Tak. — Potter odłożył grzebień i niecierpliwie przepchnął się obok Draco, aby wyjść z łazienki.
Malfoy skończył zawiązywać krawat i razem pospieszyli na lekcję eliksirów.
— Musimy ustawiać zaklęcie budzące — wymamrotał Draco, kiedy zaburczało mu w żołądku. — Nienawidzę pomijać śniadania. — Potter skinął na zgodę głową.
Do klasy weszli tuż przed Snape’em i usiedli w ławce Draco. Milicenta Bulstrode posłała Potterowi złośliwy uśmieszek, jednocześnie pozdrawiając Malfoya. Draco uśmiechnął się, przypominając sobie wczorajszą scenę na numerologii i całkowite upokorzenie Pottera. Wyjął swoje książki i gdy Snape rozpoczął lekcję, jego nastrój był już zdecydowanie lepszy.
— Skończyliśmy ten eliksir przeciwgrypowy? — spytał Potter szeptem, szturchając go i gapiąc się na swoje notatki, podczas gdy profesor pisał coś na tablicy.
Draco pochylił się, aby spojrzeć na zapiski Gryfona.
— Naprawdę, Potter, to jest straszne — skomentował. — Jak możesz nauczyć się czegokolwiek, pisząc jak kura pazurem? Tak, skończyliśmy eliksir przeciwgrypowy. Dzisiaj zaczynamy przeciw zapaleniu płuc. — Uśmiechnął się złośliwie i uniósł odrobinę głos. — To śmieszne. Biorąc pod uwagę, że jesteś dziewicą, twoje ręce powinny mieć więcej czasu na prowadzenie porządnych notatek.
Siedzący w pobliżu uczniowie wydali z siebie zduszony śmiech. Snape odwrócił się dokładnie wtedy, gdy Harry szturchnął Draco ze złością.
— Zamknij się! — wymamrotał Gryfon.
— Panie Potter, zechciałbyś podzielić się z klasą informacją, co cię tak bawi?
— Nie, proszę pana.
— Gryffindor traci pięć punktów, Potter. — Snape wrócił do pisania na tablicy.
Draco uśmiechnął się i pochylił głowę nad własnymi notatkami.

***

— Właśnie tutaj teraz mieszkasz, Draco? O mój Boże, jak miło — powiedziała Pansy Parkinson, gdy razem z Blaise’em Zabinim, Granger i Weasleyem weszli do ich kwatery po lekcjach.
— Choć trochę tu skąpo umeblowane, prawda? — spytał Blaise.
Draco wzruszył ramionami.
— I towarzystwo niespecjalne — dorzuciła lekko Pansy.
Potter i jego przyjaciele zignorowali złośliwość i usiedli.
Malfoy uśmiechnął się, nagle zadowolony, że ma obok siebie swoich współdomowników. Wcześniej wszyscy poszli do biblioteki, aby odrobić lekcje, ale Pince w końcu wygoniła ich, bo robili za dużo hałasu. Zebrał książki, ponuro rozmyślając nad tym, że nigdy wcześniej nie przypuszczał, jak bardzo będzie mu brakowało pokoju wspólnego, w którym mógłby uczyć się sam lub z przyjaciółmi, albo po prostu siedzieć, odpoczywać i rozmawiać, gdyby miał na to ochotę. A skoro zarówno on, jak i Potter zostali tej możliwości pozbawieni, zrezygnował z wracania do nowej kwatery w towarzystwie samego Gryfona, woląc spędzić czas w bibliotece. Wtedy właśnie Granger zasugerowała, aby wszyscy poszli się do nich pouczyć.
— Macie dostatecznie dużo miejsca, aby nas pomieścić, Harry — powiedziała.
Pansy i Blaise unieśli brwi, zdziwieni myślą o Granger przebywającej w prywatnych pokojach Draco, mimo że Potter wymamrotał coś o tym, że nie, wcale nie są takie duże. Draco uznał, że jego przyjaciele nie będą mieli ochoty spędzać czasu w pobliżu Gryfonów i właśnie miał zamiar powiedzieć, że nie życzy sobie towarzystwa, jednak ubiegła go Pansy.
— Oni już u was byli? A myślałam, że nie przyjmujesz żadnych gości. — Uśmiechnęła się ironicznie. — Chyba że ten teren należy wyłącznie do Gryfonów.
— Oczywiście, że nie... — zaczął Draco, ale Pansy przerwała mu, jednocześnie ucinając też to, co właśnie zamierzał powiedzieć Zabini.
— W takim razie chodźmy — rzuciła radośnie.
Teraz nie była już taka wesoła.
— Och, na Merlina, to straszne. Jest piątkowy wieczór, a my się uczymy — wymamrotała, siadając na szerokim, dwuosobowym fotelu. — Cholerne owutemy. Na samą myśl o nich już się cała trzęsę. Draco, odpisałeś moje wczorajsze notatki ze starożytnych runów?
— Tak, masz. — Wręczył jej pergamin i usiadł, uświadamiając sobie, że minęły zaledwie cztery dni, a oni utworzyli wzór, zgodnie z którym każdy z nich zajmował określone miejsce: Draco i Potter w środku, często plecami jeden do drugiego, a jeśli nie, to przynajmniej tak daleko od siebie, jak to możliwe, Gryfoni obok Pottera, Ślizgoni obok Draco.
Teraz jednak pojawił się problem. Dwuosobowe krzesło zajęli Draco i Pansy, siedząc zdecydowanie za blisko, aby było to wygodne, zaś Potter usiadł na fotelu obok, zdecydowanie za daleko, aby było to wygodne.
Do diabła, żeby tylko dało się te uczucia odwrócić. On i Pansy spotykali się przez jakiś czas, nic poważnego, ponieważ oboje mieli w planach małżeństwa zaaranżowane ze względów politycznych, ale lubili się wystarczająco, a dziewczyna stanowiła miłe towarzystwo i była niezła w łóżku. Gdyby tylko mógł postrzegać jej bliskość jako oznakę zbliżającego się romantycznego wieczoru, zamiast czuć się nieco nerwowym na samą myśl, jak zapłonie jego skóra, jeśli Pansy wykona jakiś nieostrożny ruch.
— Tłumaczenie jest dla ciebie zrozumiałe? — spytała.
— Nie bardzo.
— To diabelnie trudne, jeśli nie jest się na wszystkich lekcjach. Dlaczego on nie może zrezygnować z astronomii? — Spojrzała lekceważąco na Pottera.
Draco wzruszył ramionami.
— To się nie uda. Ale to żaden problem, matka prawdopodobnie zatrudni mi korepetytora.
— Mimo to nie powinieneś musieć...
— To nie problem — powtórzył Draco stanowczo.
Pansy odrzuciła włosy do tyłu i wróciła do swoich notatek.
— Jak chcesz. Teraz pozwól, że przetłumaczę trzeci wers i sprawdzę, czy sama pamiętam, jak się to robiło. — Draco pochylił się niżej, aby spojrzeć na jej zapiski i momentalnie się odsunął, gdy podniosła głowę i jej twarz niespodziewanie prawie dotknęła jego własnej. — Och, przepraszam. Spójrz, trzecia linijka jest... — zaczęła wyjaśniać i już po chwili Draco zatracił się w zawiłościach runicznego pisma.
Uniósł wzrok dopiero, gdy zauważył, że Granger zbliża się do ich sypialni.
— Gdzie ta książka? — spytała Gryfonka.
Draco poczuł nagły niepokój.
— Hermiona, poczekaj, sam pójdę — powiedział pospiesznie Potter, ale Granger już otwierała drzwi. — No przecież mówiłem, że przyniosę — mruknął jeszcze Gryfon, lekko się czerwieniąc, gdy brwi przyjaciółki uniosły się na widok ich złączonych łóżek.
— O Merlinie, szybko wam idzie — wymamrotała Pansy, zerkając do wnętrza sypialni. — Wszelkie żarty o dziewictwie przechodzą do historii, co, Potter? A może już straciły na aktualności?
Potter rzucił jej pełne złości spojrzenie, szykując ciętą ripostę, ale Draco powstrzymał go, wychylając się szybko i łapiąc go za rękę.
— Daj spokój — zasugerował, odwracając się do Pansy, podczas gdy Potter, z oszołomionym wyrazem twarzy, zamknął usta i ruszył do sypialni po książkę, której szukała Granger.
Parkinson uśmiechnęła się złośliwie.
— A więc? Więź działa szybciej, niż oczekiwałeś?
— Nie — mruknął Draco. — Po prostu tak jest łatwiej, niż spać daleko od siebie. Nic się jeszcze nie wydarzyło. — Odchrząknął. — A poza tym, to nie twoja sprawa — dodał cicho. — Gdzie skończyliśmy?
— Odkąd wstąpiłeś w związek małżeński, nie ma z tobą żadnej zabawy. — Pansy wydęła usta, na co Blaise się roześmiał.
— Bardzo śmieszne. Myślałem, że mamy tłumaczyć trzeci wers?
— Tak, jasne. Spójrz, wydaje mi się, że masz problem, bo nie było cię na zajęciach we wtorek, kiedy profesor wyjaśniał morfologię czasowników w trybie orzekającym, którą mieliśmy się zająć na wczorajszej lekcji.
— Co?
— Morfologia trybu orzekającego — powtórzyła Pansy cierpliwie, po czym zagłębiła się w zawiłości ostatnich zajęć, tłumacząc je Draco i Blaise’owi.
Pół godziny później, kiedy to po kolejnym pytaniu Blaise’a wyszło na jaw, iż nie pojmował on najprostszych rzeczy, Malfoy bez skrupułów stwierdził, że w starożytnych runach Zabini jest beznadziejny. Pozwolił, aby jego myśli odpłynęły, trochę znudzony, gdy Pansy poprawiała jeszcze jeden błąd interpretacyjny na pergaminie Blaise’a. Przypomniał sobie jednak, że sam jeszcze nie wszystko rozumie. Po kilku pytaniach mina przyjaciółki powiedziała mu, iż to całkiem oczywiste, że dziś nie rozumuje na swym zwykłym poziomie umysłowym. Rzeczywiście, gdy Pansy pracowała z Zabinim, powinien przeanalizować co trudniejsze pojęcia, zamiast gapić się bezmyślnie na tapetę na ścianie, wyobrażając sobie, że kropki to pszczoły. Brzęczące pszczoły. Brzęczące cichutko i uniemożliwiające skoncentrowanie się na czymkolwiek.
— Harry? — Głos Weasleya wystraszył go. Uniósł wzrok i zobaczył, jak rudzielec macha dłonią przed twarzą Pottera. — Jesteś tu?
— Przepraszam — mruknął Potter, mrugając i potrząsając głową. — Co powiedziałeś?
— Mówiłam o zadaniu z numerologii — wyjaśniła Granger cierpliwie. — Na przyszły wtorek. Potrzebujesz moich notatek?
— Eee... tak, tak... czyli na który to dzień?
— Wtorek — powtórzyła Granger powoli.
Potter przytaknął i obrócił się, aby spojrzeć na Draco.
Malfoy wypuścił powietrze. Czyli o to znowu chodzi, pomyślał, gdy przyglądali się sobie nawzajem z irytacją. Słyszał pszczoły. Potter opuścił obiad i teraz był głodny. Ich fotele oddzielało jakieś dwa metry odległości. I oczywiście między nimi znajdowały się trzy osoby. Nie istniało żadne inne, subtelne posunięcie na złagodzenie niewygody, niż poproszenie ich o zmianę miejsca.
W sumie nie było to takie straszne, wmówił sobie, przygotowując się do działania, jednak przeszkodził mu wyrywający się z ust jęk bólu, gdy Pansy niespodziewanie musnęła jego ramię.
— Och, przepraszam — powiedziała Ślizgonka z werwą, zerkając szybko na Granger. — To bez sensu, Draco. Jestem za bardzo przyzwyczajona do dotykania cię, gdy tylko mam na to ochotę. Blaise, przesuń się na koniec, Potter, usiądź tutaj. Właściwie czemu wszyscy po prostu nie przesuniemy się o jedno miejsce, a ty, Blaise, nie przepchniesz fotela na tę stronę? Świetnie, teraz...
Draco i Potter patrzyli oszołomieni, jak wszystko zostało przeprowadzone bez zbędnego zamieszania, a Granger posłała Pansy pełne wdzięczności spojrzenie. Obie grupy wróciły do pracy, jak gdyby żadna przerwa nie miała miejsca.
— Dobrze, a teraz, Blaise — powiedziała Parkinson — postaraj się i nie bądź kompletnym idiotą. Gotyccy czarodzieje nie znali określenia na pociąg, ponieważ nie mieli pociągów. Szczerze, niewielka znajomość historii ogólnej jest jak najbardziej wskazana dla kogoś, kto akurat chodzi do szkoły.

***

Dzień 6 (niedziela)

— Sądzę, że wszystko będzie dobrze. Przyzwyczajam się do niego — cicho powiedział Harry Lupinowi przez kominek w niedzielny wieczór.
Nie, że musiał być cicho, Malfoy jak zwykle rzucił wokół siebie zaklęcie wyciszające, jednak rozmawianie o kimś, kto siedział właśnie w tym samym pokoju, ciągle było dziwne. Szczególnie, że ta osoba znajdowała się na wyciągnięcie ręki.
— Wydajesz się samotny — zauważył Lupin delikatnie.
— Tak, cóż... Tęsknię za moim pokojem wspólnym. W gryfońskiej wieży weekendy są zawsze bardzo wesołe. To znaczy śpimy długo, a potem siedzimy, nie robiąc zbyt wiele, ale to wyjątkowo przyjemne.
— W takim razie czym się w zamian zajmowałeś?
— Wstałem późno, ale poza nauką nie miałem innego zajęcia. Spotkałem się z przyjaciółmi w bibliotece, jednak to nie... to nie to samo. Oni wszyscy mieszkają razem, a mnie z nimi nie ma. Seamus i Dean śmiali się z kawału, jaki zrobili trzeciorocznym, a ja nie miałem pojęcia, o czym mówią. Do tego Ron i Neville... — Harry przerwał. Uświadomił sobie, że się żali i chciał przestać. — Przepraszam.
— Nie szkodzi, Harry.
Gryfon skinął głową z przygnębionym wyrazem twarzy, zaraz jednak uniósł wzrok, gdyż Malfoy klepnął go w ramię.
— Gdzie jest referat z zielarstwa? — spytał.
Harry wskazał mu swoje biurko. Ślizgon podszedł do niego, mamrocząc coś, rozdrażniony ilością zaśmiecających blat luźnych papierów.
— Jak więź? — spytał Lupin, na co Harry jedynie wzruszył ramionami. — W porządku?
— Nie jest źle — przyznał Gryfon. — On nie zawsze zachowuje się okropnie. — Spojrzał na Malfoya, ale Ślizgon studiował właśnie jego zadanie z lekko zmarszczonymi brwiami i wyglądało na to, że ponownie rzucił na siebie zaklęcie wyciszające.
Harry westchnął.
— O co chodzi?
— To... Wie pan, że codziennie chodzimy do pani Pomfrey?
— Tak.
— Kilka razy badała nas ta czarownica z ministerstwa i... ona powiedziała, że wygląda na to, że zaklęcie nie zostało rzucone właściwie.
— Co?
— Ja naprawdę większości nie zrozumiałem... Szkoda, że nie było tam Hermiony, ona z pewnością by wszystko pojęła. Wiem tylko, że ona twierdzi, że, cytuję: „ten, kto je rzucił, wykazał brak doświadczenia z magią tej klasy”. Nawet to wyjaśniła, ale nie zorientowałem się, o czym mówi.
— A Malfoy zrozumiał?
— Najwidoczniej. Wściekł się i powiedział, że zostaliśmy przeklęci przez amatora.
— Prosiłeś go, aby ci to wyjaśnił?
— Malfoya? Nie ma mowy — odparł Harry automatycznie i spojrzał na Ślizgona, nadal nieświadomego o czym rozmawiają.
— Jest jakaś szansa na złapanie tego, kto je rzucił?
— Raczej nie. Ta kobieta myśli, że to mógł być uczeń. Lub nauczyciel, który odrobinę przekręcił zaklęcie, aby wyglądało na robotę ucznia. Albo ktoś spoza Hogwartu. Któż to wie?
— I co to oznacza?
— Ona naprawdę nie wie, poza tym, że nie sądzi, aby nasza więź rozwijała się w prawidłowy sposób, cokolwiek to znaczy. Niektóre rzeczy możemy odczuwać mocniej, niektóre inaczej, a jeszcze inne słabiej lub nie wiadomo jak. Jednak potem powiedziała też, że wszystkie odstępstwa od normy powstają dlatego, że obaj jesteśmy bardzo młodzi oraz że więź powstała przypadkowo i... — Harry’emu zabrakło słów.
— Przykro mi — powiedział Lupin po długiej chwili milczenia.
— Tak, mnie też.
— Co mówi pani Pomfrey o dotychczasowym rozwoju zaklęcia?
— Och, ona uważa, że wszystko idzie wspaniale — odparł Harry z goryczą.
— Nie zgadzasz się z nią?
— Wspaniale oznacza, że musimy być blisko siebie prawie przez cały czas i... musimy się dotykać... Naprawdę tego nie zauważyłem, to on... zwrócił uwagę, że się więcej niż wcześniej nawzajem popychamy i uderzamy. To cudowne, prawda? Więź oparta na wzajemnym przepychaniu się i biciu.
— Rzeczywiście, nienajlepsza podstawa dla małżeństwa. — Lupin skrzywił się na dźwięk swoich słów. — Przepraszam. Wiem, że nie lubisz tak tego nazywać.
— Przyzwyczajam się. Jedynie Hermiona nie używa tej nazwy. Nawet Ron kiedyś powiedział: „skoro jesteście poślubieni”. To po prostu strasznie dziwne. Każdy akceptuje ten związek jako małżeństwo. A przecież on nim nie jest.
— Lily kiedyś powiedziała coś podobnego — odezwał się powoli Lupin.
— To znaczy?
— Wydaje mi się, że to było wtedy, kiedy Syriusz skarżył się na rodziców, gdy chcieli, aby poślubił kobietę, której nigdy nie spotkał. Lily stwierdziła wówczas, że to nie będzie prawdziwe małżeństwo i nie mogła zrozumieć, dlaczego reszta z nas nie pojmuje różnicy.
— Hmm.
— Czy dla mugoli to naprawę takie inne?
— To znaczy?
— Rzeczywiście uważają, że bez romantycznej miłości małżeństwo nie będzie prawdziwe?
— Nie, nie naprawdę, nie sądzę... — Harry zrozumiał, że nie ma pojęcia, co powiedzieć. — Właściwie, to nie wiem. Przestałem mieszkać wśród mugoli sześć lat temu. Nie znam się za bardzo na mugolskich małżeństwach. Na czarodziejskich zresztą też.
— Tak, pewnie nie.
Harry wpatrywał się w swoje kolana, zagubiony w myślach.
— Harry?
— Przepraszam. Tak?
— Wydajesz się przygnębiony.
— Bo jestem.
— Pomogłoby ci, gdyby przyjaciele odwiedzali cię w twoich kwaterach?
— Oczywiście, już tu kiedyś przyszli i było świetnie. Ale to tylko goście. Potem wracają do swoich dormitoriów, a ja zostaję tutaj.
Milczeli przez chwilę. Harry uniósł wzrok dopiero, gdy Malfoy dotknął jego ramienia.
— Potter? Zrobiło się późno.
— Tak, jasne — odparł Harry, brzmiąc jak ktoś, kto nie ma nadziei. — Skończę za kilka minut.
Malfoy skinął głową, odłożył swoje rzeczy i poszedł przygotować się do snu.
— Czy te rozmowy w ogóle ci pomagają? — spytał Lupin łagodnie.
— Chyba tak. Nie wiem. — Harry westchnął. — Lepiej pójdę do łóżka.
Lupin wyglądał, jak gdyby był tak samo zasmucony jak chłopak.
— Harry...
— Dziękuję. Za to, że mnie słuchasz. Rozumiesz. Porozmawiamy jutro, dobranoc.
Harry przygotował się do snu mechanicznie. Położył się i gapił w sufit, niezdolny do pozbycia się uczucia straty, smutku i zażenowania.
Wszystko działo się tak szybko. Niecały tydzień temu był święcie przekonany, że — jeśli tylko Voldemort niespodziewanie nie pochrzani jego życia — będzie sypiał w gryfońskim dormitorium chłopców z siódmego roku, uczył się mugoloznawstwa i grał w quidditcha. A teraz znajdował się tutaj. Bez swojego dormitorium, bez lekcji mugoloznawstwa, bez quidditcha, leżąc obok człowieka, którego nienawidził przez większość ostatnich sześciu lat.
Spojrzał na spokojną teraz i odprężoną twarz śpiącego Malfoya.
Zmiany następowały zbyt szybko i w przyszłości także miały następować zbyt szybko. Przebywali blisko siebie przez cały czas. Dotykali się przez cały czas — szturchali się, spychali z drogi... i pocierali ramionami, gdy chcieli zwrócić uwagę tego drugiego, pochylali ku sobie, by na lekcjach spojrzeć w swoje notatki, muskali wzajemnie, poruszając się po swoich kwaterach. Pewnego dnia na eliksirach Harry uświadomił sobie nawet, że jego noga lekko dotyka Malfoya pod biurkiem i nie miał pojęcia, jak długo już siedzieli w ten sposób. Zauważył to tylko dlatego, że Malfoy obrócił się, aby przekazać Pansy jakąś drwiącą uwagę na temat jego wypracowania, przez co Harry poczuł na udzie lekki chłód. Nie zauważył samego kontaktu, a jedynie jego brak.
Trochę bardziej widoczne było to dziś rano, gdy obudził się z ręką Malfoya na swoim ramieniu, podczas gdy Ślizgon ciągle spał. Nadal leżeli w oddzielnych łóżkach, jednak przysunęli się bliżej siebie i Harry zaniepokoił się, że którejś nocy jeden z nich spadnie. Pomfrey powiedziała, żeby przyzwyczajali się do myśli, iż niedługo będą musieli sypiać w jednym łóżku.
I zrobią to. Przyzwyczają się do tego, co konieczne. Przyzwyczają się do wszystkiego. Ciągle działali na nerwy jeden drugiemu, ale byli w stanie przez dłuższe okresy czasu zachowywać się w stosunku do siebie w sposób cywilizowany. Czasami nie było w tym żadnego napięcia, jedynie normalne życie. Trudno ciągle okazywać niechęć, za każdym razem, gdy twój... współlokator pyta, czy wiesz, gdzie jest jego krawat. Popadali w rutynę.
Wcześniej nie myślał, że „rozwój” ich wzajemnej relacji okaże się taki łatwy. Szczególnie, że teraz czuł się tym przestraszony.


Koniec rozdziału drugiego
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Akame » 15 lis 2010, o 23:15

Mrau, kolejny rozdział. Ledwo przeczytałam, a już zaczęłam kląć, że muszę czekać do pierwszego, jestem niepocieszona ;)
Więź jak widać rozwija się i to bardzo szybko. W ogóle to trochę przerażające, że muszą być cały czas obok siebie. Jako drarrystka jestem przeszczęśliwa, jak jednak pomyślę racjonalnie... przekichane.
Podobało mi się jak Draco rozmawiał o dziewictwie Pottera na lekcjach. Jestem złośliwcem, którego cieszyło zażenowanie Harry'ego xD Notabene, jest racja w stwierdzeniu, że Draco jako dotychczasowy heteryk, też jest jakby dziewicą ;)
Kolejna rzecz do podobania, (wiwat gramatyka xD) to moment gdy łączą łóżka. Ich wymiana zdań była po prostu urocza, kocham takie ciepełko, pomimo tego, że trudno tam doszukiwać się czegoś innego :D
Odnoszę wrażenie, że dwójka Ślizgonów i dwójka Gryfonów odwiedzających naszych przeklętych, dogada się całkiem szybko, to będzie naprawdę ciekawe.
Zakończenie... no cóż, powiedziałabym, że zdecydowanie pomyślnie wróżące. Takie nic, a cieszy :D

Pozdrawiam obydwie tłumaczki i ich bety i niecierpliwie, jak zawsze czekam na kolejną część :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Miss Black » 15 lis 2010, o 23:28

Pierwszy rozdział był powalający, ten już tylko niezły. Chociaż muszę przyznać, że jestem wielką fanką Malfoy'a. Dlaczego? O, proszę: "? Czyżby błysk zrozumienia w twoim mózgu czuł się zbyt samotny bez towarzystwa innych myśli? Czy właśnie dlatego postanowił cię opuścić?". Była jeszcze masa takich perełek, ale będę dzielna i powstrzymam się przed wklejeniem całości. Jednak najbardziej ujęła mnie jego troska o dobre samopoczucie męża i od tej chwili jestem oficjalnie fanką Ślizgonów, którzy, mówiąc kolokwialnie, wymiatają, podczas gdy Gryfoni nie są w stanie rzucić jednej ciętej riposty. O, przepraszam. Potter'ówi raz się udało.
Natomiast całkiem sobie cenię, że póki co więź rozwija się powoli. Nie licząc "Kamienia", chyba każde opowiadanie oparte na motywie małżeństwa zaczyna się od nocy poślubnej. Tu, chwała Ci Merlinie, sprawy idą innym torem. I mam wrażenie, że Malfoy już zaczął zmieniać swój stosunek do Potter'a. Niemal niezauważalnie, ale zawsze. Chyba odkrył, że nie może się z niego perfidnie wyśmiewać bez uszczerbku na własnej godności. Zobaczymy.

Pozdrawiam i życzę wena.
MB
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron