[T][Z] Do diabła z nienawiścią (11/11)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Donnie » 31 paź 2010, o 13:32

Mam tutaj dla Was coś, co bardzo lubię (inaczej bym się nie brała za tłumaczenie).
Myślę, że czytelnik, który jest w stanie strawić Dracona jako kwintesencję neurotyka i uporać się z narracją typu strumień świadomości, będzie miał — podobnie jak ja — sporą uciechę przy czytaniu tego opowiadania. Nie zdziwię się jednak, jeżeli tekst spodoba się jedynie niewielu osobom ;-)

Moje translatorskie wysiłki dedykuję:

a) Liberi za betę, kibicowanie i cierpliwość (kolejna partia do betowania na dniach, ale dodam szeptem na usprawiedliwienie ewentualnych obsuwów: pamiętaj, że Artur wrócił ;-) );
b) saudade za dwie godziny, które poświęciła mi ostatnio (trzeba mi było zamówić duże latte, to wtedy wyszłyby co najmniej trzy);
c) i last not least Kaczalce nie tyle postimieninowo, ile za całokształt. Wątpię, czy dokopałabym się do naszej ukochanej Bezimiennej bez większego trudu, gdyby nie Ty ;-)



Tytuł oryginału: Bite Me, Hate Memes
Autor: pragnie pozostać anonimowy
Zgoda na tłumaczenie: jest, jak najbardziej, pod warunkiem spełnienia w/w życzenia
Beta: Liberi
Rating: NC-17
Pairing: Harry/Draco, z dużą ilością Pansy i Blaise’a w tle, nieco mniejszą Rona, Hermiony i Narcyzy. W dość niecodziennych konfiguracjach ;-)
Ostrzeżenia: mało parlamentarny język i dość specyficzny charakter tekstu. Możliwe, że przeznaczony jest tylko dla wytrwałych i tylko do takowych będzie w stanie trafić .-)
Tych, którzy lubią symetrię i równomierność, dodatkowo ostrzegam, że rozdziały cechują się dość nieregularną długością, zachowam jednak ich podział zgodnie z oryginałem.
Kanon: stuprocentowo zachowany — jeśli chodzi o kanon Autorki-Widmo. Z kanonem Rowling nie ma (niestety? stety?) zbyt wiele wspólnego ;-)


DO DIABŁA Z NIENAWIŚCIĄ


Rozdział pierwszy


Draco był wściekły. Był wręcz wkurzony na całego. I to do tego stopnia, że zaczął nawet zastanawiać się nad odwołaniem tradycyjnej wtorkowej kolacji z Blaise’em, bo gdy Draco cierpiał na tego rodzaju nastrój, to Zabini zwykł albo przybierać minę zatytułowaną „Draco Malfoy jest popierdolonym szaleńcem i niech ktoś mi powie, czemu ciągle jestem jego przyjacielem”, albo uderzać w filozoficzny ton, nic tylko luz, blues i medytacja, słowem chodzący zen, jakby Draco był dla niego jakąś cholerną drogą krzyżową, próbą, która, kiedyś tam, zakończy się jakimś zbawiennym oświeceniem. Po dwunastu latach przyjaźni, wojnie i trzech małżeństwach (wszystkie Zabiniego), Draco uważał, że poproszenie Blaise’a o rozszerzenie repertuaru reakcji na jego humory nie byłoby zbyt wygórowanym żądaniem.
Kilka razy kopnął biurko, z paradoksalną satysfakcją konstatując, że zrujnował właśnie kolejną parę mokasynów za sześćset funtów. To był następny problem, który doprowadzał go do białej gorączki, a fakt, że nikt inny nie zdawał się nim przejmować, nie przestawał stanowić dla niego zagadki. Dlaczego czarodzieje nie potrafili robić porządnych butów? Pewnej pociechy dostarczał mu fakt, że jeśli dręczyłby go naprawdę, ale to naprawdę zły humor, zawsze mógł wybrać się do mugolskiej części Londynu, uzbrojony po zęby w pozę pełną wyższości i pogardy. Pansy miała ostatnio czelność wytknąć mu, że drażnienie mugolskich sprzedawców nosiło wyraźne znamiona dziecinnego zachowania, co Draco zbił kontrargumentem, że ci zawsze traktowali go jak gumochłonie gówno, wyczuwając, że coś było z nim nie tak. Draco nigdy nie był bardziej szczęśliwy niż w chwilach, gdy jego niedojrzałe zachowanie znajdowało jakieś usprawiedliwienie. Ostatnim razem, gdy odwiedził sklep Bruno Magli*, jakiś dureń stojący za ladą ośmielił się go zapytać, czy jest Amerykaninem. Jedno dyskretne machnięcie różdżką i idiota już ani razu w tym stuleciu nie będzie mógł liczyć na erekcję. Amerykanin! Draco nie poczułby się bardziej obrażony, gdyby ktoś nazwał go, powiedzmy, Puchonem.
Wyczarował Tempusa. Cholera, nie było czasu na drażnienie mugolskich sprzedawców. Co rozwścieczyło go jeszcze bardziej, gdyż był teraz zmuszony iść na kolację do jednej z najlepszych londyńskich restauracji w butach z poobijanymi czubkami. W dodatku tym razem to na niego przypadała kolejka na płacenie.
Doprawdy, życie to padół łez.
Blaise się spóźniał, jak zwykle. Draco wśliznął się do niszy ze stolikiem, próbując usadowić się tak, by nie wystawiać swych butów na ewentualny pokaz oraz niewątpliwą śmieszność i rozpoczął procedurę doprowadzenia się do stanu nietrzeźwości. Kto by sobie zawracał głowę jedzeniem? Kelnerowi, przyjmującemu od niego zamówienie (butelka Bordeaux), zapowiedział jasno:
— Jeśli choć przez sekundę ujrzę tego wieczoru dno kieliszka, to z całą pewnością postaram się, żebyś stracił pracę.
Ostatnia żona Blaise’a nienawidziła Dracona z całych sił. Gdy się tak nad tym zastanowić, to w zasadzie wszystkie jego żony go nie cierpiały, z tym, że ta właśnie była skończoną wariatką, nigdy nie używającą słów po to, by wyrazić swe niezadowolenie, skoro tę rolę mogły przejąć miotane przez nią lampy. Blaise, którego magiczna specjalizacja zasadzała się wyłącznie na bazie nieprzyzwoitej wręcz zdolności do rzucania zaklęć seksualnych, był zmuszony do zostania swego rodzaju ekspertem od zaklęć uzdrawiających. Jak trzeba, to trzeba: niezwykłe okoliczności wymagają niezwykłych środków. Gdy Blaise wreszcie przekroczył próg restauracji, Draco dostrzegł na jego czole jedynie cienką, ginącą u nasady włosów rysę, pozostałość po dość paskudnym cięciu. Wyglądało na to, że uzdrawianie wychodziło mu coraz lepiej.
— Widzę, że Małgorzata nie posiadała się z radości na wieść o tym, że zamierzasz wyjść dziś ze mną na kolację — powiedział Draco, dając znak kelnerowi, który bezzwłocznie, jak za dotknięciem różdżki, wyczarował szklankę z ginem martini, stawiając ją przed Blaise’em.
Jeszcze jedna wkurzająca rzecz do kolekcji: miłość Blaise’a do mugolskich drinków. Zabini nabawił się tego afektowanego zwyczaju od swej żony numer dwa, Amerykanki imieniem Trixie. Draco nauczył się nie ufać koktajlom tego typu po tym, jak na zeszłorocznym balu bożonarodzeniowym w ministerstwie urżnął się w trupa jakimś świństwem o nazwie hand grenade, wskutek czego on i Potter zafundowali sobie wzajemnie podbite oczy w prezencie świątecznym. Gdyby następnego ranka po balu kazano mu wybrać kolejnego drinka, wolałby uraczyć się autentycznym koktajlem Mołotowa — nawet perspektywa stanięcia w płomieniach wydawała mu się lepsza od kaca-giganta, który dopadł go zaraz po przebudzeniu. Sama woń ginu do dziś wystarczała, żeby Draco poczuł bardzo sugestywny przypływ tamtej udręki.
Żona numer trzy była najmłodszą córką jakiegoś polskiego wielmoży (Blaise nigdy nie wyrażał się o nim inaczej niż „liczykrupa z Zamościa z różdżką”) i zarazem charłaczką, co wyjaśniało po części rzucanie lampami zamiast zaklęciami. Zasadniczo można by uznać to za błogosławieństwo, ponieważ ta kobieta była naprawdę niezrównoważona psychicznie — a zważywszy na całą populację wariatów w rodzinie Malfoyów i Blacków (tu mały ukłon w stronę cioci Belli), Draco mógł się uważać za swoistego eksperta w dziedzinie szaleństwa. Żony Blaise’a zawsze były dobrze sytuowane, zgodnie z jego jedynym, niepodważalnym, mierzalnym w złocie standardem. Jeśli jakaś baba miała kasę, nazwisko i kutas Zabiniego stawały się jej własnością. Gdy pewnego razu Draco stwierdził, że jabłko nie pada zbyt daleko od matczynej jabłoni, z tą jedyną różnicą, że każda z żon Blaise’a kończyła ich krótkie małżeństwo jako żywa osoba, Zabini odpowiedział: „To znaczy, że albo sam zaczniesz lizać tyłek jakiemuś potężnemu czarodziejowi, a na dzień dzisiejszy jedynym możliwym do zaakceptowania kandydatem jest Potter, albo będziesz musiał utrzymywać cały sztab osiemnastoletnich sekretarek. Tak á propos: co słychać u twojej matki?”
Odpowiedź ta nie nabrała dla Dracona żadnego sensu nawet wtedy, gdy później dokładnie ją przemyślał. Meandry logiki Blaise’a owocowały często w owym czasie wypowiedziami porażającymi potwornie inteligentnym i błyskotliwym brzmieniem. Zabini był jedyną osobą na tej planecie, nie licząc jego matki, która przy pomocy erupcji pokrętnej logiki albo i bez niej, potrafiła skutecznie skłonić Dracona do milczenia. Oczywiście, był jeszcze Potter, ale jedyną rzeczą, którą umiał zrobić, by zmusić Dracona do milczenia, było wepchnięcie mu pięści do gardła.
— Wygląda na bezpośrednie trafienie. Któregoś pięknego dnia ta baba cię zabije, Blaise.
— No cóż, ma temperament. Tym razem to była lampa w gabinecie. Waterfordzki kryształ — uśmiechnął się Blaise, wzruszając ramionami, filozoficzno-medytacyjnie-zenowsko jak sama cholera.
— To pieprzona wariatka. Kiedy zamierzasz skończyć z tym nonsensem i nareszcie ożenić się z Pansy? Gdy się pobierzecie, przestanie robić podchody do zarządzania moim życiem. — Było to wierutnym kłamstwem, ale kłamstwem wygodnym dla wszystkich. — Jest twoją kochanką od ośmiu lat i na całej wyspie nie znajdziesz nikogo, kto by potrafił obciągać lepiej niż ona.
Fakt ten Draco mógł jak najbardziej poświadczyć. Relacje między nimi trojgiem cechowała ekstremalna płynność. Co oznaczało, że dość często pieprzyli się wzajemnie. Określenie tego układu jako „kumple do łóżka” niezupełnie oddawało stan rzeczy. Już raczej „najlepsi przyjaciele do łóżka”. Draco i Blaise nie robili tego już od dość dawna, a jeśli w ogóle, to albo dla uczczenia starych, dobrych czasów, albo gdy właśnie obaj mieli ochotę na kutasa. Pansy jednak miała skłonność do używania Dracona w celu wywołania zazdrości w Blaisie, gdy tylko na horyzoncie pojawiała się jakaś nowa żona. Blaise nie przejmował się jej zabiegami ani odrobinę, ale z radością udawał, że jest wręcz odwrotnie, mówiąc Draconowi: „Nie psujmy jej zabawy, niech się tym cieszy”. Szybko okazywało się, że małżeństwa Zabiniego mają bardzo krótkotrwały charakter, a żadna nowa żona nie ma szansy stać się starą żoną. W efekcie Draco tonął w oparach dzikiego seksu, nie miał więc na co się skarżyć. Pansy, przekonana, że pieprząc Malfoya wbija szpilę Zabiniemu, również nie miała na co narzekać. Blaise zaś beztrosko rżnął swą nowiutką żonę oraz Pansy, zapełniając jednocześnie swe konto bankowe po brzegi. Wynikiem była pełna satysfakcja na każdym z trzech frontów. Draco zazwyczaj nie postrzegał możliwości małżeństwa między jego przyjaciółmi jako problemu, podobnie jak żywił nabyte swego czasu, niezbite przekonanie, że ślubna obrączka na palcu Pansy nie miałaby absolutnie żadnego wpływu na ich wzajemne, korzystne układy. Choć, z drugiej strony, gdy się nad tym głębiej zastanawiał, puszczalski styl bycia Pansy oparty był głównie na chęci dokuczenia Blaise'owi, a skoro powód do zemsty przestałby istnieć, to czy dalej chodziłaby do łóżka z nim, Draconem? Hmm. Do tej pory jeszcze nigdy nie zastanawiał się nad takim obrotem sprawy.
Draco nigdy nie rozumiał, dlaczego ludzie zwykli aż tak komplikować sprawy seksu. Są kutasy. Kutasy lubią dziury. Nie trzeba być zbyt wybrednym co do rodzaju dziury, o ile tylko jest gorąca i chętna. I najlepiej mokra lub nawilżona. A teraz sytuację należy odwrócić. Dziury lubią kutasy. Najlepiej duże. Nie chodziło o to, że Draco przykładał największą wagę do rozmiaru czy coś w tym rodzaju. Hmm, zdecydowanie nawilżona. Dziura, znaczy się. No, i kutas też, jasne, chociaż czasem wolał nieco brutalniejszą zabawę. Do tej pory Pansy nie robiła żadnych dziwnych aluzji dotyczących seksu, takich jak na przykład zakończenie ich łóżkowej przygody, jeśli naprawdę miałaby wyjść za Blaise’a, z drugiej jednak strony, co miał znaczyć jej cholerny wybuch dzisiejszego popołudnia? Było to trochę niepokojące.
Ponad godzinę zabrało jej wydzieranie się na niego: „Przejrzyj wreszcie na oczy, Draco! To naprawdę zaczyna robić się bardziej niż dziwne! Wszyscy mamy tego po dziurki w nosie!” Potem nastąpiła cała masa krzyków poświęconych związkom i miłości oraz „Masz to przed samym nosem, Draco, i to od lat!”, następnie jeszcze więcej wrzasków, zakończonych gniewnym „Jedyną bardziej wkurzającą osobą od ciebie jest Potter. Obaj zasługujecie na siebie.” A pytanie Dracona, co, jej zdaniem, podbite na balu bożonarodzeniowym oczy mają tu do rzeczy, wzbudziło w niej najprawdziwszą, żywą agresję.
Draco za nic w świecie nie był w stanie zrozumieć, o czym ona, do diabła, wrzeszczała, ale najwyraźniej miało to coś wspólnego z dręczącą ministerstwo paradą nienawiści. Na koniec powiedziała: „Draconie Malfoyu, jestem bliska rzucenia na ciebie klątwy, jak nigdy jeszcze w całym moim życiu. Jestem na ciebie nawet bardziej wściekła niż wtedy, gdy postanowiłeś udekorować moimi stanikami choinkę w pokoju wspólnym. A teraz aportuję się do Paryża i wydam przynajmniej dwieście funtów w Sephorze. Twoje szczęście, że kocham kosmetyki”, po czym wyparowała z biura, pozostawiając Dracona z uczuciem bezbrzeżnego zdumienia i podejrzanego świerzbienia między nogami. Przypuszczał, że rzuciła jednak zaklęcie albo dwa, bowiem jaja rozswędziały mu się jak sama cholera, gdy tylko Pansy wyszła z pomieszczenia.
Ponieważ Draconowi nigdy nie zdarzyło się być z kimś w związku trwającym dłużej niż dwa tygodnie (pomijając luźne układy z Blaise’em i Pansy), nie miał zielonego pojęcia, o co jej chodziło. Jak można było się kimś nie znudzić? No dobra, jeśli Pansy naprawdę wykopie go ze swego łóżka, to znajdzie sobie kogoś innego do niezobowiązujących figli. Nie powinno być z tym większego kłopotu. Może przydałby się teraz jakiś kutas, tak dla odmiany. Obecnie miał aż nadto cipek, to nie ulegało wątpliwości. Poza tym pojawiłby się dodatkowy bonus w postaci Blaise’a przychodzącego punktualnie na ich cotygodniowe kolacje. No i Pansy, w przeciwieństwie do obecnej żony Zabiniego, go lubiła. Przeważnie.
— Mówię serio, Blaise. Twoje żony stają się coraz dziwniejsze z każdym sakramentalnym „tak”. Myślałem, że nie może być gorszej od tej Amerykanki. Mam dość odwiedzania cię w twoim mieszkaniu, nie wiedząc, czy jakaś polska suka nie rozwali mi łba lampą, ponieważ jest akurat czwartek i czemu miałaby sobie odmówić ataku morderczej furii. Wszystkie porządne żony tak robią. Zaczyna powoli zbliżać się do półrocznej granicy, prawda? Rzuć ją i ożeń się z Pans. Przynajmniej przestałbyś się spóźniać na nasze kolacje.
— Ach, czyli mamy jeden z tych dni. Swoją drogą, Pansy przysłała mi sowę, stąd wiem, że darła z ciebie pasy. O, wiem i to, że Sephora wypuściła właśnie jesienną kolekcję. Co zdołało ją już trochę ułagodzić, tak więc pewnie jutro rano znów zacznie się do ciebie odzywać. A jeśli nie, to przynajmniej będzie ładnie wyglądać. Nie opisała mi całej historii, ale pojąłem jej sedno. Naprawdę, Draco, muszę przyznać jej rację. To zaczyna robić się śmieszne. — Blaise obdarzył go uśmiechem kota z Cheshire i stało się jasne, że agenda dzisiejszego wieczoru przewiduje pieprzone, mistyczno-zenowskie wydanie Blaise’a Zabiniego. Merlinie! Nie czekając na komentarz Dracona, Blaise kontynuował: — Czemu jesteś tak wkurzony? Wlewanie w siebie czerwonego wina, a idę o zakład, że to już druga butelka, oraz maltretowanie solniczki i pieprzniczki są zwykle wyraźnym znakiem, że się na coś wściekasz, podobnie jak jest nim sugestia, że mógłbym uczynić Pansy stateczną kobietą. Potrafię rozpoznać, kiedy jesteś na skraju apopleksji.
Jak gdyby Draco i tak nie był już bliski chodzenia po ścianach ze złości, to fakt, że Blaise właściwie zinterpretował jego nastrój, mocno wzmógł jego irytację. Dlaczego, do diabła, jego najlepszym przyjacielem nie mógł być ktoś całkiem obcy?
— Kłótnia z Pansy to pikuś. Jestem kurewsko zmęczony. Shacklebolt wysłał mnie na misję handlową pod hasłem „osiem krajów w sześć dni”. Cała ta delegacja była jednym wielkim pasmem porażek kulinarnych, a każda lampka wina smakowała jak szczyny jednorożca. Jedynym porządnym posiłkiem, jaki udało mi się dostać w tym czasie, była kolacja u matki. Zrujnowana zresztą przez incydent ze świstoklikiem: zamiast przenieść mnie z Rzymu do Londynu, jej kompletnie niekompetentny sekretarz wysłał mnie do Osaki. Wiesz, co sądzę o Japończykach, Blaise. Malfoyowie nie biją niskich pokłonów. Wracam więc, a w pracy czeka już na mnie cała góra sów do przebrnięcia. Ledwo co siadam przy biurku, a wlatuje pilna wiadomość od Shacklebolta, żądającego mojej obowiązkowej obecności na popołudniowej naradzie. Plecy pękają mi z bólu od tych cholernych japońskich ukłonów. Ten pierdolony dureń Marco dostanie ode mnie wyjca, gdy tylko znajdę czas…
— Trudno znaleźć naprawdę dobrego pomocnika — mruknął Blaise. — Twoja matka nadal ma słabość do brunetów? — zapytał, nonszalancko odrzucając do tyłu opadający mu na twarz (jak najbardziej ciemny) kosmyk.
Był to jeden z tych momentów, w których Draco z całych sił pragnął, by Blaise nie był jego najlepszym przyjacielem, ponieważ, pal licho różdżki, potężny zamach i prawy sierpowy prosto w szczękę stanowiłby idealne ukoronowanie idealnie spapranego dnia. Ale wtedy Pansy przemieniłaby się w bombę atomową, a jego życie służbowe w jeszcze większy horror, niż już było. Co go podkusiło, żeby zatrudnić ją jako swoją asystentkę? Teraz nie mógł nawet walnąć Blaise’a tak, jak sobie na to zasłużył. Relacje łączące Zabiniego z jego matką nosiły wszelkie znamiona rzeczy, w które nawet sam Draco Malfoy nie zamierzał wnikać. Podczas gdy on wraz z innymi wystawiał swój tyłek na ryzyko paskudnych klątw rankiem, w południe i wieczorem, podczas gdy dokoła ludzie padali trupem jak pieprzone muchy (Draco nadal nie był w stanie wymówić imion Vince’a i Grega na głos), wystarczało, żeby choć słówkiem wspomniał Narcyzie jej wymuszoną przez wojnę emigrację, by ta z uśmiechem na twarzy odpowiadała: „Blaise był mi tak wielkim wsparciem”.
Draco postanowił więc raczej zignorować ostatnie pytanie. Której to reakcji Blaise się z pewnością spodziewał.
— Co z tą naradą?
Draco zignorował również subtelną drwinę w głosie Zabiniego. Wizytówka Blaise’a, jeżeli miałby dość jaj, by takową wydrukować, nosiłaby napis złożony z czterech słów: „Blaise Zabini, zawodowy mąż”. Blaise nigdy nie rozumiał pociągu Dracona do pracy, choć nie umykała mu ironia wynikająca z sytuacji, że Blaise odgrywał arystokratę, a Draco zwykłego, zmuszonego do pracy zarobkowej zjadacza chleba.
Draco miał dość wyjaśniania, że jeśli jego ojciec zaprzepaścił swe szanse zostania ministrem magii, zdając się na rozkazy największego psychopaty, jakiego Draco miał kiedykolwiek sposobność oglądać (w czym, jak musiał stwierdzić, tkwił niepodważalny dowód szaleństwa jego własnego ojca, bo kto przy zdrowych zmysłach godzi się na przyjmowanie poleceń od osoby, która zaniedbuje rzucenie kamuflażu na własny, gadzi nos), nie znaczyło to automatycznie, że marzenia Dracona o uporządkowaniu wszystkich spraw skazane są na niepowodzenie. Praca w ministerstwie wydawała się sensownym sposobem na przywrócenie szacunku ich rodowemu nazwisku. Mimo zasług wojennych Dracona, liczba wyznawców bzdurnej maksymy o przenoszeniu grzechów z ojca na syna nie zmalała nawet po pięciu latach od tamtych wydarzeń. Nie wspominając już o tym, że powoli zaczął mieć wystarczająco kompromitującego materiału na potencjalnych rywali i potrafił przypodobać się tym, którzy mogliby okazać się pomocni w przyszłej wspinaczce po szczebelkach kariery. Krótko mówiąc, parę lat harówki w służbie ministerstwa, a będzie mógł przywitać się z prawie nieograniczonymi wpływami i dać wreszcie odpocząć swej zapracowanej dupie. Z pewnością nie zatrudnił się dla pieniędzy, gdyż miał ich całe mnóstwo. Możliwe, że jego ojciec był szalony, ale z pewnością nie głupi. Każda większa europejska stolica posiadała własną filię Gringotta, a w każdej z nich istniało konto założone na nazwisko Malfoy. Nie! Robił to dla władzy i wpływów. Za każdym razem, gdy zaczynali dyskutować z Zabinim o władzy i o tym, co znaczyła, Blaise zawsze milkł w chwili, gdy padało imię Voldemorta. Co Draco odbierał jako paskudne tchórzostwo z jego strony. Efektywne w dodatku. Blaise nigdy nie przegapił okazji, by zadrwić z ambicji Dracona. Dlatego też Draco nigdy nie czuł się winny, gdy obrażał żony Blaise’a.
Czasem, w samym środku nocy, Draco zadawał sobie pytanie, czy gdyby Blaise nie był pod tym względem takim intelektualnym dupkiem, to byłby w stanie zrozumieć tę kwestię. Ponieważ był człowiekiem, którego nic nie mogło wytrącić z równowagi. Co sprawiało, że zawsze zachowywał absolutny spokój. Co z kolei w pokrętny sposób znaczyło, że Blaise miał już władzę, bo nikt nie był w stanie mieć jej nad nim. Draco zaś popadał z każdego możliwego powodu w niemożebną złość, choć gdyby ktoś wytknął mu tendencję do nieuzasadnionych wybuchów gniewu, z pewnością żywo by zaprzeczył. Niekiedy Draco zastanawiał się, co trzymało ich trójkę przy sobie. W niektórych ponurych chwilach podejrzewał, że są razem tylko dlatego, gdyż wśród Ślizgonów z ich roku byli jednymi z niewielu, którym udało się przeżyć.
Kelner przyniósł jedzenie, Draco odsunął jednak postawiony przed nim talerz i pociągnął kolejny łyk wina.
— Narada dotyczyła łańcuszków nienawiści, zalewających ministerstwo.


Koniec rozdziału pierwszego


* Bruno Magli to włoski projektant mody wyspecjalizowany w produkcji luksusowego obuwia.
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Aevenien » 31 paź 2010, o 13:37

[autor docelowy - behemot7]

Ok, podobało mi się. Nawet bardzo.
Po pierwsze - uwielbiam Blaise'a. Właściwie zawsze, gdziekolwiek się pojawi, uwielbiam faceta, a tutaj pojawił się w swojej cudownej, przyjacielskiej, filozoficzo-złośliwo-wyluzowanej wersji już w drugim zdaniu. Po drugie - uwielbiam opisy em, relacji przyjacielskich. Nawet tak pokręconych i z bonusami łóżkowymi (a może zwłaszcza?). Po trzecie - lubię takie obfite wprowadzenia, przedstawianie postaci. Neurotyczny Draco jak najbardziej mi pasuje, tego typu narracja też. A sam tekst... ciekawy, słodko-gorzki, ze sporą ilością perełek.
Ach, i oczywiście Potter, nie zapominajmy, że to ma być drarry. Pansy i Blaise chcą uświadomić Draco w kwestii Harry'ego? Jeśli tak, to trochę dziwnie, jakby ten pomysł nieco mi nie pasuje do tego tekstu, ale cóż, zobaczymy. No i oczywiście powaliła mnie Małgorzata. I całą swoją... specyficzną osobą, i polskim pochodzeniem. Aż sobie zajrzłam, jak pir wyszło napisanie tego Zamościa...
Tłumaczenie oczywiście bez zarzutu. Dobrze, nie bablam więcej, po prostu bardzo się cieszę, że postanowiłaś przetłumaczyć ten tekst Pozdrawiam ciepło i Ciebie, i Liberi i czekam niecierpliwie na kolejny rozdział.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Miss Black » 31 paź 2010, o 13:46

To opowiadanie sprawia wrażenie jakby czytelnik wpadł do osobistej myślodsiewni Draco, która w dodatku posiada funkcję legilimencji właściciela. Co ogromnie mi się podoba, bo w końcu tym sposobem mamy chyba tyle Draco, ile tylko jest możliwe. Jednak muszę przyznać, że pod koniec zastanawiałam się, o jakie znowu łańcuszki nienawiści chodzi i czemu, na Merlina, Draco o tym wspomina. Te zawiłe dygresje pomiędzy pytaniem a odpowiedzią mogą trochę wytrącać z równowagi. Niemniej polska żona Zabiniego, która zapewne ma jakieś powiązania z Zamoyskimi, bardzo przypadła mi do gustu. Podobnie jak Pansy próbująca uświadomić Malfoya (który dla odmiany jest tym mało zorientowanym w sytuacji), by po stosownej tyradzie udać się na zakupy do sklepy tak przeciętnie przyziemnego dla zwykłego mugola jak Sephora. Nieco mnie to zaskoczyło, no bo co w końcu: pójdę sobie juro kupić błyszczyk, a obok Pansy będzie testować nowy lakier do paznokci Diora w kolorze ślizgońskiej zieleni? Toż to nieco surrealistyczne! ;) Z kolei wywód naszego arystokratycznego dupka na temat seksu ukazał po raz kolejny, że mężczyźni niezależnie od orientacji są szalenie uroczy w swej prostolinijności. W ogóle mam wrażenie, że to całkiem nowa wersja Draco i nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek spotkała się z podobną. Może dlatego, że większość drarry pisana jest niestety z perspektywy Potter'a. Swoją drogą ciekawe czemu?
Podsumowując, opowiadanie ma swój klimat i nie mogę się doczekać dalszego ciągu. W końcu nie co dzień pojawia się nowe tłumaczenie Donnie, a po "Czarnym zwierciadle" zacieram tylko ręce w oczekiwaniu na następne części porządnej pisarskiej roboty. No, i translatorskiej oczywiście.
Pozdrawiam i życzę wena.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Kaczalka » 31 paź 2010, o 13:47

Na najpierwszy początek powiem, że tego się normalnie czytać nie da. Przez jakiś czas się łudziłam, że po polsku będzie strawniejsze, niż po angielsku. No i dupa. Może jest bardziej zrozumiałe, ale i tak każde zdanie muszę czytać dwa razy. I dobrze. Mam podwójną przyjemność.
...rozpoczął procedurę doprowadzenia się do stanu nietrzeźwości.

Tjaaa, skąd ja to znam. Zazdroszczę Draco, on ma na pewne dużo słabszą ode mnie głowę, choć zdecydowanie mocniejszy żołądek.

Boziu, dlaczego ONA nie lubi Słowian? (nawet nie chcę myśleć, że tylko Polaków, choć dowody na to wskazują, polska suka? bo wtedy musiałabym ją znielubić, a boję się, że bym nie potrafiła). Co do niechęci do Japończyków zgadzam się całkowicie.
Pansy jest CUDOWNA, od dzisiaj biorę ją sobie za przykład (cii, liczy, liczy, 200 funtów to tylko niecały 1000 złotych, dobra, stać mnie, najwyżej w tym miesiącu nie będę palić). Nic tak nie poprawia humoru jak wydanie na siebie na raz tyle kasy.
Komentarz totalnie nieskładny, ale pisany na fali zachwytu. Całkowicie spontanicznie, nawet nie będę czytać tego, co napisałam.
I tak na koniec powiem, że jeszcze nie tak dawno sądziłam, że nikt, absolutnie nikt tego fika nie przetłumaczy. Będę Cię po wsze czasy wielbić za to, że rozwiałaś moje wątpliwości. Być może taki Draco to tylko wymysł starej baby, ale jakże się cieszę, że prawdziwe wariatki ciągle istnieją :*
Bardzo, bardzo dziękuję za dedykację. W zamian masz tu ode mnie mały prezencik.
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Akame » 31 paź 2010, o 13:47

Słowotok. Zalałaś nas istnym słowotokiem xD Nie chcę wiedzieć, jak coś takiego się tłumaczy, bo to przerasta moje możliwości i mózg po prostu mi się lasuje. Jedno jest pewne, diablo trudno, a Ty oczywiście wybrnęłaś z tego perfekcyjnie, co tylko potwierdza to co widziałam już wcześniej ;)

Tak, jeżeli ktoś miałby pytania w kwestii tego, czy autorka zdoła nas jeszcze czymś zaskoczyć, to właśnie zostały one rozwiane. Jestem zaskoczona, a przy tym bardzo szczęśliwa mogąc to przeczytać. (Nawet nie otwieram mojego cudownego guglo-tłumacza, bo pociąłby się biedak na pierwszym zdaniu. Chociaż skręca mnie z ciekawości, co też będzie dalej.)
Relacje pomiędzy Draco-Pansy-Zabinim, genialne. Uwielbiam kiedy są uwikłani w takie pokrętne, wyzbyte wszelkiej moralności związki, a przy tym pozostają najlepszymi przyjaciółmi.
Kreacja bohaterów oczywiście mistrzowska (czy ktoś miał jakieś wątpliwości?). Malfoy z jego humorkami, Zabini ze swoim stoicyzmem i Pansy, która wydaje na siebie małe fortuny aby poprawić sobie humor (jak ja dobrze ją rozumiem xD).
Donnie napisał(a):?Przejrzyj wreszcie na oczy, Draco! To naprawdę zaczyna robić się bardziej niż dziwne! Wszyscy mamy tego po dziurki w nosie!? Potem nastąpiła cała masa krzyków poświęconych związkom i miłości oraz ?Masz to przed samym nosem, Draco, i to od lat!?, następnie jeszcze więcej wrzasków, zakończonych gniewnym ?Jedyną bardziej wkurzającą osobą od ciebie jest Potter. Obaj zasługujecie na siebie.? A pytanie Dracona, co, jej zdaniem, podbite na balu bożonarodzeniowym oczy mają tu do rzeczy, wzbudziło w niej najprawdziwszą, żywą agresję.

No i jak się nie uśmiechnąć? Pansy jest bezbłędna, polubiłam ją niesamowicie w Świetle i do dziś mi to zostało. Idealnie nadaje się na przyjaciółkę aroganckiego despoty.
Donnie napisał(a):Żona numer trzy była najmłodszą córką jakiegoś polskiego wielmoży (Blaise nigdy nie wyrażał się nim inaczej niż ?liczykrupa z Zamościa z różdżką?) i zarazem charłaczką, co wyjaśniało po części rzucanie lampami zamiast zaklęciami. Zasadniczo można by uznać to za błogosławieństwo, ponieważ ta kobieta była naprawdę niezrównoważona psychicznie ? a zważywszy na całą populację wariatów w rodzinie Malfoyów i Blacków (tu mały ukłon w stronę cioci Belli), Draco mógł się uważać za swoistego eksperta w dziedzinie szaleństwa. Żony Blaise?a zawsze były dobrze sytuowane, zgodnie z jego jedynym, niepodważalnym, mierzalnym w złocie standardem. Jeśli jakaś baba miała kasę, nazwisko i kutas Zabiniego stawały się jej własnością. Gdy pewnego razu Draco stwierdził, że jabłko nie pada zbyt daleko od matczynej jabłoni, z tą jedyną różnicą, że każda z żon Blaise?a kończyła ich krótkie małżeństwo jako żywa osoba, Zabini odpowiedział: ?To znaczy, że albo sam zaczniesz lizać tyłek jakiemuś potężnemu czarodziejowi, a na dzień dzisiejszy jedynym możliwym do zaakceptowania kandydatem jest Potter, albo zaczniesz utrzymywać cały sztab osiemnastoletnich sekretarek. Tak a propos: co słychać u twojej matki??

Przepraszam, wiem, że cytat długi, ale to po prostu perła w koronie tego rozdziału. I niech mi ktoś powie, że autorka nie jest mistrzynią języka. Kiedy tak czytam jej teksty, dochodzę do wniosku, że cieszę się, iż nie poznałam nigdy tej pani osobiście. Kobieta, która potrafi coś takiego napisać, jawi mi się jako ktoś, kogo śmiało można nazwać osobą o żmijowym języku. Opcje są dwie, albo bardzo bym panią polubiła, albo... cóż bardziej skłaniam się ku opcji - Zabójstwo w afekcie ;P

Zapowiada się rewelacyjnie. Zabini i jego bogate żony mnie urzekli, a rzucanie lampami (oryginalnie, przeważnie są to talerze, lub z co jest dla mnie zupełną niewiadomą przyciski do papieru) w przypływie furii naprawdę zabawne i o wiele ciekawsze od klątw. Już jestem ciekawa co będzie dalej, zwłaszcza, że Liberi wredna maupa od kilkunastu dni podskakiwała ze szczęścia, piejąc nad genialnością tekstu, co muszę przyznać, przyprawiało mnie o głęboką frustrację i chęć wyciągnięcia pazurów, że ona JUŻ WIE, a ja nadal jestem nieoświecona. Sprawiało jej jakąś sadystyczną radość rzucanie mi wieloznacznych podtekstów, które o samym opowiadaniu nie mówiły mi nic, za to wzmagały chęć zrobienia jej krzywdy. Po którymś tam z kolei nerwowym papierosie, moja kulturalna osoba wyciągnęła środkowy palec, nadal żyję, czyli zostało mi wybaczone ;) No same powiedzcie, każdy by się załamał, to jak machanie szklanką wody komuś kto czołga się po pustyni O.o Zua kobieta!

Wreszcie usatysfakcjonowana Akame, pozdrawia cieplutko, życząc weny, weny i ciesząc się jak wariatka, że wreszcie wróciłaś :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Aevenien » 31 paź 2010, o 13:52

[autor docelowy - Aly]

No i nic nie pozostało po moim postanowieniu o nie komentowaniu przed samym końcem.

Zastanawiało mnie dlaczego autorka widmo (przypomina mi to Windę Widmo moją traumę z dzieciństwa pana Lemonego Snicketa) chciała pozostać anonimowa. I wszystko wyjaśniło się o dwóch słowach: Polska suka. Koniec cytatu. Boże... Ona chyba większości narodowości nie lubi. Ameryki, Polski i Japoni ( w sumie z tym się zgadzam pomijając to, ze Japonia stworzyła anime yaoi przez które pokochałam męsko męskie pairingi. )

W tym miejscu, chce oświadczyć, że Blaise jest cudowny, niesamowity i po prostu dzięki tak wspaniałej postaci mogę wybaczyć wszystko autorce. Kibicuje mu i Pansy.
Pansy... to jedyny FF w, którym ją polubiłam. Znaczy w Światełku też nie była wcale taka zła. No, ale ta jej twarz jak u mopsa... ( Kolejny interesujacy pomysł pani R.).

Rzucanie lampami. Genialny pomysł. jak ktoś wspomniał wyżej jest do dużo ciekawsze od klątw. A lampą można naprawdę krzywdę komuś zrobić. Ja , oczywiście nie chcący, jak byłam małym dzieckiem jeszcze w ogóle nie z Drarryzowanym, złamałam brat nos. :D

Kocham Draco i jego prostolinijność!

Dzięki wielkie za tłumaczeni.
Życzę weny.
Aliśka
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 31 paź 2010, o 14:02

O tym opowiadaniu wspominała mi już Kaczalka i muszę powiedzieć, że co by nie było dalej będę czytać, komentować i się zachwycać, bo już zdążyłam pokochać Draco z poobijanymi czubkami butów za sześćset funtów, Blaise'a z żoną rzucającą go lampami i Pansy przepuszczającą pieniądze w Sephorze. Podoba mi się strasznie narracja i ten strumień świadomości, jak sama piszę (o tym lepiej cicho sza), to najlepiej wychodzi mi właśnie coś takiego i opisy :) W każdym razie biję pokłony, bo spojrzałam na tekst w oryginale i dużego skupienia wymaga ode mnie samo czytanie, nie wiem jak jest z rozumieniem, bo czytałam tylko kawałek i mimo że udało mi się zrozumieć, to domyślam, się, że z wieloma fragmentami miałabym mniejsze czy większe problemy, także mogę się tylko domyślać jak trudne jest tłumaczenie i jak dużego talentu wymaga. A po tym co tu przeczytałam mogę tylko powiedzieć, że zazdroszczę i wiele bym dała, żeby tak tłumaczyć. Ale nie ukrywam, że też mnie to trochę zmotywowało do pracy nad sobą, bo pisać może nie umiem najlepiej, ale tłumaczenie mogę z pewnością udoskonalić. W każdym razie, jeszcze raz wielkie brawa dla Ciebie i dla bety oczywiście, bo nawet najmniejszy zbłąkany przecinek nie wpadł mi w oko.

Z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnych części, nawet jeśli zaraz siądę i przeczytam oryginał. No i obiecuję grzecznie komentować, zresztą zaraz zacznę komentować i czytać wszystko co tu jest, bo wstyd przyznać, ale ostatnio byłam strasznym pasożytem i tylko czytałam, nic nie komentując.

Dużo czasu i chęci do tłumaczenia życzę!
Pozdrawiam serdecznie
Aev
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 31 paź 2010, o 14:04

[autor docelowy - Mamta]

Znam to opowiadanie i bardzo lubię.
Udało Ci się uchwycić lekki styl autorki i przenieść na nasz rodzimy język. Gdy czytałam je w oryginale, wydawało mi się to największym problemem.
Będę czekać z niecierpliwością na ciąg dalszy. I na Pansy, bo jest świetna w tym opowiadaniu.
Mam ochotę spojlerować, więc będę już tylko życzyć powodzenia.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Donnie » 31 paź 2010, o 14:04

Jestem naprawdę zaskoczona, że pojawiły się komentarze, i to w ilości przekraczającej moje oczekiwania o jakieś 150%. Spodziewałam się, że większość forumowiczów porzuci ten tekst po dwóch akapitach, bo nie da się przedzierać przez niego bezboleśnie. A, właśnie — jeśli poczujecie konieczność przeczytania jakiegoś zdania dwa lub nawet trzy razy pod rząd, zanim ono do was dotrze, to wszystko jest tak, jak być powinno. Pamiętajcie, że podążacie za tokiem myślenia kompletnego neurotyka ;-)

Liberi, moja wdzięczność za twą staranną i analityczną betę jest niezmierna!


Rozdział drugi


Blaise uniósł brew na znak zdziwienia.
— Ktoś wykorzystał wewnętrzny system wymiany informacji w ministerstwie do rozsyłania anonimowych łańcuszków o dość nienawistnej treści. Pierwszy taki pojawił się pod koniec zeszłego tygodnia, gdy byłem w Rumunii. Nigdy nie cierpiałem twojego dziwacznego Rumuna. Zakład, że Marcus Flint ma rumuńskie korzenie, a dobrze wiesz, jaki był z niego zboczony świr, teraz jednak nienawidzę całego ich kraju. Blaise, ja nie żartuję. Jestem przekonany, że główne danie, które mi zaserwowali, to nic innego jak wysmażone gówno testrala, ułożone na gniazdku z makaronu. Co, jak mi się wydaje, miało korespondować ze szczynami jednorożca, które podali do picia. Obie te rzeczy zawierają w sobie, hmm, pewien pierwiastek hippiczny. Nawet bez udziału prawdziwych koni. A deser? Pomyślałbyś, że nic nie będzie w stanie zakasować horroru z głównym daniem, ale, jak się okazało…
— Draco.
Draco westchnął w duchu, ponieważ głos Blaise’a dobitnie świadczył o najgorszym z możliwych, absolutnie denerwującym, potrafiącym zmieścić całe pokłady nagany w jednym jedynym słowie, wydaniu zenu. Draco słyszał kiedyś od kogoś, że Innuici mają dwadzieścia różnych słów na określenie śniegu. Nie miał wprawdzie pojęcia, kim, do diabła, byli owi Innuici, ale wywnioskował, że nie używaliby tak wyspecjalizowanego języka, gdyby ich jajom nie groziło odmrożenie i odpadnięcie od ciała — bo jeśli ktoś ma dwadzieścia słów nazywających rodzaje śniegu, ilość takowego dokoła musi być pokaźna. A jeśli Shacklebolt, sugerując cel kolejnej podróży służbowej, miałby kiedykolwiek w jego obecności wymówić słowo „Innuita”, Draco z miejsca złożyłby rezygnację. Wystarczająco dużo czasu spędził już, trzęsąc się z chłodu podczas szkockich zim, tak ostrych, że czuł się zmuszony do rutynowego sprawdzania, czy jego penis wraz z przyległościami nadal jest twardo przytwierdzony do ciała, a nie spoczywa gdzieś w ukrytym zakątku bokserek w postaci zamrożonej kupki. Kolejny powód do wdzięczności za to, że szkolne lata miał już za sobą.
Punkt, do którego zmierzały jego rozważania, był następujący: Blaise dysponował piętnastoma różnymi sposobami wymówienia imienia „Draco”. Najpopularniejszy z nich można by określić jako „Nie mam nastroju na słuchanie twojego porąbanego nonsensu”. Z jakiegoś niezrozumiałego dla Dracona powodu właśnie tej wymowy Zabini używał najczęściej, podczas gdy on sam zdecydowanie preferował tę, w której głos Blaise’a opadał o trzy oktawy, z głównym akcentem położonym na „Dra”, przedłużającym „a” do tego stopnia, że zamykające jego imię „co” było zaledwie domysłem. Ten rodzaj „Draco” oznaczał „Zdejmuj spodnie i wyciągaj swego cudownego fiuta. NATYCHMIAST!”.
Wypowiedziane właśnie przez Zabiniego „Draco” było wariacją na temat najmniej lubianej możliwości. Draco nadawał im rankingowe numery, zależnie od częstotliwości użycia, a to plasowało się na drugiej pozycji. Zawierało elementy „Draco, świrujesz” oraz insynuowało „Znów zaczynasz ględzić, zbaczać z tematu i jak zwykle wszystko kręci się wokół ciebie. Nudzisz mnie jak sama cholera, przejdź więc wreszcie do rzeczy.”
Draco naprawdę chciał przejść do rzeczy, miał bowiem nadzieję, że Blaise mógłby rzucić choć trochę światła na to, dlaczego Pansy zareagowała aż taką furią. Zaprotestował jednak ironicznym prychnięciem, ponieważ nie zamierzał dostosowywać się do żądań Blaise’a bez walki.
— Ktokolwiek był autorem pierwszego łańcuszka, wykazał się prawdziwym sprytem. Cała sprawa nosi wyraźne odciski ślizgońskich palców. Sądząc po tym, ile pracy wymagało uzyskanie takiego efektu, powiedziałbym, że zrobiła to Granger, ale sam wiesz, iż ona wolałaby raczej podkreślić własną inteligencję i wytknąć ci prosto w oczy, jak żałosna w porównaniu z jej umysłem jest twoja własna mózgownica. Na Boga, ta baba…
Widelec Blaise’a uderzył z niezbyt dyskretnym brzękiem o porcelanę talerza.
— Łańcuszek ukazał się wokół fontanny koło dziewiątej, tak że każda czekająca tego ranka na windę osoba nasłuchała się do woli. To rodzaj wyjca. Udający troskę głos wykrzyczał swoją codzienną porcję jadu. I tu pojawia się wspomniany sprytny element: autor łańcuszka przekazał instrukcję, jak wysłać własną porcję nienawistnych uwag, podpinając ją pod pierwszy wpis. Cały kłopot, Blaise, polega na tym, że ci w ministerstwie nie mogą się tego pozbyć. W odróżnieniu od wyjca, łańcuszek nie eksploduje na koniec, ale pozostaje nietknięty i zdobi atrium niczym tapeta. Możesz sobie na niej poczytać, kogo opluto jadem poprzedniego dnia. Łańcuszek nie reaguje na żadne przeciwzaklęcia. W zasadzie całe atrium drży pod naporem zaklęć wymachujących różdżkami aurorów, którzy próbują usunąć ze ścian cały ten gnój, co im się oczywiście za cholerę nie udaje. Doprowadza ich to do białej gorączki, a Shacklebolt wygląda jak kupa gówna — zakończył Draco z satysfakcją. Nadal był wściekły za tę misję handlową. Rumunia? Co ten Shacklebolt sobie myślał? Jeśli ci kulinarnie upośledzeni dranie nie mieliby nic do powiedzenia na rynku smoków, noga Dracona już nigdy nie postałaby w tym koszmarnym kraju. — Na dzisiejszą naradę zwołano wszystkich najlepszych pracowników ministerstwa. Planowano burzę mózgów, której celem miało być zatrzymanie całej tej sprawy. Ministerstwo nakazało zaprzestanie pracy, bo najwyraźniej Granger wydumała sobie jakąś pochrzanioną teorię, jakoby łańcuszek podkradał magiczną sygnaturę pracowników wysyłających zwykłe wewnętrzne wiadomości. Co, gdyby nie była to sugestia Granger, można by określić jako w miarę logiczne. Z tym, że jakoś nikomu nie rzuciło się w oczy, że odkąd magiczna sygnatura została raz skradziona, łańcuszek reprodukuje ją z kolejnych dołączanych do niego wpisów.
Ponieważ Blaise interesował się wyłącznie magią seksualną (a ostatnio również uzdrawiającą), jego oczy nabierały zwykle szklanego, nieobecnego wyglądu, gdy dyskusja schodziła na tematy niezwiązane z wariantami zaklęć powiększających. Lub kurczących. Czego Draco nigdy nie był w stanie zrozumieć, bo zdawało mu się, że przy takim obrocie spraw w którymś momencie potraktowane tymi czarami elementy anatomii wymanewrują się wzajemnie, a wtedy cała ta piękna zabawa z różdżką pójdzie na marne. Historia z łańcuszkiem nienawiści zdawała się jednak przyciągać autentyczną uwagę Zabiniego.
— Komu poświęcona była pierwsza wiadomość? I czy ludzie naprawdę dodają do łańcuszka własne wpisy?
— Potterowi. Co za niespodzianka. Były to te same bzdury co zawsze, o tym, że jest półślepy i jak ktoś ze wzrokiem charakterystycznym raczej dla kreta mógł zostać aurorem pierwszej klasy, skoro nie skończył jeszcze nawet dwudziestu pięciu lat. Kompletny idiotyzm, co nie? Nawet ja nie zazdroszczę mu tej pozycji, a zwykłem zazdrościć mu wszystkiego. W wieku osiemnastu lat zabił potężnego szaleńca, którego pociąg do węży przybrał tak ekstremalnie zboczoną postać, że sam nadał sobie czarami ich wygląd: jeśli nie jest to najbardziej porąbana rzecz, o jakiej słyszałem, to… Na jaja Merlina, jestem Ślizgonem i potrafię zrozumieć niejedno, ale zdaje się, że ktoś tu potraktował swój fetysz zbyt poważnie. Nos jest zdecydowanie koniecznym elementem. Nie jest czymś, o czym można by dyskutować, jak choćby długość włosów…
Widelec ponownie brzęknął o talerz.
— Zaczynasz mnie drażnić, Blaise. Jakby nie było, pokonanie tego psychopaty zasługuje w moim rankingu na kilka punktów. Z drugiej strony, z całego serca zgadzam się z autorem pierwszego łańcuszka, jeśli chodzi o wzrok. Czemu ten idiota Potter nie wybierze się do uzdrowiciela i nie każe sobie potraktować oczu jakąś centryfugą lub czymś w tym stylu? A w piątkowym łańcuszku było coś o tym, że Potter najwyraźniej musi być impotentem, skoro Łasica rzuciła go dla Longbottoma. Na Boga, naprawdę nie wiem, czemu Potter do tej pory nie popełnił honorowego samobójstwa. Ja bym to zrobił na jego miejscu. Co za hańba. Pansy mówiła mi, że Longbottom ma kutasa wielkiego jak ogier. Jakbym uwierzył w taki nonsens. I skąd Pansy, swoją drogą, miałaby wiedzieć… Oczywiście, to znaczyłoby, że dla Łasicy liczył się tylko rozmiar…
Blaise wykaszlał coś, co zabrzmiało jak „przyganiał kocioł garnkowi”.
— Zamknij się, Blaise. Dziś rano w łańcuszku pojawiły się kolejne naprawdę paskudne wzmianki na temat Pottera, Granger i Weasleya, że niby robią to ze sobą wszyscy razem. W tym momencie przestałem czytać dalej. Wiesz, że brzydzę się piegów. Jeśli chodzi o mnie, piegi i seks nie powinny występować w jednym i tym samym zdaniu, nie wspominając już o jednym i tym samym pomieszczeniu.
Blaise nadal był zajęty wyjadaniem ścieżki w półmisku z serem, co skłoniło Dracona do zamówienia następnej butelki wina. Zdecydowanie, w koronowaniu posiłku serem tkwiło coś z samego założenia błędnego. Zwłaszcza serem połyskującym błękitem pleśni. Draco wiedział, że ten gatunek sera pochodził z Francji, ale i Francuzom zdarzało się od czasu do czasu coś spieprzyć. Wystarczy tylko spojrzeć na tę ich całą rewolucję.
Jeśli chodzi o przekąski, pojawiający się w nich ser powinien cechować się przyjemnym, jasnym odcieniem bieli lub pomarańczy (tak jak cheddar) lub rozmytą bielą (tak jak brie*). Każdy inny kolor był zdaniem Dracona skandaliczny. I wcale nie było tak, że nie dał szansy potrawom o błękitnej barwie: czując się dotkniętym niekończącymi się, uszczypliwymi komentarzami Blaise’a i Pansy na temat kulinarnej konserwatywności, zdecydował się pewnego razu odrzucić swą zwykłą nieufność i spróbować czegoś niebieskiego. Uznał, że czarne jagody będą bezpiecznym wyborem. W przeciwieństwie do sera pleśniowego nie cuchnęły jak skarpetki Grega Goyle’a. Niepozorne, podstępne bestie. Jak coś tak małego mogło mieć aż taką moc rażenia? Przez trzy dni cierpiał na niewyobrażalną biegunkę, która raz na zawsze wyleczyła go z chęci eksperymentowania z niebieskimi potrawami, a której intensywność osłabiła, niestety, triumf z udowodnienia swojej racji. Został z niego zresztą bezzwłocznie odarty: Pansy utrzymywała bowiem, że tak tchórzliwy drań jak Draco byłby jak najbardziej zdolny do wywołania biegunki na tle psychicznym, byleby tylko dowieść, że racja stoi po jego stronie. Co z kolei sprawiło, że Draco stanął przed swoistym dylematem, bo insynuacja sięgnięcia po tak drastyczną metodę nawet by mu się spodobała, gdyby nie bazowała na równie bolesnych przeżyciach. Jednak dopóki Pansy i Blaise nadal decydowali się na jedzenie niebieskich potraw, jego cierpienie i poświęcenie były daremne.
Podsumowując całość, można by pokusić się o pytanie: po co jeść ser, skoro deserem mogą być całe góry czegoś czekoladowego? Przecież to idiotyzm. Nie po raz pierwszy Draco zastanawiał się nad tym, dlaczego rzeczy, które zaprzątały mu myśli, inni uznawali za dziwaczne, jak chociażby półmiski z serem na deser czy brak porządnych magicznych wytwórców obuwia — poza nim absolutnie nikt się tym nie przejmował. Oto jeden z drażliwych tematów. Co do innego, to dopóki miał z Blaise’em cichą umowę o nieporuszaniu kwestii wojny, wszystko było w porządku, Pansy zaś na szczęście nie przejmowała się wspominaniem ciągu przyczynowo-skutkowego, który w tamtych czasach determinował jej i Dracona poczynania: Voldemort = wężowy fetysz = megaloman z wężowym fetyszem o znamionach obsesji = czas podsumować straty, zacisnąć zęby, zmienić strony i jak najszybciej dołączyć do drużyny Pottera. Czy Vince i Greg byliby…
— Skończyłem. — Blaise przerwał tok jego rozważań. Roztrząsanie zagadnienia sera pleśniowego mogłoby naruszyć nietykalną granicę dyskusji zatytułowanej „A co ty robiłeś podczas wojny, Blaise?”. Czego należało uniknąć za wszelką cenę. — Przestań opijać się winem i powiedz mi wreszcie konkretnie, co ten cały jadowity łańcuszek ma wspólnego z tym, że Pansy tak wsiadła na ciebie i Pottera. Wlewasz w siebie tyle alkoholu, że będę musiał cię stąd wylewitować.
— Po pierwsze, wszyscy myśleli, że to ja.
— Oczywiście — wymamrotał Blaise.
— Co jest naturalnie wierutną bzdurą, Blaise.
— Jak najbardziej — zgodził się Zabini. — Niewątpliwie jesteś zdolny do wykombinowania czegoś tak podstępnego i złego, ale jeśli chodzi o Pottera, gdybyś miał go już obrażać, to z pewnością twarzą w twarz. Nie musiałbyś się uciekać do żadnych anonimowych chwytów. Bo jaki byłby tego efekt? Anonimowe przewalanki nie zakończą się przecież tym, że rzucicie się na siebie z pięściami. — Przesycony samozadowoleniem ton w głosie Blaise’a sygnalizował, że za chwilę jego usta opuści coś na kształt przepowiedni wstrząsającej posadami ziemi. Ale nie Draconem. — Co mogło wkurzyć Pansy do tego stopnia, że tylko aportowanie się do Paryża potrafiło powstrzymać ją przed rozwaleniem ci łba?
— Ty mi to powiedz — prychnął Draco. — Siedzimy więc na tej naradzie. Weasley oskarża mnie bez ogródek o autorstwo oryginalnego łańcuszka. Ja mu na to, żeby się odpieprzył. Dostaję reprymendę od Shacklebolta. Mówię, że w czasie, gdy pojawił się pierwszy łańcuszek, byłem w Rumunii i jadłem testralskie gówno. Każdy z wyjątkiem Weasleya jasno widzi, że to nie ja. Trzęsę się ze złości jak nie wiem co, Pansy próbuje mnie uspokoić, karmiąc mnie czekoladą…
— To przecież tylko twoje zwykłe, stare niesnaski z Weasleyem. Nadal umyka mojej uwadze, dlaczego jesteś tak wkurzony, że wlewasz w siebie Bordeaux o równowartości trzystu funtów. — Blaise ziewnął, delikatnie dotykając palcem czoła i przywołując na usta mały, niegrzeczny uśmieszek.
— Nigdy więcej nie nazywaj mnie świrem, Blaise. Wiem, że myślisz teraz o seksie na zgodę z tą wariatką, którą poślubiłeś. Uważaj, jej psychoza może być zaraźliwa. Moja ciotka Bella była zupełnie normalna, zanim nie zaczęła pierdolić się z Sam-Wiesz-Kim.
Blaise nie zaszczycił Dracona odpowiedzią na temat nieuzasadnionego występowania przemocy domowej. Obaj doskonale wiedzieli, że rozważania, kto był bardziej szalony: ciocia Bella czy Voldemort, nie miały najmniejszego sensu. Podobnie jak nie miało go wytykanie Draconowi, że Bellatriks nigdy nie była normalna. Dorośli już w dzieciństwie potrząsali nad nią głową, mrucząc pod nosem „złe nasienie”. A gdy już mowa o odchyłach, to Lucjusz Malfoy był odrobinę szalony, ale z pewnością nie głupi.
— Dobra, Pansy karmi cię czekoladą, wszyscy ignorują Wiewióra tak, jak powinni. A teraz ryzykując, że się powtórzę: nadal nie dostrzegam w tym żadnego przekonującego usprawiedliwienia dla twego humoru.
— Blaise! — wykrzyknął Draco, no bo ileż można. — Jeśli ktoś naprawdę nienawidzi Pottera, to właśnie ja. Ci wszyscy nieudaczni, spóźnieni naśladowcy i ich bzdurne wymysły! Co oni sobie wyobrażają? Potter jest mój. Ja i tylko ja mam prawo obrażać go w sposób, na jaki zasługuje. Te całe łańcuszki nienawiści. — Draco pogardliwie machnął ręką. — Słuchaj, jak oni śmieli? Jeśli tylko dojdę, kto był autorem pierwszego wpisu, wyczaruję mu drugą dziurę w dupie. Po pierwsze, te bzdety o wzroku. Totalny banał. Wyzywałem Pottera w ten sposób, gdy byliśmy w pierwszej klasie. A ta sprawa z Łasicą? Chyba nikt nie oczekiwał, że ten związek przetrwa wieczność. Nie pracowałeś z tą dwójką podczas wojny. A trójkącik z Granger i Wiewiórem? Którego w zasadzie wolałbym nie wspominać ze względu na niebezpieczeństwo skojarzenia z piegami. To prawdziwe wyzwanie dla wyobraźni, autor tego wpisu był niezłym świntuchem. Mniej więcej poziom czwartej klasy. Pluję na tych podrzędnych wrogów Pottera.
W ostatnie zdanie Draco włożył nieco więcej bezpośredniego zaangażowania, niż zwykł to robić zazwyczaj (zwłaszcza w kontekście swego upodobania do dygresji), przechodząc z impetem do sedna rzeczy. Na nieszczęście uczynił to chyba ze zbyt wielkim rozmachem, ponieważ Blaise błyskawicznie zmienił tryb z wyznawcy zenu w naznaczoną długotrwałą udręką irytację o tytule „Jestem zaprzyjaźniony z wariatem”, co napełniło Dracona niemałym strachem. Nie znosił tego, gdyż kończyło się zawsze Blaise’em rzucającym pod jego adresem kąśliwe uwagi. Na twarzy Zabiniego malowała się identyczna frustracja, jaką Draco widział już dziś u Pansy. Kładąc sobie obronnie dłoń na jądrach, które przestały go nareszcie swędzieć (albo stały się już zupełnie niewrażliwe od wina, trudno ocenić), stwierdził, że brak mu już sił na potencjalne kłótnie. Był zmęczony po tych wszystkich dalekowschodnich ukłonach. I w dodatku naprawdę pijany.
— Powiedziałeś Pansy dokładnie to samo. — Draco spodziewał się, że Blaise podkręci intonację w górę, sygnalizując pytanie, najwyraźniej jednak znał już na nie odpowiedź. — Pansy miała rację. Tym razem naprawdę nieźle ci odbiło. Dobrze, postaram ci się to wyjaśnić jeszcze ten jeden raz. Mam nadzieję, że wreszcie zrozumiesz, bo powoli zaczyna się to robić autentycznie nienormalne. Nie uważasz, że zawsze miałeś niezdrową fiksację na punkcie Pottera? I to do tego stopnia, że zaryzykowałbyś swą pozycję w ministerstwie, atakując kogoś tylko dlatego, że naraża twój status oficjalnego wroga numer jeden Harry’ego Pottera. Za dziesięć lat przypomnę ci o tej rozmowie, Draco, a ty ostatecznie docenisz, jak bardzo byliśmy z Pansy powściągliwi przez cały miniony czas. Czy możemy raz na zawsze zakończyć tę farsę? Zaraz po tym, jak Potter zabił Voldemorta, natychmiast wróciliście do przerwanej wojną zabawy, zmieniliście szaty szkolne na ministerialne i podjęliście na nowo wasze hogwarckie przepychanki. Wątpię, żeby Potter zajarzył, o co w tej kwestii chodzi, ale prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że przynajmniej tobie uda się rozpoznać, co jest motorem całej tej waszej dynamiki.
— Przede wszystkim, strzeliłeś w dziesiątkę. Powinienem być uznany za oficjalnego wroga Pottera numer jeden. A ci wszyscy niezdarni naśladowcy a la Malfoy niech się odpierniczą.
To, co Draco uznał w jego wypowiedzi za najważniejsze, najwyraźniej zaskoczyło Zabiniego tak, że aż zgubił wątek. Gdyby Draco nie wiedział lepiej, oskarżyłby Blaise’a i Pansy o ustalenie identycznego przebiegu stawianych mu zarzutów. Z tą różnicą, że Blaise nie planował aportować się do Paryża po zakończeniu własnej tyrady, ale wrócić do domu i zerżnąć swą psychotyczną żonę. Każdemu to, co mu się należy.
— Zamierzam powiedzieć ci to, czego Pansy i ja nie odważyliśmy się powiedzieć ci do tej pory. Nie odbierz tylko tego jako szczerego pragnienia, by cię uszczęśliwić, Draco. Po pierwsze, wcale na to nie zasługujesz, ty wnerwiający palancie, a po drugie, wszyscy jesteśmy Ślizgonami: Pansy i ja nie obrażalibyśmy cię, udając, że chodzi jedynie o ostatnią, rozpaczliwą próbę zakończenia tej nudnej jak sama cholera, żałosnej sprawy między tobą a Potterem. Mamy po uszy tej waszej chorej imitacji pieprzenia się ze sobą, którą pielęgnujecie od ostatnich pięciu lat. Jeśli chcesz go rozłożyć na łopatki, zacznij kłaść mu rękę na tyłku, zamiast, zwiniętą w pięść, wpychać mu ją do gardła. Czy mógłbyś więc wreszcie przespać się z Harrym Potterem naprawdę i raz na zawsze wybawić nas od tej męczarni?!
W restauracji zapadła nagła cisza.


Koniec rozdziału drugiego


* Cheddar i brie to nazwy gatunków sera.
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Akame » 31 paź 2010, o 14:06

Nie wierzę... nie wierzę, że to się skończyło w tym momencie... ciśnienie mi skoczyło z nerwów.
Borze zielony, przyznam, że nie wiem komu współczuć bardziej, Tobie, czy Twojej becie. Ten tekst jest masakryczny w przekładzie, a słowotok i drastycznie nagłe zwroty myślowe przyprawiają o zupełną dekoncentrację czytelnika, a co dopiero kogoś, kto to przekłada. Donnie, zbuduję Ci ołtarzyk, zapalę kadzidełka i będę sławić Twoje oddanie drarry i oświecenie, które siejesz wśród zapalonych drarrystek :D
Tok myślowy Draco mnie przeraża, połowę przeczytałam jeszcze raz, żeby zrozumieć... potem skopiowałam, powiększyłam (też jestem kretem) i przeczytałam jeszcze raz. Jego zwroty myślowe są straszne, z Pottera do jagódek, z jagódek na Pansy, z łańcuszka na serek, z serka na jagódki, z jagódek znowu do toalety... Blaise ma do niego świętą cierpliwość. Swoja drogą rozumiem, że można dostać rozstroju żołądka od serka pleśniowego, mój żołądek usiłuje się salwować ucieczką na sam jego widok ;)
Voldemort = wężowy fetysz = megaloman z wężowym fetyszem o znamionach obsesji = czas podsumować straty, zacisnąć zęby, zmienić strony i jak najszybciej dołączyć do drużyny Pottera.

Umieram... :D
? Zamknij się, Blaise. Dziś rano w łańcuszku pojawiły się kolejne naprawdę paskudne wzmianki na temat Pottera, Granger i Weasleya, że niby robią to ze sobą wszyscy razem. W tym momencie przestałem czytać dalej. Wiesz, że brzydzę się piegów. Jeśli chodzi o mnie, piegi i seks nie powinny występować w jednym i tym samym zdaniu, nie wspominając już o jednym i tym samym pomieszczeniu.

Mam nadzieję, że Potter nigdzie, ale to nigdzie, nie ma żadnego piega, bo Draco gotów go przeklać i wyrzucić z łóżka za skalanie jego bladej i nieskazitelnej osoby xD

Mamy po uszy tej waszej chorej imitacji pieprzenia się ze sobą, którą pielęgnujecie od ostatnich pięciu lat. Jeśli chcesz go rozłożyć na łopatki, zacznij kłaść mu rękę na tyłku, zamiast, zwiniętą w pięść, wpychać mu ją do gardła. Czy mógłbyś więc wreszcie przespać się z Harrym Potterem naprawdę i raz na zawsze wybawić nas od tej męczarni?!

O mój borze szumiący, jak on to pięknie i dosadnie powiedział. Chcę zobaczyć minę Draco, oraz przeczytać ten mętlik myślowy, który musiał z siłą wodospadu uderzyć w jego neurotyczne zwoje mózgowe, po oświadczeniu Zabiniego. Coś pięknego :D
Swoją drogą, ciekawe kto skombinował łańcuszek i dlaczego aż tak nienawidzi Pottera... Monolog Draco na temat tego, jak to on i tylko on ma prawo do bycia wrogiem Pottera, morderczy. Wyszczerz nie schodził mi z twarzy.
Pozdrawiam cieplutko, dziękuję pięknie i czekam niecierpliwie na kolejny rozdział :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Kaczalka » 31 paź 2010, o 14:06

Gdybym nie wiedziała, jaką radochę sprawia tłumaczce przekład tego fika, współczułabym jej z całego serca. W takiej sytuacji powiem tylko, że każdy ma prawo do swoich własnych, małych perwersji. A jeśli jeszcze uszczęśliwiają one innych, to wszystko jest w porządku. (No, bo gdyby Donnie się na przykład biczowała, to przyjemność miałaby tylko ona.)
Wątek kłótni i bijatyk, które zastępują naszym panom seks, przejawia się dość często, ale chyba jeszcze nikt (poza Zabójczą Michi) nie podał nam go tak apetycznie. I jejku, jak się cieszę, że Rumunów też ta baba nie lubi, choć to nie Słowianie (chyba), ale jednak ulżyło mi. Bardzo mnie rasizm drażni, mimo że sama wcale nie jestem od niego wolna. A może to wcale nie rasizm, tylko sztuczka na potrzeby fika? Miejmy nadzieję.
Tekst jest straszliwie popaprany, ale przyszło komuś do głowy, że także bardzo lekki w odbiorze? Draco jest tu wykreowany na postać obdarzoną niesamowitym poczuciem humoru, choć pewnie on sam tego nie widzi. A Blaise jest gUpi, nie wie, co dobre, ja bym tam mogła słuchać i słuchać bez końca, z małymi przerwami na małą odmianę. Ciekawe, czy Potter będzie słuchał, ale pewnie też nie, raczej od razu przejdzie do odmian. A jeszcze pewniej Draco przestanie mówić. Ale do tego momentu przed nami droga długa i ciężka, mimo że wyjątkowo przyjemna.
I na koniec melduję, że zauważyłam. Co pięć dni? Naprawdę? Kochana jesteś!!!
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Ka » 31 paź 2010, o 14:07

Boru, kocham ten tekst. I z niepokojem stwierdzam, że świetnie odnajduję się w strumieniu świadomości Draco, nie muszę czytać niczego dwa razy, a nawet widzę w tym wszystkim pewną logikę, która dosyć mi się podoba. Doktorze, czy to znaczy, że zostanę neurotykiem?

Rozdział cudny, perełek mnóstwo, a poza tym to ja-to-zedytuję.

Może nie konstruktywnie, ale za to bardziej obszernie. Jutro. Wieczorem.

Ka

Edit: "Jutro wieczorem" jakoś zmieniło się w "pojutrze rano", ale już pędzę to nadrobić. Nawet jeżeli w dużej mierze będę po prostu powtarzać się po przedpiszcach...

Nie raz i nie dwa pisałam, że uwielbiam teksty, w których świat jest rozbudowany i dowiadujemy się więcej, niż tylko informacji niezbędnych do ciągnięcia wątku. "Do diabła..." jest pod tym względem świetne, myśli Draco dryfują swobodnie w różnych kierunkach i w ogóle nie sprawiają wrażenia ograniczonych pomysłami autora, wszystko brzmi po prostu niesamowicie naturalnie. Za to cieszę się, że słowotoki myślowe są wplecione w trzecią osobę, a nie pisane w pierwszej. W pierwszej chyba jednak trochę by mnie gryzło. Przynajmniej ja, kiedy myślę, nie myślę raczej pełnymi zdaniami, a już na pewno nie nadążałabym ubierać w słowa tylu dygresji, co Draco. Tutaj ten obowiązek został zgrabnie zepchnięty na narratora. (Czy Wy też macie wrażenie, jakby ten tekst był w jakimś szaleńczym tempie? W trakcie czytania nie, ale kiedy myślę o przeczytanym rozdziale, niemal słyszę Draco wyrzucającego z siebie kolejne słowa jak z karabinu).

Sam Draco jest oczywiście cudowny, nawet jeżeli dla otoczenia musi być niewiarygodnie denerwujący... Momentami gubię się, co z tego wszystkiego on mówi, a co myśli, ale whatever, jeżeli mówi chociaż dziesięć procent tego, co myśli, musi być trudny do zniesienia. Podoba mi się relacja między nim, Blaisem a Pansy, że tak dobrze się znają, wytrzymują ze sobą i obserwują się trochę złośliwie, Blaise i Pansy mają dość Draco zazdrosnego o Harry'ego, a on czeka, kiedy oni w końcu się zejdą. Właściwie to najmniej podoba mi się to radosne każdy-z-każdym, Draco jest Harry'ego i już. Mmm, Blaise w wersji zen jakoś podejrzanie kojarzy mi się z Blaisem-księdzem, nie mogę sobie przypomnieć, gdzie to grali?
Jeśli chcesz go rozłożyć na łopatki, zacznij kłaść mu rękę na tyłku, zamiast, zwiniętą w pięść, wpychać mu ją do gardła. Czy mógłbyś więc wreszcie przespać się z Harrym Potterem naprawdę i raz na zawsze wybawić nas od tej męczarni?!

- popieram w stu procentach, oczywiście. Chociaż, zaraz moment, NC-17? Cholera, jak może wyglądać lemon w takiej pogrzanej narracji? :shock:

Na koniec jeszcze: cudowne podsumowanie Voldemorta, z dziką radością zacytowałabym ten fragment o fetyszu, ale wszyscy wiemy, o który fragment chodzi, więęęc... Ach, i fragment o Belli rozłożył mnie na łopatki. Naprawdę, rozbraja mnie całkowita bezpretensjonalność w opisach, swoboda skojarzeń i pokręcona logika sposobu myślenia Draco. Zerknę dzisiaj do oryginału, ale myślę, że to jeden z tekstów, które dużo zyskują po polsku. Albo ja po prostu nie znam angielskiego tak dobrze, żeby rozsmakować się w oryginale do tego stopnia, co w tłumaczeniu.

Edit drugi: Nigdy nie rozumiałam, dlaczego Sami Wiecie Kto ma życzenie pozostać anonimową, ale w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że ma to jakiś związek ze zwrotem "polska suka". No, jeżeli wierzyć Draco, nie da się ukryć, że suka, a że polska - jeżeli ktoś jest innej narodowości, dosyć często spotykam się z dopowiedzeniem tego do inwektywy, nawet jeżeli nie ma się nic do samej narodowości, jakoś tak się nieładnie utarło. A jeżeli Draco faktycznie nie lubi Polaków, to autor niekoniecznie musi to podzielać. Soł - czyżby ta niechęć do Polaków przejawiała się w innych tekstach? Innymi słowy, czy ja o czymś nie wiem?

Aaaa, i całkiem nie rozumiem powszechnej niechęci do niebieskich serków. Czekolada jest wspaniała, ale nie samą czekoladą człowiek żyje? W każdym razie chyba nie powinien... *niepewnie* W każdym razie dobre niebieskie nie jest złe.
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Aevenien » 31 paź 2010, o 14:07

Oj nieładnie kończyć w takim momencie, ale a) to nie Twoja wina, b) czy Ty mi przypadkiem nie mówiłaś, że tłumaczysz wolno? TO ma być wolno? *załamuje się już doszczętnie*. W każdym razie ja nie wiem czemu, ale po pierwsze nie mam żadnych problemów z rozumieniem tłumaczenia, a teraz przeczytałam spory kawałek oryginału i nie zrozumiałam może kilku słów, a sens całości jak najbardziej. Może dlatego, że mój tok myślowy jest podobnie zagmatwany i pokręcony xD
Rozdział piękny. Przez chwilę musiałam sobie przypominać, że to Draco lubię bardziej i wcale nie byłam tego taka pewna. Blaise i to jego brzdękanie widelcem, piętnaście sposobów wymawiania imienia Draco i to cudne zdanie na koniec:
Mamy po uszy tej waszej chorej imitacji pieprzenia się ze sobą, którą pielęgnujecie od ostatnich pięciu lat.

Pansy natomiast troszkę mnie zirytowała, no ale i tak ją lubię. Chociaż do Blaisa się nie umywa.
A Draco... *rozpływa się*
Podsumowując całość, można by pokusić się o pytanie: po co jeść ser, skoro deserem mogą być całe góry czegoś czekoladowego?

Zgadzam się z nim w stu procentach! I uwielbiam te jego dygresje, aż nawet troszkę współczuję Zabiniemu, ale tylko trochę xD
Ale już najpiękniejsze było oburzenie Draco, że ktoś śmie obrażać Pottera, bo przecież tylko on ma do tego prawo, a na dodatek robi to w tak nieudolny sposób.

No i na koniec powtórzę się, ale co tam, mam zamiar powtarzać to w każdym komentarzu. Mianowicie, dałabym bardzo dużo, żeby umieć tak tłumaczyć. Tekst jest bardzo trudny i pogmatwany, a tłumaczenie wygląda pięknie, płynnie i nawet z lupą nie ma co szukać błędów. Nic tylko zzielenieć z zazdrości.

Wątpię, żebym teraz się już oderwała od oryginału, bo jak już się zorientowałam, że rozumiem, co czytam (oby dalej tak było) to pewnie zaraz połknę całość. Ale komentować obiecuję dalej, w końcu to komentarze karmią wena, prawda?

Czasu i chęci, oby nigdy Ci ich nie zabrakło.
Pozdrawiam serdecznie
Aev
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6215
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Miss Black » 31 paź 2010, o 14:08

To opowiadanie jest genialne, a Draco idzie w nim jak burza. Z błyszczącymi oczami ledwo nadążam za jego tokiem rozumowania i skakaniem z tematu na temat, ale, o dziwo, cała ta paplanina łączy się w logiczną całość. Najlepszy z tego wszystkiego jest Zabini, który praktykuje buddyjską medytację i ze spokojem Św. Aleksego znosi ślepego jak bury kret Malfoya. Doprawdy, doszukuję się powiązań z "Freudowską pomyłką". Biedny Lucjusz. No, i jeszcze te piegi i seks w jednym wersie - Draco w swoim najlepszym wydaniu. Już widzę ten uniesiony podbródek i usta rozciągnięte w skrajnym zdegustowaniu. Ach! Bożyszcze, nie mogę się doczekać, co właściwie on odpowie na to jakże dyskretne upomnienie Zabiniego. Chociaż trzeba przyznać, że absolutnie mu się nie dziwię. W końcu każdemu by puściły nerwy. Jak trafnie Draco zauważył, on i Pansy musieli to prawdopodobnie znosić od jedenastego roku życia. To dość długo. I jeszcze ten ranking "Draco" według Zabiniego. Świetna sprawa. W ogóle uważam, że dużym plusem opowiadania jest jego nieprzewidywalność. Dygresje Malfoya tak skutecznie wciągają (względnie rozpraszają uwagę), że kompletnie nie wiem czego spodziewać się w kolejnym akapicie. I to właśnie jest wspaniałe.
Czekam na kolejną część! Aż mnie ręce świerzbią. Dzięki Donnie za to cacko i wybacz nieskładność komentarza, ale w tej chwili inaczej nie umiem. Nieodstępującego na krok wena życzę.

A co mi tam, dodam jeszcze kilka słów. Avenien, masz świętą rację! Draco jest ujmujący (delikatnie mówiąc) z tą swoją obsesją na punkcie sera z zawartością niebieskiego i każdego innego jedzenia w tymże kolorze. Przecież za to go kochamy. Za te niedorzeczne szczególiki, jak marmolada z cukrem pudrem i pretensje do miejsca numer jeden w rankingu na wrogów Pottera (ha! ostatniego zresztą też). A tutejsza wersja Blaise mnie raduje, nie powiem nie.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Voldemortist » 31 paź 2010, o 14:09

To. Jest. Cudne. Jeszcze trochę, a pokocham tego Draco na równi z Malfoyem świetlistym. Jak wy w ogóle możecie mówić, że nie nadążacie za jego tokiem rozumowania? Ja za każdym razem zagłębiam się w te przemyślenia z najwyższą przyjemnością i tylko czekam na więcej i więcej. Jednak mogę być skłonna uwierzyć, że dzieje się tak tylko dzięki treningowi jaki przeszłam próbując zrozumieć o czym mówi jedna z moich sióstr o, powiedzmy, piątej nad ranem. Spróbujcie jej kiedyś posłuchać, to Draco wyda wam się nagle bardzo normalnym i logicznym człowiekiem. XD
To wydanie Blaise'a także polubiłam, mimo że nie wypowiedział zbyt wiele słów. Jednak jego sposoby "dracowania" rozłożyły mnie na łopatki. Jednak po tylu latach wysłuchiwania jego tyrad na temat Pottera pewnie nie powinno mnie to dziwić. Pewnie biedny Zabini zazwyczaj nie miał czasu wtrącić więcej słów do monologów Draco.
Sam pomysł łańcuszków nienawiści całkiem oryginalny. Ostatnio miałam przyjemność przeczytać kilka nowych drarry, które nie podążają utartymi ścieżkami i chciałam powiedzieć, że bardzo się z tego powodu cieszę. Przez chwilę myślałam, że ten temat zaczął się ludziom nudzić i po polsku raczej więcej ciekawych rzeczy nie znajdę. A tu takie niespodzianki! Widać drarry jest jednak nieśmiertelne. ^^
Ach, jeszcze jedno. Nie mogę się już doczekać kontynuacji oraz reakcji Draco na ostatnią wypowiedź. Albo zacznie rzucać w Zabiniego różnymi rzeczami, albo... hmm... tak naprawdę po tym Draco nie wiadomo czego się spodziewać. Równie dobrze może zamrugać parę razy i zmienić temat na brak dobrych czarodzejskich sklepów z butami. Jak już mówiłam, moje pragnienie przeczytania następnego rozdziału jest wielkie. Może nawet spróbuję sięgnąć do oryginału... O ile z niego cokolwiek zrozumiem. Zobaczymy.
W każdym bądź razie, gratuluję Ci tak wspaniałego tłumaczenia. Opowiadanie czyta się tak, jakby od razu było pisane w naszym ojczystym języku. A błędów, to chyba nikt nie byłby w stanie się tu doszukać. Padam do nóżek.
"Krawiec, jeden z pierwszych krawców, Polak, wysilił się i prawdziwie zadziwiającym sposobem jestem zgrabny - ale te trzewiki, te mnie zabijają, a bez nich ani się pokazać."
~Juliusz Słowacki
Voldemortist Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 440
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:56
Lokalizacja: Warszawa

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

cron