[Z] [T] Londyński pocałunek

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Kaczalka » 30 paź 2010, o 13:23

Odkładałam to tłumaczenie równy rok czasu, ale wreszcie się zmobilizowałam. Tematyka tym razem wyjątkowo mocno „lekkoobyczajowa”, choć miejscami jest też ciepło i namiętnie.
Pierwsza część krótka, bo nie dało się tego inaczej sensownie podzielić, ale kolejne będą już dłuższe i postaram się je wklejać dość często.

Tradycyjnie już ogromne podziękowania dla Evey i Yami-no, a także dla Ariel i Gobuss za wariacje na temat tytułu ;)


Tytuł i link do oryginału: KISS A BOY IN LONDON TOWN
Autor: Femme
Beta: Evey
Konsultacje językowe: Yami-no
Rating: NC-17
Para: Harry Potter/Draco Malfoy
Gatunek: romans
Zgoda: jest
Ostrzeżenie: dużo wulgaryzmów i sporo seksu
Kanon: raczej tak, zgodność z całym cyklem HP, częściowo też z Epilogiem, choć autorka wtrąciła swoje trzy grosze



LONDYŃSKI POCAŁUNEK
(i różne problemy z żywotem dziwki związane)



CZĘŚĆ I


Nazywaj mnie kurwą.
To najprostsze określenie sposobu, w jaki zarabiam. Wolę je od tych wszystkich innych, śmiesznych eufemizmów. Dziwka. Szmata. Zdzira. Chłopiec na telefon. Pan do towarzystwa. Ostatnie określenie jest najbardziej oburzające. Ja nikomu nie towarzyszę. To inni towarzyszą mnie. I tyle.
Mężczyźni płacą mi za to, że zabieram ich ze sobą i wysysam im mózgi przez kutasy.
To jest życie. Zresztą, bardzo dobre. Mam pieniądze. Posiadam cudowne, dwupoziomowe mieszkanie w budynku Mayfair. Wakacje spędzam na Martynice, w Toskanii lub na greckich wyspach. Moja matka opływa w luksusy, do których zawsze była przyzwyczajona. Nie pyta, skąd mam pieniądze. A ja nie oferuję wyjaśnień.
Jakiekolwiek krzywdzące poglądy na temat kurew ktoś może mieć, choćby najbardziej purytańskie, nie jestem zainteresowany wysłuchiwaniem ich.
Moje życie jest moim wyborem i nie mam zamiaru się go wstydzić.

***

Są trzy rzeczy, w których jestem naprawdę dobry. Pierwsza przydaje się w dziedzinie, w której zrobiłem karierę. Druga pozwoliła mi przetrwać wojnę. Trzecia, co mnie samego zadziwia, to ojcostwo.
Właśnie przekładam na talerz jajka, perfekcyjnie usmażone, o odpowiedniej konsystencji, kiedy z holu dochodzi do mnie dźwięk sieci Fiuu. Ledwo mam czas trzepnięciem różdżki posłać do zlewu patelnię, kiedy mój syn wbiega do środka. Ma rozwiane, jasne włosy, a jego buty wydają klapiący dźwięk w zetknięciu z drewnianą podłogą kuchni. Zaraz za nim pojawia się skrzat. Neddie robi wszystko, aby nadążyć, ale nawet ją Scorpius potrafi czasem zamęczyć.
— Tato! — krzyczy, a ja nachylam się, aby go pochwycić, unoszę wysoko do góry i śmieję się razem z nim. Neddie wzdycha z ulgą. Policzki mojego syna są zaróżowione, a oczy błyszczące od chłodu.
— Tacy podobni. — Maria Sophie kładzie torbę Scorpiusa na stole i pochyla się, aby mnie pocałować. Nasze małżeństwo trwało zaledwie tyle czasu, ile potrzeba na dorobienie się dziecka. Spotkałem ją w Paryżu, kiedy oboje, w środku nocy, wyślizgiwaliśmy się z nie swoich hotelowych pokoi. Wspólna przejażdżka windą zmieniła się w przedświtowe śniadanie, którego większość spędziliśmy śmiejąc się z naszych co niektórych klientów i absurdalności wybranej przez nas profesji.
Fakt, że się zakochałem, i to w dziewczynie, był dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Jeszcze w tym samym roku pobraliśmy się w prowansalskiej kaplicy. Sophie spodziewała się dziecka. Matka była wściekła. I wcale nie jestem pewien, czy do dzisiaj wybaczyła mi tę ucieczkę, wbrew oczywistemu faktowi, że wnuka kocha do szaleństwa.
Teraz Sophie tylko śmieje się z jej chytrych docinek i obiecuje, że kiedy następnym razem będzie brała ślub, to pozwoli urządzić sobie największe przyjęcie, jakie tylko można sobie w Londynie wyobrazić. Matka uśmiecha się, sącząc swoją najlepszą, indyjską herbatę, ale po błysku w jej oczach widzę, że już sprawdza, kto wśród jej znajomych ma syna na wydaniu.
Dla Sophie chciałem się zmienić. Naprawdę bardzo się starałem. W poszukiwaniu pracy zgłosiłem się nawet do agencji. Przyjąłem propozycję wstrętnej, nudnej posady, jaką zaproponowano mi u Gringotta, na najniższym z możliwych stanowisk i z pensją stanowiącą ułamek tego, co mogłem zarobić w łóżkach elity czarodziejskiego świata. Nie wystarczyło. Rachunków nagromadziło się tyle, że resztki funduszy Malfoyów, jakie pozostały po zaspokojeniu roszczeń ministerstwa, stopniały jeszcze bardziej. Nigdy nie powiedziałem matce, że po raz kolejny byliśmy na granicy utraty dworu.
Kiedyś obiecałem ojcu, że nigdy do tego nie dopuszczę.
Sophie odeszła ode mnie przed pierwszymi urodzinami Scorpiusa. „Nie chodzi o to, że nie rozumiem” — powiedziała, trzymając w ramionach naszego śpiącego syna. Stała tam, wśród sterty spakowanych walizek, kiedy, potykając się, wyszedłem z kominka, ciągle jeszcze obolały i śmierdzący od niedawno uprawianego seksu. „Ale myślę, że nie mogłabym patrzeć, jak mój własny mąż każdej nocy wraca do domu, do naszego łóżka, po spotkaniu z innym mężczyzną.”
W porządku, z takim argumentem nie mógłbym dyskutować.
To stało się trzy lata temu. Teraz mam dwadzieścia dziewięć lat i zarabiam wystarczająco dużo, żeby opłacić mieszkanie Sophie i mieć pewność, że nie będzie musiała pracować. Oczywiście, robi to, ale nie tak jak wcześniej. Już prawie zakończyła praktykę uzdrowiciela u Św. Munga. Jeszcze osiem miesięcy i będziemy musieli ponownie ustalić, kto i kiedy ma się opiekować naszym synem. Teraz ona zajmuje się nim w weekendy, a ja w tygodniu. Dla obojga z nas to zadowalający układ.
— Jest trochę przeziębiony, dlatego spakowałam mu eliksir pieprzowy — mówi, wycierając nos Scorpiusa chusteczką. Ze zmarszczonymi brwiami i zrzędliwym „arrête, maman”* odpycha od siebie jej ręce. — Mam też dodatkową fiolkę dla ciebie. Nie ma sensu abyś się rozchorował tak jak poprzedniej zimy.
Odbieram jej chusteczkę i przykładam synowi do twarzy.
— Dmuchaj — mówię, a on pociera nos o materiał i wykonuje polecenie. — Mocniej — ponaglam, a Scorpius chichocze i próbuje jeszcze raz. Zwijam chusteczkę w dłoni i opanowuję lekki dreszcz. Czasami dzieci potrafią być obrzydliwe.
— Nie jestem chory — mówię do Sophie.
— Ale będziesz, jeżeli tego nie zażyjesz. — Moja była żona wyciąga z torby trzy fiolki, jedną z nich kierując w moją stronę. — To eliksir przeciw opryszczce i nie patrz na mnie w ten sposób. Buchnęłam go ze szpitalnych zapasów, jest dużo skuteczniejszy niż cette merde terrible**, który kupujesz na Nokturnie. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebujesz, to wrzody na penisie jak ostatnim razem.
— Penis, penis, penis, penis — Scorpius powtarza śpiewnym głosem. Matka zapewne będzie bardzo szczęśliwa, słysząc, jak wzbogaciło się jego słownictwo. Syn całuje mnie w policzek, a że z nosa znowu mu cieknie, rozmazuje na mnie wydzielinę. Jak mówiłem, dzieci są paskudnymi, ohydnymi stworzeniami.
Sophie chowa eliksiry do półki, obraca się w moją stronę i opiera o blat kontuaru. Z talerza zabiera mi kawałek posmarowanego masłem tosta.
— Jak ci minął weekend? — pyta.
— Dość dobrze. — Scorpius kręci się i odchyla do tyłu w moich ramionach. Wygina plecy w łuk, a ja łapię go, niemalże w ostatniej chwili, podkładając dłoń pod jego łopatki. — Jak sądzę, pewna osoba nie będzie się skarżyć na dni spędzone w Barcelonie. — Stawiam Scorpiusa na podłodze, a on od razu siada na tyłku, zdejmuje buty i wygina ubrane w pasiaste skarpetki palce.
Sophie odgryza kolejny kęs, a okruszki sypią się na jasnoszarą szatę praktykantki, której kolor pasuje do jej bladej cery i blond włosów. W czasie małżeństwa niejednokrotnie byliśmy brani za rodzeństwo. Być może był to zły znak, a my byliśmy zbyt głupi, aby go zrozumieć.
— I? — podnosi sarkastycznie brew.
Spoglądam na syna. Jedną skarpetkę ma już całkowicie zdjętą, a teraz pracuje nad drugą. Jeżeli będziemy mieli szczęście, to nie zrobi tego samego ze spodniami. Sophie zawsze kwituje to stwierdzeniem, że pod tym względem jesteśmy bardzo do siebie podobni.
— Bywało lepiej. — Łapię kiełbaskę z mojego talerza i wgryzam się w nią. — Bywało też zdecydowanie gorzej.
Uśmiecha się szyderczo i patrzy na Scorpiusa z zaciśniętymi ustami.
— Coś... interesującego?
— Nie twoja sprawa, ty ciekawska jędzo. — Zabieram talerz i przenoszę go do małego stolika w kącie kuchni. Obok niego znajduje się duże, widne okno, wychodzące na ogród mojego sąsiada. Nawet zimą bije po oczach jasną zielenią, różem i czerwienią. Cholerne zaklęcia ogrodnicze. Zawsze byłem w nich kiepski, co niestety widać po moich zaniedbanych doniczkach w oknach.
— Namiastka prawdziwego życia, kochanie. Merlin wie, że w tej chwili to jedyne, na co mogę sobie pozwolić — wzdycha. Dosiada się do mnie i zabiera kolejnego tosta. Pozwalam jej na to, bo wiem, że pomiędzy pracą a opieką nad Scorpiusem rzadko ma czas coś zjeść. Neddie przynosi nam kawę. Sophie lubi mocną i z mlekiem i kiedy trzyma już kubek w dłoniach, kieruje długie palce w stronę naszego syna, sugerując, że może chciałby pójść teraz do swojego pokoju.
Scorpius wyrywa się skrzatce z wrzaskiem i jestem pewien, że gdy zobaczę go następnym razem, cała zawartość jego torby będzie rozrzucona po podłodze.
— A co z facetem, z którym się ostatnio spotykałaś? — pytam i biorę do ust kęs jajek. Są doskonałe, przyznaję sam przed sobą. I mimo że nie mam zamiaru w najbliższej przyszłości otwierać ekskluzywnej restauracji, w ciągu kilku ostatnich lat nauczyłem się nieźle radzić sobie w kuchni. — Bay, Thyme czy jak się tam zwał?
— Basil, idioto, i nie udawaj, że nie pamiętasz. — Sophie wzrusza ramionami i szarpie palcami tosta, rozrywając go na kawałki i układając je na obrzeżu swojego talerza.
— Nigdy nie skontaktował się z tobą ponownie, prawda? Z powodu Scorpiusa mało kto to robi. — Patrzy na mnie i uśmiecha się niewyraźnie.
— Nie jestem tylko pewna, czy to dlatego, że mam dziecko, czy dlatego, że mam dziecko Malfoya.
— W takim razie jest niewartym ciebie idiotą — mówię i gryzę kolejną kiełbaskę. — Mam poprosić matkę, żeby podsunęła ci kolejnego kandydata?
Sophie pociera o siebie dłonie i wypija do końca kawę.
— Jesteś kochany, mój drogi. — Pochyla się ponad stołem i całuje mnie w policzek, a potem wstaje. — Ale nie ma żadnej cholernej możliwości, abym pozwoliła twojej matce wybrać sobie chłopaka. Widziałeś kretynów, których zaprasza na obiad?
— Są lepsi niż ci, których wysyła do mnie — mówię znad brzegu mojej filiżanki. Matka ma nieszczęsny zwyczaj przedstawiania swojemu synowi wszystkich chętnych współpracowników, z którymi skrzyżują się jej ścieżki. Powinienem być jej wdzięczny, iż bez problemu bierze pod uwagę mój homoseksualizm, ale podejrzewam, że jej akceptacja wynika głównie z faktu, iż udało mi się wyprodukować już spadkobiercę.
Sophie z powrotem nakłada płaszcz, a srebrny guzik w kształcie żaby rechocze delikatnie, kiedy go zapina.
— W takim razie do piątku, kochanie. I może uda nam się zjeść wspólnie wczesną kolację, zanim pójdziesz do pracy.
— Nie mogę — mówię z ustami pełnymi jajecznicy. — Mam robotę w czasie cholernego przyjęcia bożonarodzeniowego. — W odpowiedzi marszczy brwi i wzrusza ramionami. — Nie patrz tak na mnie, wiesz, jak dobrze wtedy płacą.
— Tak, wiem. — Wygląda na nieznacznie rozdrażnioną. — Ale przy twoim i moim rozkładzie dnia nie mieliśmy szansy zjeść razem od tygodni.
— Następny piątek? — wzdycham.
— Obiecujesz?
Kiwam głową i biorę do ust kolejny kęs, a Sophie mierzwi mi włosy na czubku głowy.
— Daj mojemu chłopcu ode mnie buziaka na dobranoc — mówi i wychodzi do szpitala oraz swoich pacjentów, pracy i krzątaniny normalnego życia.
Z korytarza dobiega wrzask i rozgniewany krzyk, który przekształca się w płacz. Wywracam oczami i wstaję, odpychając od siebie talerz. Neddie posprząta w kuchni, a sterty listów, na które muszę odpowiedzieć, mogą poczekać.
Czteroletni koszmar jest mimo wszystko ważniejszy.
Uwierzcie mi.

***

Czternaście godzin później leży wreszcie w swoim łóżku i mocno śpi, otoczony migoczącymi światełkami choinki, po, jakże by inaczej, przeczytaniu do poduszki dwóch bajek. Jednej z „Opowieści barda Beddle’a”***, którą jego matka, gdyby o tym wiedziała, uznałaby za zdecydowanie zbyt przerażającą, i kilku stron ze starego wydania „Szalonego mugola Marcina Miggsa”, które zostało mi z dzieciństwa. Nie obyło się też bez trzech żądań szklanki wody (dwóch odmówionych) i jednej naglącej prośby o siusiu (jak najbardziej zaakceptowanej).
Kulę się właśnie na swoim łóżku ze szklaneczką whisky i uroczo tandetnym egzemplarzem „Kotła ciemności” Alistaire’a Huffingtona, który Pansy podarowała mi w czasie ostatniego, wspólnego lunchu mówiąc, abym ze szczególną uwagą potraktował rozdziały jedenasty i czternasty.
Jestem w połowie jedenastego, kiedy słyszę dźwięk sieci Fiuu.
Niefortunną cechą mojej pracy jest, że nie mam z góry ustalonego grafiku. Żadnego odbijania karty o dziewiątej i radosnego dzwonka kończącego zmianę o siedemnastej. Żadnej przerwy na śniadanie czy wolnej chwili na przekąskę bądź herbatę. A rozmowa w środku nocy zwykle oznacza, że jest robota. Albo matka się upiła.
Pocieram twarz, kucając obok kominka z nadzieją, że to ten drugi przypadek. Opuszczam ręce i mój zwyczajowy urok kamuflujący jest na miejscu: ciemne włosy, niebieskie oczy i kwadratowa szczęka. Czy raczej, bardziej kwadratowa niż normalnie.
— O co chodzi? — pytam, na co Cardinella reaguje śmiechem.
— Mój drogi, wyglądasz strasznie — mówi. Wzdycham. Cardinella prowadzi agencję, która przysyła do mnie klientów. A skoro zdecydowała się skontaktować ze mną tak późno, na dodatek wtedy, kiedy, jak dobrze wie, mam u siebie Scorpiusa, musi to oznaczać, że jest ktoś skłonny zapłacić za moje usługi wyjątkowo dobrze. — Przemyj twarz i załóż jakąś bajeczną, białą koszulę, jedną z tych jedwabnych, które przywiozłam ci z Hongkongu. Mam dla ciebie wyjątkowo smakowitego mężczyznę.
— Syn jest teraz u mnie.
Usta Cardinelli na moment się zaciskają, ale już po chwili kobieta śmieje się znowu. Aby się zamknęła, mam ochotę rzucić w nią „Kotłem ciemności”.
— Tobiaszu, mój drogi. — Używa jedynego imienia, jakie zna, jedynego, jakie znają wszyscy, z którymi pracuję lub się pieprzę. Żaden z nich nie ma pojęcia, jakie jest moje prawdziwe nazwisko lub twarz. Przynajmniej tyle mogę zrobić, aby zachować honor Malfoyów. — On jest skłonny zapłacić podwójnie.
Waham się.
— Nie używam nikogo jako toalety.
— Byłbyś lepiej uświadomiony, gdybyś spróbował raz czy dwa.
— Nie — odpowiadam stanowczo. Jedyne, czego ona tak naprawdę pragnie, to swoje trzydzieści trzy procent. — Czego on chce?
Cardinella wzdycha.
— Naprawdę, Tobiaszu, straszny z ciebie świętoszek.
Przyglądam się jej podejrzliwie.
— Czego on chce? — powtarzam pytanie. Wcale nie jestem świętoszkiem. Istnieje niewiele fetyszy, które sprawiają, że czuję obrzydzenie. Ale gówno to gówno. Przez pierwszy rok nie byłem nawet w stanie zmieniać pieluch Scorpiusowi.
— Jest dziewicą. — Głos Cardinelli przybiera ten napięty ton, jaki ma tylko wtedy, kiedy wyjątkowo ją rozdrażnię.
Dobrze, tego się nie spodziewałem.
— Dziewica.
— Tak. I ktoś cię mu polecił. — Przerzuca kartki swojego notatnika. — Augustyn — parska. — Mam nadzieję, że nie ten święty.
Nie znam prawdziwych imion zdecydowanej większości moich klientów. Są tak samo paranoidalni na punkcie swojej prywatności jak ja, czy to z powodu żon, czy pracy, czy po prostu dlatego, że odbywanie stosunków analnych z innym facetem nadal jest w naszym wyjątkowym społeczeństwie uważane za coś raczej perwersyjnego. Jaka szkoda.
— Augustyn? — Przebiegam w myślach wykaz moich ostatnich klientów. Chwilę mi to zajmuje. — Ach tak, auror. I jak sobie przypominam, zdecydowanie nie święty, biorąc pod uwagę to, co preferuje robić ze swoim kutasem. Co to za jeden?
— Każe nazywać się Damokles.
— Jak zabawnie. — Cardinella rzuca we mnie tym spojrzeniem. Ustępuję. — Nie mogę wyjść.
— W takim razie przyjmiesz go u siebie. — Stuka piórem o podbródek.
— W porządku. — Podnoszę się z podłogi. — Przyślij go za pół godziny... nie, za czterdzieści pięć minut. Muszę wziąć prysznic — dodaję.
Ale jej już nie ma.


***


* przestań, mamo
** to okropne/straszne gówno
*** to książka autentyczna, została napisana w 2007 roku, już po zakończeniu przez J. Rowling prac nad ostatnią częścią HP. Oprócz czterech baśni wymienionych w powieści, znalazła się tam piąta, zatytułowana „Włochate serce maga”. Powstało tylko siedem egzemplarzy, wszystkie są manuskryptami napisanymi i ilustrowanymi własnoręcznie przez autorkę. Książka jest oprawiona w skórę, ozdobiona srebrnymi okuciami i kamieniami półszlachetnymi. Sześć z nich Rowling podarowała osobom, które według niej miały duży wpływ na powstanie serii o HP, siódma natomiast wystawiona została na aukcję


***


KONIEC CZĘŚCI I
Ostatnio edytowano 26 sie 2011, o 10:38 przez Kaczalka, łącznie edytowano 3 razy
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Aevenien » 30 paź 2010, o 13:28

[autor docelowy - Bella_Ju]

Hmm ciekawy pomysł...nie wiem czemu ale podejzewam, że wiem kim jest ten tajemniczy klijent Drocona ;)
Nie wiem też czy potrafie ocenic tego ficka obiektywnie gdyż mój perwersyjny umysł baardzo lubi te klimaty: Draco-męska prostytutka :D
Coż ze spraw technicznych, nie czytałam oryginału ale wydaje mi się, że nie ma się do czego doczepić:
raz-że tekst czyta się płynnie
dwa-to jednak tłumaczyła Kaczalka więc wiadomo z góry, że musi być dobrze :)
W tym momencie czuje niedosyt mam nadzieje, że spełnisz obietnice i na następe części nie bedzie trzeba długo czekać bo już nie moge doczekać się hmm konfrontacji.
Pozdrawiam
Bell
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Havoc » 30 paź 2010, o 13:29

O rany. Naprawdę rzadko kiedy zdarza mi się czytać coś tak niewymuszonego, więc na początku aż mnie zatkało.
I cofam moje niegdysiejsze słowa, jakoby temat "Draco-dziwka" był mało popularny - to już któryś fanfik z rzędu z tym motywem. I choćbym nie wiadomo jak nie lubiła czytać mocno "scenicznych" opowiadań, to znowu przebrnę przez nie ze względu na styl (czy pisałam już, że jest genialny?), ciekawość co do zakończenia, no i rzecz jasna Drarry.

Ja nikomu nie towarzyszę. To inni towarzyszą mnie. (...)
Mężczyźni płacą mi za to, że zabieram ich ze sobą i wysysam im mózgi przez kutasy.

Nie wiem, jak brzmi to w oryginale, ale po polsku to jest po prostu genialny fragment.

I nie lubię pisać rzeczy oczywistych, a dla mnie jest oczywiste, że każde tłumaczenie Kaczalki było, jest i z pewnością będzie świetne. (Nie ma to jak drobna sugestia na przyszłość. :lol:) Naprawdę się cieszę, że są w Polsce drarroholicy z prawdziwym zacięciem translacyjnym. :D

Mignął mi jeden ogonek:
Matka uśmiecha się, sącząc swoją najlepszą, indyjska herbatę, ale po błysku w jej oczach widzę, że już sprawdza, kto wśród jej znajomych ma syna na wydaniu.

ą
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez Kaczalka » 30 paź 2010, o 13:30

Obiecałam, że będzie szybko i mam zamiar słowa dotrzymać, ale... postanowiłam być troszeczkę złośliwa i nie będę wklejać, jeśli nie dostanę choć dwóch komentarzy :twisted:

Dziękuję Belli_Ju i mawako za miłe słowa a „moim” dziewczynom za pomoc.


CZĘŚĆ II


Bardzo się staram, aby oddzielić moją pracę od prywatnego życia. Nawet gdy przyjmuję klientów u siebie. Nie bez powodu płacę ekstra za dwupoziomowe mieszkanie. Dolne piętro służy mi do życia, a górne, połączone z resztą pomieszczeń wewnętrzną siecią Fiuu i wąskimi schodkami z wejściem tuż za kuchnią, to miejsce na interesy. Podczas wizyt Scorpiusa drzwi na schody są zawsze dokładnie zamknięte, a Neddie otrzymała ścisłe polecenie, aby pilnować mojego syna, dopóki nie wrócę na dół.
Na piętrze znajduje się duża sypialnia, urządzona zdecydowanie rozrzutniej, niż lubię, ale trzeba zachować pewien nastrój. Wyłącznie jedwabna pościel, zupełnie niepraktyczna do codziennego spania, i ciężkie, aksamitne kotary. Szerokie, mahoniowe łóżko, do którego wniesienia i ustawienia potrzebnych było aż dwóch pół-troli i które kosztowało małą fortunę. Świece w ściennych kinkietach i gablotki pełne win, likierów i bardzo drogiej whisky.
Obok znajduje się łazienka i właśnie tam biorę kąpiel, pozwalając, aby pachnąca sandałowcem para i aromat piżmowego mydła przeniknęły do sypialni. Rzucam kamuflaż na mój Mroczny Znak. Nie chcę straszyć klientów, to z pewnością nie podziałałoby dobrze na interesy. Zaklęciem wysuszam zarówno siebie, jak i kafelki, a na brzegu wanny układam biały, gruby ręcznik, nowe mydło i maszynkę do golenia. Każdy, kto tu przychodzi, myje się, zanim rozpocznie się jego godzina. To warunek, z którego nie mam zamiaru rezygnować, nieważne, jak częstymi i regularnymi są klientami. Skoro pozwalam im wkładać różne części ciała w moje otwory, cholernie dobrze mają się najpierw wykąpać.
Mogę być kurwą, ale mam swoje standardy.
Przez większość czasu pracuję na zewnątrz. Na spotkania preferuję mugolskie hotele. Są dużo wygodniejsze w przypadku konieczności dokonania nagłego manewru i mniejsza w nich szansa na bycie rozpoznanym przez jakiegoś czarodzieja czy czarownicę. Do tego ci żałośni idioci mają tak czarująco prowincjonalne pojęcie luksusu. Znam z imienia nocnych pracowników Brownsa, Claridgesa, Royal Garden i Savoya, nie wspominając już o La Tremoile w Paryżu czy de Russie w Rzymie*.
Między hotelową obsługą a dziwkami panuje ciekawy układ: mądra kurwa traktuje personel dobrze, zawsze jest miła, ale bez popadania w służalczość. Ci ludzie, jeśli tylko zechcą, bardzo szybko mogą zakończyć twoją karierę.
I wskazane jest, aby zawsze posiadać na ich temat pewnego rodzaju informacje, których można użyć do szantażu, gdyby rzeczywiście zdecydowali się to zrobić. Dość dobrze sprawdza się też wyćwiczona w rzucaniu Imperiusa ręka.
Na okoliczności, kiedy praca zatrzymuje mnie w domu, szafa w kącie sypialni zawiera ubrania i różnego rodzaju dodatki, przydatne w trakcie wieczornych zajęć: bicze i szpicruty, sztuczne prącia (niektóre zaklęte tak, aby wibrowały, inne nie), koraliki i wtyczki analne, pierścienie na penisa, klamerki na sutki, przepaski na oczy, sznury jedwabne i zwykłe powrozy (w końcu nigdy nie wiadomo, czy klient preferuje robić to delikatnie, czy nieco brutalnie), buteleczki z lubrykantem i olejki do masażu.
W głębinach moich szuflad znajduje się cały cholerny sex shop.
Na dzisiaj wybieram jednak jedynie buteleczkę ulubionego nawilżacza, migdałową oliwkę i kilka prezerwatyw. Oczywiście istnieją równie dobre ochronne zaklęcia, ale nie ufam, iż utrzymają się w trakcie gorących momentów.
Ustawiam wszystko na stoliku przy łóżku.
I wtedy staję się Tobiaszem.
W czarodziejskich kręgach imię to jest wystarczająco nietypowe. Egzotyczni mugole i większość moich klientów woli myśleć, że zarówno w praktyce, jak i w teorii stoję od nich niżej. Zachęcam ich do tego, bo w ten sposób mogę utrzymać nietkniętą pozycję społeczną mojej rodziny, a także skusić ich do bycia mniej roztropnymi przy udzielaniu pewnych informacji.
Zarówno ja, jak i mój adwokat nieźle skorzystaliśmy pod względem finansowym z powodu pogłosek i szeptanych plotek, niedostępnych dla większości uczestników tego interesu.
I na Boga, nie marszczcie ze wstrętem brwi! W końcu nikt nie ucierpiał fizycznie.
No dobrze, było jedno tragiczne wydarzenie z udziałem jadu akromantuli, ale Wizengamot naprawdę zdecydował w końcu, że to żona zaplanowała otrucie na długo przed tym, zanim facet stracił swoją fortunę.
Tak, wyjątkowo okropna zbieżność w czasie.
Ubieram białą, jedwabną koszulę i podwijam jej rękawy na tyle, aby wyglądać na odpowiednio nieporządnego, oraz parę czarnych, wełnianych spodni, kupionych w sklepie na Saville Row** i uszytych tak, aby ukazać moją dupę w jak najlepszym świetle. Nie zawracam sobie głowy majtkami, tylko przeszkadzają. Cienki, czarny, skórzany pasek, bose stopy i artystycznie, odrobinę rozczochrane, ciągle ciemne włosy, co ma sprawiać wrażenie, że nudzę się, czekając na przybycie Damoklesa.
Zastanawiam się, kim jest.
Czasami rzeczywiście rozpoznaję moich klientów, choć nigdy bym im o tym nie powiedział. Tu urzędnik ministerstwa, tam auror, dyplomata z Danii, Francji czy Mozambiku. Bogaty mąż i ojciec czwórki dzieci. Każdy z dochodem wystarczającym, aby pozwolić sobie na wydanie trzystu galeonów za godzinę spędzoną ze mną.
Niemniej, jak już wspomniałem, wielu z nich przychodzi do mnie pod działaniem kamuflujących zaklęć, posługuje się fałszywymi imionami i opowiada nieprawdziwe historyjki. Cały sens owych sekretów tkwi w tym, że dla tych mężczyzn bardzo często to zdecydowanie zbyt dużo pozwolić sobie na utratę wszystkiego i być znanymi jako pedały. Czarodziejskie społeczeństwo jest skłonne ignorować homoseksualne dziwactwa tak długo, dopóki nie posuniemy się za daleko. O ile płodzimy dzieci, tak jak tego oczekują nasze rodziny i populacja jako całość. Dokąd kłamiemy na własny temat, a oni mogą udawać, że żyjemy w celibacie. I pozwalamy im zapomnieć, co robimy z naszymi kutasami.
Nawet Dumbledore mówił o tym jedynie szeptem, mrugając okiem, trącając łokciem i pochylając głowę tak, aby żaden z uczniów niczego nie zauważył.
Mógłbym być szlachetny i powiedzieć, że dostarczam tym mężczyznom potrzebnego im wyzwolenia, zapewniam miejsce, gdzie mogą być naprawdę sobą, choćby tylko przez godzinę czy dwie, nawet pod działaniem zaklęć.
Jednak ja zdecydowanie do szlachetnych nie należę.
Seks to seks i jestem w nim naprawdę bardzo dobry.
Kominek w sypialni ma założone blokady dla wszystkich, oprócz tych, którym Cardinella podała odpowiedni kod dostępu. Kiedy słyszę grzechoczący dźwięk, odwracam się, aby spotkać swojego Damoklesa.
Harry cholerny Potter wypada z paleniska i ląduje na podłodze u moich stóp.
Ukrył bliznę, a włosy przefarbował na jasnorudy. Jestem pewien, że to wpływ Weasleyów. Ale tą przeklętą twarz poznałbym wszędzie. Podobnie jak cały cholerny, czarodziejski świat.
Jedynie lata praktyki pozwalają mi zachować spokój, chociaż mrugam kilka razy ze zdenerwowania. Wyciągam rękę, aby pomóc mu wstać.
— Damokles, jak sądzę — mówię z czymś, co, mam nadzieję, jest jednym z moich najbardziej uroczych uśmiechów.
Poprawia okulary na nosie i przestępuje z nogi na nogę.
— Eee... Tak. — Przebiega palcami przez włosy. — Tobiasz, prawda?
Jego niewygoda jest zabawna. Ogarnia mnie dzikie pragnienie, aby wybuchnąć histerycznym śmiechem. Opanowuję się. Zamiast tego nieznacznie pochylam głowę i ujmuję go za rękę. Cofa się odrobinę.
— Zgadza się.
— To... ciekawe imię. — Wpycha dłonie do kieszeni. Ma na sobie dżinsy i sweter. Wygląda na drogi, ale to ciągle tylko sweter. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają. — Rzadko spotykane.
— Mam je po chrzestnym. — To nie jest całkowite kłamstwo. Snape dostał to imię po swoim ojcu. Czasami zastanawiam się, czy Severus byłby rozbawiony, czy raczej przerażony faktem, iż zarabiam pieprząc się z mężczyznami. Podejrzewam, że zarówno jedno, jak i drugie, choć zapewne nazwałby to obsługiwaniem starych bękartów. Trudno się nie zgodzić. — Gdybyś mógł... — Kieruję Pottera w stronę łazienki. — Cardinella z pewnością wyjaśniła...
— Tak — przerywa mi, cofa się i splata ręce na piersi. — Powiedziałem jej, że nie mam nic przeciwko.
— Doskonale. — Podchodzę bliżej. Mogę wyczuć lęk i podekscytowanie napinające jego ciało. — W takim razie została jedynie sprawa płatności... — Zamieram z uniesioną brwią. W tej robocie bardzo szybko nauczyłem się, żeby pieniądze zabierać od razu. W przeciwieństwie do powszechnie panującej opinii, większość klientów nie zostawia liścików na stoliku następnego ranka. Najpierw forsa, pieprzenie potem.
To jest prosta, elegancka transakcja.
Potter rumieni się i grzebie w kieszeni.
Przyjmuję wyłącznie gotówkę. Żadnych bonów czy bankowych czeków. Cardinella uświadamia w tej kwestii klientów już przy pierwszej wizycie. Musi dbać o swoją jedną trzecią. Potter wyciąga woreczek galeonów, które brzęczą, kiedy mi go podaje.
Liczenie ich teraz jest zbyt niezręczne. Waga w mojej dłoni świadczy o tym, iż jest raczej mało prawdopodobne, aby próbował mnie oszukać. I oczywiście nie zapominajmy o cholernym, gryfońskim honorze. Mimo to upewnię się, kiedy będzie się kąpał.
Jeśli już mowa o...
Dotyk moich warg na szczęce sprawia, że gwałtownie wciąga powietrze.
— W takim razie teraz cię zostawię. — Muskam kłykciami jego policzek i podaję mu mydło. — Nie zawracaj sobie głowy ponownym ubieraniem.
Zamykam za sobą drzwi, opieram się o nie i wciskam do ust pięść, aby powstrzymać dławiący mnie śmiech.
Moment później prysznic zostaje włączony, szumiąc i rozpryskując wodę na kafelkach.
Potter. Cholerny Harry Potter w moim łóżku. Cholerny Harry Potter, który ma żonę i trójkę dzieci, nad którymi Prorok zachwyca się przynajmniej raz w tygodniu. Oddany ojciec. Ukochany mąż. I najwyraźniej ktoś rozpaczliwie spragniony penisa.
Pansy nigdy w to nie uwierzy.
Galeony toczą się do mojej dłoni, jasne i błyszczące, kwota jest prawidłowa, dokładnie podwójna stawka za godzinę.
Potter musi być zdesperowany, skoro zwraca się do dziwki.
Otwieram gablotę z alkoholem i studiuję jej wnętrze. Bardzo wątpię, aby był koneserem wina, dlatego w zamian wybieram niskie szklanki i napełniam je whisky. Glenfiddich***. Severus zapoznał mnie z nią na siódmym roku w Hogwarcie.
Butelka prawie ląduje na podłodze, kiedy przypominam sobie, że Potter jest dziewicą. W pewnym sensie. Jasna cholera. Ręka trzęsie mi się, kiedy zakręcam whisky i odstawiam ją na półkę. Zbłąkana kropla spływa po szkle. Ścieram ją jednym palcem i oblizuję go do czysta. Alkohol pali mnie w język.
Dziewica.
I ja mam go mieć jako pierwszy.
Na zarośnięte jaja Merlina, kutas boli mnie na samą myśl.
Wypijam swoją porcję i ponownie sięgam po butelkę. Uzupełniam szklankę i tylko nieznacznie drżącą ręką dodaję do niej odrobinę eliksiru męskości. To standardowa procedura, kiedy pracuję. Mięknący penis jest ostatnią rzeczą, jakiej mi potrzeba.
Choć wcale nie przewiduję, iż będzie to problemem dzisiejszej nocy.
Niech to szlag.
W momencie, gdy drzwi łazienki otwierają się, panuję już nieco nad sobą. Nieco.
I Potter stoi przede mną. Z włosami ciągle wilgotnymi, jedynie w białym ręczniku zawiniętym wokół bioder tak cholernie nisko, że mogę widzieć wystające kości biodrowe. Pachnie mydłem, wodą oraz parą i nie mogę oderwać oczu od szerokości jego ramion.
Chryste, jak ja go kurewsko nienawidzę.
Wręczam mu drugą szklankę, którą opróżnia natychmiast, wypijając prawie połowę jednym haustem. To nie powinno być tak cholernie pociągające!
Potter oblizuje dolną wargę i odgarnia włosy z czoła. Nie ma okularów, pewnie zostawił je razem z ubraniami w łazience, przez co jego wzrok jest nieznacznie nieskupiony. Sprawia to, że wygląda na dziwnie bezbronnego.
— Zwykle tego nie robię... — zaczyna.
Odbieram od niego szklankę i odkładam ją.
— Oczywiście — mówię i podchodzę bliżej, a on przełyka mocno.
Gdy opuszkami palców muskam jego klatkę piersiową, zamyka oczy.
— Nie robię... To tylko... — Paznokciem kciuka drapię go powyżej sutka i oddech mu przyspiesza. — Jezu...
I wtedy opadam na kolana, przesuwając ustami po jego ciepłej, wilgotnej skórze, po twardym i napiętym pod moimi rękami ciele. To tylko praca, wmawiam sobie. Tylko praca i tylko kolejny klient, ale moje palce wbijają się w jego skórę, a on jęczy, więc naciskam mocniej, drapiąc jego biodra i zostawiając długie, różowo-białe ślady na bladozłotej powierzchni.
Kiedy zdejmuję ręcznik, jest już twardy. Jego penis nie jest duży, ale za to gruby, czerwony i lekko zakrzywiony w prawo i ku górze. Kiedy przebiegam językiem po spodzie, wzdłuż twardej żyły, kładzie mi rękę na ramieniu i chwyta się go mocno.
Zamykam usta wokół główki.
Potter smakuje jak sól i mydło. Cienie rzucane przez światło świec migoczą mu na piersi, gdy, przesuwając wargami po jego penisie, spoglądam w górę. Obserwuje mnie szeroko otwartymi oczami. Oddycha spazmatycznie lekko rozchylonymi ustami i nie mogę się powstrzymać przed rozsunięciem kolan szerzej. Mój kutas napiera na guziki od spodni i wszystko, o czym jestem w stanie pomyśleć, to obraz, jak porusza się w jego ustach, a potem wytryska w ich wnętrzu, na twarz, na policzki. Merlinie!
Odsuwam się, oddychając szybko, a jego penis, gładki i mokry, huśta się przed moimi oczami.
— Nigdy wcześniej nie robiłeś tego z mężczyzną — mówię i nie mogę powstrzymać się przed polizaniem główki jeszcze raz.
Jego palce wślizgują się w moje włosy.
— Nie. — Dreszcze przebiegają mi wzdłuż kręgosłupa. Przypominam sobie, jak wiele myślałem o tym w szkole. Jak pragnąłem mieć nagiego Pottera pod sobą, kiedy wsuwam w niego swojego kutasa, a język w jego usta, sprawiając, że przez to wreszcie się zamyka.
Praca. Nie przyjemność. To praca. Teraz jestem Tobiaszem. Nie Draco. Nie Malfoyem. Ponownie wślizguję się w skórę dziwki.
— Czego pragniesz? — szepczę mu do ucha. Obniżam głos w taki sposób, co wiem z doświadczenia, że przyprawia penisy o ból. Znam wszystkie sztuczki, które sprawiają, że mężczyźni czują się pożądani. Że ktoś ich pragnie. To moja praca i jestem w niej geniuszem. — Chcesz mnie ssać czy pieprzyć? A może wolisz rozsunąć nogi i sprawdzić, jak to jest mieć kogoś w sobie? — Liżę go po gardle i gryzę w szczękę. — Powiedz, ta noc należy do ciebie.
Potter napina się na tyle, aby sprawić, że się uśmiecham. Och, tak. On z pewnością mnie pragnie.
Wypuszcza powietrze, ciepły strumień drażni moją szyję.
— Chcę cię pieprzyć.
Oczywiście, za pierwszym razem wszyscy chcą to robić. Każdy z tych mężczyzn, którzy po latach obcowania z cyckami i cipkami odkryli w sobie pociąg do penisa. Tak jest łatwiej, mniej przerażająco niż wpuszczenie do własnego tyłka czyjegoś kutasa. Mimo wszystko, dziura to dziura i jeśli im się nie spodoba, zawsze mogą udawać, że właśnie pochylają się i wchodzą w swoją żonę czy dziewczynę.
Jedynie ci, którzy sięgają po moją erekcję, biorą ją w dłoń i pieszczą, kiedy mnie pieprzą, będą zainteresowani powrotem. Zwykle po to, aby dowiedzieć się, że jednak lubią penisa we własnym tyłku.
Naprawdę kocham dziewice.
Odpinam pasek i wysuwam go z pętelek. Upuszczam na podłogę. On gapi się na wybrzuszenie w moich spodniach.
— Podoba ci się to, co widzisz, Damoklesie?
Przebiegam mu palcami przez włosy i przyciągam bliżej, kciukiem kreśląc kółka na jego karku. Jedną ręką obejmuje mnie w talii i ociera biodra o spodnie. Wełniana tkanina drażni czubek mojego penisa. Pierdolony Boże!
— Wystarczająco — odpowiada szorstkim głosem.
Nie jestem pewien, jak guziki zostały odpięte, czy sam to zrobiłem, czy on, czy razem, nasze palce plątają się ze sobą. Już po chwili trzyma mnie w dłoni i głaszcze lekko, prawie niepewnie.
— Nie tak delikatnie. — Niemalże się dławię, a on tylko uśmiecha się, zaciska dłoń i porusza nią mocniej.
Kurwa.
Popycha mnie na łóżko, koszula zwija mi się pod plecami. Jego ciepłe i gładkie dłonie dotykają mojej skóry. Zrzucam spodnie.
— Nawilżacz — udaje mi się jeszcze wykrztusić i skinąć głową w stronę stolika.
Potter szuka po omacku i patrzy na mnie.
— Prezerwatywy? — Podnosi jedną do góry. — Są zaklęcia...
— A ja jestem kurwą — odpowiadam spokojnie. Tę lekcje też już przerabiałem. Eliksir przeciw opryszczce smakuje obrzydliwie. Biorę paczuszkę do ręki, rozrywam opakowanie i wręczam mu kawałek gumy. — Załóż to, jeżeli chcesz mnie pieprzyć.
Potter wykonuje polecenie, krzywiąc się. Większość klientów przynajmniej raz w tej kwestii protestuje. Zaklęcia są o wiele wygodniejsze. Ale to właśnie moją dupę ma najechać, a jego kutas był już w co najmniej jednym Weasleyu, więc mam ochotę zapewnić sobie przynajmniej taką barierę między nami. Przewracam się na brzuch i spoglądam na niego przez ramię. — Teraz olejek.
Otwiera buteleczkę i wylewa trochę płynu na palce. Patrzy na mnie z zakłopotaniem.
— Co dalej?
Jego niepewność jest prawie urocza, pomijając fakt, że to cholerny Potter. Wywracam oczami, zapominając się na chwilę. Na szczęście on wpatruje się w pokrytą śliską substancją dłoń.
— Najpierw jeden palec — mówię, ledwie powstrzymując się od westchnienia. — Do mojego tyłka, jeśli możesz.
Potter mruga ze zdziwienia.
— Nie penisa?
— Jeszcze nie. — Unoszę się i podpieram na łokciu. — Rozumiesz, że muszę zostać rozciągnięty?
Już mogę powiedzieć, że to nie pójdzie łatwo.
— Racja — odpowiada, ale ciągle się waha.
Chwytam go za nadgarstek i przyciągam dłoń w stronę mojego wejścia.
— Teraz. — Palec wślizguje się do środka, więc rozkładam szerzej uda. Koszula zrolowała mi się pod pachami. — Kurwa, tak. — Wzdycham tak, jak się ode mnie oczekuje, po czym wypycham biodra na spotkanie jego ręki.
Zerkam na zegarek. Minęło trzydzieści jeden minut.
Czasami godzina wlecze się w nieskończoność. Mam jednego klienta, który woli spędzać cały ten czas trącając nosem moje stopy i dziko szarpiąc swojego penisa. Leżę wtedy na łóżku, gapiąc się w sufit i zachęcając go od czasu do czasu. Inny z kolei lubi leżeć na mnie i pieprzyć mnie tak powoli, że prawie niemożliwością jest nie usnąć.
Tempo, z jakim porusza się Potter, grozi, że ta godzina będzie należeć właśnie do takich.
I wtedy wkłada we mnie drugi palec i pochylając się, szepcze mi do ucha:
— W ten sposób? — Wszystko, co teraz mogę, czując, jak te palce kręcą się we mnie, jest mrugnięciem i kiwnięciem głową. — Wcale nie tak inaczej niż u dziewczyny — mówi i gryzie mnie w ramię. — Trochę mniej mokro.
Unoszę biodra w jego stronę i kręcę nimi.
— Jak wiele kobiet musisz rozciągać w ten sposób?
— Byłbyś zaskoczony. — Pcha palce mocniej. To boli, więc wydaję z siebie syk. — Za szybko?
Kiwam głową, więc uspokaja swoje ruchy. Niestety, niewystarczająco.
— Wolniej. Pokręć nimi trochę. — Wykonuje polecenie. Już jestem rozluźniony. Przy ilości seksu, jaką uprawiam, tak naprawdę nietrudno mnie przygotować. Klękam. — Jestem gotowy — mówię, patrząc na niego przez ramię.
Gapi się na własne palce w moim tyłku, policzki ma zaczerwienione, a usta rozchylone i wilgotne. Drżę.
— Nie w ten sposób — odzywa się, wbijając we mnie wzrok. Odsuwa rękę. — Odwróć się.
— Po co?
Pochyla się nade mną, a jego penis muska tylną stronę mojego uda. Całuje mnie w ramię.
— Chcę widzieć twoją twarz. — Zamieram. Prawie nikt o to nie prosi. I nigdy za pierwszym razem. Wiem, że to niebezpieczne. Zaklęcie kamuflujące teoretycznie mogłoby przestać działać w trakcie pieprzenia. Ale ciągle czuję w dłoni ciężar galeonów. — Tobiaszu? — odzywa się znowu, więc biorę się w garść. To śmieszne. Ja jestem śmieszny. Siedem lat w zawodzie i to zaklęcie jeszcze nigdy mnie nie zwiodło.
Na rany Chrystusa, jestem profesjonalistą.
Przewracam się na plecy i uśmiecham do niego, przeciągając leniwie. Przesuwam palcami wzdłuż jego szczęki.
— Chcesz mnie pieprzyć, mój Damoklesie?
Potter drży pod moim dotykiem i kiwa głową.
— Tak. — Wypuszcza powietrze.
— Posmaruj penisa.
Wręczam mu buteleczkę. Robi to, co każę, głaszcząc się powoli przez prezerwatywę. Rozkładam nogi szerzej. Sam jestem twardy i sięgam w dół, aby przeciągnąć dłonią po własnym członku. Oczy Pottera otwierają się szeroko. Śmieję się cicho i unoszę biodra.
— Zwolnij trochę. Nie będzie zabawy, jeżeli dojdziesz za szybko.
Potter pochyla się nade mną, naciskając penisem na moje wejście. Zagryza dolną wargę i pcha.
Czucie go w sobie wcale nie jest nieprzyjemne. Zamykam oczy i zaciskam własną dłoń.
Bycie pieprzonym w ten sposób to właśnie to, co kocham w zawodzie dziwki. Technika Pottera jest okropna, a jego jęki i chrząknięcia mnie śmieszą. Ale tempo utrzymuje mocne, a jego pchnięcia są rytmiczne, więc wychodzę na spotkanie każdego z nich i zderzam się z nim biodrami.
Seks to jedyna rzecz, w jakiej mogę się zatracić. Gdzie nie jestem niczym, poza ciałem, pragnieniem, bólem i potrzebą. Kocham dochodzić, kocham wijącą się spiralę przyjemności, która gwałtownie skacze przez moje biodra, wzdłuż kręgosłupa, wydzierając z płuc urywany oddech. Palce poruszające się na penisie podrywają w górę moje powieki. Potter obserwuje mnie, jego skóra jest wilgotna i gładka, a oczy tak przeklęcie zielone.
Mam lepkie i śliskie dłonie. Moje ciało trzęsie się przy każdym jego pchnięciu, unoszę się, aby wyjść mu na spotkanie i nagle to zbyt wiele. Chwytam dziko jego ręce, dociskam ramiona do materaca i kończę z krzykiem.
Staję się wiotki i ospały, kiedy pieprzy mnie dalej, rozmazując mi dłonią nasienie po brzuchu i piersi. W końcu drży i wpycha się we mnie jeszcze mocniej.
Opada na mnie i przez chwilę leżymy tak, zawinięci wokół siebie.
Odwracam głowę i beznamiętnie patrzę na zegar.
Minęło dwanaście minut.
Oddech Pottera muska moją szyję. Odsuwa się i mogę wyczuć, że zdejmuje prezerwatywę. Krzywię się, kiedy chrząka mi do ucha.
— Tak? — Wysuwam się spod niego i wyciągam rękę. Podaje mi zużytą gumę, którą wyrzucam do kosza. Znika z niego momentalnie, Merlin wie gdzie.
Potter opada na plecy i wbija wzrok w sufit.
— Jestem żonaty.
— Większość jest.
Wzdycham. To część, którą gardzę. Prawdziwe wyznania. Zdecydowanie preferuję klientów, którzy staczają się ze mnie i od razu sięgają po spodnie. Jestem zmęczony. Jestem obolały. Marzy mi się kubek gorącej herbaty z odrobiną whisky, zanim zwinę się pod kołdrą na te kilka godzin, dopóki Scorpius nie obudzi mnie, żądając śniadania.
Ale nie, Potter musi należeć do tych, którzy lubią rozmawiać.
Obraca głowę i wpatruje się we mnie badawczo.
— Rozwodzę się.
To mnie zaskakuje. Prorok zapewne nie zna jeszcze tej nowiny. Gdyby tak było, rozchlapałby wieści w tempie błyskawicznym.
Jedyne, na co sobie pozwalam, to uniesienie brwi. Potter wzdycha i wraca do kontemplowania sufitu.
— Tak jest lepiej dla nas obojga.— Skubie prześcieradło i nawija jedwabne fałdki między palce. — Nie bardzo jej się podoba moja skłonność do mężczyzn.
— Racja, w końcu jest twoją żoną. — Opieram podbródek o zaciśniętą pięść. — Byłeś już wcześniej z facetem? Pytam, bo zapłaciłeś podwójnie.
— Nie — odpowiada z lekkim rumieńcem. — Raz pocałowałem brata żony. — Zagryza dolną wargę. — Byłem pijany, on był pijany, nie wiem, co mnie napadło.
Mam ochotę się roześmiać. Och, Merlin tylko wie jak bardzo. W zamian przybieram minę, która, mam nadzieję, wyraża współczucie. To prawdziwa męka.
— Och — odpowiadam niezobowiązująco. Mam desperacką ochotę zapytać, którego brata. Niezrobienie tego kosztuje mnie całą moją samokontrolę.
Potter podnosi się.
— Nie wiem, po co to mówię. — Pociera dłońmi twarz. — To tylko... Dziś wieczorem wreszcie złożyliśmy u adwokata papiery i... — Nieruchomieje ze spuszczonymi ramionami.
Jedno pytanie mniej. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę rano Proroka.
Teraz jednak głaszczę go po ręce. Tobiasz, przypominam sobie. Jesteś Tobiaszem, a on okazałby współczucie.
— To fatalnie.
Jak sądzę, nie brzmi to szczególnie pocieszająco.
— Racja. — Odsuwa z czoła kosmyk włosów. Widzę słaby zarys blizny pod zacierającym się zaklęciem. — Ona kogoś spotkała. I chce z nim spróbować.
Jak absolutnie bajecznie.
— Zdradziła cię?
— Nie! — Piorunuje mnie spojrzeniem, a ja wzruszam jedynie ramionami. — Ona nie jest taka. — Nie podzielam jego pewności. W końcu to Weasleyówna. Potter pociera dłońmi o nagie uda. Jego penis przesuwa się, co wywołuje rumieniec. — Próbowaliśmy jakoś to pogodzić, ale nie udało się. Żadnemu z nas. Dlatego teraz pójdziemy własnymi drogami. — Napotyka moje spojrzenie. — Zostaniemy przyjaciółmi.
Biorąc pod uwagę moją własną sytuację, tak naprawdę nie mogę z niego z tego powodu kpić. Niech to cholera.
Przebiegam palcami po jego klatce piersiowej.
— W takim razie traktuj nasze spotkanie jak okazję do świętowania.
Uśmiecha się słabo, ale dłonią głaszcze mnie po policzku.
— Tak, być może masz rację. — Kciukiem zakreśla kontur mojej dolnej wargi. — To samo powiedział Connor, kiedy cię polecał.
Zapisuję imię w pamięci. Zawsze istnieje możliwość, że w jakimś momencie będę zmuszony go użyć przeciwko mojemu Augustynowi.
Potter wstaje.
— Powinienem... — Wskazuje w stronę łazienki, więc kiwam głową. Kiedy drzwi się za nim zamykają, rozciągam się na chwilę na poduszkach.
Właśnie kończę nakładać spodnie, kiedy wychodzi, wykąpany i całkowicie ubrany. Postarał się nawet wysuszyć włosy, więc pewnie wraca do swojej Wiewiórki.
— Dziękuję — mówi. Muska ustami mój policzek i zawija palce wokół dłoni.
Jest już w kominku, kiedy uświadamiam sobie, że dał mi kolejny woreczek galeonów.
Przeklęty skurwysyn.


***


*wszystkie hotele istnieją naprawdę, cztery wymienione jako pierwsze mieszczą się w Londynie
** miejsce, gdzie mieści się pierwszy międzynarodowy sklep marki Abercrombie&Filch, otwarty 22 marca 2007 roku w Londynie
*** co znaczy: „dolina jeleni”, szkocka whisky, destylowana i butelkowana przez Wiliam Grant&Son w destylarni Glenfiddich w miejscowości Dufftown w Szkocji


KONIEC CZĘŚCI II
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez AngelsDream » 30 paź 2010, o 13:31

Tym razem tutaj, żeby była równowaga. [Jeśli chcesz, mogę przeklejać komentarze na wszystkie fora, ale nie zawsze mam siłę, żeby pod jednym rozdziałem pisać coś nowego, więc w zasadzie służyłoby to tylko temu, żeby tematy wyglądały na pełniejsze]. To kolejny komentarz, który piszę w Wordzie. Czemu? Bo tak łatwiej mi panować nad tym, co myślę i zdecydowanie ładniej ubieram to poplątanie w słowa. Wiedziałam, że Londyński mi się spodoba. Wiedziałam to od samego początku i druga część jedynie utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Wprawdzie ostatnio sporo czytałam po angielsku i pewnie mogłabym skusić się na oryginał, ale na razie poczekam. Nie spieszy mi się nigdzie. Ciekawość - chorobliwa i niepowstrzymana - budzi się zwykle po przekroczeniu połowy tłumaczenia lub też tuż przed samym końcem, a tu jest sporo detali, których wolałabym nie przegapić, co na pewno wydarzyłoby się podczas lektury w języku obcym.

Wspomniałam już, że podoba mi się to, że Draco jest rodzicem i chociaż sama dzieci nie posiadam, to mam wrażenie, że właśnie tak to wygląda. Człowiek wcale nie zachwyca się swoją latoroślą cały czas i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dziecko to też ciężar, pomijam towarzyszącą małym ludziom obrzydliwość. Tak, z tym osądem zgadzam się trzy razy i czwarty niewielki, ale... Ale autorka pomyślała również o pewnym nawiązaniu. Bo czyż klienci Malfoya nie są w pewien sposób "obrzydliwi"? W podobny, nie do końca określony, sposób? Choćby i Potter, który żyje w kłamstwie. Ech. Prawdziwość tego tekstu jest niemal dobijająca. Z całym tym brudnym światkiem szantaży i przepływu pieniędzy, dążeniem do tego, co najlepsze dla nas, stawianiem ludziom na świeczniku wielkich wymagań. Tak głośno krzyczy się o tolerancji, ale tak naprawdę te krzyki są tylko na pokaz, bo to "normalność" jest wskazana i preferowana. To, co dzieje się w czterech ścianach mieszkania obok naszego nie interesuje nas, dopóki z wierzchu wszystko jest w porządku albo przynajmniej takie się zdaje. Nawet jeśli "zdawanie się" jest szyte grubymi nićmi.

Z prostytucją osobiście nie mam żadnego problemu, o ile ktoś, kto para się tym zawodem robi to dobrowolnie i z pełną świadomością podejmowanego ryzyka. Draco jest dziwką ekskluzywną, więc w zasadzie jedyne, o co musi się troszczyć, to te nieszczęsne choroby, na które w magicznym świecie zawsze znajdzie się eliksir. Myślę, że niejedna osoba chciałaby dostać buteleczkę tego czy owego lekarstwa na własność, o maskowaniu blizn nie wspominając. Zmierzam do tego, że to praca niewdzięczna - nie do końca wiadomo, na kogo można trafić, niejedna prostytutka skończyła z bliznami lub martwa: nie ma się co oszukiwać. Zwykle w ff-ach mało się o tym mówi, pewnie dlatego, żeby nie wystraszyć czytelnika. Tu jest to gdzieś między zdaniami, a przynajmniej ja to wyczuwam. Podoba mi się używanie prezerwatyw, patrzenie na zegarek, idealne granie roli. Na tym, w moim odczuciu, właśnie polega ta praca. Na tym i na słuchaniu, wyciąganiu informacji i wniosków. Jedyne, co mnie zastanawia to, czemu Harry nie postarał się bardziej ukryć swoją tożsamość. Wiem, że Draco musiał go rozpoznać, ale... Kurczę, jego twarz znają wszyscy - sporo zaryzykował albo znów nie pomyślał. W końcu to tylko Gryfiak.

? Nie ? odpowiada z lekkim rumieńcem. ? Raz pocałowałem brata żony. ? Zagryza dolną wargę. ? Byłem pijany, on był pijany, nie wiem, co mnie napadło.
Mam ochotę się roześmiać. Och, Merlin tylko wie jak bardzo. W zamian przybieram minę, która, mam nadzieję, wyraża współczucie. To prawdziwa męka.
? Och ? odpowiadam niezobowiązująco. Mam desperacką ochotę zapytać, którego brata. Niezrobienie tego kosztuje mnie całą moją samokontrolę.


Tak, też jestem ciekawa. Zrobimy ankietę? ;)
AngelsDream Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:40

Postprzez Donnie » 30 paź 2010, o 13:32

Kaczalce należą się gratulacje za wybór kolejnego tekstu i podziękowania za jego przybliżenie.
To opowiadanie ma w sobie moim zdaniem ? wbrew wszelkim pozorom ? wielki ładunek ciepła. Na razie tego może nie widać, ale dalsze części powinny Wam pokazać, co mam na myśli. Klimat tekstu jest taki jakiś... świąteczny w swojej wymowie ;-) Szkoda, że szanse przeczytania całości po polsku przed Bożym Narodzeniem są raczej marne.
AngelsDreams ma rację, tu spojrzenie na prostytucję jest raczej łagodne. Zupełnie inaczej niż ma to miejsce w innym tłumaczeniu Kaczalki, w opowiadaniu ?Czego chcę?.
A teraz kilka drobiazgów, które rzuciły mi się w oczy. Trochę mi może nie wypada zaczynać od wypominania literówek jako nowej na tym forum, ale czego się nie robi dla dobrego opowiadania:

Kaczalka napisał(a):Pansy nigdyw to nie uwierzy.


Brak spacji.

Kaczalka napisał(a):Przebiegam mu pacami przez włosy i przyciągam bliżej, kciukiem kreśląc kółka na jego karku.


palcami

Kaczalka napisał(a):Popycha mnie na łóżko, koszula zwija mi się pod plecami. Jego ciepłe i gładki dłonie dotykają mojej skóry.


gładkie

Jeszcze jeden drobiazg: Harry raz jest Demoklesem, raz Damoklesem. Chyba drugi wariant jest bardziej ?polski?.

To tyle, pozdrawiam serdecznie, życzę weny i czekam na dalsze części!
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Kaczalka » 30 paź 2010, o 13:33

Co do złośliwości zapomniałam dodać, że komentarze Angels do tych dwóch nie będą zaliczane. One są dla mnie na deser :twisted:

A czy Donnie to donnieDonnie? :D
Szkoda, że szanse przeczytania całości po polsku przed Bożym Narodzeniem są raczej marne.

Ależ dlaczego? Ficzek jest już w zasadzie przetłumaczony, kwestia tylko, czy się bety kochane wyrobią. No i zamysł mój był taki, aby wklejanie w miarę zgrać z fabułą, czyli część przedostatnia w Wigilię, a ostatnia koło Nowego Roku, reszta gdzieś pomiędzy.

Mam nadzieję, że się uda.
(No chyba że się nie będzie podobać.)
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Donnie » 30 paź 2010, o 13:34

Kaczalka napisał(a):A czy Donnie to donnieDonnie? :D


Jepp :oops:

Kaczalka napisał(a):Ależ dlaczego? Ficzek jest już w zasadzie przetłumaczony, kwestia tylko, czy się bety kochane wyrobią. No i zamysł mój był taki, aby wklejanie w miarę zgrać z fabułą, czyli część przedostatnia w Wigilię, a ostatnia koło Nowego Roku, reszta gdzieś pomiędzy. Mam nadzieję, że się uda. (No chyba że się nie będzie podobać.)


A to super. Miła wiadomość. A co do ostatniego zdania, to wątpię. Od rozdziału do rozdziału robi się coraz ciekawiej, czyż nie?
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Widzimisie » 30 paź 2010, o 13:35

Opowiadanie super, zresztą zawsze lubiłam Draco w roli prostytutki. Ten tekst jest chyba troche inny, bo w każdym poprzednim które czytałam bohater raczej z braku jakiegokolwiek innego wyboru zostaje tym, kim zostaje. Fajnie, że nie stracił Swojej Malfoyowatości (jeśli mogę sobie pozwolić na bezczelne i błędne bezczeszczenie jego nazwiska ;) ) Mam na myśli fragment:
Kaczalka napisał(a):Ja nikomu nie towarzyszę. To inni towarzyszą mnie. I tyle.

Podoba mi się też, że Draco nie jest taką ofiarą własnego wyboru, jak w większości. Że sprawia mu to przyjemność, a nie rzyga gdzieś po kątach.
A btw to podziwiam Cie, za chęci do tłumaczenia (jest tu sporo Twoich tłumaczeń) i podpisuje się pod tym, co ktoś kiedyś pod którymś z nich ktoś napisał, że ?Jak widzę że tłumaczy Kaczalka, to od razu wiem że będzie coś dobrego do czytania? ( cytat niedokładny, bo nie mogę go teraz znaleźć)
Pozdrawiam i czekam, oj czekam na więcej!
Widzimisie Offline


 
Posty: 8
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 10:22

Postprzez Havoc » 30 paź 2010, o 13:35

A moje komentarze się liczą? Jako chociaż pół-komentarze? :lol:
Przebranie Harry'ego prawie mnie zabiło. I ten fragment, który przytoczyła AngelsDream... Mam tylko nadzieję, że to nie był Ron, bo tym razem chyba bym już tego nie przeżyła. (I naprawdę chętnie bym coś na kogoś postawiła, ale po moim ostatnim niedoszłym Anonimowym Fanklubie Fotela, który okazał się - o zgrozo - zwykłym fotelem, wolę nie ryzykować.)
Zaczynam się zastanawiać, czy Draco sprzeda gdzieś zasłyszaną informację. I jakie będzie ich następne spotkanie? Ach, to będą wspaniałe święta. :twisted: (Jak tylko zawsze znajdzie się drugi komentujący, to spokojnie damy radę! :D)

Ha! Moje trzecie oko zawsze coś wyłapie!
Zamieram z uniesiona brwią.

ą
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez AngelsDream » 30 paź 2010, o 13:36

Przebranie Harry'ego prawie mnie zabiło. I ten fragment, który przytoczyła AngelsDream... Mam tylko nadzieję, że to nie był Ron, bo tym razem chyba bym już tego nie przeżyła. (I naprawdę chętnie bym coś na kogoś postawiła, ale po moim ostatnim niedoszłym Anonimowym Fanklubie Fotela, który okazał się - o zgrozo - zwykłym fotelem, wolę nie ryzykować.)


To opowiadanie bliskie kanonowi, zgodne z nim, prawda? Więc pomyślmy, co mamy do wyboru, a raczej kogo. Mimo wszystko, ja stawiam na bliźniaka. :twisted: Gdyby miał na myśli Rona, wspomniałby o mężu przyjaciółki, prawda? [Tak się pocieszam]. A Fanklub był niesamowity i nie narzekaj, bo było naprawdę bardzo zabawnie.
AngelsDream Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:40

Postprzez Donnie » 30 paź 2010, o 13:37

AngelsDream napisał(a):To opowiadanie bliskie kanonowi, zgodne z nim, prawda? Więc pomyślmy, co mamy do wyboru, a raczej kogo. Mimo wszystko, ja stawiam na bliźniaka.


Ooooch, ależ mnie palce świerzbią. Oooch, chyba nie wytrzymam :wink:

Nie, nie będę nikomu psuć dedukcyjnej radości. Nic nie powiem. *wbija pięści w rękawiczki bez palców i odwraca klawiaturę do góry nogami*

No dobrze, powiem jedno: warto czekać na rozwiązanie zagadki :lol:
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez AngelsDream » 30 paź 2010, o 13:42

Nie, nie będę nikomu psuć dedukcyjnej radości. Nic nie powiem. *wbija pięści w rękawiczki bez palców i odwraca klawiaturę do góry nogami*


Nie przejmuj się - stracę cierpliwość, sama sobie doczytam i będę przytrzaskiwać sobie palce notebookiem, żeby nic nie zdradzić.

W ogóle taka dyskusja poboczna jest dozwolona pod tekstem? Czy raczej nie? Bo nie do końca wiem, czy zaraz nie dostanę po nosie za nabijanie postów i podrzucanie tematu.
AngelsDream Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:40

Postprzez Kaczalka » 30 paź 2010, o 13:43

Dla mnie KAŻDY Weasley w tym ujęciu jest nie do zaakceptowania, ale wiadomo, że właśnie ich Harry ma pod ręką pod dostatkiem :wink:

Wielkie, wielkie całusy dla Evey i Yami-no.


CZĘŚĆ III


Kiedy docieram do Palm Court*, Pansy ze swoim synem Aleksandrem już siedzi przy jednym ze stolików. Trzymając mocno dłoń Scorpiusa w swojej, spokojnie kluczę przez labirynt obrusów z adamaszku i błyszczących, srebrnych serwisów do herbaty. Olbrzymia, bożonarodzeniowa jodła lśni w rogu pomieszczenia. Cała pokryta jest ruchomymi świecami i obracającymi się, chaotycznie zmieniającymi kolor, szklanymi kulami. Między gałęziami unoszą się wróżki, a ich skrzydełka migocą odbitym światłem.
Oczy Scorpiusa są szeroko otwarte. Drzewko jest dwa razy większe niż to, które Neddie ustawiła w naszym domu.
Wtorkowa, popołudniowa herbata stała się dla naszej czwórki rutyną. Aleksander, mój chrześniak, uśmiecha się do mnie.
— Wuj Draco — mówi nieśmiało.
Dopiero niedawno skończył siedem lat i odziedziczył dużo więcej ze statecznego ojca niż z matki. Z kolei jego dwuletnia siostra to prawdziwy potwór.
— Nauka idzie dobrze? — pytam, a on w odpowiedzi kiwa głową.
Pochylam się, aby pocałować Pansy w policzek, po czym usadzam Scorpiusa na krześle. Dobrze wie, jak się zachować w takim otoczeniu, jest niezwykle cichy i poważny w swojej drugiej z kolei, najlepszej szacie, tej z wyhaftowanymi, srebrnymi wężami, którą Pansy kupiła mu na ostatnie urodziny.
Kiedyś myślałem, że my dwoje weźmiemy ślub. W szkole zakładaliśmy, że właśnie tego po nas oczekiwano. Ale wojenne restrykcje wszystko zmieniły. Parkinsonowie nie widzieli żadnego sensu w łączeniu swojej kwitnącej fortuny z upadającym majątkiem Malfoyów, nie chcieli też, aby ich nazwisko kojarzono ze zwolennikami Czarnego Pana.
A potem ojciec popełnił samobójstwo i skandal był zbyt duży. Sześć miesięcy później Pansy poślubiła Teodora Notta. Wszystkim wyszło to na dobre, jak sądzę. Zawsze byliśmy lepsi jako przyjaciele.
— Witaj, mój drogi — mówi, odkładając egzemplarz Proroka. — Widziałeś to?
Zajmuję swoje miejsce, czochram lekko włosy Aleksandra i sięgam po gazetę.
— Jeszcze nie. — Już wiem, czego się spodziewać.
— Rozstanie złotej pary — mówi Pansy z zadowoleniem. — Cóż za zachwycający prezent na Boże Narodzenie.
Zamawia dzbanek klasycznej, cejlońskiej, czarnej herbaty i napełnia nią trzy filiżanki, a potem trochę większy, dziecięcy kubek dla Scorpiusa i studzi ją, po czym dolewa mleka i dodaje łyżeczkę cukru. Mój syn macha nogami pod krzesłem, uderzając lekko piętami w rzeźbione, hebanowe drewno. Patrzę na niego znad pierwszej strony Proroka i marszczę brwi. Przestaje, ale zanim udaje mu się opanować, przez jego twarz przebiega nadąsany grymas.
Pansy wygładza mu włosy na czole, po czym wręcza ogórka i kanapkę z twarożkiem. Skrzat stawia na stole dwa kieliszki szampana i świąteczne ciasteczka. Aleksander, patrząc na matkę, sięga po nie natychmiast. Pansy kiwa głową na zgodę.
— Tylko jedno na raz — ostrzega go, na co chłopak wzdycha i wybiera ciastko pokryte marcepanowym lukrem.
Sączę gorzką herbatę, pozwalając, aby cierpki płyn wirował mi na języku. Artykuł jest niewielki, w dolnej części przedniej strony. Jestem pewien, że to z powodu nacisku Pottera na redaktora działu. Jak przez mgłę przypominam sobie, że jeden z przyjaciół tego idioty tam pracuje. Najprawdopodobniej Creevey.
Jako powód rozstania Prorok podaje nieracjonalne zachowanie. Zduszam w sobie śmiech. Taktowny Potter, czekający z pieprzeniem, aż dokumenty trafią do adwokata. W Wielkiej Brytanii są tylko dwa sposoby, aby uzyskać szybki rozwód: cudzołóstwo lub właśnie nieracjonalne zachowanie. W innych przypadkach następuje dwuletni okres separacji, jeśli obie strony się zgadzają, lub pięcioletni, gdy jedna z nich nie chce rozwodu. Cholerne prawo. Sophie i ja wybraliśmy cudzołóstwo. Nie było to dalekie od prawdy, a poza tym żadne z nas się tym nie przejmowało.
Przebiegam wzrokiem artykuł. Rzuca mi się w oczy słowo „przyjazny”, a potem „wyłączność na opiekę”. Przy drugim zwrocie zatrzymuję się na dłużej. Potter, ty przeklęty głupcze!
— On zrzeka się praw do dzieci. — Dopiero słysząc chrząknięcie Pansy, uświadamiam sobie, że powiedziałem to na głos.
Patrzy na mnie ponad brzegiem kieliszka z szampanem.
— Z jakiegoś powodu musi czuć się strasznie winny. — Pochyla głowę i studiuje bąbelki unoszące się w bladozłotym płynie.
To odpowiedni moment, aby powiedzieć jej, co wiem. Śmialibyśmy się z tego, a potem Pansy rozniosłaby dyskretnie plotkę, jak to Potter puszcza się z męskimi dziwkami. Byłoby cudownie zobaczyć przerażenie czarodziejskiej społeczności. Jak szybko cholerny Wybraniec spada ze swojego piedestału.
Prawie pochylam się w stronę przyjaciółki, a słowa mam już na końcu języka.
A potem patrzę na mojego syna, na rozmazany na jego policzku twarożek i brudny czubek nosa. Uśmiecha się do mnie z ustami pełnymi chleba i ogórka, a mnie przychodzi do głowy, jak strasznie byłoby czuć się aż tak winnym z powodu tego, co się zrobiło, aby zmusić człowieka do pozbycia się praw do własnych dzieci.
Nie mogę tego zrobić. Nawet Potterowi.
Niech to szlag!
W zamian wzruszam ramionami i odkładam gazetę.
— Albo Weasley trzyma go mocno za jaja.
Pansy krzywi się.
— Draco, proszę, ja jem.
— Jaja, jądra, penis — mówię z szerokim uśmiechem i słyszę, jak Scorpius powtarza za mną, mamrocząc do swojego kubka z herbatą. Wzdycham. — Jeśli nie wrzeszczy, to czasami zapominam, że jest w pobliżu.
Aleksander chichocze pod nosem, a Pansy odłamuje kawałek ciastka i wkłada go do ust.
— W końcu to ty zrobiłeś dziecko tej dziwce, mój drogi. — Moja przyjaciółka i była żona nie przepadają za sobą. Marszczę brwi, a ona wywraca oczami. — Dobrze, dobrze, przecież to prawda. I zanim zapomnę, Teo prosił, abym się upewniła, czy nadal masz wolny dzisiejszy wieczór. Mówił, że ma zamiar wyciągnąć cię na jakiś nudny wykład w ministerstwie.
— Tak, wiem. — Kiedy sięgam po kieliszek, unikam jej wzroku. — To coś o nowych metodach rozliczania dochodów od prowadzących działalność na własną rękę. — Teodor jest moim adwokatem od pięciu lat. Sumiennie płaci podatki, dobrze inwestuje gotówkę i trzyma urzędników z dala od mojego tyłka.
Choć żadna z tych spraw nie jest powodem, dla którego chce się ze mną widzieć, wbrew temu, co powiedział żonie.
Pansy marszczy nos.
— Nudziarstwo... — zaczyna, ale wtedy Scorpius upuszcza swój kubek, rozlewając herbatę z mlekiem na złoconą po brzegach porcelanę i biały adamaszek. Przyjaciółka łapie za serwetkę i wyciera rozlany napój, pocieszając mojego zawstydzonego syna i wzywając skrzaty, aby przyniosły czysty talerz i więcej ciasta.
Patrzę przez okno na londyńską panoramę, ciemną i szarą w zimnym, popołudniowym świetle. Obracam między palcami nóżkę od kieliszka z szampanem. Zaczyna padać deszcz.

***

Wezgłowie łóżka trzęsie się, kiedy Teodor, z rękami na pośladkach i penisem głęboko w moim wnętrzu, popycha mnie w jego stronę. Jęczę i napinam się, kołysząc biodrami i wychodząc mu naprzeciw. Śliskimi od oliwki i potu dłońmi z ledwością mogę utrzymać się gładkiego drewna. Światła Londynu migoczą do nas przez hotelowe okna, rozświetlając zimną, grudniową noc.
— Powiedz, że mnie chcesz.
Gryzie mnie w gardło. Przechylam głowę do tyłu, na jego ramię, i głośno wciągam powietrze, gdy moja erekcja po raz kolejny przesuwa się po szerokich, białych poduszkach, dociskając je do rzeźbionego drewna. Zostawiam po sobie mokrą smugę.
— Teo — dławię się, a on pieprzy mnie mocniej. Nasze języki splatają się w brutalnym tańcu. — Proszę. — Penis wręcz boli mnie od zbliżającego się orgazmu. Zaciskam mięśnie odbytu, co sprawia, że Nott przeciąga paznokciami po moim biodrze, zdzierając naskórek. To boli, ale kiedy jego palce zawijają się wokół mnie, zatracam się niemal natychmiast.
Opadamy na łóżko, Teo nadal wewnątrz mnie, mięknąc i całując moje łopatki. Przyciskam twarz do poduszki i głośno wydycham z płuc powietrze.
Nie po raz pierwszy pieprzę się z mężem najlepszej przyjaciółki. Na naszą obronę mam, co brzmi zabawnie, że zaczęliśmy to już dawno, dawno temu, kiedy jeszcze Pansy nie była żoną Teodora. W zimie na szóstym roku sypialiśmy ze sobą niemal każdej nocy, po tym jak Nott wpełzał do mojego łóżka, gdy tylko Vincent i Greg zasnęli. Raz obciągał mi pod prysznicem w szatniach do quidditcha. Merlinie, spuściłem mu się wtedy na twarz i włosy.
Zaczęliśmy spotykać się ponownie, kiedy został moim adwokatem. W ten sposób częściowo mu płacę. Za regularne pieprzenie trzyma mnie bezpiecznym od uwagi ministerstwa.
Żaden z nas nie mówi o tym Pansy. Widziałem sposób, w jaki ona na niego patrzy, błyszczącymi i ufnymi oczami. Jak obserwuje go, kiedy idzie przez pokój. Jak dotyka jego twarzy, kiedy pochyla się, aby pocałować ją w policzek.
Nigdy nie próbowałem jej tego odbierać. Nieważne, jak pusto i fałszywie to brzmi.
Czuję, jak opuszki palców Teodora przesuwają się po moim boku, powoli, z ociąganiem.
— Piękny — szepcze, a ja staram się nie odsunąć.
Piękna kurwa.
I nic poza tym.

***

Dźwięk moich kroków rozbrzmiewa po ułożonej w kształt szachownicy czarno-białej posadzce holu w hotelu Claridge, po łukowatych, szerokich schodach i pozłacanej windzie. W jednym z kominków pęka palące się bierwiono, posyłając w górę rój wirujących, pomarańczowo-czerwonych iskier. W przelocie widzę własną twarz, odbitą w jednym z wysokich, wiszących obok luster. Blady, poza rumieńcami na policzkach, zmierzwione włosy, zbyt błyszczące oczy.
Zapinam na guzik mój czarny, wełniany płaszcz i kiwam sztywno głową w stronę siedzącego w recepcji Geoffa. Mężczyzna otwiera szeroko oczy, kiedy rzucam na ladę kilka banknotów. Prawdopodobnie dałem za dużo. Nie jestem w stanie zapamiętać przelicznika galeonów na funty.
— Gość z pokoju tysiąc dwieście piętnaście — mówię, a spokój w głosie zaskakuje mnie samego. — Jeśli zapyta... — a nie zrobi tego, znam Teo — ...powiedz mu, że musiałem wyjść z powodu mojego syna.
Geoff chowa pieniądze do kieszeni i przygląda mi się z zainteresowaniem. Lubi mnie, odkąd przyniosłem mu na ostatnie urodziny butelkę Château Latour rocznik dziewięćdziesiąty.
— Czyli wszystko w porządku?
— Poza tym, że pada deszcz.
Zawijam szalik wokół szyi i obiecuję sobie, jak robię to zawsze, że to ostatni raz. Że kolejną prośbę Teo odrzucę. Nie przyjdę.
Wiem, że sam siebie okłamuję. To jest właśnie problem w posiadaniu sekretów. Mogą obrócić się przeciwko tobie.
Nie, że go winię. Sam mam jednego czy dwóch klientów, których przez lata delikatnie szantażuję.
Brook Street jest mokra i zamglona. Czerń i szkło hotelowych drzwi zamyka się za mną, odcinając od ciepła.
Drżę, kiedy wracam do domu.

***

Zalewa mnie fala winy. To z pewnością nie jest emocja, z którą czuję się wygodnie. Ale nawet godzinę po opuszczeniu łóżka śpiącego, zawiniętego wokół poduszki Teo nadal mogę czuć jego dotyk, jego zapach. To jest niepokojące.
Może nie byłoby, gdybym go kochał.
Ale nie kocham.
Kucam obok mojego syna i odgarniam mu włosy z czoła. Są miękkie i bardzo jasne. Matka mówi, że wygląda dokładnie jak ja w tym wieku, z okrągłymi policzkami i szpiczastym podbródkiem.
W noce takie jak ta żałuję, że nigdy nie spotkał dziadka. Myślę, że Lucjusz byłby dumny z wnuka. Zakreślam palcem jego brew i Scorpius porusza się we śnie.
Tęsknię za ojcem. Nie twierdzę, że nie rozumiem, dlaczego tak postąpił. Oczywiście, że tak. Okres po wojnie był trudny dla nas wszystkich. Urzędnicy zażądali ogromnych sum pieniędzy. Jako zadośćuczynienie dla rodzin ofiar Czarnego Pana, na odbudowę zubożonych i zniszczonych sił ministerstwa. Wypatroszyli naszą fortunę tak, jak jego lordowska mość wypatroszył Dwór Malfoyów.
Staliśmy się niczym puste muszle.
Bez pieniędzy, bez domu, bez jakiejkolwiek możliwości uzyskania dochodu. Obaj z ojcem próbowaliśmy. Prośby o życzliwość nie przyniosły efektu. Zamykano nam drzwi przed nosem.
Zrobiliśmy to, co musieliśmy.
Lucjusz zażył truciznę. Ja zostałem kurwą.
Czasami zastanawiam się, jak potoczyłoby się nasze życie, gdybyśmy dokonali innych wyborów. Nie tylko po wojnie, ale wcześniej. Niestety, nie posiadam zmieniacza czasu, a wszelkie rozważania tego typu są bezużyteczne. Mam syna, z którego jestem dumny, byłą żonę, którą uwielbiam, i matkę, którą szanuję. To zbyt dużo, aby narzekać.
Całuję Scorpiusa w skroń i kładę się obok niego, ze zwisającymi poza ramą wąskiego łóżka nogami. Syn obraca się w moja stronę i, mamrocząc oraz wzdychając, przytula mi twarz do piersi. Wdycham słaby zapach dziecięcego potu w jego włosach.
I zasypiam.

***

W czwartek matka kontaktuje się ze mną przez kominek i nalega na zjedzenie z wnukiem obiadu. Chcę, aby mój syn kochał rezydencję tak jak ja, nawet jeśli dwa z trzech skrzydeł zamknięto po tym, jak zostały opróżnione ze wszystkiego, co było warte choćby jednego galeona. Ubieram Scorpiusowi spodnie i sweter i, ku jego przerażeniu, gustowną szatę, którą szarpie z rozdrażnieniem, mamrocząc pod nosem pełne wyrzutu „papa”.
Zostawiam go z matką, która, zanim zacznie całować i przytulać wnuka, po raz tysięczny zwraca mi uwagę, że jestem za chudy. Zanim znikam w kominku, syn posyła mi pełne desperacji spojrzenie. Odpowiadam śmiechem.

Spotykamy się z Sophie na Pokątnej, aby wypić razem herbatę i zrobić świąteczne zakupy. Lista prezentów dla Scorpiusa ma prawie trzy strony długości.
Moja była żona, z rozwichrzonymi włosami i dzikim błyskiem w oku, wpatruje się we mnie, kiedy stoimy w środku „Centrum Cudów Drosselmeiera”.**
— Wiesz, że strasznie go rozpieszczasz? — mówi, gryząc końcówkę pióra.
Już uginam się pod ciężarem toreb i paczek.
— Mamy Boże Narodzenie.
— Żaden czterolatek nie potrzebuje wyposażenia do warzenia eliksirów. — Zaciska usta i wykreśla pozycję z listy.
Potrząsam głową, aby usunąć wpadający mi do oczu kosmyk włosów. W tym przerażającym miejscu jest okropnie gorąco. Nie mam pojęcia, w jaki sposób w dzieciństwie byłem w stanie spędzać tu godziny wędrując od sklepu do sklepu.
— Dostałem taki, gdy miałem trzy lata.
Niewielki, Opalooki Antypodzki smok pikuje z rykiem nad moją głową, zionąc z pyska jaskrawym, czerwonym płomieniem, który prawie podpala półkę zastawioną blaszanymi rycerzami. Zabawki wrzeszczą, zasłaniają się przed napastnikiem tarczami i wymachują mieczami.
— W takim razie twój cholerny ojciec chrzestny oszalał — mówi Sophie, kiedy z lekkim dreszczem sięga po wypchanego lewiatana. Nie odpowiadam, więc kieruje wzrok na mnie. — Och, Draco, nie chciałam...
— Nic się nie stało.
Minęło jedenaście lat. Sądziłem, że udało mi się już pogodzić ze śmiercią Severusa.
Niestety.
Sophie ściska delikatnie mój łokieć. Wie, że ciągle mnie to boli. Snape był... tak, chrzestnym. Ale też opiekunem, pierwszym mężczyzną, którego czciłem. Kimś, dzięki komu na piątym roku zrozumiałem, że wolę chłopców.
Śniłem i fantazjowałem, że przychodzi po mnie, zabiera do swojego łóżka i zakochuje się we mnie do szaleństwa.
Nie zrobił tego.
W zamian umarł, do końca usychając z tęsknoty za matką cholernego Pottera, i nawet po wszystkich tych latach fakt ten wywołuje we mnie skręt żołądka.
Podnoszę gumowego węża. Zawija mi się wokół nadgarstka i muska językiem moją skórę. Syczy cicho, kiedy głaszczę jego gładkie, kolorowe łuski.
Słyszę dochodzące od wejścia dźwięki jakiegoś zamieszania i błyski światła, a potem krzyk:
— Harry! Tędy! Tędy!!!
Potter pochyla się w stronę drzwi, mając za plecami fotografów z Proroka. Na biodrze trzyma wyglądającego na jakieś cztery lata i obgryzającego herbatnika chłopca, a drugą ręką mocno ściska dłoń jeszcze jednego dziecka. Oczy jego synów są szeroko otwarte z przerażenia.
Drosselmeier Trzeci (a może Czwarty, nikt nie wie tego z całkowitą pewnością) podchodzi wolnym krokiem, szarpiąc nerwowo za swoją piracką opaskę na oko.
— Panie Potter, panie Potter — mówi, próbując zachęcić niespodziewanego gościa do wejścia do sklepu. — Jak to cudownie widzieć cię znowu. W czym mogę pomóc? Zabawki dla dzieci, nowe miotły?
Potter nie porusza się. Przyciska ramiona do szyby w drzwiach, które napierają na niego pod ciężarem próbujących dostać się do środka fotografów.
— Możesz rzucić zaklęcie blokujące? — pyta bez tchu.
Drosselmeier wygląda na lekko rozczarowanego, ale wykonuje polecenie.
Ciągnę Sophie za wysoki regał zabawkowych kociołków i buteleczek z eliksirami.
— Co robisz... — zaczyna pytać, ale zatykam jej usta dłonią.
— To jeden z moich klientów — szepczę.
Przygląda się uważnie zza błyskającego na jabłkowozielony kolor znaku reklamowego Wyjątkowo Pojemnych Kotłów Cerridwena*** (doskonałych dla dorastających, przyszłych Mistrzów Eliksirów, tylko po pięć galeonów i trzy sierpy za sztukę w limitowanej serii).
— Harry Potter? — Oczy Sophie otwierają się szeroko.
Pociągam ją z powrotem za chwiejącą się wieżę z kotłów. Siedmiogłowa mysz wymyka się z pod naszych nóg z pełnym oburzenia piskiem. — Zamknij się — syczę.
— Poważnie? — Sophie wbija we mnie wzrok. — Szef działu aurorów jest twoim klientem?
— On nie wie, że nim jest.
Ponownie kieruje spojrzenie na Pottera. Drosselmeier nadal na niego naciska, a nasz Wybraniec najpierw rzuca lekko zdesperowane spojrzenie na ciągle zacienione od tłoczących się fotografów drzwi, a potem przekłada opierającego się o jego biodro chłopca na drugą stronę. Inni kupujący przysuwają się do nich z oczywistą chęcią podsłuchiwania.
Nachodzi mnie minimalne uczucie litości dla tego idioty. Które szybko się rozprasza.
— Wiesz, że później musimy o tym porozmawiać? — mówi Sophie.
Mierzę ją zirytowanym wzrokiem dokładnie w momencie, w którym z przerażeniem dostrzegam okrągłą, bladą, okoloną rudymi włosami twarz, która pojawiła się nad stertą kociołków
— Dlaczego się tu chowacie? — pyta najstarszy syn Pottera, patrząc na mnie zmrużonymi oczami.
— Nie chowamy się. — Wygładzam szatę i splatam ręce na piersi. Gumowy wąż unosi głowę znad mojego nadgarstka i syczy na dzieciaka. — Dorośli się nie chowają.
— Och tak, robią to — odpowiada. — Teraz to nawet chowają się w naszym koszu na śmieci.
Sophie parska śmiechem. Chłopiec patrzy na nią i marszczy brwi.
— Tato! — krzyczy.
— Zamknij się — odzywam się do niego gorączkowo, ale on już po raz kolejny woła ojca. — Chryste, ależ jesteś obrzydliwym dzieciakiem.
W zamian otrzymuję niedowierzające spojrzenie mojej byłej żony.
— Naprawdę, Draco.
I wtedy Potter już przy nas jest.
— Co się stało, James? — pyta z oczywistym rozdrażnieniem, choć wydaje się być w oczywisty sposób zadowolony, że dostał pretekst, aby uciec od Drosselmeiera. Mruży oczy na mój widok. — Och, to ty, Malfoy.
Dziecko na jego biodrze szarpie go za koszulę i cicho szepcząc „tatusiu”, ciągnie go za kołnierzyk. Okruchy herbatnika rozsypują się wszędzie. Moim oczom ukazuje się kawałek bladozłotej skóry i ostra kość obojczyka. Przypominam sobie, jakie to uczucie przesuwać po tej krzywiźnie językiem, i przebiega mnie dreszcz.
— Oni się chowali — słyszę pełne dystansu słowa Jamesa i mężnie opieram się pragnieniu, aby trzepnąć dzieciaka. Oczywiście ani jeden, ani drugi nie przyjąłby tego dobrze.
Potter unosi brew i patrzy na mnie z niewątpliwym rozbawieniem, więc wykrzywiam usta i prostuję kręgosłup.
— To tylko bożonarodzeniowe zakupy dla naszego syna — wtrąca się Sophie z promiennym uśmiechem, wskazując na kociołki, zanim sam mam szansę odpowiedzieć. — Draco upiera się, że Scorpius jest już na tyle duży, iż może zacząć uczyć się warzenia eliksirów, ale ja uważam, że cztery lata to jednak za mało, nie sądzisz? — Muska dłonią policzek młodszego dziecka, które najpierw uśmiecha się, a potem wtula twarz w szyję ojca. — A kim jest ten uroczy, młody mężczyzna?
Całą siłę mojej woli kosztuje, abym nie wywrócił oczami.
Drzwi otwierają się z hukiem i szczękającymi błyskami. Potter chowa się za mną i kuca, gdy do środka tłoczą się reporterzy. Drosselmeier stoi podejrzanie blisko frontowego okna.
— Cholera — mamrota Potter i już rozważam możliwość rzucenia go wilkom na pożarcie, ale młodszy chłopiec patrzy na mnie wielkimi, zielonymi oczyma, więc wzdycham z rezygnacją.
Muskając palcem brzeg kotła, przesuwam się tak, aby osłonić Pottera od wzroku fotografów. Czuję okropną pokusę, aby upuścić mu naczynie na tę przeklętą głowę. Zamiast tego szepczę:
— Na zapleczu jest kominek. Drosselmeier trzyma proszek w stojącej na nim puszce.
Będąc dzieckiem, niejednokrotnie uciekałem w ten sposób Zgredkowi.
Potter rzuca mi zaskoczone spojrzenie, ale nie jest na tyle głupi, aby się wahać. Gramoli się w stronę drzwi. Sophie uśmiecha się do mnie i dyskretnym ruchem różdżki posyła kompozycje z kotłów na podłogę. Łapię jeden i wpycham go do naszej pękatej torby. Za nic w świecie nie mam zamiaru płacić za to cholerstwo.
Sophie bierze mnie za rękę i całuje w policzek.
— Słodki jesteś.
— Stawiasz mi kolejkę whisky... albo dwie — mówię, ale ona tylko śmieje się i mocniej ściska moją dłoń.
Aportujemy się, ponieważ Drosselmeier, wymachując rękami i krzywiąc twarz w rozdrażnieniu, zmierza szybkim krokiem w naszą stronę.

***

Istnieją branże, które właśnie w czasie dni wolnych uzyskują sporą część swojego rocznego dochodu. Sklepy, restauracje, teatry, dostawcy żywności. Kurwy także należą do tej grupy.
Sam uważam, że powodem tego jest napływ desperacji, wywołany daleko zbyt wielkim znaczeniem, jakie przypisuje się Świętom Bożego Narodzenia, i zdecydowanie za dużo czasu spędzonego z własną rodziną.
Matka odwiedza mnie w piątkowy wieczór w momencie, kiedy szykuję się do wyjścia.
— Skarbie, mam cudowny pomysł na prezent dla Scorpiusa — woła już z korytarza. Wzdycham i kontynuuję golenie. — Gdzie jesteś?
— W łazience, mamo.
Jej obcasy stukają o posadzkę.
— Słyszałeś, co mówiłam? Mam pomysł...
— ...na prezent dla Scorpiusa. — Stukam starą brzytwą ojca o umywalkę. Pianka spływa po niej, topiąc się w gorącej wodzie. Wiem, że jestem staroświecki, ale wolę to niż golące zaklęcia. Lucjusz przysięgał, że brzytwa pozwalała mu ogolić się niemal idealnie. Zgadzam się z nim.
I, jak sądzę, sama czynność mi go przypomina.
Matka opiera się o framugę, podtrzymując jedną ręką fałdy czarnej, aksamitnej szaty. Jej suknia jest jak zawsze nieskazitelna. Szary jedwab, francuski fason, perfekcyjnie ucięta tuż powyżej kolan.
— Wychodzisz.
— Przyjęcie. — Pociągam brzytwą po spodniej stronie szczęki, zbierając ostatnią smugę pianki. — Z okazji świąt. Z pewnością strasznie nudne. — Lustruję ją z góry na dół. — Wyglądasz wyjątkowo elegancko.
— Herbata z Eleonorą. Wiesz, co ona mówi, jeśli ktoś nie okazuje klasy.
Ach, matka Zabiniego. Aktualnie z powrotem w Londynie. Z mężem numer dziesięć.
Odkładam brzytwę, ochlapuję twarz wodą i wycieram się małym, białym ręcznikiem, leżącym na brzegu umywalki.
— Co ze Scorpiusem? — pytam głosem stłumionym przez tkaninę. — Myślałem, że kupiłaś już dla niego wszystkie prezenty. Co jeszcze wymyśliłaś?
— Owczarek szkocki. Suka Eleonory niedawno urodziła najsłodsze szczenięta, jakie w życiu widziałam.
— Mamo, on ma dopiero cztery lata. — Odsuwam od siebie ręcznik.
— Jak sobie przypominam — zaczyna cierpko i krzyżuje ręce na piersi — ty w tym wieku miałeś dwa koty i psidwaka.
— Spójrz na mnie teraz.
Matka przewraca oczami.
— Doskonały, szanowany biznesmen.
Wybieram ten moment, aby wepchnąć do ust szczoteczkę do zębów. Czasami mama wydaje się być niewiarygodnie ślepa. Pewnie dzięki temu zdołała wytrzymać z ojcem. Ale lordowska mość wprowadziła się do rezydencji i wszelka ignorancja przestała być możliwa.
— To tylko szczeniak, Draco. Scorpius nauczy go odpowiedzialności.
Racja. Tak jak ja nauczyłem się jej przy kotach i psidwaku. Które przeżyły tylko dlatego, że Zgredek je karmił.
Płuczę zęby i wypluwam wodę do umywalki. Wrzucam do ust garść miętowych, samoczyszczących nici. Łaskoczą, kiedy przelatują tam i z powrotem pomiędzy zębami.
— Gdzie będziemy go trzymać? Mieszkanie Sophie jest za małe, a ja nie mam czasu, aby opiekować się psem.
— W takim razie zostanie ze mną. — Matka marszczy w moim kierunku brwi. — Draco, wiesz, że Scorpius będzie zachwycony.
Niestety, ma rację.
Wzdycham i wymijam ją w drodze do sypialni.
— Skoro tak, to zgoda. — Moja biała koszula jest już ułożona na łóżku, świeża i czysta. — Jednak musisz zapytać także Sophie.
— Oczywiście. — Matka opada na fotel po drugiej stronie pokoju. Wygina jedną stopę, pozwalając obutej na czarno pięcie wysunąć się z pantofla. Nie mam pojęcia, w jaki sposób potrafi chodzić w tym cholerstwie. Kilka razy, kiedy założyłem takie dla klientów, omal się nie zabiłem. — Sophie rozmawiała ze swoim ojcem?
Przypinam krawat, tradycyjny, prosty, szaro-czarny fuluar z klasycznym, półwindsorskim węzłem.
— Od lata jeszcze nie. — Guillaume Molyneux nie ma najmniejszej ochoty kontaktować się ze swoją córką dziwką, nawet jeśli porzuciła już swój zawód.
— Litości. — Brew matki marszczy się. — Nie rozumiem, jak mógł porzucić własne dziecko w ten sposób.
I nigdy nie zrozumie. Sophie nie ma najmniejszego zamiaru dzielenia się z nią wszystkimi informacjami o swojej przeszłości nawet wbrew faktowi, iż jestem pewien, że matka nie przywiązywałaby do tego wagi.
Podobnie jak do mojego wyboru.
Nakładam wierzchnią szatę i wychodząc, całuję ją w policzek.
— A to za co? — Uśmiecha się do mnie.
Potrząsam głową, zapinając ostatni guzik pod szyją.
— Bez powodu. — Robię krok do tyłu i odwracam się w jej stronę. — Tak?
Przez chwilę się nie odzywa, a potem z drżeniem wciąga powietrze.
— Wyglądasz jak ojciec. — Stoi przede mną i głaszcze mnie po ramionach, wygładzając czarną wełnę, a potem ujmuje moją twarz w dłonie. — Taki przystojny.
Oczy jej błyszczą. Mruga i odsuwa się.
Łapię ją za rękę.
Stoimy w ciszy ze splecionymi palcami. A potem matka śmieje się łagodnie i ociera twarz.
— Idź już. Spóźnisz się na przyjęcie. — Podnosi swoją szatę i zakłada ją. — A ja mam trochę do zrobienia, żeby przygotować prezent dla mojego wnuka.
Jeszcze raz całuję ją w policzek.
— Najpierw zapytaj Sophie.
— Och, na Merlina! — Daje mi klapsa w biodro. — Przecież powiedziałam, że to zrobię.
Dziwna chwila minęła.


***


*hotel w Londynie, w którym, około 140 lat temu, narodziła się tradycja picia popołudniowej herbaty
**nazwa sklepu jest wymyślona przez autorkę fika; nazwisko Drosselmeier zostało zapożyczone z baletu „Dziadek do orzechów”
***Caridwen to w mitologii walijskiej bogini mrocznych mocy wieszczenia; jest strażniczką kociołka podziemnego świata, w którym warzą się inspiracja i boska wiedza


KONIEC CZĘŚCI III
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Donnie » 30 paź 2010, o 13:44

Zaczyna się robić świątecznie :)

Sophie uśmiecha się do mnie i dyskretnym ruchem różdżki posyła kompozycje z kotłów na podłogę. Łapię jeden i wpycham go do naszej pękatej torby. Za nic w świecie nie mam zamiaru płacić za to cholerstwo.


Cały Malfoy!
Nie wiem czemu, ale przypomina mi się tu scena z ekranizacji drugiego tomu, gdy Harry i Ron, wielosokowani w Crabbe'a i Goyle'a, siedzą w pokoju wspólnym Slytherinu, a Draco sięga do stosu nie swoich prezentów i wkłada sobie jeden z nich do kieszeni :P

Drobiazg:

Przypinam krawat, tradycyjny, prosty, szaro-czarny fuluar z klasycznym, półwinsorskim węzłem.


półwindsorskim
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 6 gości