[T][Z] Tysiąc pięknych rzeczy

+ sequel

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez szalej » 8 mar 2013, o 23:45

Jestem niesamowicie niewdzięczną osobą i z każdym tłumaczeniem coraz bardziej zdaje sobie z tego sprawę. Jest to w tym momencie jedyne drarry które na bieżąco czytam, mimo, że raczej poszłam już w inne tematy. Ale Tysiąc pięknych rzeczy ma tak niesamowitą siłe przyciągania... na mnie działa w 100 procentach. Tymbardziej mi wstyd, że żadnej z 13 częsci nie skomentowałam chociaż wyczekuje każdej nowości. Tak więc przejdźmy do rzeczy.
W pierwszej części fika jakoś Daniela nie trawiłam. Nie to, że go jakoś nie lubiłam, ale czytając zachwalające go komentarze zastanawiałam się czy czytamy o tej samej osobie. Niemniej jednak w drugiej części zaczyna mi się coraz bardziej podobać, nawet to jego straszne wścibstwo i działanie Draco na nerwy ;) Kiedy zaproponował Malfoy'owi, by wpadł do niego do mieszkania już bałam się, że czeka mnie przedzieranie się przez ich niestosowny, jedno nocny romans który potem byśmy odchorowywali. Na szczęście autorka miała tyle wyczucia, że nam to darowała :)
Dziwnie smutny był rozdział bez Harrego, taki pusty. Podobało mi się BARDZO kiedy Daniel opowiadał Draco o swoich obserwacjach względem Pottera. Od razu stanął mi przed oczami ich pierwszy pocałunek ( Draco i Harrego, nie Draco i Daniela :P ), a potem te lata wojny... Harry musiał wtedy coś czuć. Takie rzeczy zostawiają ślad więc stwierdzenie Daniela, że Draco jest czymś na co Harry długo czekał jest jak dla mnie całkowicie na miejscu, super, że się tam znalazło.
Nic bardziej konstruktywnego nie napisze, ale z niecierpliwością czekam na kolejne 3 częsci.
szalej Offline


 
Posty: 18
Dołączył(a): 11 lut 2011, o 12:37

Postprzez Roxanna1989 » 22 mar 2013, o 19:14

Zaiste, przednie jest to tłumaczenie. Fabuła jest niezwykle frapująca i pochłania czytelnika bez reszty. Sequel jest niezwykle płynną i barwna kontynuacją poprzednich wydarzeń. Skonstruowaną tutaj historię czyta się niezwykle lekko i przyjemnie. Początkowo zawiła intryga zmierza ku końcowi, zatem niedługo zobaczymy jaki jest finał tegoż, że opowiadania. Już od dłuższego czasu, nie miałam okazji przeczytać tak dobrego ficka z gatunku drarry. Wyczekuje w zniecierpliwieniu na kolejną część, mam nadzieję, że zostanie ona niebawem tutaj zamieszczona.

Pozdrawiam
Roxanna1989 Offline


 
Posty: 20
Dołączył(a): 19 sie 2011, o 16:32

Postprzez TEAM DRARRY » 31 mar 2013, o 21:55

Bardzo, bardzo dziękuję Michiru i Kaczalce, które były cudowne, wyrozumiałe i kochane. Wielkie, WIELKIE dzięki. :)
A oto i kolejny rozdział. :)


Rozdział 4

Skończmy z odsuwaniem się od drzemiącej w nas ciemności.
(„On the Turning Away", Pink Floyd)*

Harry ruszył w długą drogę do mieszkania Deana. Przez ostatnie dwie noce, gdy nie było przy nim Draco, nie spał za dobrze. Dotychczasowy gniew wyparował, pozostawiając po sobie upokorzenie i przekonanie, że okazał się durniem. Tak, zdecydowanie był już gotowy, by spróbować zacząć wszystko od nowa.
Niespodziewany telefon od Daniela jeszcze go do tego zachęcił.
— Cześć, Harry — przywitał go Dean, wpuszczając do środka. — Napijesz się kawy?
— Jasne. Zawsze i o każdej porze.
— Pewnie nie jest tak dobra jak ta parzona przez Sully, ale będzie musiała wystarczyć.
Harry nie wiedział, czy powinien się przyznać, że musi sam radzić sobie z parzeniem swojej kawy, i to nawet bez mleka, bo od wtorkowej nocy, gdy wylał do zlewu skwaśniałe resztki, nie kupił świeżego. Lub też do tego, że śniadania jadał w zatęchłych norach zwanych barami śniadaniowymi; zastanawiał się, czy istniały też bary obiadowe i kolacjowe dla takich jak on, wygnanych przez kochanków.
Ronowi na pewno by o tym nie powiedział. Przyjaciel uznałby to za doskonały powód do urządzenia małej nagonki na Draco. Mimo że starał się jak mógł, to nigdy nie odpuszczał, jak tylko zauważył, że uczucia Harry’ego do Draco zaczynają słabnąć.
Ale to był Dean. On i Draco byli przyjaciółmi, więc Harry mógł chyba liczyć na współczucie bez jakichkolwiek reperkusji. Dlatego też opowiedział chłopakowi sagę o swych niewystarczająco pożywnych śniadaniach.
— Tylko mi nie mów, że znów się pokłóciliście.
— No cóż… tak. Wiesz, nie każdy jest tobą i Hermioną.
— Och, zapewniam cię, że nam też się to zdarza. Choć może nie tak często. — Nie tak często jak wam, usłyszał Harry.
— Po prostu Draco czasami robi się strasznie drażliwy. Sam doskonale pamiętasz, jaki bywał w szkole. Nachodzą go humory i nikt ani nic nie jest w stanie sprostać jego wygórowanym standardom. Nie mogę się z nim dogadać, gdy się tak zachowuje.
— Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że ograniczasz się tylko do dogadania się.
— Hej, po czyjej stronie jesteś?
Dean wsunął filiżankę z gorącą kawą w dłonie Harry’ego i zaprowadził go do pracowni.
— To zależy. Która ze stron potrzebuje mnie dziś bardziej?
— Oczywiście, że ja. Poza tym pamiętaj, że jestem twoim klientem i moje życzenie powinno być dla ciebie rozkazem.
Harry zamówił u Deana swój portret, w komplecie do portretu Draco, który wisiał u niego w sypialni. Chciał podarować go Draco na urodziny w przyszłym miesiącu. W głębi duszy wyobrażał sobie, że pewnego dnia oba portrety zawisną obok siebie.
— Wybacz, ale twoje pieniądze tego nie pokrywają. Będziesz musiał przedstawić fakty i pozwolić wydać wyrok w tej sprawie panu Thomasowi Sprawiedliwemu.
— Przeklęty gryfoński honor — wymamrotał Harry łagodnie i usiadł w fotelu. Pozował już kilka razy, więc teraz przychodziło mu to z łatwością.
— Więc kiedy to się stało?
— We wtorek.
— A tak. Rocznica śmierci ojca.
— Hej, to jest też rocznica klątwy — przypomniał Harry nieco urażonym tonem.
— Tobie kojarzy się z klątwą, jemu z ojcem.
Rozmawianie o tym w zaciszu studia Deana wydawało się abstrakcją, zupełnie jakby omawiali film, który im się podobał, lecz mimo to dostrzegali w nim oczywiste błędy. Kochankowie pokłócili się zgodnie ze scenariuszem, później spadł nieodzowny deszcz, a cała scena podległa obróbce zdolnego operatora filmowego. Jednakże nie nastąpił żaden punkt kulminacyjny, a widowni pozostało jedynie zwijać się z niezadowolenia w całkowitych ciemnościach.
— Mieliśmy spotkać się po południu na drinka — powiedział Harry. — Ale jak tylko mnie zauważył, zdałem sobie sprawę, że tylko czeka, by się pokłócić. Nigdy nie chciał rozmawiać o klątwie. Najpierw zaczął mnie obwiniać, że byłem mu wdzięczny, potem czepiał się, że wykorzystuję swoją sławę, by poprawić jego wizerunek. Boże, nawet w połowie nie zrozumiałem, o co mu tak naprawdę chodziło. Ale cokolwiek to było, to niewątpliwie moja wina.
— Cóż, to oczywiste, czyż nie? To jego niepewność wychodzi na jaw.
— Nie, to nie to. To nie niepewność. Wręcz przeciwnie. Znów gra tę swoją rolę pana na włościach i…
— Harry. Nie mów mi, że będąc z nim przez te wszystkie miesiące, jeszcze go nie rozgryzłeś. Oczywiście, że Draco czuje się niepewnie. Strasznie niepewnie. A gdy z jakiegoś powodu czuje się wyjątkowo odsłonięty, chowa się za udawaną wyższością.
Słowa Deana wprawiły Harry’ego w osłupienie.
— O czym ty mówisz?
— Dorastanie do standardów Lucjusza Malfoya musiało być trudne. Wyobrażam sobie, że Draco już w dzieciństwie nauczył się maskować wszelkie wątpliwości. To znaczy, sam pomyśl. Zawsze spychał nas wszystkich do parteru — nikt nie był dość bogaty albo mądry, albo też nie miał wystarczająco czystej krwi. Ale on w ten sposób dawał upust własnym obawom.
— Jak ci się udało to odkryć? Ja nigdy tego nie zrobiłem.
— Zauważyłem to pewnego dnia. Wtedy, gdy poszedłem do Malfoy Manor poprosić Draco, by zdjął ze mnie zaklęcie pamięci. Był tam pokój pełen portretów Malfoyów, a on zabrał mnie tam, by pokazać mi, co o nim sądzi jego rodzina. Boże, Harry, to było okropne. I niewiarygodnie smutne. Rzucali w niego obelgami, a on tak po prostu tam stał i przyjmował je, jakby każda kropla sączonego przez nich jadu była świętą prawdą.
— Nie wiedziałem… Ale przecież Lucjusza już nie ma. — A przynajmniej być nie powinno, pomyślał Harry, wedle wszelkich praw, choć Lucjusz miał dość irytujący zwyczaj wystawiania swego czystokrwistego łba zza grobu zdecydowanie zbyt często.
— Są rzeczy, z którymi musimy borykać się przez całe życie — wyjaśnił Dean, a Harry wiedział, że nie mówi tylko o Draco. — Nie jesteś przecież ślepy, Harry. Wiążąc się z nim, wiedziałeś, że ma ze sobą ogromny bagaż doświadczeń. A przynajmniej mam nadzieję, że wiedziałeś.
— Cóż, tak. Obaj mamy sporo za sobą.
— A i tak nadal się żrecie.
— Tak, czasem się kłócimy. Więc co tym razem budzi w Draco niepewność? Lucjusza nie ma, posiadłości też nie, nie musi już przed nikim odpowiadać.
— A cała społeczność czarodziejów tak po prostu przyjęła go z powrotem na swoje łono i zapewniła, jak bardzo go kocha.
— Och.
— No i rzecz jasna upewniła się, by wiedział, jak bardzo zasługuje na uwagę jej ulubionego bohaterskiego chłopca.
— Draco nie bierze tego do siebie. Cóż. Twierdzi, że nie bierze. Zapewniałem go, że nie obchodzi mnie to, co mówią inni.
— I musisz mu to powtarzać i powtarzać, i powtarzać. Jak mówiłem, pewne rzeczy wymagają czasu. I cierpliwości. — Dean spojrzał na niego ze zmęczonym uśmiechem.— Całą tonę cierpliwości. Draco to ten typ faceta, który zawsze zgrywa twardziela. Boi się, że w innym wypadku nie uznałbyś go za wartego siebie.
Harry skupił się na miękkim dźwięku ołówka rysującego po papierze, myśląc nad tym, co wyjawił mu Dean.
— Zdradź mi, kiedy stałeś się takim specjalistą od związków? Efekt uboczny bycia artystą?
— Mam cztery siostry — odparł Dean. — Byliśmy tylko ja i mój ojczym kontra cała fala estrogenu. Robienie sekcji zwłok wszelkim nieszczęśliwym związkom stało się szlachetną tradycją rodziny Thomasów.
— Mhmm. A więc, jaki werdykt?
— Obaj uznani za winnych. W imię władzy powierzonej mi przez moje po wielokroć zamężne siostry, niniejszym skazuję cię na udzielenie natychmiastowych przeprosin i zadośćuczynienie w postaci… zastanówmy się… moje siostry wybrałyby kwiaty i czekoladki, ale pozwalam ci wymyślić coś samemu. Bo zakładam, że chcesz pogodzić się z Draco?
— No tak. Znaczy… czasami strasznie mnie wkurza i jestem pewien, że ja jego też, ale to nieistotne. Zresztą i tak planowałem pójść do niego do studia nieco później. Daniel dzwonił do mnie wczoraj wieczorem, Draco ma dziś pokaz. Jego pierwszy. Uznał, że to może być dobra okazja do tego, żebyśmy się pogodzili i poszli tam razem.
— A, tak. Hermiona mi o nim wspominała, ale i tak prawie zapomniałem. Też mamy w planach iść.
— Naprawdę? Wspaniale. Może w takim razie spędzimy ten wieczór razem? Co powiesz na kolację? — Dean kiwnął głową, więc dodał: — Więc spotkajmy się u Draco o piątej.
— U Draco? Wydajesz się wyjątkowo pewny, że uda ci się szybko wkupić z powrotem w jego łaski.
— Hej, ma się ten urok, kiedy trzeba. Niemniej, lepiej weź telefon, w razie gdyby jednak coś poszło nie tak.
— Jasne. A teraz zamilcz, zabieram się za malowanie ust.
Udało mu się wybłagać jeszcze jeden łyk odrobinę za słabej kawy Deana.
— W porządku, gotowy.
— Sądzę, że jeśli będziesz grzeczny, uda mi się skończyć już dziś. I wiesz… nawet nie policzę sobie ekstra za doradztwo personalne.
Harry miał jeszcze spytać, skąd Hermiona wiedziała o pokazie, ale nim dostał pozwolenie na choćby otwarcie ust, już dawno o tym zapomniał.

*

Tak bardzo, bardzo chciałbym, abyś tu był.
Jesteśmy tylko dwiema duszami pływającymi w akwarium, rok po roku,
najeżdżającymi wciąż te same ziemie. I cóż znaleźliśmy? Dawny strach.

(„Wish You Were Here", Pink Floyd)**

Próba generalna okazała się znacznie bardziej chaotyczna niż Draco przewidywał, ale Alex zapewnił go, że nie przeoczyli niczego istotnego.
— Pamiętaj tylko, żeby się nie uśmiechać — poinstruował. — Ja, gdy tam wychodzę, myślę o jakichś naprawdę nudnych rzeczach. Czasem powtarzam sobie listę zakupów albo tekst piosenki. Coś, co sprawi, że będę wyglądał poważnie, ale nie nazbyt ponuro. Uważaj na Gavina. Ciągle próbuje rozśmieszać innych — rzuci ci żartem, gdy będziecie się mijać, więc miej się na baczności.
Wokół nich krzątało się kilku członków ekipy, pakując oświetlenie i stojaki na nadchodzący wieczór. Wszędzie też kręcili się pozostali modele, mijając się z nimi bez trudu i z lekkością, tak jakby szkolono ich w balecie, nie w chodzeniu po wybiegu. Draco zobaczył, jak Daniel mimochodem uskakuje przed groźnie wyglądającym prętem, zupełnie jakby wykonano go z tego dziwnego materiału, który mugole nazywali polistyrenem.
Draco sądził, że po wczorajszym fiasku Daniel będzie zachowywał się co najmniej dziwnie, ale ten był jak zawsze roześmiany i wyluzowany. Draco przyjął to z ulgą — gdy wszystko inne w jego życiu pędziło do piekła rozpędzonym, wypakowanym po brzegi wózkiem, nie chciał tracić jednego z niewielu przyjaciół.
Poniewczasie przypomniał sobie, że powinien wcześniej sprawdzić, gdzie ma się pojawić dziś wieczorem. Zmarszczył brwi, przyglądając się odręcznie narysowanej mapce, którą dał mu Knightley; za nic nie chciał się przyznać, że nie potrafi przełożyć obrazka na rzeczywistość.
Daniel zauważył go wpatrującego się w kartkę papieru.
— Nie zamartwiaj się tak, Draco. Dasz sobie radę. Po prostu pamiętaj… Och, cześć, przystojniaku.
Swoje ostatnie słowa Daniel zaadresował do kogoś stojącego za Draco, ten więc odwrócił się, by sprawdzić, kto to, spodziewając się Alexa bądź też jakiegoś innego modela. Nie przypuszczał, że zobaczy Harry’ego i nie miał zielonego pojęcia, jak się do niego odezwać.
— Cześć, Draco. — Wyciągnięta dłoń Harry’ego zawisła w powietrzu, jakby chciała zmniejszyć dystans i dotknąć go, ale po chwili wahania opadła wzdłuż ciała. To twoja wina, pomyślał Draco ze smutkiem. Harry posłał Danielowi znaczące spojrzenie, na co Draco odwrócił się i popatrzył na swego fryzjera z niedowierzaniem. Natychmiast pojął, kto i dlaczego zaprosił tu Harry’ego. Powinien się wściec, ale z jakiegoś powodu ujęła go ta dość nieudolna próba pojednania go z Harrym. Widocznie Daniel nie uwierzył mu, gdy Draco przekonywał go, iż Harry wcale nie ma zamiaru do niego wracać.
Wciąż jednak jedno pytanie pozostawało bez odpowiedzi: czego chciał Harry?
Daniel machnął ręką i powiedział:
— To ja sobie pójdę, tak, i… poukładam alfabetycznie moje lakiery do włosów. Ale nie mamroczcie za cicho, bo niczego nie usłyszę. — Skrył się za przepierzeniem, gdzie, jak podejrzewał Draco, zamierzał podsłuchać całą ich rozmowę.
A Harry po prostu stał, z tym swoim nieśmiałym uśmiechem, który tygodnik Czarownica uwielbiał publikować na okładce. Draco musiał przyznać, że w tej chwili nawet to na niego działało. W duchu przeklinał się za swoją słabość. Minęło zdecydowanie za mało czasu, by mógł tak po prostu patrzeć na Harry’ego i go nie pragnąć. Więc po co tu przyszedł, podsycając ogień, który świadomie zgasił zaledwie dwa dni wcześniej? Rozwlekanie takich rzeczy nie było w jego stylu.
— Cześć — powiedział w końcu, wiedząc, że z czymkolwiek Harry przyszedł, wyjaśni to w jednym zdaniu, ewentualnie dwóch. Tak już po prostu miał.
— Draco, musimy pogadać.
Draco wzruszył ramionami w geście mówiącym: jasne, to nic takiego, ale nie ufał sobie na tyle, by cokolwiek odpowiedzieć.
— Powinienem był przyjść do ciebie już wczoraj, ale sądziłem, że potrzebujemy trochę od siebie odpocząć. Mimo to chciałem wpaść jeszcze przed pokazem. Nie mówiłeś mi o nim.
Najwidoczniej Daniel zrobił to za niego.
Draco w tym czasie studiował twarz Harry’ego, próbując odgadnąć jego nastrój, przez co nie bardzo zrozumiał, o czym właściwie mężczyzna mówił.
— Nie mówiłem, bo to było załatwiane na ostatnią chwilę. Zresztą nie sądziłem, że będziesz zainteresowany po tym, jak ze sobą zerwaliśmy.
Zdecydowanie nie spodobało mu się ostre spojrzenie Harry’ego.
— Zerwaliśmy? To się według ciebie stało?
Pomysł jakoby Harry nie zdawał sobie sprawy, iż ich romans jest skończony, był niemalże śmieszny; niemniej, Harry naprawdę patrzył na niego tak, jakby pierwszy raz słyszał o zerwaniu.
— Oczywiście, że tak, Harry. Mylę się?
— Nie. To… — Harry wskazał głową na przepierzenie, za którym siedział Daniel, doskonale wszystko słysząc.
Och. Harry próbował zbagatelizować całą tę sytuację, żeby Daniel nie poczuł się źle ze świadomością, jak wielki błąd popełnił, zapraszając go tutaj. Z każdą mijającą minutą Draco czuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg, jakby się potknął i teraz próbował chwycić się jakiejś poręczy, by uchronić się przed nadchodzącym upadkiem.
— W każdym razie nie miałem w planach uciekać z domu, by przyłączyć się do cyrku, więc pokaz na żywo wydawał się kuszącą opcją — powiedział Draco, siląc się na lekceważący sarkazm, choć zdawał sobie sprawę, że marnie mu to wyszło. — Zawsze musi być ten pierwszy raz.
— Draco, posłuchaj, naprawdę mi przykro.
Draco jednak wcale nie chciał go więcej słuchać.
— Daniel, ty dupku, możesz już wyjść. I tak wiemy, że tam jesteś.
Daniel wyszedł zza przepierzenia.
— Co za niespodzianka, nadal tu jesteście. Sądziłem, że już dawno poszliście na kolację przy winie, wiecie, w jakimś ustronnym, romantycznym miejscu.
— Jeszcze do tego nie doszliśmy — wyjaśnił Harry.
— A poza tym, ja i tak nie mogę. Nie mam czasu.
— Oczywiście, że masz — wypalił Daniel. — Nie bądź takim palantem, Draco.
— Byłbym zaszczycony, gdybyś przyjął moje zaproszenie na kolację — powiedział Harry z udawaną powagą. — Bo… cóż. Powiedziałem już Deanowi i Hermionie, że spotkamy się z nimi u ciebie o piątej.
Słucham?
— Och, to było subtelne, Harry — wydusił z siebie Daniel pomiędzy kolejnymi atakami śmiechu.
— Daniel, nie pomagasz. Draco, proszę. Miałem nadzieję, że się zgodzisz. Ale jeśli naprawdę nie chcesz, zaraz do nich zadzwonię i wszystko odwołam. — Zamilkł, ale Draco był wciąż w zbyt dużym szoku, by cokolwiek odpowiedzieć.
Daniel dźgnął go łokciem w żebra.
— Skoro tak, może po prostu zaproś wszystkich na pokaz, niech to będzie wyjątkowa noc.
O nie. Draco zaczął gorączkowo zastanawiać się, jak odciągnąć Daniela od tego pomysłu, zanim podchwyci go Harry. Skoro Lestrange miał się zjawić na pokazie, Harry’ego i ich przyjaciół zdecydowanie nie powinno tam być. Aż do tej chwili sądził, że nie może już bardziej nienawidzić Jeralda Carra i ministerstwa. A jednak.
— Nie, nie sądzę… — zaczął, lecz w tej samej chwili Harry odparł:
— Z przyjemnością.
Draco podjął ostatnią, desperacką próbę, by to jakoś odkręcić.
— Ale Dean z Hermioną na pewno nie będą chcieli…
— Och, zapewniam cię, że jak najbardziej tak — nalegał Harry.
Daniel spojrzał na niego znacząco.
— Jeśli ty ich nie zaprosisz, ja to zrobię — powiedział i coś w jego głosie przekonało Draco, że Daniel nie zmieni zdania za żadne skarby.
Draco był w potrzasku. Nie chciał tak po prostu zniszczyć tej zaskakującej uwertury Harry’ego, nim się na dobre zaczęła, ale Daniel niechcący jeszcze bardziej wszystko skomplikował.
— Niech wam będzie — powiedział w końcu, modląc się do wszelkich bogów mających Harry’ego w swej opatrzności, by zatroszczyli się o niego jeszcze ten jeden raz. Nie mógł się powstrzymać i spojrzał wściekle na Daniela, który w odpowiedzi uśmiechnął się triumfalnie.
— Więc o której musicie zjawić się w pracy? — spytał Harry.
— Około wpół do siódmej. Pokaz zaczyna się o dziesiątej.
— Wspaniale, to daje nam chwilę, by coś wcześniej przegryźć. Jest czwarta trzydzieści.
Draco skinął głową z wahaniem, na co Harry uśmiechnął się lekko. Mina Daniela odzwierciedlała walkę między zachowaniem godności i rezerwy a zdecydowanie wygrywającą potrzebą dołączenia do nich. Jeśli malfoyowskie wychowanie czegoś Draco nauczyło, to zdecydowanie tego, że należy dotrzymywać zobowiązań — i okazałby się paskudnym przyjacielem, gdyby zignorował nieme błaganie Daniela. Do cholery, skoro powiedział A, to teraz musi powiedzieć B.
— Daniel, masz ochotę iść z nami?
Chłopak uśmiechnął się szeroko.
— Z przyjemnością. Od dawna chciałem zobaczyć niesławne gniazdko miłosne Malfoya. Ale musimy się pospieszyć, jeśli chcemy zdążyć do Belgravii przed piątą.
Nagle Draco uderzyło to wszystko, o czym zapomniał, zapraszając Daniela pod wpływem impulsu. Jak niby mają dostać się do mieszkania, nie aportując się tam? No i co z Sully? Harry obserwował go uważnie, ledwie kryjąc rozbawienie całą tą sytuacją. Jak Daniel to nazywał? Schadenfreude. Draco posłał mu nieme błaganie o pomoc.
— Zamówić nam taksówkę? — powiedział w końcu Harry.
— Och. Tak, jasne. Taksówka. — Nigdy dotąd żadną nie jeździł i mógł jedynie modlić się, że Harry był w tym choć trochę bardziej ogarnięty. — Lepiej… lepiej zadzwonię do mojej gosposi i uprzedzę ją, że ee… że przyjedziemy.
— Proszę, weź moją komórkę — zaoferował Daniel, grzebiąc w swojej skórzanej torbie.
— Nie, nie ma potrzeby, ja…
— Ja ją wezmę, żeby zamówić taksówkę — powiedział Harry, a Draco zaczynało denerwować to, jak bardzo bawiła go cała ta sytuacja. Daniel rzucił Harry’emu telefon, a ten z łatwością chwycił go w locie. Popisy. Pewnie jeszcze wiedział, jak go używać.
— Poszukam Melanie i wyciągnę od niej kilka dodatkowych wejściówek na pokaz. Wrócę za kilka minut — powiedział Daniel i pobiegł do biura obsługi klienta.
— Co ja najlepszego narobiłem? — wyszeptał Draco.
— Nie przejmuj się. Okazałbyś się paskudnym snobem, gdybyś go nie zaprosił. Zresztą ja i tak miałem zamiar to zrobić. Zajmę się wszystkimi mugolskimi… detalami. Wyjdę przed wami, ostrzegę Sully, by się schowała. Daj mi jakieś pięć minut i będę z powrotem — powiedział i deportował się.
Byli spóźnieni zaledwie kilka minut, gdy taksówka wreszcie zatrzymała się przed apartamentowcem. Draco niewidzącym spojrzeniem przyglądał się, jak Harry płaci kierowcy.
— To naprawdę tutaj? — spytał Daniel, gapiąc się na budynek. — Gdybym wiedział, że śpisz na takich pieniądzach, już dawno bym się wokół ciebie zakręcił. Chryste, co za Lamborghini. Pozwalasz sąsiadom je tu parkować?
— Co? Ach, nie, to mój samochód — przyznał Draco.
Po jego słowach zapadła cisza.
— Ja pierdolę. Nigdy cię w nim nie widziałem — głos Daniela zaczął przypominać pisk.
— Nie zdałem jeszcze egzaminu.
— Chyba sobie żartujesz. Masz Lamborghini, a nie umiesz prowadzić?
— To prezent — powiedział, rzucając Harry’emu znaczące spojrzenie, co nie umknęło Danielowi.
— Nawet nie chcę wiedzieć, jak na niego zarobiłeś — powiedział Daniel. — Więc tak po prostu go tam zostawiłeś, żeby plebs mógł się na niego swobodnie ślinić?
Oczywiście, że nie — na samochód rzucono zaklęcie „Nie dotykaj mnie”. Draco znów musiał spojrzeć na Harry’ego w niemym błaganiu o ratunek. Harry w odpowiedzi przejął konwersację:
— Jeździłem nim niedawno, nie miałem po prostu czasu, by wstawić go z powrotem do garażu — wyjaśnił Danielowi. Draco pokiwał skwapliwie głową, przytakując temu bezczelnemu kłamstwu. Popchnął ich w stronę drzwi, nim Daniel wpadł na pomysł, by błagać o możliwość przejechania się. Gdyby choć położył dłoń na samochodzie, mogłoby się to źle skończyć.
Gdy weszli do środka i zdejmowali kurtki, Daniel rozglądał się po korytarzu. Słysząc ich przybycie, Dean wystawił głowę z salonu.
— Tu jesteście. Dopiero co przyszliśmy. Draco, słuchaj, Sully zachowuje się wyjątkowo dziwnie. Wymamrotała tylko jakieś „dzień dobry” i zamknęła się… — zauważył, że Draco daje mu gorączkowe znaki dłonią. — Och, Daniel. Nie spodziewałem się ciebie.
— Cześć, Dean. — Daniel uniósł głos i krzyknął: — Cześć, Hermiono. Zakładam, że siedzisz w pokoju.
Z pokoju dobiegła ich odpowiedź Hermiony.
— Dziś mamy wieczór pod tytułem „przygarnij sierotkę” — wyjaśnił Daniel, obdarzając Deana szerokim uśmiechem. — Jak możesz się domyślić, zaciągnięto mnie tu całkowicie wbrew mej woli, zmuszając przy tym, bym dołączył do was podczas kolacji.
— Ach tak. To znaczy świetnie. To wyjaśnia, czemu Sully… — Dean zerknął na nieco zdenerwowanego Draco i natychmiast się zamknął.
— Moja gosposia — wymamrotał Draco. — Ona jest… ee…
— Agorafobiczką — podsunęła Hermiona, podchodząc do nich. — Źle znosi obecność obcych.
— O! Tak, właśnie — powiedział Draco. Z uwagą przysłuchiwał się Harry’emu, który omawiał ich plany dotyczące kolacji i późniejszego pokazu.
Hermiona przyglądała mu się z nieskrywanym rozbawieniem.
— Nie przeszkadza ci nasza obecność na widowni?
Nie, ani trochę.
— Skądże. To znaczy, jeśli nie chcecie, to… — napomknął z nadzieją.
— Och, za nic bym tego nie przegapiła — odparła dziewczyna. Draco zawsze czuł niepokój, gdy uśmiechała się tak jak teraz.
Mieli jeszcze wystarczająco dużo czasu, by przed wyjściem na kolację wypić w mieszkaniu po jednym drinku, o ile, rzecz jasna, faktycznie mieli zamiar udać się do restauracji, która według Harry’ego była całkiem niedaleko. Draco czuł się trochę jak ryba wyjęta z wody — nigdy nie przyjmował się tak nieistotnymi szczegółami jak kierunek albo odległość, albo też tym, jak ewentualnie znaleźć dane miejsce. Żałował, że za czasów szkolnych tak bardzo gardził mugoloznawstwem i obiecywał sobie, że w przyszłości zacznie zwracać na to większą uwagę. Nie znosił bycia aż takim ignorantem.
Pewnie doceniłby pomysł z kolacją — tajska kuchnia okazała się w tym przypadku całkiem znośna, gdyby nie to, że był na skraju nerwicy. Ledwie orientował się w rozmowie, schwytany między ciągłym pilnowaniem się w obecności Daniela a przerażeniem, jakie budziła w nim perspektywa pierwszego pokazu na żywo i to, że może się na nim zjawić Lestrange.
Dogasający płomień świecy niemalże zatonął już w morzu stopionego wosku. Obserwując to, Draco mógł od czasu do czasu zerknąć na Harry’ego, ale w panującym półmroku wyraz jego twarzy pozostawał nieodgadniony.
— Draco — powiedział głośno Daniel, dając mu do zrozumienia, że już po raz któryś z kolei próbuje zwrócić na siebie jego uwagę. — Przestań świecić oczami do swojego faceta i posłuchaj mnie wreszcie. Powinniśmy się zbierać.
— Spotkamy się na miejscu? O której? — wtrąciła Hermiona. — Wpół do dziesiątej?
Daniel skinął głową.
— Może być. Smoczek pewnie nie będzie miał czasu zobaczyć się z wami przed pokazem, ale znajdziemy was potem, góra pół godziny po zakończeniu. A później zaprowadzę was w całkiem przyjemne miejsce z niezłymi drinkami, co wy na to?
Draco wstał od stołu i ściągnął kurtkę z oparcia krzesła, rękawem potrącając w połowie pełny kieliszek z winem. Nie zdążył go złapać, nim się roztrzaskał.
— Cholera, przepraszam — wymamrotał i zaczął zgarniać bałagan serwetką. — To przez nerwy. Można by pomyśleć, że nigdy nawet nie złapałem znicza.
Zdał sobie sprawę ze swojej wpadki dopiero, gdy zauważył wlepione w siebie spojrzenia. Gwałtowne, chaotyczne wyjaśnienia z czterech różnych źródeł też na pewno niczego Danielowi nie wyjaśniły, niemniej Draco miał nadzieję, że słowa szkoła i gra pojawiły się na tyle często, by jakoś to zatuszować.
Na zewnątrz Draco znów poczuł to dławiące poczucie bezsilności, gdy przesuwał palcami po mapce od Jake’a, zastanawiając się, jak trafić na pokaz. Zerknął na Daniela, co podsunęło mu zupełnie inny pomysł, znacznie łatwiejszy w realizacji: dlaczegóż by nie miał wykorzystać swych zdolności manipulacyjnych, by skłonić Daniela do tego, by zaprowadził do na miejsce i równocześnie nie połapał się, że Draco kompletnie nie zna mugolskiej części Londynu? Cały sekret, jak się okazało, tkwił w tym, by Daniel cały czas coś mówił — co nigdy nie było problemem, o ile omijało się trudniejsze tematy.Nieco trudniej było znaleźć taki temat, przy którym nie musiałby za wiele kłamać. Nim dotarli na miejsce, Draco wymyślił historyjkę o tym, jak to Sully pracowała dla rodziny Malfoyów, oraz zmyślił co nieco o rodzicach Harry’ego.
Udało mu się jednakże zapłacić kierowcy taksówki, wdzięczny, że mógł podpatrzeć wcześniej, jak robi to Harry, choć sądząc po wielce zadowolonym spojrzeniu kierowcy, dał mu zdecydowanie za duży napiwek.
Nazwa Hotel Jolly wydawała się absurdalna dla tak eleganckiej, wiktoriańskiej architektury. Draco, mimo że był przyzwyczajony do pretensjonalności, nie mógł nie podziwiać barokowych schodów, obramowanych błyszczącą białą balustradą, która na szczycie schodów rzucała cień na stojące przed schodami biurko i znajdującego się za nim starszego mężczyznę, wpatrującego się w nich nieprzyjemnie.
Draco pochylił się ku niemu i dźwięcznym, niosącym się po całym hallu głosem spytał:
— Mieliśmy niby wejść wejściem dla służby?
Żadnemu innemu modelowi z JayKay najprawdopodobniej nawet przez myśl by nie przeszło, że nie może tamtędy przechodzić, ale też tego można by się po nich spodziewać; w ten właśnie sposób dominowali przestrzeń wokół siebie. Ich wygląd, ubrania, sposób, w jaki się poruszali, czy też sposób, w jaki się śmiali, wyraźnie odróżniały ich od reszty gości, którzy bardzo starali się na nich nie gapić, niemniej nie mogli powstrzymać się przed podziwianiem lawirujących między nimi postaci, niespotykanych i kolorowych niczym stado rajskich ptaków.
Draco desperacko wypatrywał Carra, by ostrzec go, iż Harry i jego przyjaciele będą wieczorem na widowni. Chciał też, by Carr zapewnił, że będą bezpieczni i że nie dowiedzą się o całym przedsięwzięciu. Opuścił Daniela w części garderoby przeznaczonej dla fryzjerów i wizażystki, po czym zaczął szukać mężczyzny w sali balowej, holach, a nawet w barze, lecz bez skutku. Aurora nigdzie nie było, a jego podwładni najwidoczniej odwalali kawał dobrej roboty, wtapiając się w zgromadzony tłum. W innym wypadku Draco uznałby to za pocieszające, ale teraz tylko zwiększyło to ogarniające go napięcie.
Wywołano go z tłumu, by poszedł się przygotować, i rzucono w wir zajęć. Z kolei dwadzieścia minut później znów nie miał co robić, postanowił więc jeszcze raz sprawdzić w barze. Carr wydawał się osobą, która w takich miejscach czuła się jak w domu, nawet jeśli tego wieczora nie tknąłby nic poza wodą gazowaną.
Kiedy podniósł się z krzesła, Daniel przerwał pracę nad fryzurą Alexa i rzucił mu poirytowane spojrzenie.
— Uspokój się, Smoczku. Usadź się na tym krześle i ani drgnij, bo jak nie, to cię do niego przygwożdżę. Dosłownie. Zachowujesz się jak panna młoda przed ślubem.
— Wybacz. Stres — wymamrotał Draco. I to w zasadzie była prawda. — Muszę do łazienki, zaraz wrócę — zapewnił i poszedł po raz kolejny poszukać Carra. Był zbyt zajęty, by choćby pomyśleć o znalezieniu Harry’ego, ale kątem oka zauważył plecy Deana w drugim końcu sali balowej.
Zdecydowanie zbyt szybko kazano mu wrócić na miejsce przed rozpoczynającym się pokazem. Musiał wyglądać na przerażonego, bo Daniel złapał go za ramię i uśmiechnął się.
— Odpręż się. Wyglądasz, jakbyś miał stanąć przed plutonem egzekucyjnym.
I tak też się czuł. Draco Malfoy, sprzedana panna młoda, ukrywająca swój strach pod drogimi fatałaszkami i wypracowanym pustym spojrzeniem. Z trudem odwzajemnił słaby uśmiech, a już chwilę później muzyka oznajmiła początek pokazu i Draco został wypchnięty w stronę tłumu. Miał rację co do oświetlenia; nie widział nic poza pierwszym rzędem widowni. W wyobraźni widział już przyczajonego Lestrange’a, z wycelowaną w niego różdżką i Niewybaczalnym na końcu języka.
A potem znów był za sceną. Dłonie sprawnie ściągały z niego ubrania — niemalże wszyscy modele wokół niego byli już całkiem albo przynajmniej częściowo rozebrani — i wciskały w nowy strój z wprawą świadczącą o latach praktyki.
— Było dobrze — zapewnił go Daniel. — Czas na kolejną przechadzkę. — I znów wyciągnięto go na wybieg, nim udało mu się choćby złapać oddech.
Wpadł w nieco otępiający rytm, a mimo to wszystko zdawało sie dziać zdecydowanie za szybko.
— Gdzie moja koszula?
— Nie ma koszuli, kochaneczku — powiedziano mu. Z niedowierzaniem patrzył, jak nakładają mu wielki, zdobny naszyjnik, a na głowę wsadzają coś wielkiego, ciężkiego i bardzo… strojnego.
— Co to, kurwa, jest? — warknął do Daniela, który akurat układał mu włosy grzebieniem — a przynajmniej te kosmyki, które wystawały spod nakrycia głowy. Draco skręcał się, by spojrzeć na siebie w lustrze, lecz Daniel skutecznie mu to uniemożliwiał.
— Kaprysy mody, Smoczku. Stój spokojnie, bo inaczej dostaniesz klapsa.
Kiedy wreszcie udało mu się zerknąć na swe odbicie, z trudem powstrzymał napad histerycznego śmiechu.
— Wyglądam jak skończony imbecyl. Oni są niepoważni.
— Co ci nie pasuje? Wyglądasz jak marzenie Majów. Po zażyciu meskaliny.
— Nikt przy zdrowych zmysłach nie kupiłby czegoś takiego! Co ja mam niby na sobie? Pieprzony sarong!
— Naiwne dziecko. Oczywiście, że nikt tego nie kupi — ale zdecydowanie każdy zapamięta. I będzie o tym mówić. — Daniel zniżył głos. — Cholera, Chester, żona zabrała mnie na ten cały pokaz mody w zeszłym tygodniu — jakaś impreza dobroczynna, no wiesz. Gdybyś tylko zobaczył tego małego, bladego pedałka paradującego w spódniczce, piórkach i tym podobnych. Może nie ubieram się u Savile Row, ale zdecydowanie wiem, jak się ubrać, by wyglądać lepiej niż te wszystkie ciotki razem wzięte!
Draco, przerażony, zamknął wysmarowane cieniami do powiek i brokatem oczy.
— Nigdy się do tego nie zniżę.
— Pamiętaj, to impreza dobroczynna. Gładzi wiele grzechów. Poza tym spójrz na biednego Alexa. Osłania go tylko przepaska biodrowa. Wystarczy, że kichnie, i zamkną nas za ekshibicjonizm. A teraz idź.
Więc Draco poszedł. Usłyszał niezbyt tłumione syknięcia, pełne niedowierzania, i rozlegające się gdzieniegdzie chichoty. Twardo szedł przed siebie, starając się wszystkich ignorować, myśląc o Anglii.
Aż wreszcie nadszedł błogosławiony koniec. Draco pragnął po prostu założyć wreszcie własne ubrania, wziąć długi prysznic, a potem wypić drinka albo i trzy. A przede wszystkim pragnął przestać zadręczać się tym, co może się teraz dziać między Rabastanem Lestrange a ósemką aurorów, wtopionych w tłum, w którym znajdował się Harry i jego niczego nieświadomi przyjaciele.

*

Z każdym szeptem nadchodzącej godziny, komponuję swe wyznanie,
Starając się nie spuszczać cię z oczu.

(„Losing My Religion", R.E.M.)***

Draco zerknął przez boczne drzwi na rozchodzący się tłum, ale nie znalazł w nim Lestrange’a, Carra czy kogokolwiek przypominającego aurora. Po raz pierwszy tego wieczora mógł się zrelaksować, choć tylko przez żałośnie krótką chwilę.
— O kurwa! Co on tu robi? To nie… po prostu… kurwa mać!
W mgnieniu oka Daniel stał przy nim, podążając za jego spojrzeniem.
— Coś nie tak?
Wszystko.
— Jeden z moich dawnych nauczycieli tu jest. Mój przyjaciel.
— Tak, gdzie? Mówisz o tym mężczyźnie rozmawiającym z Hermioną? Och, on jest taki… gotycki! Jak się nazywa?
— Severus Snape.
— Wow, to nawet brzmi gotycko.
— Jak, na niebiosa, on się o tym dowiedział? Zabiję Harry’ego.
— Wiesz, nie spieszyłbym się tak ze zrzucaniem winy na Harry’ego. Patrz, jak morduje biedaka spojrzeniem. To raczej mało uprzejmy sposób traktowania zaproszonej osoby.
Coś w tonie głosu Daniela sprawiło, że Draco spojrzał na niego badawczo.
— Ty nie…
— Oczywiście, że nie. Nigdy wcześniej nie widziałem go na oczy. — Daniel odwrócił się do niego z szelmowskim uśmiechem. — To przecież nie jest ten profesor, prawda? Nic dziwnego, że Harry patrzy na niego tak morderczo.
— Nawet nie próbuj tak żartować. On i Harry po prostu się nie dogadują. Cholera, i co ja mam teraz zrobić?
— To akurat oczywiste. Zabierzesz mnie do nich i przedstawisz.
Nie. Nie ma takiej opcji. A przynajmniej nie dopóki nie zmyję z siebie tego makijażu. Kurwa, widział mnie paradującego w sarongu. I w piórach.
Daniel złapał go za ramię, nagle całkowicie poważny.
— Posłuchaj mnie, Draco Malfoyu. Nie masz się czego wstydzić. Wniosłeś trochę życia w te puste, nudne życia na widowni. Czy to może być złe? A jeśli ten człowiek jest twoim przyjacielem, na pewno też dobrze się bawił. Więc weź się w garść. Oddychaj głęboko.
— Ja… Ty… W porządku. Ale nie mogę się z nim zobaczyć, wyglądając w ten sposób. Muszę się ogarnąć. — Po tych słowach Draco uciekł.
Piętnaście minut później już nieco spokojniejszy Draco siedział w jedynym przyzwoitym fotelu stojącym w maleńkiej, prowizorycznej garderobie. Większość jego znajomych z pracy rozeszła się już na cztery wiatry, ale Beatrice, jej chłopak i ich kokaina gnieździli się w rogu pomieszczenia, starając się zachowywać na tyle dyskretnie, by nikt nie poprosił ich o podzielenie się.
Chłopak wmawiał sobie, że wciąż tu siedzi, bo czeka na okazję, aż będzie mógł wyciągnąć różdżkę i pozbyć się z twarzy makijażu. Jak mugolom udawało się zmyć te wszystkie cienie i kredkę do oczu, nie wypalając sobie przy tym co najmniej jednego oka, nadal pozostawało dla niego tajemnicą. Nie był nawet pewien, którego z nich tak właściwie unika — Severusa czy Harry’ego. Harry przynajmniej miał ze sobą przyjaciół, którymi zajmował się przez cały wieczór. Niemniej, wciąż czekała go ta chwila, gdy będzie musiał sam wrócić do domu i ta myśl zżerała go od środka. Może powinien po prostu stamtąd uciec i mieć to już za sobą.
Energiczne pukanie do drzwi przywróciło go do rzeczywistości. Uśmiech, który przygotował zawczasu, sądząc, że to Harry, przygasł, gdy do środka wszedł ktoś zupełnie inny — Jerald Carr. Może i pragnął go zobaczyć, z godzinę temu, ale teraz auror nie miał powodu, by go szukać. Serce Draco zaczęło bić szybciej z niepokoju. Coś musiało pójść nie tak.
— Sądziłem, że zobaczymy się dopiero jutro.
— Plany się zmieniły — odparł Carr i odwrócił się, by zamknąć za sobą drzwi.
— Zostaw — nakazał Draco. Carr wzruszył ramionami, ale posłuchał go, w międzyczasie rzucając taksujące spojrzenie Beatrice i jej chłopakowi, którzy wznieśli się na wyższy poziom przyjemności, porzucając doznania duchowe na rzecz cielesnych, choć wciąż byli przynajmniej częściowo ubrani.
— Co do jutrzejszego spotkania — musimy je przełożyć — powiedział Carr na tyle cicho, by nikt nie mógł go podsłuchać, a jednocześnie z takim poruszeniem, jakby gdzieś mu się bardzo spieszyło.
Co? Dlaczego?
Carr nie bardzo chciał odsuwać się od drzwi; znajdował się w tak obcym sobie otoczeniu, że Draco z zadowoleniem dojrzał w tym swoją przewagę.
— Lestrange się nie pojawił. Wysłał jednego ze swoich cyngli, by cię obserwował, ale dzięki temu wiemy, że wciąż jest tobą zainteresowany.
Draco poczuł, jak jego niepokój nieco maleje, ale był na tyle ostrożny, by nie pokazać tego Carrowi, obserwując go w lustrze i udając kompletny brak zainteresowania.
— Nie rozumiem, dlaczego miałoby mnie to obchodzić. Zrobiłem, co miałem zrobić.
— O tak. Dobra robota — powiedział Carr takim tonem, jakby chwalił uczniaka za nieźle napisane wypracowanie.
— Daruj sobie, Carr.
— Rzekłbym, że widownia podzielała moje zdanie. A twoi znajomi — Draco pojął, że ma na myśli ludzi z JayKay — też byli zadowoleni. Dlatego zdaje się, że będą walić drzwiami i oknami, by zaproponować ci kolejne pokazy na żywo. — Słowa pokazy na żywo wypowiedział tak sprośnym tonem, jakby mówił co najmniej o występach erotycznych.
— Zgodziłem się tylko ten jeden raz. I to wszystko! Nie zamierzam tego powtarzać.
— Powody, dla których miałbyś z nami współpracować, wcale się nie zmieniły — zauważył Carr przesadnie uprzejmym tonem, odsłaniając krzywe zęby w złośliwym uśmiechu.
— Idź do diabła — warknął Draco. — Idź do przeklętego diabła.
— Z chęcią, o ile zagwarantujesz mi, że powita mnie w nim Rabastan Lestrange. — Carr wydawał się niezwykle uradowany własnymi słowami. Przestąpił z nogi na nogę i dodał: — Wiesz, nie rozumiem, czemu robisz z tego takie wielkie halo.
Wyraźnie wyczuł niecierpliwość i pogardę Carra — i obu tych uczuć nienawidził.
— Cóż, ja nie rozumiem, czemu ty tego nie robisz.
— Malfoy, nie każę ci przecież brudzić swoich delikatnych rączek — powiedział Carr tym samym, pełnym pretensji tonem. — To my odwalamy tutaj brudną robotę.
— Ale to ja będę musiał od dziś co i rusz sprawdzać, co i kogo mam za plecami. A uwierz mi, już nieraz przez to przechodziłem. Jakoś nie uśmiecha mi się znów żyć z paranoją, w oczekiwaniu, aż gilotyna w końcu opadnie.
Carr, który najwyraźniej uznał, że jego męskość nie ucierpi aż tak bardzo, jeśli wejdzie do garderoby dla modeli, postąpił dwa kroki naprzód.
— Poczujesz się lepiej, jeśli ci obiecam, że ktoś będzie miał na ciebie oko, nim złapiemy Lestrange’a?
— Poczułbym się, gdybym ci uwierzył. Ale chyba jednak masz pecha — naiwność zostawiłem w innych spodniach.
O dziwo, uwaga ta rozbawiła Carra. Głupi osioł.
— Malfoy, jesteś zbyt młody, by być tak cynicznym. Co z tobą będzie na starość?
Draco uśmiechnął się zimno.
— Będę tak pełen jadu, że zostanę twoim szefem.
— O tak, nadawałbyś się.
— Trzymam rękę na różdżce, więc nawet nie próbuj proponować mi pracy. Skończyliśmy?
— Chwilowo. Będziemy w kontakcie. — Ostatnie słowa Carra przypomniały Draco wiele innych, podobnych rozmów, które odbył tuż po wojnie. Aurorzy się zmieniali, ale ich zachcianki nigdy.
— Jakbym ci powiedział, żebyś się nie fatygował, posłuchałbyś?
— Nie, nieszczególnie. — Carr wydawał się niepocieszony tym, że nie mógł wyrwać Draco przynajmniej kilku paznokci. Tłustą dłonią chwycił klamkę i pociągnął tak mocno, że stojąca za nimi osoba nie miała najmniejszej szansy zareagować.
— Cześć, Harry — powiedział beznamiętnie i nie czekając na odpowiedź, minął go i zniknął. Beatrice i jej chłopak uznali to za doskonałą okazję, by również się ulotnić.
Harry nie wydawał się zdziwiony widokiem Carra. Świadomy, że Harry musiał stać za drzwiami na tyle długo, by usłyszeć zdecydowanie za wiele, Draco postanowił go tym razem nie zwodzić.
— Harry. Jak dużo słyszałeś?
— Wystarczająco. On jest z AZL. — To nie było pytanie.
— Tak. Skąd…
— Poznałem go. To Jerald Carr.
— Och.
— Draco, co się dzieje?
Draco podjął się desperackiej próby odwiedzenia Harry’ego od tematu, nawet jeśli w przeciągu tych kilku lat to nigdy nie zadziałało.
— Harry, proszę. To nie ma z tobą nic wspólnego. Po prostu wyświadczam mu przysługę. Możemy tego nie drążyć?
— Nie. To mi nie wystarcza. Skoro w sprawę jest wplątany Carr, zdecydowanie mam się czym martwić. I to bardzo.
Zapadła niezręczna cisza. Draco sięgnął po wacik i zaczął ścierać makijaż. Dzwony w Westminster obwieściły kwadrans do pełnej godziny. Draco nie odezwał się ani słowem. Harry również.
W końcu Harry westchnął i zamknął za sobą drzwi, po czym rzucił na nie zaklęcie pieczętujące i wyciszające.
— Jeśli sam mi nie powiesz, co się dzieje, ja to zrobię. A uwierz mi, wiem więcej, niż ci się zdaje.
— Co takiego? — Żołądek Draco właśnie wywinął fikołka, nawet jeśli on sam udawał, że go to nie obchodzi.
— Pomyślmy. Wiem, że przez ostatnie dwa lata Carr ścigał Rabastana Lestrange’a. To jego święty Graal. Zaczęło się, gdy Lestrange zrobił zamach w Bristolu i zabił prawie pięćdziesiąt osób. Pamiętasz?
— Nie, musiało mi to umknąć — powiedział cicho Draco. — Powiedział mi, że pracuje dla ministerstwa.
— A i owszem. Ministerstwo ma własne powody, by ścigać Lestrange’a. Byli przeszczęśliwi, mogąc wykorzystać przy tym entuzjazm Carra. Trzymają go na wyjątkowo długiej smyczy. Bez ograniczeń.
Draco skinął głową, ale nic nie powiedział. Przez tę chwilę spędzoną w ciszy Harry przeszedł przez pokój, stanął za Draco i położył mu ręce na ramionach. Przez dosłownie jeden moment Draco wydawało się, że zacisną się one na jego gardle, jednak nie, dłonie Harry’ego delikatnie, kojąco głaskały jego ramiona. W górę i w dół. W górę i w dół.
— A więc sprawdźmy, czy uda mi się to rozpracować. Z jakiegoś powodu zgodziłeś się wystąpić na pokazie pełnym ludzi — na co nigdy wcześniej się nie zgadzałeś — i to akurat na tym pokazie, na którym zjawia się Carr, by powęszyć. Prawdopodobnie w poszukiwaniu Leastrange’a. Konkludując, mój drogi Watsonie, pozwalasz Carrowi wykorzystywać cię jako przynętę. Czego jednak nie pojmuję, to to, dlaczego ktoś, kto tak bardzo nienawidzi ministerstwa jak ty, zgadza się ryzykować dla nich życiem.
Draco nie odpowiedział od razu. Jakaś cześć niego chciała się z tego wyłgać, ale fakty — jak zawsze — były zbyt twarde, by było to w ogóle możliwe. I nawet jeśli nie żałował, że dotąd nie mówił Harry’emu o pewnych rzeczach, wiedział, że kłamstwa tylko by go pogrążyły.
— No dobrze, Harry, masz rację. — Nie miał wyboru, musiał się do wszystkiego przyznać, nawet jeśli zniszczyłoby to ostatnią nadzieję na pogodzenie się. Zabawne — zawsze sądził, że to Harry będzie tym, który zakończy ich romans, a jednak wyglądało na to, że to on sam wbije ostatni gwóźdź do swej trumny.
— Carr ustawił to wszystko w nadziei, że Lestrange się tu zjawi — zaczął mówić, głosem, który nawet dla jego własnych uszu wydawał się płaski i wyzuty z emocji. — Ja miałem tu po prostu być — nic poza tym. Ale, jak pewnie słyszałeś, Carr powiedział mi właśnie, że Lestrange się nie zjawił, więc ich przynęta będzie im jeszcze potrzebna. To wszystko.
— Poza tym, że wciąż nie wyjaśniłeś mi, dlaczego w ogóle zgodziłeś się to zrobić.
— Mieli dość przekonujące argumenty — odparł Draco ostrożnie. — Zagrozili, że puszczą mnie z torbami.
Harry, jak dotąd niewyglądający na zbyt poruszonego, niespodziewanie się tym przejął.
— Cholera, Draco. Tak mi przykro. Jak właściwie chcieli to zrobić?
— Nakładając gigantyczne opłaty na mienie Malfoyów. — Draco zaśmiał się gorzko. — Mienie, które i tak zamierzają przejąć.
— Kurwa. — Niemalże słyszał, jak myśli Harry'ego biegną tym samym torem, którym biegły jego własne kilka dni temu. — Żałuję, że mi nie powiedziałeś. Moglibyśmy z nimi walczyć. Gdy ludzie dowiedzą się, co oni wyrabiają, wtedy…
— Wtedy co, Harry? Wypowiedzą wojnę ministerstwu w moim imieniu?
— Powinni!
— Może i powinni, ale prędzej nauczę się jeździć na łyżwach w piekle, niż tak się stanie.
— Ja…
Draco wciąż był zadziwiony, jak Harry’emu nawet po wojnie udało się zachować tę dziecięcą wiarę w ludzi. Zadziwiony i w jakiś nieoczekiwany sposób oczarowany. Zawsze czuł się jak drań, gdy uświadamiał Harry’emu, jak funkcjonuje prawdziwy świat.
— Przywykłeś do tego, że ludzie stają po twojej stronie. Jednak mnie się to nigdy nie przydarzyło i raczej mało prawdopodobne jest, żeby miało się przydarzyć teraz.
— Ale ja też mógłbym ci pomóc i...
— I co, uratować mnie? Daj spokój. Jeszcze nie pogodziliśmy się po ostatniej sprzeczce.
— To co innego! — Harry brzmiał na urażonego, co jednak Draco przyjął ze spokojem.
— Nie, to jest dokładnie to, o czym mówię — odparł i uśmiechnął się pojednawczo. — Posłuchaj. Pamiętasz naszą ostatnią kłótnię? Byłem akurat po rozmowie z Carrem. Mogę dokładnie przewidzieć, co byś powiedział, gdybym ci wtedy wyznał prawdę. Chciałbyś przygalopować na białym koniu, żeby mnie ocalić, prawdopodobnie machając dodatkowo mieczem Gryffindora. Ale wiesz co? Jestem już zmęczony walką.
Harry uśmiechnął się cierpko i przestał głaskać go po plecach.
— Nie aż tak zmęczony, żeby się jeszcze ze mną o to pokłócić.
Draco przytaknął, przyznając mu rację.
— Tak, cóż... Chyba powinienem sprecyzować. Jestem zmęczony walką z ministerstwem, więc łatwiej było po prostu zrobić to, czego chcieli.
— Ale po tym wszystkim, co już...
— Szczególnie po tym wszystkim — przerwał Draco i natychmiast pożałował swoich słów, widząc na twarzy Harry’ego narastający niepokój.
— Grozili ci czymś więcej niż bankructwem, prawda?
Draco chciał skłamać i zaprzeczyć, ale zwlekał zbyt długo, żeby zabrzmiało to wiarygodnie.
— Jasna cholera! Chodzi o to, co robiłeś jako śmierciożerca, tak?
Skupiony na wycieraniu nieistniejących resztek makijażu, Draco przymknął oczy, nie odpowiadając.
— O coś związanego z Williamem Pritchardem? — drążył dalej Harry. — I Erasmo Jugsonem?
Draco gwałtownie uniósł powieki i spojrzał na niego podejrzliwie.
— Co ty wiesz o Jugsonie?
Harry przyciągnął do siebie tanie metalowe krzesło, przeraźliwie zgrzytając jego nogami o beton, i usiadł bardzo blisko Draco. Z tej odległości jego twarz nagle zaczęła wyglądać dziesięć lat starzej. Albo dwadzieścia.
— Kilka tygodni temu sowa dostarczyła mi pewne dokumenty. Nie mam pojęcia, kto je wysłał. Okazało się, że to raport ministerstwa na temat sprawozdania, które Snape przedstawił na koniec wojny. O twojej działalności.
— Rozumiem. — Draco popatrzył na Harry’ego uważnie, ale tym razem nie wyczytał z jego miny żadnych emocji.
— Wiem, co myślisz. Że nie powinienem był tego czytać. I masz rację, ale byłem już w połowie, zanim w ogóle cokolwiek zrozumiałem... Sądziłem, że osoba, która mi to dostarczyła, działała zupełnie... legalnie. Do czasu, gdy do mnie dotarło, że moje podejrzenia nie są słuszne, było już za późno. Przykro mi.
— Czyli dowiedziałeś się już, że dla jasnej strony pełniłem rolę kurwy. — Samego Draco zaskoczył spokój w jego głosie.
— Nie. Dowiedziałem się, jak niesamowitą złożyłeś ofiarę, żeby pomóc nam wygrać.
Harry wyciągnął rękę, położył ją na kolanie chłopaka i pogładził je delikatnie. Draco doceniał jego próbę trzymania się swoich złudzeń.
— Cóż, ja widzę to inaczej. Choćby ta sprawa z Pritchardem. Sam wiesz, co musiałeś zrobić, by zdobyć od niego dokumenty. Ale ja wiem, ile istnień ocaliłeś. Pamiętasz atak, który planowali w czerwcu w Sulfolk? Stalibyśmy się łatwą ofiarą... Nikt nie miał pojęcia o pułapkach, jakie ustawiono od wewnątrz. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak śmierć Jugsona nadwyrężyła zdolność śmierciożerców do przeprowadzenia porządnej inwigilacji. I potem już nigdy jej nie odzyskali.
— Czyli dowiedziałeś się wszystkiego o Jugsonie?
Harry zignorował oczywiste znaczenie jego słów.
— Tak. Był jednym z najmądrzejszych śmierciożerców. Wielu z nas uważa, że kiedy twój ojciec go zabił, nastąpił punkt zwrotny w wojnie.
— Niemożliwe.
Udając, że nie słyszy, Harry ciągnął dalej:
— Wciąż nie pojmujesz, o co mi chodzi, kiedy przypominam ci to wszystko, co dla nas zrobiłeś. Ale ja naprawdę wiem. Może nie znam szczegółów, jednak... Nie, absolutnie nie uważam cię za kurwę jasnej strony. Nie tym jesteś.
— Mylisz się, Harry. Dokładnie tym jestem... Nie rozumiesz? Zakon również nie tracił czasu, żeby to zrozumieć. Chcieli, żebym rozkładał nogi dla ich sprawy już w pierwszym miesiącu, jaki spędziłem wśród śmierciożerców. — Mimo że Draco mówił kompletnie beznamiętnym głosem, nigdy nie czuł się bardziej nieczysty.
— Ale Snape nie...
— Severus nie podejrzewał, na co się zanosi. W kwestiach brudnej strony seksu jest kompletnym ignorantem. Chociaż to właśnie on był tym, który przekazywał mi rozkazy. Nawet nie wiesz, na jak umęczonego wyglądał, kiedy powiedział mi, co mam zrobić. Chociaż myślę, że po jakimś czasie się przyzwyczaił. Podobnie jak ja.
— Nie...
— Spójrz na mnie, Harry, zdejmij te swoje różowe okulary choć na minutę. Jutro mogę bez wahania zacząć sprzedawać się na Nokturnie.
— Draco, przestań. Może i musiałeś to robić, ale taki nie jesteś. Dla mnie zawsze będziesz jednym z wielkich i niedocenionych bohaterów wojennych.
Harry mówił tym swoim żarliwym, szczerym tonem, którego intensywność zawsze tak bardzo przyciągała Draco. Czuł się jak wąż zakochujący się w głosie swojego zaklinacza, niemal nie potrafił mu się oprzeć. Odrobinę pomagało, gdy nie patrzył na Harry’ego, ten jednak ujął jego twarz w dłonie i obrócił głowę tak, że Draco musiał w końcu spojrzeć mu w oczy. A potem pochylił się i pocałował go, łagodnie, ale mocno — tak, żeby odegnać wszelką niepewność. I mimo że Draco wciąż targały typowe dla agnostyka wątpliwości, to działało. Bo przecież właśnie w tym Harry był najlepszy: posiadał niesamowitą umiejętność odkrywania skrytych pragnień otaczających go ludzi, starając się dać im to, czego potrzebowali. Nawet jeśli jego samego mogło to zabić.
Wreszcie Harry odsunął się od Draco z westchnieniem i wrócił do rozmowy, jak gdyby przed momentem wcale nie uratował go z jego prywatnego czyśćca.
— W działaniach Carra najbardziej oburza mnie to, że ministerstwo dobrze wie, jak bardzo nam pomogłeś, a mimo to ciągle cię tym szantażuje. Carr straszył, że ujawni tę historię „Prorokowi”?
— Nie ośmielił się. „Prorok” czegoś takiego nie tknie. — Draco zamilkł na moment. — Właściwie to straszył, że powie tobie.
Harry przez chwilę wyglądał na zaskoczonego.
— W takim razie kto wysłał mi raport?
— Nie mam pojęcia. A skoro AZL straciło przez to kartę przetargową, bo ty już o wszystkim wiesz, nie sądzę, żeby to był Carr. — Draco zawahał się przed zadaniem pytania. — Czemu nie powiedziałeś mi o tym wcześniej? — Jego słowa zabrzmiały jak oskarżenie, ale nic nie był w stanie na to poradzić.
— A w jaki sposób miałem poruszyć taki temat? Bez przywoływania własnych koszmarów? — Harry uśmiechnął się bez śladu wesołości. — Jeśli ty jesteś kurwą Zakonu, to ja jestem jego bezdusznym oprawcą. W końcu zabiłem Voldemorta.
To była nowość.
— Myślałem, że Dumbledore to zrobił.
— No cóż... tak właśnie miałeś myśleć. To był jego ostatni dar dla mnie. Zanim umarł, zmienił kilka istotnych faktów. W ten sposób każdy postrzegał mnie jedynie jako przypadkową ofiarę Voldemorta, a pozostali śmierciożercy i inni maniacy nie zrobili sobie ze mnie żywej tarczy. I dlatego nikt się nie dowiedział. Nawet Ron i Hermiona.
Draco potrząsnął głową.
— Niczego się nie domyślałem, więc plan Dumbledore’a działa świetnie. — Dziwnie było wypowiadać nazwisko starego dyrektora… to było tak, jak gdyby otwierał dawno spakowany i zapomniany kufer.
Harry uśmiechnął się ze smutkiem.
— Harry Potter nie zabiłby nawet muchy. Właśnie w to wszyscy wierzą, co wcale nie czyni tego stwierdzenia prawdziwym. Zacząłem od muchy i przesuwałem się wzdłuż łańcucha pokarmowego, aż wreszcie potrafiłem rzucić Avadę na człowieka.
— Ale dlaczego?
— Z powodu tej cholernej przepowiedni. Dumbledore podejrzewał, że sztuczka z eliksirem wielosokowym może nie wystarczyć, a nie mogliśmy sobie pozwolić na pomyłkę. Dlatego przez miesiące przed ostateczną bitwą ukrywałem się w zachodnim Londynie, doskonaląc swoje umiejętności zabójcy. Tam poznałem Jeralda Carra. Pomagał mi w szkoleniu.
To, co mówił Harry, brzmiało sensownie.
— Założę się, że świetny z niego nauczyciel. Jest na to wystarczająco bezduszny.
— Tak, posiada prawdziwy talent. Avada Kedavra to trudna klątwa, wymaga sporej praktyki. Dlatego pod koniec wojny pozwolili mi wykonywać egzekucje na śmierciożercach.
Harry wypowiadał słowa szybko, jak gdyby spieszył się, żeby zdążyć, zanim opuści go odwaga. Draco zastanawiał się, jak Dumbledore był w stanie żyć sam ze sobą przez cały ten czas, gdy jego podopieczny uczył się zabijać z zimną krwią. Prawdopodobnie czuł się identycznie jak Snape.
— Och, oczywiście mieli prawo do procesów. Które odbywały się w tempie odpowiednim, żeby zapewnić mi nieprzerwany strumień przedmiotów do ćwiczeń. I tak właśnie nauczyłem się ich traktować: jak przedmioty.
Harry uniósł wzrok, ale nie spojrzał na Draco, tylko gdzieś za niego, jakby przed jego oczami znów rozgrywały się dawne makabryczne wydarzenia. Draco zapragnął go dotknąć. Wyciągnął rękę, kładąc ją na udzie Harry’ego i pogłaskał go uspokajająco. Czuł, że Harry rozluźnia się lekko, choć wciąż patrzył w dal.
— Kiedy nadeszła pora ostatniej bitwy, byłem już świetnie wyszkolony. Ostateczną Avadę rzuciłem bez żadnego problemu, ponieważ każdym włóknem mojej istoty pragnąłem śmierci Voldemorta. I chciałem zabić go osobiście. A kiedy to zrobiłem, kiedy już leżał martwy u moich stóp, czułem się cudownie. Jak gdybym zażył najlepszy narkotyk na świecie. — Harry wreszcie spojrzał na Draco. — Dlatego nigdy nie mógłbym być z kimś, kto widzi we mnie bohatera ze stron „Proroka”.
— Może i musiałeś to robić, ale taki nie jesteś — Draco bez zastanowienia powtórzył wcześniejsze słowa Harry’ego.
— To nie w porządku — skarcił go Harry. — Kiedy zobaczyłem cię ponownie po tych wszystkich latach, pomyślałem: oto ktoś, kto zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Ty nigdy nie dałeś się nabrać na te wszystkie bzdury o Chłopcu, Który Przeżył. Od samego początku widziałeś we mnie tylko chłopca z komórki pod schodami.
— Pokładasz we mnie zbyt wiele zaufania. Przez większość czasu po prostu wyładowywałem się na tobie z powodu zazdrości.
Harry zdawał się jednocześnie zasmucony i zadowolony tym spóźnionym o wiele lat wyznaniem.
— Skłamałbym, mówiąc, że uczucie nie było odwzajemnione. Tak więc teraz wiesz wszystko. A ja cieszę się, że wreszcie to z siebie wyrzuciłem.
Kiedy zaległa niezręczna cisza, Draco zaczął rozmyślać o tak szalonej rzeczy jak pokuta.
— Rozumiem. Dobrze, że nie ma nic, co AZL mogłoby użyć przeciwko tobie.
— Nie, to nie o to chodzi — odparł Harry z rozdrażnieniem, a Draco natychmiast poczuł ukłucie winy, że sprowokował go do tak trudnych dla niego wyznań. — Zasłużyłeś na to, by poznać prawdę. Nie byłoby uczciwie, gdybym tylko ja wiedział, co robiłeś w czasie wojny. Nie, kiedy ty nie masz pojęcia o mnie. Słuchaj, chciałem ci powiedzieć wcześniej, ale bałem się, że poczujesz do mnie obrzydzenie i że cię stracę. Aż tak daleko moja gryfońska odwaga nie sięgała.
— Nawet kiedy już poznałeś moją historię?
— Nawet wtedy. Jakoś nie wydaje mi się, żeby to było to samo — odparł Harry. Odwrócił wzrok z zażenowaniem, udając, że zainteresował go plakat z baletnicą rozciągającą się na krześle.
Draco nie mógł powstrzymać się od śmiechu, nie mógł też pozbyć się wrażenia, jakby właśnie pozbył się czegoś mrocznego i duszącego, co zbyt długo stanowiło część jego życia. Czuł się niczym tancerka, która zeszła z afisza i zaczęła wirować w zawrotnym tempie.
— Boże, Harry, czasami jesteś takim idiotą.
Harry odwzajemnił uśmiech, bez wątpienia czując ulgę z powodu tej wcale nie tak szczerej obrazy.
— Racja. Stanowimy dobrze dobraną parę, co?
— Bo obaj jesteśmy popsuci?
— Cóż, nie ująłbym tego w ten sposób, ale tak. — Nagle Harry na powrót stał się poważny. — Powiedz mi, Draco. Zostawisz mnie? Nie chcę tego. Bardzo, bardzo nie chcę.
Draco nie spodziewał się, że kiedykolwiek usłyszy w głosie Harry’ego tak wielką potrzebę, i początkowo nie potrafił niczego z siebie wydusić.
— Mógłbym zapytać o to samo — odparł w końcu, zanim dał sobie spokój z używaniem słów.
To, co chciał powiedzieć Harry’emu, o wiele lepiej mógł wyrazić za pomocą rąk i ust, był bardziej zrozumiały, gdy posługiwał się westchnieniami i cichą zachętą. Początkowo Harry zareagował niemal gorączkowo, lecz później pogrążył się w spokojnym zadowoleniu. To był Harry Potter w swoim najczulszym wydaniu, które swoją szczerością niemal przygniotło Draco.
— Więc co sprawiło, że zmieniłeś zdanie i już nie zamierzasz ze mną zrywać? — wymamrotał.
Harry odsunął się tak gwałtownie, że niemal spadł z krzesła.
— O co ci chodzi? Ja nigdy...
— Daj spokój, Harry. Wiem, że to planowałeś, mimo że nie miałem pojęcia o tych dokumentach.
— Uwierz, nic takiego w ogóle nie przyszło mi do głowy.
— Ale widziałem wszystkie znaki — bronił się Draco.
— Znaki? Jakie znaki?
— Cóż, ja... Och. — Sytuacja była zbyt skomplikowana i Draco nie umiał poskładać myśli. — Więc tak. Ostatnio, kiedy się budzę, zawsze leżysz jak najdalej po drugiej stronie łóżka. A we wtorek rano wstałeś wcześnie, co ci się nigdy nie zdarzało, żeby kochać się ze mną na pożegnanie.
Spodziewał się, że na twarzy Harry’ego dostrzeże ostrzegawczy ślad winy, jakąś oznakę, że został przyłapany, ale z niewytłumaczalnego powodu Harry tylko uśmiechał się cierpliwie, jak gdyby Draco potrzebował poprawić sobie humor kolejną dziwaczną fantazją z nim w roli głównej.
— To nie był seks na pożegnanie. Próbowałem jedynie zebrać się na odwagę, żeby wyznać ci prawdę i powiedzieć, że przeszłość nie ma dla mnie znaczenia. Ale postanowiłem poczekać do popołudnia, a potem mieliśmy tę okropną kłótnię i z moich planów nic nie wyszło.
Draco nie dał się przekonać.
— Przecież mówiłeś o tej cholernej klątwie przez cały tydzień, tak jakbyś chciał dać mi do zrozumienia, że już spłaciłeś swój dług.
Harry wywrócił oczami, jednak rozbrajający uśmiech nie zniknął z jego ust.
— Mówiłem o klątwie, bo wciąż o niej myślałem. Czasami zapominam, że jesteś... — Draco mógł niemal odgadnąć, co Harry myśli: Ślizgonem i Malfoyem, ale w ostatniej chwili taktownie się wycofał — ...inny. Nie zawsze postrzegasz rzeczy tak jak ja.
— Ale...
— Posłuchaj mnie przez minutę. Oto jak ja to widziałem: we wtorek oczywiście miałeś zły dzień, a i dla mnie nie należał on do najlepszych. Uznałem, że to tylko kolejna kłótnia. Jakaś dwieście dziewięćdziesiąta z rzędu. Ale absolutnie nie przyszło mi do głowy, żeby z tobą zerwać. — Harry najwidoczniej pomyślał teraz o czymś innym, bo jego uśmiech zniknął. — Chyba że ty...
— Nie — odparł Draco z przekonaniem po raz drugi. Wydawało mu się, że powtórzenie tego jest ważne. — Nie chciałem i teraz też nie chcę.
Wciąż próbował pojąć, jakim cudem z taką pewnością przekonał sam siebie, że Harry zamierza go zostawić. A potem znowu się pocałowali i przestał się tym przejmować.
— Wydaje mi się, że teraz rozumiem to trochę lepiej — odezwał się w końcu Harry. — Sądziłeś, że planuję z tobą zerwać, więc na siłę prowokowałeś do tego okazję, prawda?
Czy tak właśnie postępował? Harry zapewne miał rację.
— Przepraszam — szepnął Draco prosto w usta Harry’ego, przez co wyszło to trochę zniekształcone. Chciał go jedynie szybko pocałować, ale Harry miał inne zdanie na temat, ile pocałunek ma potrwać.
— Czy ten znak potrafisz dobrze odczytać? — zapytał Harry z diabelskim uśmieszkiem. — Bo oznacza, że jeśli jeszcze raz spróbujesz wymyślać takie bzdury, będę musiał spuścić ci lanie. Masz taki sam dar wróżenia jak i Trelawney.
Draco pozwolił mu się jeszcze przez chwilę porządzić, po czym podrażnił się z nim za pomocą kolejnego, ledwie satysfakcjonującego pocałunku. Harry jednak nie zamierzał na nic takiego pozwolić — objął go ramionami i mocno do siebie przytulił. Co wcale nie powinno być takie wspaniałe.
— Jak uważasz, inni bardzo się obrażą, jeśli zrezygnujemy z pójścia na drinka? — zapytał Harry po chwili.
— Sądzę, że zrozumieją — odparł Draco, czując, że jest spokojniejszy niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich tygodni. Niespiesznie pocałował Harry’ego po raz ostatni, jak gdyby na deser po wyśmienitym posiłku. — Zabierz mnie do domu.
Harry skinął głową, a Draco niespodziewanie znów pomyślał o Dumbledorze. Stary czarodziej niewiele dla niego znaczył w Hogwarcie, później jeszcze mniej, więc teraz był zaskoczony uczuciem nagłej nostalgii. Uderzyło go przekonanie, że dyrektor zaaprobowałby jego związek z Harrym, i nie mógł przestać zastanawiać się, skąd brała się ta pewność.


Koniec rozdziału czwartego



* No more turning away from the coldness inside. (tłum. własne)
** How I wish, how I wish you were here.
We're just two lost souls swimming in a fish bowl, year after year,
running over the same old ground. What have we found? The same old fears. (tłum. własne)
***Every whisper of every waking hour, I'm choosing my confessions,
Trying to keep an eye on you. (tłum. własne)
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Salomanka » 3 kwi 2013, o 12:45

O matko, cóż za opowiadanie! Strasznie nie lubię komentować, bo do każdego DOBREGO tekstu podchodzę niezwykle emocjonalnie, i jak już zacznę planować swój komentarz, to nawet w myślach wylewa się ze mnie tyle słów, że później zwyczajnie nie mam siły tego spisać, tylko siedzę jak zaklęta, tępo wpatrując się w monitor i próbując się pozbierać po tym, co właśnie przeczytałam. Takie rzeczy robią ze mną dobre opowiadania. A to właśnie taką mnie pozostawiło. Rozedrganą, absolutnie zauroczoną, zafascynowaną. Podziwiam autorkę, za tak znakomite wykreowanie postaci Draco, za tak ogromne zaangażowanie własnego umysłu w pracę nad światem przedstawionym w tym ff, za taką dbałość o szczegóły kreowane tylko własną wyobraźnią. Takie pomysł, no ho ho! Mam tu na myśli głównie proces Lucjusza, relacje Lucjusz - syn, ale i samego Draco, jego chęć walki, nie poddawanie się woli ojca, szukanie własnej drogi. WOW! A wszystko tak płynnie opisane! Cudo! A tłumaczki! Praca wielu osób kojarzy mi się z chaosem, a wspólne tłumaczenie z niedokładnością, wspólnym przerzucaniem się kawałkami tekstu. A tutaj? Pełna współpraca, tekst czyta się jednym tchem, i chociaż mignęło mi kilka literówek, to nie mam zamiaru się nimi przejmować. Tekst się broni, cholernie mocno. Nie mogę się doczekać ostatnich rozdziałów!
Salomanka Offline


 
Posty: 15
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:35
Lokalizacja: K-g

Postprzez Evolution » 4 kwi 2013, o 18:08

Ostatnio się trochę opuściłam z komentowaniem, co wcale nie oznacza, że nie czytałam. Cały czas tu byłam i zachwycałam się nad tym, w jaki sposób ta historia się rozwija, doświadczałam obezwładniającego wręcz zirytowania na Malfoya za sprowokowanie tego "zerwania" ( swoją droga całe szczęście, że dzisiaj wszystko się już wyjaśniło. :D ) oraz denerwowałam się na aurorów za to, w jaki sposób wykorzystują Draco. To opowiadanie nadal czyta mi się bardzo ciepło i zawsze, kiedy widzę aktualizację, z radością się za nie zabieram. ;)
Bardzo spodobał mi się Dean udzielający Harry'emu porad miłosnych, to było całkiem urocze, jak nieporadnie wyglądał przy nim nasz Złoty Chłopiec, no ale w końcu Dusza Artysty - co się dziwić. :P
Totalnie uwielbiam ten fragment, kiedy Daniel zostaje zaproszony do Malfoy Manor i sposób, w jaki Draco stara się odnaleźć w tym wszystkim i sprawiać wrażenie, jak gdyby był całkowicie zaznajomiony z mugolskim światem.

— Ja ją wezmę, żeby zamówić taksówkę — powiedział Harry, a Draco zaczynało denerwować to, jak bardzo bawiła go cała ta sytuacja. Daniel rzucił Harry’emu telefon, a ten z łatwością chwycił go w locie. Popisy. Pewnie jeszcze wiedział, jak go używać.


Hahahhaha. :lol2:
No i całkiem miło było również poczytać o Malfoy'u, którego dotknęło tak ludzkie uczucie jak zdenerwowanie, zazwyczaj w opowiadaniach jest on całkowicie wyprany z emocji, albo właśnie takie swoje oblicze ukazuje całemu zewnętrznemu światu, tak więc to była przyjemna odmiana.
Wiedziałam, że Snape na pokazie będzie dobry i się nie pomyliłam, teraz jedynie muszę spokojnie poczekać na jakąś jego konwersację z Malfoy'em w kolejnych rozdziałach, chociaż sama reakcja Draco na wieść o obecności jego byłego profesora wywołała na mojej twarzy szeroki uśmiech.
Nie ma Lestrenge'a, pokaz mody przeszedł właściwie bez żadnych emocjonujących wydarzeń, a Malfoy ponownie został zaszantażowany przez Carra, nie mogę się doczekać zakończenia tej historii no i oczywiście wielkiego happy endu, no bo przecież żadne niemiłe zakończenie nie zostanie przyjęte, nie ma mowy. :D
I jeszcze ta pełna słodyczy końcówka, to jest zawsze mój ulubiony moment w historiach miłosnych. Żadnych nieporozumień, tylko szczera prawda i miłość ponad wszystko, czyli wszystko tak, jak powinno wyglądać.
Dziękuję serdecznie Teamowi za tłumaczenie, wszystko naprawdę czyta się płynnie i zgrabnie.
Pozdrawiam. :D
.
Evolution Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 lut 2012, o 17:00
Lokalizacja: Gdańsk

Postprzez TEAM DRARRY » 22 kwi 2013, o 18:28

Dziękujemy za komentarze i zapraszamy na przedostatni rozdział. :)
Tłumacz: Lasair, beta: Kaczalka.


Rozdział 5

Myślisz, że potrafisz odróżnić raj od piekła, błękit nieba od bólu?
Zieloną łąkę od lodowatej stali kolejowych szyn?
Prawdziwy uśmiech od maski? Myślisz, że potrafisz?

(„Wish You Were Here”, Pink Floyd)*

Draco zdał sobie sprawę, że Dean i Hermiona byli już prawdopodobnie bardziej niż trochę zaniepokojeni tak długim oczekiwaniem, mimo iż Daniel bez wątpienia z wdziękiem zabawiał ich swoją zwyczajową gadaniną i kokieterią. Nie miał za to cienia nadziei, że Snape odpuścił i wrócił do domu.
Gdy tylko zbliżyli się do otwartych drzwi sali balowej, usłyszał charakterystyczny śmiech Daniela.
— Jak sądzisz? Powinienem ryzykować życie i rękę, żeby przeszkodzić w ich wzruszającym pojednaniu? A raczej we wzruszającym i macanym pojednaniu?
— Co masz na myśli? — zapytał Dean.
Zanim Daniel zdążył wyjaśnić, Draco i Harry weszli do pokoju, wyglądając całkowicie niewinnie, Draco był jednak świadomy dłoni Harry’ego sunącej po jego karku w geście czułego posiadania. Nic nadzwyczajnego, naprawdę. Mimo to Severus — wcale nieprzypominający samego siebie w garniturze, który wyszedł z mody przynajmniej trzydzieści lat temu — zesztywniał, kiedy zobaczył ich razem.
— Najwyższy czas — skarcił ich Daniel. — Już mieliśmy wysyłać za wami psy tropiące.
— Wybaczcie — przeprosił Draco, nie przedkładając jednak żadnego powodu spóźnienia. — Witaj, Severusie. Muszę powiedzieć, że jestem zaskoczony twoim widokiem.
— Tak? A ja przy wtorkowym obiedzie odniosłem wrażenie, że zaprosiłeś mnie tu, abym mógł bliżej przyjrzeć się twojej pracy.
— Oczywiście, ale jak się dowiedziałeś...
— Pokaz był wspaniały, Draco — weszła mu w słowo Hermiona. — Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Marzę o jednej z tych szyfonowych sukienek. Jakim cudem dajesz radę przebierać się tak szybko?
Draco zawsze uważał Hermionę za kobietę, która wcale a wcale nie interesuje się modą, ale teraz paplała o niej z entuzjazmem.
— Ktoś pomaga nam przy zakładaniu i zdejmowaniu ubrań.
— Och, tak przypuszczałam. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić zamieszania za kulisami — przyznała.
— Tak — odezwał się Dean, szczerząc się od ucha do ucha. — W pewnym momencie zapomnieli nawet nałożyć ci koszulę.
Daniel parsknął śmiechem.
— Och, ten brak nadrobiliśmy przybraniem głowy, nie sądzicie?
Cholera.
— Cóż, nie wybieram ubrań, ja je tylko prezentuję.
Draco obserwował Severusa, oczekując, że rozpocznie on uszczypliwą diatrybę na temat szaleństwa, jakim jest moda, idiotyzmu projektantów i absurdalnej praktyki zdobienia mężczyzn olbrzymimi ilościami brokatu i kredki do oczu. Severus jednak milczał. Wydawał się bardziej zainteresowany resztkami, jakie zostały z tłumu widzów. Draco pozwolił sobie na westchnienie ulgi. Poczuł, jak dłoń Harry’ego zaciska mu się na karku w cichym geście otuchy.
— Gotowi? Gdzieś tam jest drink nazwany moim imieniem — oznajmił Daniel. — Chociaż podejrzewam, że będę musiał podjąć kilka prób, żeby go odnaleźć.
Harry i Draco w milczeniu wymienili spojrzenia.
— Słuchajcie, wybaczcie mi, ale dzisiaj jestem wykończony — odezwał się Harry.
Daniel wyglądał na najbardziej zawiedzionego ze wszystkich.
— Cóż, ja zostaję — oświadczyła Hermiona. — Czy chciałby pan do nas dołączyć, profesorze?
Draco pomyślał, że Hermiona właśnie zaprosiła Severusa na włóczenie się po barach. Chyba oszalał. Co dziwniejsze, Snape uznał zaproszenie za rzecz najzwyczajniejszą w świecie, choć uprzejmie odmówił.
— A co z tobą, Dean? — kontynuowała Hermiona. — Skusisz się na drinka?
— Jasne. Masz jakieś ulubione miejsca, Danielu?
— Oczywiście. Jeśli tylko nie przeszkadza ci odrobina brutalności w łóżku — odpowiedział Daniel z wyraźnym błyskiem w oku. Jeśli jednak próbował zszokować Hermionę, musiał bardziej się postarać. Draco widział, że była tak samo zainteresowana, jakby zasugerował wycieczkę do Muzeum Brytyjskiego, a nie podejrzanego klubu dla gejów.
Daniel poprawił na ramieniu swoją skórzaną torbę i poprowadził ich przez przypominający labirynt korytarz starego budynku. Po kilku nieprawidłowo obranych zakrętach natknęli się na wyjście. Dopiero gdy Dean zatrzasnął za nimi drzwi, Draco zorientował się, że dotarli do tylnej alejki, a nie ulicy, na którą zamierzali się dostać.
— To nie to wyjście — powiedział Harry i wszyscy się odwrócili.
— Ech, cholera — skomentował Dean. Drzwi zatrzasnęły się i nie mogli ich ponownie otworzyć.
Draco stłumił frustrację. Każdy z nich sforsowałby przeszkodę zwykłą Alohomorą, ale nikt nie chciał ryzykować, kiedy Daniel znajdował się w pobliżu.
Niedaleko nich stała ciężarówka na jałowym biegu, wypełniając powietrze odgłosem silnika i ostro-gorzkim zapachem spalin. Dwóch mężczyzn ładowało ostatnie lampy i pozostałe wyposażenie wykorzystane w pokazie z niewydajnością typową dla pracowników opłacanych godzinowo, a w tej samej w chwili, w której Draco zorientował się, że drzwi do magazynu ciągle były otwarte, jeden z mężczyzn zamknął je z metalicznym trzaskiem. Odwrócił się i dostrzegł ich grupkę.
— Ma pan może klucz?! — krzyknęła Hermiona, wybijając się ponad hałas silnika. — Wyszliśmy złą stroną.
— Nie, przykro mi! — odkrzyknął pracownik i wzruszył ramionami.
Obserwowali go, jak zamyka drzwi furgonetki, dodając kolejną warstwę zatłuszczonych odcisków palców do i tak brudnej karoserii, i znika na siedzeniu pasażera.
— Myślę, że będziemy musieli obejść budynek dookoła, żeby dostać się na ulicę — stwierdził Dean.
Daniel roześmiał się.
— Serio? Nie sądzisz, że cały czas jeżdżą tutaj jakieś taksówki? — zażartował i nie czekając na odpowiedź, skierował się w dół alejki.
Zgrzyt zmienianych biegów poprzedził przeszywająco głośne dźwięki zawracającej ciężarówki. Zamknięta przestrzeń wzmacniała okropny hałas tak bardzo, że Hermiona, krzywiąc się, zakryła sobie uszy. Wszyscy powoli podążali ku głównej ulicy.
Ponieważ Draco obserwował ciężarówkę, jako pierwszy zauważył postać wyskakującą z cienia rampy przeładunkowej. Ułamek sekundy później dostrzegł wyjmowaną z kieszeni różdżkę.
— Na ziemię! — krzyknął, a jego głos odbił się echem po alejce.
Każda z głów odwróciła się w jego stronę i na jedną, zamrożoną w czasie sekundę, wszyscy zastygli w bezruchu, by po chwili gwałtownie opaść w dół.
Zielony promień przeszył powietrze i uderzył w ceglaną ścianę w miejscu, gdzie Draco stał jeszcze moment wcześniej. W panice próbował wyjąć różdżkę, w końcu udało mu się wytrząsnąć ją z rękawa; wściekły i przerażony zacisnął na niej mocno palce. Harry już czołgał się po ziemi, kontratakując oślepiająco jasnym zaklęciem. Hermiona pociągnęła Deana za rękaw kurtki i użyła poruszającej się ciężarówki jako osłony. Draco nie mógł dostrzec Severusa.
Jedynie Daniel wcale się nie poruszył — stał zesztywniały ze strachu, czyniąc z siebie dla napastnika doskonały cel.
— Na ziemię! — krzyknął znów Draco, jednak za późno. Nie słyszał formuły zaklęcia, które rzuciło Danielem o ścianę, ale w duchu poczuł wdzięczność, że nie miało zielonego koloru.
Całą alejką wstrząsnął wybuch. Draco obserwował ze zgrozą, jak impet uderzenia zaskoczył Harry’ego, obrócił go i z nieprzyjemnym stukotem uderzył nim w bok ciężarówki. On sam również się zachwiał. W pierwszej chwili pomyślał, że uda mu się odzyskać równowagę, ale zamiast tego gwałtownie upadł, lądując na plecach niebezpiecznie blisko pojazdu. Natychmiast rozpoznał niebezpieczeństwo i w szalonym tempie zaczął się czołgać. Zbyt późno zrozumiał, że zmierza wprost pod koła ciężarówki.
Jak przez mgłę ujrzał Deana podnoszącego się na kolana i wyciągającego różdżkę.
Accio Draco!
Draco krzyknął z zaskoczenia, gdy zaklęcie porwało go i zaczęło ciągnąć do tyłu po szorstkim podłożu, a na jego skórze pojawiły się zadrapania i krew.
Kierowca ciężarówki w końcu zatrzymał się i wyłączył silnik. W nagłej ciszy Draco usłyszał swój chrapliwy oddech i Deana mamroczącego jakieś zaklęcia. Hermiona skradała się do Daniela, który leżał rozpostarty na ziemi. Draco dostrzegł jaśniejące krawędzie tarczy ochronnej, którą na siebie rzuciła dla bezpieczeństwa. On sam nigdy im nie ufał. Niestety cieszyły się złą sławą z powodu tendencji do raptownego znikania.
— Dzięki Bogu, jest tylko ogłuszony — Hermiona poinformowała Deana, który dotarł do niej i wyglądał tak, jak gdyby zamierzał bronić jej za wszelką cenę.
Draco starał się kontrolować swoje drżące dłonie, przyglądając się zaciemnionym zaułkom. Ogarnęło go to odrealnione poczucie ponadczasowości, a każde wymawiane wokół słowo musiało przepłynąć przez jego umysł, zanim nabrało sensu. Był w Londynie, nie, był w St. Vincent. Właśnie skręcił w alejkę w Londynie, nie, został przygwożdżony i uwięziony w lesie przez śmierciożerców. Severus znajdował się gdzieś za nim, nie, raczej z resztą śmierciożerczych pobratymców. Harry też z nim był, nie, to on jest Harrym.
Nagle niczym naturalnej wielkości pajacyk na sprężynie wyskakujący z pudełka, którego pojawienie się miało być niespodzianką, ale tak naprawdę nie zaskoczyło nikogo powyżej lat trzech, Rabastan Lestrange — wciąż wściekły i spragniony zemsty jak kiedyś — aportował się bardzo blisko niego.
Przez głowę Draco przeleciała idiotyczna myśl, że wuj ma na sobie mugolskie ubrania, co nie pasowało do jego wspomnień. Nie widział go od bardzo dawna, ostatni raz przed końcem wojny, i przez ten czas Lestrange stał się nadmiernie wychudzony i stary. Mimo to jego lodowaty wzrok mówił, że zmiany te były jedynie powierzchowne i że wciąż kieruje się tą samą pokręconą dogmatyką.
Zaraz potem sklął w duchu Carra i jego tak zwaną ochronę.
Draco przykucnął na ziemi tuż przy stopach Lestrange’a, jakby kłaniał się przez lokalnym satrapą. Jedna jego część wiedziała, że jakikolwiek ruch może okazać się śmiertelny, ale druga — ta malfoyowska — potrzebowała zachować chociaż odrobinę godności. Prostował się bardzo powoli, trzymając różdżkę w dłoni. Klęczał, ale nie był już tak uległy.
Kątem oka zauważył, że Harry powoli się do nich przybliża, a Severus zniknął gdzieś w cieniu. Rozpoznał plan niemal instynktownie — pozostałości po treningu wojennym wciąż nie zostały zapomniane. Sekundy przed ich kolejnym ruchem zatrzaśnięte dotychczas drzwi otwarły się i niczym anioł zemsty wypadł z nich Macumber.
Protego aegis! — krzyknął, celując różdżką prosto w napastnika.
Wokół Lestrange’a zaczęła formować się aurorska tarcza, rozchodząc się od świetlistej kuli nad jego głową, a potem niczym fajerwerki spływając na ziemię kaskadą iskier, które Lestrange jakimś cudem odbijał. Draco odsunął się, ale za późno. Poczuł, jak ich energia spływa mu po plecach i zawija się za nim. Został uwięziony.
— Usuń ją! — krzyknął Snape do Draco, gdy jego zaklęcie petryfikujące odbiło się od tarczy, nie powodując żadnych szkód, wywołując jedynie gwałtowne, syczące dźwięki.
.— Nie mogę! Lestrange ją przejął!
Draco musiał zamknąć oczy przed eksplozją światła, kiedy wszyscy spoza tarczy próbowali ją wysadzić. Otaczająca go powłoka ochronna zdawała się drżeć i słabnąć, ale nie zniknęła.
— Lestrange! Opuść różdżkę! Teraz! — krzyknął Macumber.
Ale Lestrange miał zakładnika, którego nikt nie mógł uratować, póki dzieliła ich bariera. Uśmiechnął się w odpowiedzi, jasno dając do zrozumienia, że jest świadomy swojej przewagi.
Krótko przed tym, zanim Macumber rzucił Nox i przyciemnione światła w alejce całkowicie zgasły, Draco zobaczył, że wuj trzyma w dłoniach dwie różdżki, obie skierowane dokładnie w jego serce. Zacisnął palce na swojej i namierzył cel gdzieś między różdżkami Lestrange’a.
Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do słabego światła dochodzącego z miasta, dostrzegł, że jedna z różdżek drży, najpierw lekko, a potem bardziej zauważalnie, jakby cienki kawałek drewna buntował się przeciwko nieprawidłowemu wykorzystaniu. Lestrange przyglądał jej się z niepokojem. W pewnej chwili wyślizgnęła się z jego dłoni i potoczyła po ziemi. Draco wahał się tylko przez chwilę, po czym pochylił, żeby ją podnieść, o sekundę wyprzedzając Lestrange’a.
— Draco, nie! — usłyszał krzyk Harry’ego, ale palcami już sięgał po nieposłuszną różdżkę. Zacisnął dłoń na wciąż ciepłej powierzchni i dokładnie w tej samej chwili poczuł, jak Lestrange chwyta go za ramię, a bariera ochronna opada.
— Fiat justicia. — Głos Lestrange’a nie brzmiał na sfrustrowany, ale zwycięski.
Różdżka w dłoni Draco zareagowała na wypowiedziane słowa, a potem niezwykle znajome, przerażające szarpnięcie aktywowało świstoklik. Draco był zaskoczony, że nie obudziło w nim ani wściekłości, ani żalu, ani nawet poczucia porażki. Zamiast tego zalała go nieoczekiwana fala wdzięczności, że miał okazję wyjaśnić sprawy z Harrym, zanim zostanie zabity. Harry będzie musiał wybaczyć mu, że wszystko inne pozostało niedopowiedziane.
Nigdy wcześniej z nikim się nie żegnał.

*

Czy odnalazłbyś mnie? Rozpoznałbyś?
(„Eireann (Ireland)”, Afro Celt Sound System)**

Podczas wojny Harry nauczył się doskonale rozpoznawać każdego z co bardziej znaczących śmierciożerców, dlatego twarz Rabastana Lestrange’a nie była mu obca. Przeszkolono go również, za pomocą jakich sztuczek podwładni Voldemorta dokonywali porwań — dwie różdżki czy ukryty świstoklik rzucony niedbale niedaleko obranego celu to podręcznikowe przykłady. W jednej przerażającej chwili Harry zdał sobie sprawę, że Draco nie miał o tym pojęcia.
Wstał z wyciągniętą różdżką, ale miał wrażenie, jakby poruszał się w melasie.
— Nie! — krzyknął i w ostatnim wysiłku, by zapobiec katastrofie, rzucił na Draco zaklęcie śledzące dokładnie w chwili, w której zniknął on razem z Lestrange’em.
Czy zadziałało? Harry zamknął oczy i postarał się przywołać charakterystyczną, łączącą ich więź. Kiedy owładnięty desperacją już miał się poddać, poczuł ją — niezbyt silną, ale wystarczają. Być może.
— Śledzę go! — poinformował Snape’a, który biegł do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stał Draco.
Chyba słyszał, jak Harry rzuca zaklęcie śledzące, i krzyczał coś, czego Harry jednak nie mógł zrozumieć.
Przygotowany się na natychmiastową zaciętą walkę, Harry pozwolił połączeniu pociągnąć go za sobą. Znalazł się na miejskiej ulicy, ale po szybki zlustrowaniu otoczenia okazało się, że Draco i Lestrange’a nie ma nigdzie w pobliży. Szczęście mu jednak dopisywało, ponieważ żaden ze spacerujących po okolicy pieszych go nie zauważył. Tego miejsca jednak nie rozpoznawał.
Uspokoił się i ponownie podjął próbę wyczucia słabego połączenia. Gdy odkrył, że nie może go już znaleźć, zaczął panikować. Szedł coraz szybciej, szukując jakiegoś znaku, nie bardzo nawet wiedząc, czym mógłby on być.
Miał świadomość każdej mijającej sekundy, jak gdyby tuż przed oczami umykało mu nie życie Draco, lecz własne. Jakaś odległa część jego umysłu zabrała całą logikę dla siebie i zaciekle argumentowała, że porwanie Draco było rzeczą dobrą — jeśli Lestrange chciałby go zabić, zrobiłby to od razu, w zaułku. Harry starał się nie słuchać uporczywego szeptu, który przypominał mu, że śmierciożerca ten był szaleńcem i nie postępował w sposób racjonalny.
Fiat justicia. Niech pojawi się ta sprawiedliwość, błagał w duchu, idąc dalej. Skąd to znasz?, pytał głos zdrowego rozsądku, póki Harry nie przywołał w pamięci, jak Jerald Carr powoływał się na to akurat hasło tuż przed bitwą pod St. Vincent.
A potem ni stąd, ni zowąd oczekiwany znak ujawnił się tak dosłownie w migającej chwale neonowego banera, że Harry niemal się roześmiał, kiedy go zobaczył. „P COCK”.
Znajdował się w zachodnim Londynie.
Gdy tylko myśl uformowała się w jego głowie, w jednej chwili wszystko nabrało sensu, ale potem serce podskoczyło mu do gardła, bo zdał sobie sprawę, gdzie jest Draco. Ruszaj, teraz, podpowiadał mu wewnętrzny głosik. Harry zaczął biec, po czym przypomniał sobie coś i natychmiast się zatrzymał. Miał jedną szansę. Przechodził już przez te drzwi — albo bariery ochronne wpuszczą go tym razem jeszcze dalej, albo znajdzie się w raczej kłopotliwym położeniu. Miał jednak po swojej stronie element zaskoczenia.
Nabrał głęboko powietrza, wyciągnął różdżkę i aportował się.

*

Hermiona usłyszała wybuch Snape’a, gdy tylko Harry zniknął:
— Cholerny gryfoński idiota! Czy on kiedykolwiek czegoś się nauczy? Straciliśmy go.
Mężczyzna, który wybiegł przez tylne drzwi hotelu, szedł teraz w ich kierunku, a obcasy jego butów wydawały głośne dźwięki w cichej jak makiem zasiał alejce. Hermionie zajęło chwilę, by rozpoznać w nim ohydnego flirciarza, który zapoczątkował jej udział w całym tym bałaganie: Ted Macumber. Zauważyła, że wydawał się dziwnie spokojny, jakby wcale nie przyszedł sobie tutaj i nie spartaczył ich wysiłku w ratowaniu Draco.
— Udało ci się przynajmniej zlokalizować Pottera? — zapytał go Snape.
— Nie, a tobie?
Snape nie odpowiedział.
Hermiona przeniosła wzrok z oburzonej twarzy byłego profesora na pozbawione emocji oblicze Macumbera.
— Co możemy zrobić? — zapytała, mając próżną nadzieję, że jeden z nich wypowie słowa, które ją pocieszą.
— Dobrze byłoby pozbyć się tej ciężarówki — zauważył Macumber, jak gdyby było to najbardziej oczywiste rozwiązanie ich kłopotów. Podszedł do pojazdu od strony kierowcy i Hermiona usłyszała, jak wymawia zaklęcie zmieniające pamięć. Chwilę później kierowca ponownie włączył głośny silnik i powoli odjechał.
— Czy ktoś mógłby sprawdzić, co z Danielem? — odezwał się stojący w cieniu Dean. — Sądzę, że tylko stracił przytomność, ale mogłem coś przeoczyć.
Hermiona była wdzięczna, że może się do czegokolwiek przydać, więc szybko rzuciła na Daniela kilka zaklęć diagnostycznych.
— Nie, wszystko z nim w porządku. Powinniśmy go jednak stąd zabrać.
— Ja go wezmę. Dokąd?
— Do mieszkania Draco — odpowiedział Snape.
Hermiona była zaskoczona, ale chwilę potem zdecydowała, że ma to jakiś sens. Jeśli Draco zdoła się uwolnić, tam skieruje się najpierw. Próbowała udawać, że nie jest to niemożliwe.
— Dobrze. — Dean ostrożnie objął Daniela. Zanim się aportował, Hermiona przysunęła się do niego i obdarzyła pocałunkiem na pożegnanie.
— Uważaj na siebie, kochanie — wyszeptał Dean i zniknął.
— Powinniście iść jego śladem — stwierdził Macumber.
Jego obojętność na nowo wzbudziła gniew Hermiony.
— Nie ma mowy, póki nam nie powiesz, co się tu, do diabła, dzieje.
Snape podjął jej nieprzyjazny ton.
— Gdzie się podziewa twój partner, Carr? I dlaczego jest tak zainteresowany Draco?
— Nie wiem, o czym mówicie.
— Bzdura — sarknęła Hermiona. — Wiesz doskonale. Ale założę się, że my możemy zdradzić ci jedną rzecz, o której nie masz pojęcia. Carr wykorzystuje twoją siostrę, Corettę, do odwalania brudnej roboty. — Obserwowała, jaką reakcję wywołały jej słowa.
— O czym ty bredzisz? Co o niej wiesz? — Macumber wyglądał na zdenerwowanego, potem na przerażonego, w końcu ponownie ukrył swoje emocje.
Strach i frustracja sprawiły, że Hermiona stała się nierozważna.
— To, co wiemy, i to, co ci przekażemy, niekoniecznie jest tym samym. Wszystko zależy od tego, co ty nam powiesz.
Macumber przypatrywał jej się wyczekująco. Górował nad nią wzrostem, co dawało mu fizyczną przewagę, ale Hermiona nie dała się zastraszyć i odpowiedziała nieugiętym spojrzeniem. Stojący obok Snape przybrał na twarzy wyraz triumfu, wiedziała więc, że miał zamiar wyjąć asa z rękawa.
— Panna Dovecote zdefraudowała pieniądze podczas pracy w ministerstwie — oznajmił beznamiętnym tonem. — Z rozkazu Carra.
— Nie wierzę. Coretta nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.
— Możesz w to wierzyć lub nie, ale się przyznała. Czyli twoja siostra jest albo złodziejką, albo kłamczuchą.
— Zamknij się! Nie znasz jej. Mylisz się.
Snape odpowiedział mu milczeniem i kamiennym wzrokiem. Hermiona zdawała sobie sprawę, że liczy, iż oddanie Macumbera względem siostry przełamie tę patową sytuację. W końcu znał go dobrze.
— W porządku, powiem wam. Carr wiedział, że Lestrange chciał dorwać Malfoya. To był jego pomysł, by użyć go do wywabienia Lestrange’a z kryjówki.
Słuchając kulawych wyjaśnień Macumbera, Hermiona uznała, że jego wypowiedź zawierała więcej dziur niż informacji. Mimo wszystko był to jakiś początek.
— Jak sądzisz, gdzie Lestrange zabrał Draco? — zapytała.
— Myślisz, że gdybym wiedział, nadal bym tu stał? — parsknął Macumber, wyraźnie nieprzywykły, by kwestionowano jego słowa, i równie mocno tym zniesmaczony. — Malfoy nie jest jedyną osobą, która znalazła się w niebezpieczeństwie. Lestrange używa różdżki Carra.
— Co? — Hermiona niemal dodała kilka głupich pytań w stylu: Jesteś pewien? Jak ją dostał?, zanim się opamiętała.
Macumber odwrócił się do Snape’a.
— Carr był tutaj dzisiaj, by ochraniać Malfoya. Jak widać coś poszło nie tak.
— Więc musimy przeszukać hotel — zawyrokował Snape. — A ty powinieneś przynajmniej zlokalizować Carra.
Macumber zawahał się, po czym pokiwał głową na znak zgody. Hermiona nie była pewna, co dokładnie Snape sugerował — a skoro w sprawę zaangażowani byli aurorzy, wcale nie uśmiechało jej się zapoznać ze szczegółami — ale przypuszczała, że partnerzy mieli jakieś sposoby, żeby się odnaleźć, jakieś wyrafinowane i tajne metody. Łudziła się jednak, że im się powiedzie.

*

Draco czuł, że ręka wuja nadal go trzyma, a paznokcie wbijają się mocno w ciało. Znaczyło to, że nie zostanie wrzucony go do najgłębszego oceanu czy zamieniony w popiół w aktywnym wulkanie. Zwalczając dezorientujący wpływ świstoklika, przywołał odruchy doskonalone podczas wojny i przygotował się na swoją jedyną szansę — jakkolwiek nikłą — by przetrwać to, co miało się zaraz wydarzyć. Albo przynajmniej pociągnąć Lestrange’a za sobą.
Zwinął się w kłębek i poderwał natychmiast, gdy tylko dotknęli powierzchni ziemi. Zacisnął dłonie na gardle Lestrange’a i obaj upadli na twardą drewnianą podłogę. Walczył rozpaczliwie, by złapać za jego wijące się ramię i powstrzymać śmiercionośną różdżkę od namierzenia celu. Jęknął, kiedy chwycił jedynie za luźny rękaw. Jego pierwsza próba nie powiodła się. Gdy Lestrange obrócił się gwałtownie, wygiął mu boleśnie palce i Draco musiał zwolnić uścisk. Łapiąc ponownie za rękaw i pociągając za niego mocno, szarpnął ramię wuja do góry, niemal je łamiąc, i przygwoździł do pleców.
Lestrange jednak był od niego znacznie cięższy, a co gorsza wiedział, jak dobrze wykorzystać tę przewagę. Nagle rozluźnił całe ciało, co sprawiło, że Draco stracił równowagę i upadł. Lestrange kopnął go w policzek. Draco poczuł, jak strumień ciepłej krwi wypływa mu przez nos i na chwilę z bólu stracił ostrość widzenia. Był zbyt oszołomiony, żeby się odsunąć, kiedy Lestrange złapał go brutalnie za włosy i na wpół leżącego przeciągnął po podłodze.
Nie mogąc złapać tchu, zdał sobie sprawę, że wuj dźga go różdżką tuż za uchem. Jego ręka została boleśnie przyciśnięta do pleców, a własna różdżka wyślizgiwała się z palców. Lestrange szarpnął go gwałtownie i w powietrzu rozległ się dźwięk łamanej kości. Draco wydał z siebie zduszony, urywany krzyk z powodu nagłego, palącego bólu. Zakręciło mu się w głowie, a przez jego ciało przepłynęła fala gorąca.
Zdał sobie sprawę, że niskie, zawodzące jęki i zachrypnięty oddech należały do niego. Szorstka dłoń odgarnęła mu włosy z twarzy, po czym ponownie popchnęła na podłogę. Zdezorientowany i oszołomiony użył rękawa swojej szaty, by wytrzeć oślepiający go pot. Zapuchniętymi oczami spojrzał na Lestrange’a, który nie spuszczały z niego lodowatego wzroku, na znajomy uśmieszek, tak różny od grymasu typowego dla Malfoyów, na różdżkę, która nie odstępowała od celu ani o włos. Jednak, wbrew jego oczekiwaniom, wuja nie wspierała zgraja wygnanych śmierciożerców. Byli sami.
Usiadł niepewnie, ignorując pulsujące ramię. Fizyczny ból był czymś, co pamiętał aż za dobrze — w tej kwestii Voldemort doskonale wytrenował swoich popleczników. Dla ochrony przycisnął rękę do piersi i powoli uklęknął. Jakaś część jego malfoyowskiego dziedzictwa wciąż odrzucała pomysł, że ktoś z własnej rodziny mógłby dopuścić się takiego upodlenia, ale z drugiej strony Lestrange nie był do końca jego rodziną.
Draco wpatrywał się w Lestrenge’a przez długi moment, a potem splunął na podłogę między nimi krwią i wydzieliną z nosa. Ocierając ostrożnie usta, jak gdyby właśnie skończył kolację w rodowej posiadłości, wysilił się na krwawy uśmiech.
— Wujku Rabastanie — wycedził.
— Milcz. — Głos Lestrange’a stał się cichszy i bardziej intensywny. — Nie mam ochoty wymieniać uprzejmości ze zdrajcą takim jak ty. Twoje słowa są bezużyteczne. Malfoyowie zawsze byli zdrajcami i pochlebcami. W twoich żyłach płynie kłamstwo, sączy się w twojej krwi, z której jesteś taki dumny. Ojcowie w twojej rodzinie od pokoleń przekazywali synom deprawację i zepsucie.
— Ale tutaj to się skończy. Dzisiaj.
Brzmiało to, jakby obaj przygotowywali tę rozmowę od miesięcy. Draco pomyślał, żeby zaklaskać, ale nie bardzo miał ochotę na kolejną bijatykę. Lestrange i jego niezmącone niczym spojrzenie kojarzył się z najnowszym fanatykiem Boga, przysłanym tu żeby przygotować go na nadchodzący Armagedon i bezkompromisowy gniew Wszechmogącego.
— Nikt wcześniej nie odważył się rzucić ci wyzwania, nie utarł nosa. Niemal słyszę twoje myśli, Malfoy. Wyobrażasz sobie, że jeśli złożysz mi odpowiednią obietnicę albo wspomnisz właściwe nazwisko, to cię wypuszczę. Ot, zwykłe nieporozumienie, stary, i garść przeprosin na dokładkę. Ludzie robili to całe twoje życie, to dla ciebie naturalne. Wszystko, co kiedykolwiek musiałeś, to pstryknąć palcami, a oni już łasili się do ciebie, czekając na resztki z pańskiego stołu, prawda?
Draco wiedział, że lepiej nie odpowiadać.
— Wstań.
Odruchowo podparł się o ziemię dwiema rękami i krzyknął, gdy ostry ból przypomniał mu, dlaczego pomysł nie należał do najlepszych. Podniósł się niezdarnie. Zawroty głowy sprawiły, że przez chwilę widział jak przez mgłę. Wydawało mu się, że zaraz zemdleje. Powoli i chrapliwie nabrał powietrza i uczucie minęło, ale jego serce wciąż dudniło jak oszalałe, a ledwo kontrolowana panika spowodowała duszące napięcie w piersi. Był cały mokry, pot strużkami spływał mu plecach.
Lestrange prychnął na te ślamazarne działania, dał susa w jego kierunku i złapał go gwałtownie za ramię, przygważdżając do ściany. Gdy końce złamanych kości potarły o siebie w całkiem nowy, wyjątkowo bolesny sposób, Draco wrzasnął gardłowo.
Lente.
Czas nagle zwolnił swój bieg i Draco miał wrażenie, jakby poruszał się pod wodą. Niestety zaklęcie nie zrobiło nic, by ulżyć mu w cierpieniu. Powtarzał sobie, że ból oznaczał, że wciąż żył i miał jakieś szanse. Gorzej byłoby, gdyby nie czuł nic.
— Wierzysz w sprawiedliwość, Malfoy? Znasz znaczenie tego słowa?
— Mówisz o sprawiedliwości czy o zemście? — odpowiedział Draco słabo i ochryple, ale w normalnym tempie; najwyraźniej zaklęcie nie miało też wpływu na jego mowę.
Lestrange zmarszczył brwi, jakby nie zrozumiał tego, co usłyszał.
— Sprawiedliwość nie może istnieć bez zemsty. Nie ma kultury czy cywilizacji, w której nie łączono jednej z drugą, nawet w starożytnych czasach. I w najstarszej magii.
Draco nie podobał się uśmiech na twarzy Lestrenge’a. Sprawiał, że i tak małe pomieszczenie zdawało się niebezpiecznie intymne.
— Ironia nie powinna ci umknąć. Po tym, jak przełamałeś tę hiszpańską klątwę, zacząłeś się interesować zagraniczną magią. Współcześnie chodzi w niej głównie o wściekłość. Kiedy wszyscy dookoła zaczynają grzebać w starych księgach swych przodków, na światło dzienne wychodzą interesujące zaklęcia.
— Pochlebiasz mi.
— Okazuję uznanie, jeśli się ono należy — odpowiedział Lestrange. Jego twarz zaczęła się ożywiać; pochylił się nagle niczym profesor, który po latach poszukiwań w końcu natknął się na głodnego wiedzy ucznia. — Hebrajczyków fascynowała magia i kara boska, czytałeś o tym wielokrotnie w ich manuskryptach. Zawsze przyzywali Jahwe, by wymierzył sprawiedliwość i zemścił się na ich wrogach. A gdzie jest silna wiara, tam i silna magia.
Draco obserwował bezradnie, jak Lestrange podchodzi szybkim krokiem do kąta niemal pustego pomieszczenia, odwraca się, by na niego spojrzeć, unosi różdżkę niemal z czcią i wypowiada pojedyncze słowo:
Galah.
Potem przeszedł do pozostałych kątów, kontynuując rytuał:
Shehker, tsadak, nahkam.
Gdy skończył, w pokoju rozległ się niski, cichy szmer, jakby setki głosów mruczały gdzieś w oddali.
— Słyszysz je, Malfoy? Głosy twoich głodnych zemsty ofiar. Domagają się sprawiedliwości. Ta magia ujawniła twoje kłamstwa i oszustwa.
Draco poczuł brzemię otaczających go świadków bez twarzy i jedynie paraliżujące zaklęcie powstrzymywało go od ucieczki w przerażeniu. Przez jego ciało przelały się ich emocje: desperacja, strach, beznadzieja, cierpienie. Ich żal i ból stały się jego własnymi.
Lestrange’a chyba również owładnęła moc zaklęcia i Draco zastanawiał się, czy słyszy oskarżenia swoich ofiar. Ku jego zdziwieniu, wuj zdawał się wypełniony jakimiś niewidzialnymi istotami, przemieszczającymi się w jego wnętrzu. Przypomniał sobie, że widział to już wcześniej — najczęściej w czasie wojny. Kiedy przestawał działać eliksir wielosokowy.
Lestrange zniknął, a na jego miejscu stał Jerald Carr.
Ignorując ból, Draco uśmiechnął się lekko. Zaklęcie ujawniające kłamstwa i oszustwa najwyraźniej ujawniło też podstęp Carra. Jego zaskoczona mina sugerowała, iż wcale się tego nie spodziewał. Draco jednak zrozumiał teraz kilka rzeczy.
— Mogłem się domyślić. Kurwa. — Wydusił z siebie słaby śmiech, kiedy Carr rozpinał koszulę, teraz zbyt ciasną. — Cóż mogę powiedzieć, Carr, moje gratulacje. Nigdy bym cię nie podejrzewał.
— Jestem zaskoczony, że tego nie zrobiłeś. Skoro masz taki talent do kłamstw, powinieneś lepiej je rozpoznawać. Ale to już nieważne. Teraz wiesz dokładnie, kto przynosi sprawiedliwość.
— I zemstę.
— I zemstę. Każdy, kto zdradził, zasługuje na zemstę, zgodzisz się? Wszystkie ofiary twoje i twoich śmierciożerców. Jestem wdzięczny, że byłem w stanie oderwać cię od Harry’ego Pottera, zanim zdążyłeś pociągnąć go za sobą.
Draco zdał sobie sprawę, że nie słucha zbyt uważnie. Jego umysł analizował wszystkie wskazówki, które powinny naprowadzić go na ślad oszustwa Carra. Nie zamierzał jednak polemizować — po służbie u Voldemorta był aż nazbyt świadomy bezskuteczności debatowania z czyjąś obsesją. I zbyt świadomy niebezpieczeństwa, jakie się za nią kryło.
— Nawet teraz jesteś taki dumny, prawda? — zapytał Carr. — Przypominasz mi swojego ojca, trzymającego się mocy nazwiska, jakby wszyscy inni byli jedynie błotem pod jego butami. Malfoyowska duma. I malfoyowska próżność, oczywiście. Powiedz mi, jesteś tak próżny jak on? Tergum vomica.
Draco poczuł, jak zaklęcie uderza w niego niczym fala ognia. Ból w ramieniu nagle dopasował się do pulsującego drgania, które zaczynało się na czubku głowy i rozprzestrzeniało po całym ciele. Z przerażeniem spojrzał w dół i dostrzegł, że jego skóra najpierw zaczerwieniła się i napuchła, po czym pokryła oślizgłymi, niekształtnymi bąblami.
— A teraz jesteś tak odrażający, za jakiego cię uważam.
Szepczące głosy stawały się coraz głośniejsze, jakby znały i rozkoszowały się jego upokorzeniem. Draco starał się nie myśleć o tym, jak okropnie musiał wyglądać, ale po ostatnich miesiącach spędzonych w studio JayKay, gdzie piękno stanowiło lokalną walutę, było to niemal niemożliwe. Uparcie odmawiał pokazania Carrowi, jak słabo się czuł. Dobrze że zaklęcie po jego śmierci szybko straci moc, więc Harry nigdy nie ujrzy go w takim stanie. Słaba pociecha.
— Chryste, wyglądasz paskudnie.
Draco nie śmiał odwrócić wzroku, musiał uważać na każdy błąd, nawet najmniejszą lukę w atakach Carra. Nie żeby miał jakąkolwiek szansę, aby ją wykorzystać.
Caeco.
Oczy Draco zaczęły piec i łzawić, a policzki pokryły się wilgocią zmieszaną z wysychającą krwią. Otarł twarz zdrowym ramieniem, ale jego wizja zaszła mgłą, a potem zapadła ciemność, pozostawiając go poważnie uszkodzonego, zarówno fizycznie jak i psychicznie.
Usłyszał szelest tkaniny. Dźwięk otwieranej szafy przywołał obrazy — wszystkie niedobre — co mogło się w niej znajdować. Bez wątpienia narzędzia tortur. Czyż nie była to ironia sprawiedliwości, że tak wiele lat spędził uciekając od śmierciożerców, a teraz przyjdzie mu zginąć z powodu tortur zadanych przez przedstawiciela jasnej strony? Powinien być rozżalony i pełen urazy — w przeszłości z pewnością tak właśnie by się stało — ale zamiast tego czuł tylko smutek i rezygnację. Teraz, gdy znalazł powód do życia, nie chciał umierać.
Coś twardego i prawdopodobnie ciężkiego znalazło się na stole i Draco zadrżał. Nadstawiał uszu, starając się wyłowić ukradkowe ruchy Carra spośród mamroczących nad jego głową głosów, i z desperacją próbując zrozumieć, co Carr robi i gdzie spadnie następny cios.
— Niewielu ludzi doświadczyło czegoś podobnego, Malfoy — poinformował go Carr niemal zwyczajnym tonem. — Ministerialni numerolodzy są z tego dość dumni. I powinni być. Przełomy tego typu z pewnością zatrzymają księgowych przed zamknięciem ich wydziału jeszcze przed jakiś czas.
Głos Carra rozbrzmiał teraz bliżej.
— Jak wiele innych rzeczy, zaczęło się od jednej myśli. Na przykład od wspomnienia o Harrym Potterze.
Draco ogarnęła panika. Usiłował — i poniósł klęskę — nie przywiązywać uwagi do tej sugestii. W wyobraźni ujrzał Harry’ego w alejce, roztrzaskującego się o ciężarówkę. Podskoczył, kiedy Carr gwałtownie machnął różdżką obok jego zranionego policzka, a potem poczuł nieodpartą chęć, by pozbyć się wizji. Pozwolił jej zniknąć. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że Carr właśnie wyrwał z niego wspomnienie o... czymś.
Usłyszał oddalające się kroki i głośny dźwięk podobny do tego, jaki wydaje wirująca woda.
— Och, to jest całkiem niezłe. Mam nadzieję, że pan Potter nie został zbyt mocno poturbowany. Ale z drugiej strony, skąd możesz wiedzieć, skoro już tego nie pamiętasz.
W pomieszczeniu rozległ się cichy szept. Carr używał języka, którego Draco nie rozpoznawał, ale sądził, że była to greka.
Głos zbliżył się do niego.
— Prawdopodobnie zgadłeś, że posłużyłem się myślodsiewnią. Zanim numerolodzy opanowali to zaklęcie, spędziliśmy tutaj całe dnie, wyrywając sobie wspomnienia jedno po drugim. Przez cały czas będziesz się bronił ze wszystkich sił. Ale zaklęcie jest takie proste, że to żaden kłopot.
Carr znów coś szepnął i machnął różdżką przy jego skroni. Draco natychmiast wydobył na powierzchnię najbardziej nieprzydatne wspomnienie, jakie tylko zdołał: swoją walkę z idiotycznym, przybranym w pióra stroikiem na głowę. Poczuł kolejne szarpnięcie i zdecydowane doznanie straty, ale zaczął panikować, bo wizja stroika pozostała w jego głowie.
— Nie staraj się nie myśleć o Harrym Potterze. Zaklęcie jest odpowiednio wyprofilowane i rozpoznaje go z pierwszego wyobrażenia. Wyciągnąłem już dwa z twoich drogocennych wspomnień. Następnym razem wyciągnę cztery, potem szesnaście, a potem... Cóż, jesteś mądrym młodzieńcem, więc sam możesz policzyć. Skończę w mgnieniu oka.
Nie. Z powodu odrazy, jaką wywołały słowa Carra, żołądek Draco zacisnął się tak bardzo, że żółć podeszła mu do gardła. Głos Carra, pełen ledwo kontrolowanej pogardy, przybierał na silne, a chór odległych szeptów brzęczał gniewnie.
— To niesprawiedliwe, byś w chwili śmierci pocieszał się myślami o Harrym Potterze. Nie pojmuję, jak wkradłeś się w jego łaski. To więcej niż zasługujesz, ale to takie ślizgońskie. Jestem pod wrażeniem, jak długo udawało ci się skrywać pod jego szatami.
Draco pomyślał o wszystkich decyzjach, które dotąd podjął, a które zaprowadziły go do tego pomieszczenia i wypaczonego pojęcia sprawiedliwości Carra. Teraz jego życie zawęziło się do ostatniego wyboru: umrzeć ze wspomnieniami o Harrym albo bez nich. Co do tego nie miał wątpliwości.
Carr odarł go z każdej broni poza jedną.
— Czy to zazdrość? — zaczął prowokację. — Czy całe to gówno o sprawiedliwości i zemście to jedynie zasłona dymna? Sądzę, że tak naprawdę dostaję od Harry’ego Pottera coś, co ty chciałbyś mieć. Czy wieczorami idziesz do swojego pustego domu i fantazjujesz o Chłopcu, Który Przeżył w swoim łóżku? Czy wyobrażasz sobie, jak będzie wdzięczny, kiedy go ode mnie uwolnisz?
Potok jego słów został nagle przerwany ostrym Silencio i nie mógł już dłużej mówić. Nie było słychać nawet jego gwałtownego oddechu.
— Świetna sztuczka, Malfoy. Ale nużąca.
Gniew i desperacja Draco zaczynały przybierać na sile, ale towarzyszyło im również coś jeszcze, coś dzikiego i niezachwianego. Słyszał, że słabe, grzmiące pulsowanie tłumi pozostałe głosy i poczuł, jak gardło zaciska mu się przez ograniczające je Silencio. Po wszystkim nie potrafił powiedzieć, co się właściwie później stało: może zaklęcie wyciszające wzmocniło jego własną, pełną wściekłości magię, a może hebrajska klątwa spowiła cały pokój swoją starożytną mocą, a może chodziło tylko o jego wszechogarniające pragnienie, by odeprzeć atak. Jeszcze przed chwilą kapryśna magia pozostawała nieokiełznana. Teraz, mimo że Draco został złapany prosto w jej wir, poczuł, jakby posłuszna siła zjednoczyła się i tylko czekała na jego komendę, żeby się uwolnić.
Kiedy różdżka Carra dotknęła go, oparł jej się każdą drobiną swej magii.
Pęd mocy był tak obezwładniający, że niemal widział go przez swoją ślepotę. Uczepił się wspomnień o Harrym, jakby trzymał w ramionach jego samego. Każdym gramem woli walczył przeciwko wrogiemu zaklęciu Carra, słyszał już własny spazmatyczny oddech, kiedy jego ciało również zaczęło się opierać. Potem poczuł, jak zaklęcie ulega jego nowo odnalezionej sile i wycelowana w niego różdżka znika. Draco z triumfem posłał pożegnalną myśl.
Niespodziewana eksplozja odbiła się echem w małym pomieszczeniu, obrzucając Draco odłamkami czegoś twardego i mokrego. Chwilę zajęło mu uzmysłowienie sobie, co się stało: zniszczył myślodsiewnię. Bez różdżki. Głosy zniknęły.
Kurwa! — krzyknął Carr. — Coś ty zrobił?!
Draco uśmiechnął się groźnie. Bez wątpienia srogo zapłaci za swój bunt, ale zwycięstwo okazało się niezwykle satysfakcjonujące. Zawsze sądził, że istnieją bardziej wartościowe rzeczy niż życie, których można się trzymać. Rzeczy, których nie poznał głębiej przed Harrym, a których nigdy się nie wyrzeknie: przyjaźni, zaufania, lojalności i miłości.

*

Przepełniony ulgą, że udało mu się aportować do pomieszczenia, a nie na masywny słup, Harry natychmiast rozpoznał pokój przesłuchań AZL i dwójkę jego użytkowników. Draco opierał się o ścianę z dziwacznym uśmiechem na twarzy, a porywacz patrzył na niego w całkowitym przerażeniu.
Harry nawet się nie zawahał.
— Fiat justicia, ty pieprzony skurwysynu! Drętwota!
Siła zaklęcia oszałamiającego przerzuciła Carra przez pokój i uderzyła nim o podłogę. Harry nie marnował ani chwili i popędził ku Draco. Musiał zatrzymać się na chwilę, by wziąć się w garść, kiedy zobaczył jego straszny stan.
— Boże, co on ci zrobił?
Oddychając z trudem, jak po przebiegnięciu maratonu, Draco podnosił ramię powoli, jakby cały czas walczył z grawitacją. Harry rozpoznał charakterystyczny paraliż zaklęcia spowalniającego.
Finite lente — powiedział, słysząc strach we własnym głosie.
Draco niezgrabnie potrząsnął ramionami, odzyskując zdolność ruchów. Położył rękę na gardle i otworzył usta, ale nie wymówił ani słowa.
— W porządku, rozumiem. Finite silencio.
— Achhh — westchnął Draco. — Harry, to naprawdę ty? — Jego głos drżał tak samo jak głos Harry’ego, a w spojrzeniu miał dziwną pustkę.
— Tak. Cholera, Draco, ja...
— Nie widzę cię — wyszeptał Draco. — Carr mnie oślepił. Caeco.
— Och, kurwa. Finite caeco.
Wydawało się, że zaklęcie cofa się całą wieczność, ale po kilku minutach, kiedy Harry pomyślał, że zaraz straci resztki kontroli, które zdołał w sobie zebrać, Draco w końcu spojrzał mu prosto w oczy.
— Harry. Nie masz pojęcia, jak dobrze cię widzieć.
— Mam, uwierz mi. Czuję to samo.
Draco posłał mu zażenowany uśmiech.
— Wiem, że nie wyglądam teraz najlepiej.
Harry widział, że Draco wstydzi się swojego oszpeconego ciała i twarzy całej we krwi, ale dla niego był piękny. Pochylił się, żeby pocałować go na pocieszenie, jednak gdy tylko dotknął jego warg, Draco syknął z bólu.
— Złamana ręka — powiedział przez zaciśnięte zęby.
— Kurwa, czy jest coś, czego ci nie zrobił? — Harry wypowiedział zaklęcia mające uleczyć złamanie. Musiał się trochę namęczyć, by pozbyć się także uszkodzeń na skórze, i ucieszył się, kiedy w końcu zniknęły. — To wszystko? — zapytał. — Nos też masz złamany?
— Nie, nie sądzę. Ale lepiej sprawdź.
Harry sprawdził, po czym rzucił jeszcze zaklęcie czyszczące, by usunąć zaschniętą krew z twarzy Draco, jednak jego koszuli nic już nie mogło pomóc.
Draco westchnął głęboko.
— Daj mi minutkę, dobrze? Jeszcze przed chwilą wszystko wisiało na włosku.
Harry odgarnął mu włosy z twarzy, nie mając pewności, czy był gotowy usłyszeć, jak mało brakowało, żeby go stracił. Draco zamknął oczy i poddał się dotykowi. Trwali tak przez kilka długich chwil, dzieląc milczące pocieszenie i niedowierzanie, jak wielkie mieli szczęście.
— Twoje wyczucie czasu było wyśmienite — odezwał się Draco. — Naprawdę chciałbym wiedzieć, jak mnie znalazłeś.
— Zaklęcie śledzące. Niezbyt dobre, ale wystarczyło, żeby sprowadzić mnie w okolicę.
— Gdzie jesteśmy?
— W kwaterach AZL.
— Kurwa — wyrzucił Draco. Wypuścił powoli powietrze i ruszył w stronę sponiewieranego krzesła.
Harry pojawił się przy nim w mgnieniu oka.
— Dobrze się czujesz?
— Tak. Tylko trochę zmaltretowany — zapewnił Draco, ale głos wciąż miał dość słaby i Harry zastanawiał się, ile z jego zapewnienia to tylko brawura. — Tak czy siak, lepiej ze mną niż z Carrem. Co mu zrobiłeś?
— Drętwota. Jak przypuszczam, nieco zbyt energiczna — odpowiedział Harry, nie kłopocząc się ukrywaniem odrazy do leżącego na podłodze człowieka. — Chociaż to nic w porównaniu z tym, co mu zrobię, kiedy się ocknie.
Draco obdarzył go znaczącym spojrzeniem, ale nie kontynuował tematu.
— A pozostali? Wszystko z nimi w porządku? Severus?
— Tak, nikomu nic się nie stało. Daniel stracił przytomność, to wszystko. Teraz pewnie dostają szału.
— I próbują wymyślić, jak się tutaj dostać. — Draco przyjrzał się Harry’emu, marszcząc brwi. — Pozwoliłeś jednemu z nich rzucić zaklęcie śledzące na siebie, zanim zniknąłeś? Powiedz, że to zrobiłeś.
— Nie — odparł Harry z wahaniem. Przysunął drugie krzesło i usiadł obok Draco. Prawdopodobnie dlatego Snape do niego krzyczał. — Nie myślałem o tym. Cholera, Hermiona mnie zabije.
— Wątpię. Severus zrobi to pierwszy. Naprawdę, Harry.
— Będą tak szczęśliwi, że żyjesz, że mi wybaczą.
— No proszę, uniwersalna gryfońska odpowiedź — podsumował Draco, potrząsając głową. — Cóż. Co teraz?
— To — odpowiedział Harry i pochylił się do pocałunku, którego żaden z nich nie chciał szybko zakończyć. Czuł, że z powodu ulatniającej się z krwi adrenaliny zaczyna drżeć. — Boże, Draco, byłem taki przerażony.
Draco wciąż go obejmował, wydając się zadowolony, że może wchłaniać ukojenie, które Harry mu oferował.
— Ja też.
— Przysięgnij, że już nigdy, nigdy...
— Przysięgam, że już nigdy, nigdy. Uwierz, wcale nie chciałem wplątać się w tą sprawę z Carrem.
— O czym myślałeś?
Draco patrzył na niego przez długą chwilę.
— O tym — odpowiedział i przyciągnął Harry’ego do kolejnego pocałunku. Palcami śledził ostrożnie zadrapania na jego twarzy. — Skąd je masz?
— W czasie eksplozji wpadłem na ciężarówkę.
Draco spojrzał na niego niepewnie.
— Myślałem, że ją widziałeś — dodał Harry.
— Nie pamiętam — przyznał Draco, wyglądając na wyjątkowo smutnego. — Posłuchaj, jednym z powodów, dla których Lestrange... Carr mnie tu ściągnął, było usunięcie moich wspomnień o tobie.
Harry słuchał w przerażeniu, jak Draco opisuje zaklęcie Carra i potężną magię bezróżdżkową, którą się posłużył, żeby je pokonać. Wiele razy zawahał się i ominął sporo szczegółów, ale Harry postanowił, że wróci do nich innym razem.
— W zniszczonej myślodsiewni znajdowały się trzy wspomnienia o tobie.
— Jedno z nich znamy. Pozostały dwa... cóż, to nie tak źle. Pamiętasz nasz pierwszy pocałunek? — zapytał Harry, siląc się na obojętność.
— Wtedy, kiedy opuściłem Hogwart. Tak.
— A naszą pierwszą wspólną noc?
— Tę, kiedy byłeś pod działaniem klątwy, a potem jeszcze jedną, dla pewności — odpowiedział Draco ze znaczącym uśmiechem. — Tak.
— Pierwszy raz, kiedy powiedziałem, że cię kocham?
Głos Draco stał się łagodniejszy.
— Och, tak. Na tylnym siedzeniu Lamborghini.
Harry zdał sobie sprawę, że uśmiecha się na wspomnienie tego parnego późnoletniego wieczoru.
— To dobrze. Będziemy musieli tylko zastąpić dwa stracone wspomnienia nowymi.
— Więc jak się domyśliłeś, że chodzi o Carra? — zapytał Draco, podczas gdy Harry wyczarowywał więzy, by unieruchomić nieprzytomnego mężczyznę.
— Słowa aktywujące świstoklik. Fiat justicia. Carr zwykł rzucać nimi, kiedy mnie trenował. A gdy zaklęcie śledzące ściągnęło mnie kilka ulic stąd, wiedziałem, że musisz być tutaj. Ale tylko aurorzy mogą wejść tego pomieszczenia. Cóż, aurorzy i ja. Dzięki Merlinowi, że nikt nie zawracał sobie głowy zmianą ustawień tak, żeby bariery mnie nie wpuściły.
— Zawsze wyjątkowy, co? Mam szczęście. I dobrze, że Carr poczuł potrzebę wyciagnięcia ze mnie wspomnień, bo inaczej… — Draco nie dokończył myśli. — Pewnie coś, przed czym, jak przypuszczam, ostrzegają na treningach aurorskich. Sądzę, że już wystarczy tej liny, Harry.
— Upewniam się tylko, że nie poluzuje więzów, kiedy się obudzi. Myślę jednak, że powinniśmy mieć na to świadków.
Draco spojrzał na niego wyczekująco.
— Jakieś pomysły?
— Jeden, bardzo dobry. Ten pokój jest skonstruowany jak pułapka na homary, łatwiej do niego wejść niż wyjść. Wszystko co musisz, to otworzyć drzwi i zrobić krok do przodu, a wtedy zlecą się tu tłumy aurorów.
Draco zaniepokoił się.
— Wybacz, jeśli ten pomysł nie napawa mnie radością. Właśnie udaremniliśmy plany jednego złego aurora. Nie podoba mi się wizja pokoju wypełnionego większą ich ilością.
— Musisz mi zaufać. Nie sądzę, że od razu rzucą klątwę na zbawiciela czarodziejskiego świata. Nie poczujesz się urażony?
— Myślę, że ten jeden raz przymknę oko. Skoro w ten sposób ocalę skórę. A mówiąc o skórze, wyglądasz jak gówno. Szczerze. Lepiej najpierw cię oczyszczę.
Draco dotknął dłońmi twarzy Harry’ego i ostrożnie przesunął palcami po zadrapaniach. Uniósł różdżkę i uleczył je po kolei, każde pieczętując pocałunkiem, mimo że mógł to zrobić jednym zaklęcie od razu.
— Znacznie lepiej — stwierdził. — Nie chcielibyśmy, żeby ktoś wyciągał pochopne wnioski.
— Gotowy do wyjścia? Będę tuż za tobą.
Harry był zaskoczony szybkością, z jaką pojawili się aurorów. Ku jego uldze, Szalonooki Moody jako jeden z pierwszych wkroczył do nagle zbyt małego pokoju.
— Harry — przywitał go, a jego początkowo przyjazny wyraz twarzy zmienił się na ponury, gdy tylko ujrzał Carra. — O co tu chodzi? Dlaczego Jerald Carr leży związanym jak pieczony bażant gotowy do pokrojenia? Podzielisz się szczegółami?
— Z przyjemnością, ale pozwolisz mi najpierw wysłać sowę? Reszta naszej grupy sądzi, że Draco nie żyje, będą szaleć ze zmartwienia. — Prawdopodobnie Harry mógłby wytłumaczyć to precyzyjniej, ale Moody wyczuł jego pośpiech.
— Cóż, załatwimy to szybciej. Użyjemy wyścigowego jastrzębia, co ty na to?
Moody natychmiast wydał rozkaz i wyłudził od kogoś pergamin i postrzępione pióro, a gdy Harry nakreślił wiadomość, złożył ją na dłonie jednego z aurorów z burkliwą uwagą o pośpiechu.
— Więc, młody Potterze, jesteśmy zobowiązani wysłuchać twojej historii.
— To właściwie historia Draco. Myślę, że powinniśmy pozwolić, żeby sam ją opowiedział. A tak w wielkim skrócie, AZL wymknęło się spod kontroli.


Koniec rozdziału piątego



*So, so you think you can tell heaven from hell, blue skies from pain. Can you tell a green field from a cold steel rail?A smile from a veil? Do you think you can tell? — tłumaczenie własne.
**Would you search me out, Would you recognize me? — tłumaczenie z malinke ze źródeł nieznanych, tłumaczenie własne z angielskiego.
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Japor » 23 kwi 2013, o 10:14

Oj, jak bardzo będzie mi brakowało tego opowiadania. Został co prawda jeszcze jeden rozdział, a ja już umieram z chęci poznania dalszych losów bohaterów. Bardzo, bardzo, bardzo podoba mi się tu kreacja Draco. Taki zrównoważony, czuły i jak najbardziej ludzki.
Nawet przez myśl mi nie przyszło, że to Carr, porwał Draco. Był co prawda w stosunku do Malfoya uprzedzony, ale nie pomyślałam, że to on mógłby chcieć go zabić. Ciekawa jestem z jakich to powodów tak bardzo chciał się na nim zemścić? Czy faktycznie był zazdrosny o Harrego?

Czekam jak zwykle z niecierpliwością na kolejny rozdział

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez fiedosowa » 24 kwi 2013, o 11:29

Ja tak samo. Świetnie mi się czytało tą część i nie mogę się doczekać kolejnych.
fiedosowa Offline


 
Posty: 1
Dołączył(a): 24 kwi 2013, o 11:21

Postprzez TEAM DRARRY » 10 maja 2013, o 18:01

Zapraszamy na ostatnią część i przepraszamy za kolejne opóźnienie, ale tłumaczka wycofała się w ostatniej chwili i musiałyśmy znaleźć zastępstwo. Tłumaczyły po kolei: Kaczalka, Lasair i ma_dziow, betowała Aevenien.


ROZDZIAŁ 6

Psy wojny i ludzie nienawiści, nie faworyzujemy bez przyczyny,
Wyrzekamy się ujawnienia,, nasza waluta to ciało i kości.

(„Dogs of War”, Pink Floyd)1

Hermiona i Snape podążali za Macumberem przez zdające się ciągnąć kilometrami korytarze hotelu Jolly. Nagle Macumber zatrzymał się w jednej z niewielkich wnęk sali balowej.
— Nie ma go tu.
Macumber wydawał się pewny, ale Hermiona mimo to zapytała:
— Może... nie żyje?
— Jeśli tak, to nie ma tu jego ciała.
Odwrócił się i poprowadził ich z powrotem do wyjścia na alejkę.
Hermiona wyobraziła sobie, że po drugiej stronie znajdą Harry’ego i Draco, ale zaułek był tak samo opustoszały jak w momencie, kiedy go opuścili, upiornej ciszy nie zakłócał nawet szmer myszkującego szczura. Nie odważyła się wymówić na głos nurtującego ją pytania: i co teraz?
Kiedy rozległ się głośny trzask zamykających się drzwi, Macumber zesztywniał tak bardzo, jak gdyby zaskoczył go niespodziewany krzyk. Hermiona już chciała go przeprosić, ale niespodziewanie zrobił trzy szybkie kroki przed siebie.
— Coś się dzieje w siedzibie AZL. Muszę iść — powiedział i zniknął.
Hermiona i Snape wymienili rozdrażnione spojrzenia. Przez chwilę oboje milczeli.
— Wie pani, gdzie znajduje się ta siedziba? — spytał Snape.
— W zachodnim Londynie, ale nie znam dokładnego adresu. A pan?
— Tak. Aportujemy się razem.
Snape położył dłonie na jej ramionach — Hermionie jakoś udało się nie odsunąć — i już ich nie było.
Wyścigowy jastrząb, który przybył niedługo później, okrążył pustą uliczkę kilka razy, wydał z siebie pisk frustracji, omiótł mieszkającą w zaułku mysz końcem ogona, po czym przechylił skrzydła i odleciał, nie dostarczywszy wiadomości.

Hermiona wcale nie ucieszyła się, kiedy wylądowali w kolejnej nijakiej, zapomnianej przez ludzi alejce. Snape jednak nie dał jej czasu na ustalenie lokalizacji — musiała niemal pobiec, żeby go dogonić. Zatrzymał się przy drzwiach wymagających gruntownego malowania i nacisnął na dzwonek. Wyblakłe litery informowały, że to londyńska siedziba firmy Lubimova Import-Eksport.
Niematerialna odźwierna, z długimi lokami i w powłóczystej spódnicy, była ostatnią istotą, jaką spodziewali się tu spotkać.
— Podajcie swoją sprawę — wyrecytowała monotonnie, snując się wokół nich władczo i przyglądając im się z uwagą. — Dziś wieczorem nikogo nie oczekiwaliśmy.
Hermiona próbowała nie gapić się na makabryczne, dziwnie bezkrwawe nacięcia na jej upiornej piersi.
— Musimy porozmawiać z Tedem Macumberem — powiedział Snape.
— Nie ma go. Odejdźcie — zażądała zjawa piskliwym głosem.
Hermiona poczuła, że traci cierpliwość.
— Wiemy, że jest. Był z nami zaledwie kilka minut temu i powiedział, że wraca tutaj. Szukaliśmy razem jego zaginionego partnera, Jeralda Carra.
— Carra? To kim wy jesteście?
Kiedy Snape ich przedstawił, zjawa przyjrzała im się jeszcze uważniej.
— Poczekajcie — rzuciła nagle i odpłynęła.
Nie musieli czekać długo. Drzwi uchyliły się ponownie i wyjrzała zza nich — tym razem żywa — twarz, którą Hermiona rozpoznała bez trudu.
— Severus Snape — powiedział Alastor Moody, na powitanie otwierając drzwi szeroko. — I Hermiona. Czyli dostaliście naszego jastrzębia? Szybka bestia, prawda?
— Nie, nie dostaliśmy żadnego jastrzębia.
— Więc skąd, u licha, wiedzieliście, gdzie nas szukać? Zresztą nieważne. Wejdźcie, skoro już tu jesteście.
— Co się dzieje? — spytała Hermiona, mając wrażenie, jakby to samo pytanie zadawała od tygodnia każdej napotkanej osobie.
— Prawdę mówiąc, wciąż próbujemy się zorientować. Harry pokrótce wyjaśnił sytuację w liście, który posłał jastrzębiem. Sam będzie musiał wam powiedzieć.
— Harry tu jest?! — krzyknęła, gdy tylko Moody zaprowadził ich do bardzo zatłoczonego i całkiem zwyczajnego pokoju.
Tak, Harry był tutaj. Dzięki Bogu, Draco również, a także pół tuzina aurorów. Zostali rozstawieni niczym posępni apostołowie podczas Ostatniej Wieczerzy wokół siedzącej osoby, która w odróżnieniu od Chrystusa Boleściwego była gruba, rozczochrana i miała na sobie jaskrawe ubranie, które zupełnie do niej nie pasowało.
Harry odwrócił się na dźwięk jej głosu.
— Hermiono! — zawołał.
Kurczowo obejmował Draco, który, gdy tylko ich zauważył, skinął głową i uśmiechnął się, ale natychmiast spoważniał. Hermiona podążyła za jego wzrokiem. Mimo tłumu Snape już się do niego przecisnął, wyglądając na kogoś zdolnego do mordu gołymi rękami.
— Draconie Malfoyu, natychmiast wytłumacz...
— Severusie, posłuchaj. Przykro mi. Naprawdę przepraszam. Nie chciałem, żeby tak się to potoczyło.
Ku zaskoczeniu Hermiony — i jeszcze większemu zaskoczeniu Snape’a — Draco objął go mocno i w kółko powtarzał przeprosiny. Hermiona skorzystała z okazji, podeszła bliżej i, choć zrobiła to dużo delikatniej, przytuliła Harry’ego, szepcząc mu do ucha słowa otuchy, które zapewne w swym przekazie nie różniły się od słów Draco.
— Kto to? — Wskazała na człowieka otoczonego przez aurorów.
— Jerald Carr — odparł Snape.
— I Rabastan Lestrange — dodał Draco. — Z pomocą eliksiru wielosokowego. Chociaż zagadką pozostaje, skąd wziął włosy mojego wuja.
Hermiona miała rzadką okazję widzieć Snape’a, który wyglądał, jakby nie mógł wydusić z siebie słowa. Sama czuła się dokładnie tak samo, chociaż zdołała wydukać:
— Twierdzisz, że w alejce był Carr? Czyli za porwaniem stali AZL? A ten drań Macumber nas oszukał?
— Nie, tego nie powiedziałem — zaprotestował Harry. — Jak wszyscy inni Macumber prawdopodobnie nie miał o niczym pojęcia.
— Carr dostał veritaserum i teraz śpiewa jak skowronek — odezwał się Draco. — Z tego co mówił, wnioskuję, że cała ta kompromitacja to jego własny ukochany projekt.
— I zdaje się, że każdego dnia wymyślał coś nowego. Wszystko w jednym celu: żeby wytropić znanych śmierciożerców.
— W tym mnie — dodał Draco ponurym tonem.
— Ale ty nie...
— No cóż, powiedzmy, że przez tę różnicę Carr poniósł porażkę. Najpierw zaplanował, żeby poróżnić nas z Harrym przy pomocy wojennych zeznań Severusa. Sądził, że łatwiej mnie dorwie, jeśli będę sam.
Hermiona spojrzała na Snape’a.
— To wyjaśnia, czemu Coretta Dovecote dostała te dokumenty, i dlaczego zaklęto je tak, aby tylko Harry umiał je odczytać.
— A kim właściwie jest Coretta Dovecote? — zapytał Draco, mrużąc niebezpiecznie oczy.
— No dobrze, posłuchaj — zaczęła Hermiona, choć pewnie moment nie był odpowiedni na taką rozmowę. — Cała historia jest bardziej skomplikowana. Proszę tak na mnie nie patrzeć, profesorze, Draco ma prawo wiedzieć.
— O co chodzi, Severusie?
— Jeśli masz jakieś informacje, Snape — wtrącił Moddy, który z boku śledził ich rozmowę — to lepiej podziel się nimi od razu.
Kiwnął ręką na jedną z aurorek pilnujących Carra. Kobieta pospiesznie podeszła i podała mu rolkę pergaminu oraz samopiszące pióro.
— Panna Granger była na tyle bystra, aby pierwsza coś zauważyć — zaczął Snape, a Hermiona usilnie starała się nie zarumienić z powodu tego niespodziewanego komplementu.
Snape opowiedział, jak przyparli Corettę do muru, oraz o wszystkim co się wydarzyło do dzisiejszego wieczoru. Hermiona dołożyła możliwie jak najwięcej szczegółów, próbując nie czuć skrępowania, gdy pióro nanosiło na pergamin każde jej słowa.
Harry patrzył na nich z niekrytym zdumieniem, ale wyraz twarzy Draco był dużo bardziej ponury.
— I jakoś nie udało wam się o niczym mnie poinformować? — zapytał.
— Nie było czasu. I początkowo nie mieliśmy pewności, o co chodzi.
Draco sceptycznie zmarszczył brwi, ale nic więcej nie dodał. Hermiona odwzajemniła jego spojrzenie i uniosła wyzywająco brodę.
— Zrozum, oboje chcieliśmy dla ciebie jak najlepiej. Nawet Redmund się z nami zgodził.
— W porządku — odparł Draco po dłuższej chwili, co Hermiona przyjęła z ulgą.
Harry podjął opowieść:
— W każdym razie, Carr w końcu uznał, że rozdzielenie mnie i Draco nie wystarczy, żeby wynagrodzić mu kłopoty. Wpadł na pomysł, że zyska dużo więcej, jeśli użyje Draco jako przynęty do wywabienia Lestrange’a z ukrycia.
Snape w zamyśleniu skinął głową.
— Złapanie Lestrange’a byłoby wielkim osiągnięciem, polował na niego od lat. Czy nie dlatego właśnie ministerstwo pozwalało Carrowi działać w AZL bez nadzoru?
— Jednak drogi wujek Rabastan siedział cichutko — dodał Draco. — Nic dziwnego. Więc zamiast porzucić swój plan całkowicie, Carr przekonał mnie, że jest inaczej. Odpuścił sobie Lestrange’a, przynajmniej w tamtym momencie, i skupił się na mnie.
Snape zrobił wyjątkowo zdegustowaną minę.
— A biorąc pod uwagę sposób, w jaki AZL działa, to miejsce było idealne do ukrycia jego postępków. Żadnych ograniczeń, żadnych pytań.
Hermiona wciąż pozostawała sceptyczna.
— Czyli mówiąc wprost: zgodziłeś się pomóc ministerstwu, mimo że... — Zerknęła na Moody’ego, a potem znów na Draco. — Po tym wszystkim?
— Carr złożył mu propozycję nie do odrzucenia — rzucił Harry sarkastycznie.
Draco nie uściślił jego wypowiedzi, ale przysunął się jeszcze bliżej Harry’ego.
— Nie sądzę, żeby posunęli się do szantażu po raz kolejny — powiedział i uśmiechnął się lekko. — A co było potem, to już wiecie. Carr zabrał mnie tutaj i planował zabić, ale pojawił się Harry.
Harry ujął dłoń Draco i splótł ze sobą ich palce.
— To nie tylko moja zasługa. Gdyby wszyscy z nas nie pomagali, Carr mógłby... — zamilkł nagle.
Draco skinął głową.
— Wygląda na to, że opracował kilka alternatywnych planów na dzisiejszy wieczór, jednak nie spodziewał się, że i wy przyjdziecie, i miał kłopot, jak oddzielić mnie od grupy. A że wielosokował się już w Lestrange’a, ostatecznie zdecydował, że użyje cię jako świadka mojego zniknięcia z wujem.
Hermiona wiedziała, że Snape był naturalnie blady, ale teraz jego skóra przybrała wręcz upiorny odcień.
— I jak zamierzał wyjaśnić twoją śmierć?
— Och, miał przygotowaną kolejną naciąganą historyjkę. Muszę przyznać, że Carrowi nie brakowało pomysłów. Zapewne coś w stylu, że zaoferowałem wujowi moje usługi i zamierzałem zdradzić Harry’ego, więc w tym celu sfingowałem własne porwanie, ale on zorientował się odpowiednio szybko i mnie powstrzymał. Niestety, zabiłem się, gdy przetrzymywał mnie w areszcie.
Snape spojrzał w stronę Carra.
— Przekonałby ministerstwo bez większego wysiłku.
— Bystry drań, prawda? Jego opowieść pasuje do tego, czego wszyscy się po mnie spodziewają.
— Nie ci, którzy cię znają — zaprzeczyła Hermiona.
Harry uśmiechnął się do niej, Draco wyglądał na zaskoczonego i trochę zakłopotanego, a Snape lekko uniósł kąciki ust.
Jeden z aurorów podszedł do Moody’ego.
— Czekają na was — powiedział, wskazując na Harry’ego i Draco.
— Słuchajcie, to może trochę potrwać — odezwał się Draco. — Nie musicie tu siedzieć.
— Dobrze. Będziemy z panem Thomasem i jego mugolskim przyjacielem, dopóki nie wrócicie — oznajmił Snape.
Hermiona doskonale rozumiała, że oznacza to, iż nie zamierza na długo spuszczać Draco z oczu.
— Biedny Daniel. Wszystko z nim w porządku? — zapytał Draco.
— Tak — odparła. — Dean zabrał go do twojego mieszkania.
— A więc spotkamy się tam, gdy tylko tu skończymy — oświadczył Harry. — Mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej. Merlinie, nienawidzę veritaserum.
Coś w jego spojrzeniu, gdy patrzył na Draco, pomijając otwartą zaborczość, powiedziało Hermionie, że dla niego zgodziłby się na dużo gorsze rzeczy niż veritaserum. Po raz pierwszy odkąd szokując wszystkich, zadeklarowali się jako para, dotarło do niej, dlaczego tych dwóch przeciwstawiło się wszelkim oczekiwaniom i odważyło być razem. Widząc ich teraz, zastanawiała się, czemu nie uznała tego za dobry pomysł dużo wcześniej.

*

Im więcej wiem, tym mniej rozumiem.
Wszystkiego co kiedyś umiałem, uczę się na nowo.

(„The Heart of the Matter”, Don Henley)2

Daniel czuł, jakby ktoś odkręcił mu czubek głowy i włożył do środka batalion energicznych żołnierzy, którzy entuzjastycznie ćwiczyli teraz manewry. Z udziałem czołgów i wsparcia lotniczego.
Otaczały go czyjeś ramiona, co w normalnych okolicznościach bardzo by mu odpowiadało, ale w tej chwili miał wrażenie, jak gdyby były tu — gdziekolwiek to „tu” się mieściło — jedyną rzeczą chroniącą go od upadku. Wokół panowała kompletna ciemność.
Nagle przypomniały mu się ostatnie wydarzenia sprzed utraty świadomości. Idzie alejką. Draco krzyczy, żeby padł na ziemię. Eksplozja i niezwykle jasne światło. A potem już nic.
Gdy doszedł do jedynego logicznego wytłumaczenia, jego serce ponownie zaczęło bić jak szalone. Chciał krzyczeć, ale zdołał wydusić z siebie jedynie bolesny jęk. Czyjaś dłoń dotknęła jego twarzy i jednocześnie skórę musnęło coś miękkiego — dredy Deana.
— Cholera — wystękał. Jego głos zabrzmiał nienaturalnie głośno. — Jestem... Jestem ślepy. Ten wybuch...
— Nie, Danielu — odezwał się Dean. — Nic ci się nie stało, tu po prostu nie ma światła.
— Och, Boże... Na pewno?
— Tak, na pewno. — Dean mówił na tyle spokojnie, że Daniel mu uwierzył. — Ale ty jesteś trochę poturbowany. Jak się czujesz?
— Cóż, głowa mi pęka i mam wrażenie, jakby ktoś użył jej jako kuli do kręgli, ale poza tym doskonale.
— Zaraz temu zaradzę. Poczekaj minutkę.
Jego skroni dotknęło coś twardego i chłodnego, a Dean zaczął modlić się po łacinie. Daniel błagał w duchu, żeby nie było to ostatnie namaszczenie. I nagle ból zniknął, a on poczuł się o niebo lepiej.
— Dean, nie przejmuj się. Z moją głową wszystko już dobrze.
— Świetnie. — Zabrzmiało to, jakby Dean się uśmiechał, co było godne uwagi, zważywszy na ich sytuację.
— Ee.. Dean, nie wiesz może, jak to się stało, że trafiliśmy do tej ciemnej szafy, a ty trzymasz mnie w ramionach w sposób dosyć intymny?
— Nie jesteśmy w żadnej szafie.
Cisza.
— Właściwie to nie sądzę, że tę akurat część historii powinieneś poznać.
Znowu cisza.
— No i? Zamierzasz udzielić mi kilku wyjaśnień? Zostaliśmy porwani?
— Nie, jesteśmy tu bezpieczni — odparł Dean i zamilkł na długą chwilę, a Daniela nagle naszło wrażenie, że próbuje na szybko coś wymyślić, jak gdyby potrzebował alibi, bo...
Bo był szpiegiem.
Niespodziewanie przypomniała mu się rozmowa między Deanem i Draco, którą podsłuchał we wtorek, przez co jego strach i dezorientacja jeszcze się zwiększyły.
— Dobra — powiedział w końcu, starając się opanować zdenerwowanie. — Zacznijmy od czegoś prostego. Gdzie jesteśmy?
— Cóż, nie wiem na sto procent, ale sądzę, że to... mieszkanie Draco.
— Wygląda nieco inaczej niż poprzednim razem. Dużo mroczniej.
Cisza.
— Ale powiedziałeś, że nie siedzimy w szafie. W takim razie to tylko malutki ciemny pokój?
— Uwięził nas system bezpieczeństwa — wyjaśnił wreszcie Dean. — To najnowocześniejsza wersja.
— Jasne. Będę udawał, że wierzę. Uprzedzam tylko, że bardzo niewiele dzieli mnie od popadnięcia w kompletną paranoję, więc gdybyś odrobinę pospieszyć się z tłumaczeniem...
— Kto tam jest? Kto wpadł do pułapki Fiuu?! — zawołał nieznany głos, który Danielowi skojarzył się z karzełkiem.
— Sully! Dzięki Bogu! To ja, Dean Thomas. Mogłabyś... nas stąd wydostać?
— Sully nie wie, czemu sir Thomas znalazł się w pułapce. Sir Draco zawsze pozwala sir Thomasowi przechodzić przez bariery. Nie powinny zadziałać.
— Ktoś ze mną jest, ale ręczę, że nie użyje żadnej ma... Och, to też przyjaciel Draco.
Daniel w końcu przypomniał sobie, że Sully to gospodyni Draco cierpiąca na agorafobię. Zdawała się jednak strasznie młodziutka. Albo nawdychała się helu. I zapewne nie jest Brytyjką, sądząc po dziwnym sposobie mówienia, chociaż nie miała akcentu, który potrafiłby umiejscowić.
— Sully próbuje, sir Thomas, ale bez skutku. Sully nie może was uwolnić.
— Dlaczego?
— Nie wiem, sir Thomas. Nigdy wcześniej nic podobnego się nie zdarzyło. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy sir Draco znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie.
Przytulony do Daniela Dean gwałtownie zaczerpnął powietrza.
— Co oznacza poważne niebezpieczeństwo? — zapytał z niepokojem.
— Sir Draco chroni sam siebie. Bariery rozpoznają, kiedy mu coś zagraża, i trzymają intruzów wewnątrz pułapki Fiuu. Tylko sir Draco może ich uwolnić.
— Sully, posłuchaj. A co jeśli Draco coś się stanie, kiedy my jesteśmy tutaj, i nie będzie mógł nas uwolnić?
— Tylko sir Draco może was uwolnić — powtórzył dziwaczny głosik. — Jest bardzo ostrożny od czasu, kiedy zamordowano jego matkę.
— Zamordowano? — szepnął Daniel. Jego gardło zrobiło się nagle bardzo suche. Brak odpowiedzi przyjął niemal z ulgą.
Gospodyni Draco chyba zrozumiała, co Dean próbował jej zasugerować.
— Sir Thomas, czy sir Draco coś grozi? — zapytała.
— Obawiam się, że tak, Sully. Ale Harry Potter ruszył mu na pomoc.
— Sully ma nadzieję, że Harry Potter znowu go uratuje — powiedziała głosem drżącym od szlochu. — I sir Thomas też powinien mieć nadzieję. Inaczej sir Thomas i jego przyjaciel nigdy nie wydostaną się z pułapki Fiuu. Bariery was zabiją.
Daniel starał się pojąć, co właśnie usłyszał. Nie rozumiał dlaczego, nawet jeśli coś stałoby się Draco, ekipa ratunkowa nie mogła po prostu zburzyć ściany i ich wyciągnąć. Jednak Dean najwyraźniej się martwił, co Daniel poznał po sposobie, w jaki udawał, że nic złego się nie dzieje.
Sam Daniel również się martwił, ale z powodów, którymi nie mógł podzielić się z Deanem. Odkąd zostali zaatakowani w alejce, przestał tym ludziom ufać. Teraz, w mrocznej ciszy, składał do kupy fragmenty dziwnych rozmów, które nigdy nie miały dla niego sensu, tajemnicze luki w opowieści Draco, milczenie na temat jego zmarłego ojca i zamordowanej matki. A szczególnie tę niezrozumiałą wymianę zdań o wojnie między nim i Deanem. Myślał, że żartowali, ale teraz był już pewien, że niechcący natknął się na siedlisko szpiegów.
Ale po czyjej byli stronie? W jak wielkim znalazł się niebezpieczeństwie?
Z braku innych możliwości siedzieli i czekali, kolano przy kolanie, z powodu niewielkiej przestrzeni tak blisko siebie, że Daniel czuł każdy ruch Deana.
— Chyba opieram się o kontakt — odezwał się Dean po jakimś czasie. — Właśnie teraz przydałoby się jakieś światło. — Mruknął coś tak cicho, że Daniel nie dosłyszał.
Dean miał dobre wyczucie — musiał nacisnąć przełącznik, bo dziwny migoczący blask wypełnił niewielkie pomieszczenie, przez co obaj zamrugali. Schowana lampka rzucała na ściany głębokie cienie, ale napięty, zrezygnowany wyraz twarzy Deana sprawił, że Daniel zatęsknił za ciemnością.
— Trochę upiornie wygląda, ale zrobiło się przyjemniej — powiedział Dean.
— Tak. Szkoda że nie zabrałem kart. Moglibyśmy w coś zagrać.
Już miał ulec nieodpartej potrzebie, by zadać pytanie, na które Dean nie chciał — nie mógł — odpowiedzieć, gdy nagły podmuch poruszył powietrze między nimi. Dean szybko wstał, złapał Daniela za ramiona i poderwał go z podłogi.
— Co... Sully, co się dzieje?! — krzyknął.
Daniel usłyszał za ścianą ciężkie kroki, a potem głos, który rozpoznał — głos profesora Draco. W końcu do niego dotarło, że mówili z takim samym nieokreślonym akcentem.
— Sir Snape! Sully jest taka szczęśliwa, że pana widzi. Sir Thomas powiedział, że coś strasznego dzieje się sir Draco. Sir Thomas złapał się w pułapkę Fiuu. Sir Draco jest w poważnym niebezpieczeństwie i dlatego oni nie mogą wyjść.
— Co? Cholera, bariery. Są nastawione na samopoczucie Draco. Nikt wcześniej o tym nie pomyślał.
— Czy sir Draco jest w poważnym niebezpieczeństwie?
— Już nie — Snape uspokoił Sully. — Nikomu nic się nie stało. Draco i Potter przyjdą później. Możesz teraz otworzyć pułapkę Fiuu?
Nagle Daniel musiał przymknąć oczy z powodu jasnych świateł w pokoju gościnnym Draco. Przysunął się do Deana i schował twarz w jego koszuli, żeby poczekać, aż jego wzrok przywyknie, ale Dean odsunął go delikatnie.
— Dziękuję, profesorze Snape. Chyba nie do końca dobrze to zaplanowaliśmy. Czyli z Draco i Harrym wszystko w porządku? A co z Hermioną?
— Nic jej nie jest. Panna Granger i ja wyszliśmy razem. Nie mam pojęcia, czemu jeszcze jej tu nie ma.
Karzełek odezwał się ponownie:
— Sully nie widziała pani Hermiony. Poszła z sir Thomasem na kolację. Czy pan... — przerwała.
Na Daniela zerkało najdziwaczniejsze stworzenie, jakie kiedykolwiek miał okazję oglądać. Sully nie wyglądała jak nastoletnia dziewczyna, za którą ją wziął. Nie wyglądała jak ktokolwiek, kogo wyobrażał sobie bez nieprawidłowej mieszanki najgroźniejszych narkotyków. Była niska — bardzo — miała uszy jak nietoperze skrzydła i oczy niczym grejpfruty. Gapiła się na niego, wyglądając na równie przerażoną co on.
Daniel, dla odmiany, zaniemówił. Przeszywający pisk Sully okazał się jednak niemałą tego rekompensacją.
— Sir Draco nie chce, żeby Sully widział ktoś obcy! Dlatego Sully się ukrywa. A teraz Sully jest nieposłuszna! Ty widzisz Sully!
Podbiegła do kominka i chwyciła za jedno ze stojących tam narzędzi. Na szczęście jej wybór padł na miotełkę, a nie na coś, czym mogła sobie zrobić krzywdę. Z każdym uderzeniem spomiędzy szczeciny w powietrze wznosiła się chmura popiołu.
— Przestań, Sully, nie! — krzyknął Snape, usiłując wyszarpnąć jej miotełkę. — Nie musisz się karać.
Sully wrzeszczała teraz na całe gardło:
— Nieznajomy widzi Sully! Sir Draco będzie na Sully bardzo zły! Sully nie stosuje się do jego rozkazów i musi zostać ukarana! — Zaakcentowała kilka ostatnich słów zaciętym szarpaniem za miotełkę.
— To nie twoja wina, Sully — tłumaczył profesor, pokasłując z powodu unoszącego się popiołu. — Musieliśmy go tu sprowadzić. Nie mieliśmy czasu cię ostrzec.
— Jeśli sir Severus jest pewien... — przerwał mu wzburzony karzełek.
— Jestem. Oddaj mi to. Proszę.
Skrzatka w milczeniu wręczyła mu miotełkę.
— Dziękuję. A teraz, Sully, przedstawiam ci Daniela. Jesteś pierwszym skrzatem domowym, którego widzi, więc on... — Snape zerknął na Daniela, który wyglądał na całkowicie zszokowanego. — Cóż, jest teraz trochę oszołomiony.
Sully była najwyraźniej dobrze przeszkolona w tym, jak należy traktować oszołomionego gościa.
— Sully zrobi herbaty — zaanonsowała, nadal nieco pozbawiona tchu po niedawnej tyradzie.
Snape natychmiast złapał ją za ramię.
— To dobry pomysł. Ale proszę, tym razem idź do kuchni.
— Och, dobrze, panie Severusie, Sully już idzie — odpowiedziała skrzatka, łypiąc nerwowo na Daniela, i natychmiast wybiegła z pokoju jak burza, nie słuchając rozkazu Snape’a.
— Usiądź, Danielu — odezwał się Dean.
— Och, kurwa — wyszeptał Daniel i opadł na pobliski fotel.
— Wszystko w porządku?
— Tak, pomijając te ciągłe halucynacje — odpowiedział Daniel z wysiłkiem. Miał już zadawać więcej pytań na temat Sully, ale właśnie wtedy weszła Hermiona, wyglądając na niecodziennie zdezorientowaną. Daniel wiedział, co czuje.
— Hermiono. Dzięki Bogu! — wykrzyknął Dean i pospieszył ją objąć. — Zaczynaliśmy się martwić...
— Nic mi nie jest. A wam? — Sposób, w jaki patrzyła na Daniela, ostrożnie i wnikliwie, mówił sam za siebie: Hermiona najwyraźniej też należała do grona szpiegów.
— Daniel właśnie zapoznał się z Sully — poinformował ją Snape. — Z przewidywalnym rezultatem.
— Och. Stojak na parasole?
— Nie, kominkowa miotełka.
Cierpliwość, która zazwyczaj stanowiła jego wiernego towarzysza, teraz całkowicie go opuściła.
— No dobrze. Słuchajcie, cała trójka. Możecie już porzucić te swoje udawanki. Jestem gejem, a nie idiotą. Wiem, że jesteście szpiegami. MI6, tak? — Wszyscy go słuchali. — Jakimś sposobem wplątaliśmy się w atak terrorystyczny, mam rację? Al-Kaidy, IRA albo innej grupy, o której nigdy wcześniej nie słyszałem.
— Może mogłaby to pani wytłumaczyć, panno Granger? — zaproponował Snape.
— Przestań, Severusie — przerwał mu Daniel. — Jeśli to w ogóle twoje prawdziwe imię. Nie wierzę już w wasze historyjki o tej dziwacznej szkole publicznej, w której wszyscy się spotkaliście. Nie wierzę, że jesteś profesorem od dziewiętnastowiecznej poezji czy kimkolwiek innym, co sobie wymyśliłeś. Nie wierzę, że Dean jest głodującym artystą, a Hermiona utknęła gdzieś za biurkiem. A jeśli chodzi o Draco, normalni ludzie nie posiadają Lamborghini, jeśli nie potrafią go prowadzić. — Słyszał, że w jego głosie pobrzmiewa coraz większa histeria i przerwał na chwilę, by nabrać uspokajającego oddechu. — Chcę odpowiedzi.
Dean i Hermiona patrzyli na Snape’a, szukając wskazówek, ale ten ledwie zauważalnie potrząsnął głową w irytacji.
— Powiedzcie mu, co musicie — oznajmił. — Ja umywam od tego ręce.
Hermiona usiadła na podłokietniku fotela, na którym spoczął Daniel i położyła swoją dłoń na jego dłoni.
— Dobrze. Obiecuję, że wszystko ci powiemy. Ale czy to może zaczekać, aż pojawią się tutaj Draco i Harry?
— W porządku. Tyle czasu mogę wam dać.
Dokładnie w tym momencie powróciła Sully, niosąc herbatę. Daniel obserwował z nieufnością, jak małe stworzenie napełnia i podaje filiżanki, zastanawiając się, czy jej wygląd kosmity był rezultatem jakiegoś nieudanego genetycznego eksperymentu, ale w pewnym momencie skrzatka odstawiła dzbanek i zniknęła.
W pokoju zawrzało, a wszyscy z jakiegoś nieokreślonego powodu wpatrywali się w Daniela.
— Przestań krzyczeć, Danielu, proszę — usłyszał, jak mówi do niego Dean. — Posłuchaj, to nie jest to, co myślisz. To znaczy jest, ale... profesorze, niech pan coś zrobi.
Kątem oka Daniel zauważył, jak Hermiona wskazuje na niego i mówi coś, czego nie zrozumiał. Nagle cały jego strach odpłynął, zamieniony w fantastyczną euforię. O co tak się martwił jeszcze chwilę temu? Och, no tak, mała Panna Yoda. Ale już jej tutaj nie było. Wszyscy w pokoju to jego dobrzy znajomi, nie, za mało, drodzy i godni zaufania przyjaciele. Dean i Hermiona, niezaprzeczalnie sól tej ziemi, a nawet ten profesor, Severus. Też był w porządku. Dużo mężczyzn popełnia błędy w używaniu środków do pielęgnacji włosów, a Daniel byłby zachwycony, gdyby mógł zająć się włosami Snape’a.
— Um. Zaklęcie rozweselające — wyjaśniła Hermiona. Daniel nigdy tego nie zauważył, ale miała przepiękny głos.
— Niezły pomysł, zważając na okoliczności — pochwalił Dean, uśmiechając się do niej. Daniel zastanawiał się, dlaczego Jake nigdy nie zaprosił Deana do modelowania w studio, miał wręcz cudowny uśmiech. Daniel wyszczerzył się w jego kierunku.
— Dobry Boże, wygląda jak naćpany — odezwał się Snape. Chyba nie był zbyt zadowolony, biedactwo. Wskazał na Daniela w ten sam sposób, co Hermiona. Daniel zamknął oczy, oczekując kolejnej fali emocji. — Minus incantatem.
Euforia odpłynęła, pozostawiając go zrelaksowanego i radosnego. Daniel potrząsnął głową, usiłując zebrać się w sobie.
— Wszystko w porządku? — zapytała Hermiona.
— Tak. Przez chwilę byłem trochę oszołomiony. Musiałem uderzyć się w głowę mocniej niż przypuszczałem.
Poruszenie w korytarzu wskazywało na to, że Harry i Draco w końcu dotarli do domu. Weszli do pokoju ze zmieszaniem, trzymając się za ręce i uśmiechając niepewnie. Draco wyglądał, jakby przegrał bijatykę w barze, a jego niegdyś nieskazitelna koszula — oczywiście od Diora — naznaczona została krwią i brudem.
Gosposia posłała krótkie, przerażone spojrzenie Draco i ponownie zniknęła, powróciwszy niemal natychmiast z czystą koszulą. Helmut Lang, sądząc po wyglądzie.
— Dziękuję, Sully — powiedział Draco i zaczął rozpinać guziki. Daniel od razu pomyślał o tym, żeby pożreć go wzrokiem. Draco upuścił koszulę na ziemię, co z kolei było do niego niepodobne, i Sully musiała się schylić, by ją podnieść.
— Do kosza — rozkazał jej i skrzatka ponownie zniknęła.
— Więc co się tutaj działo? — zapytał Harry, żałośnie nieadekwatnie imitując niewinność. Jak wszyscy inni, odkąd opuścili zaułek. Zerkał nerwowo na Daniela.
— Czekaliśmy na was, zanim wszyscy w końcu wyjaśnicie, o co tu chodzi — poinformował go Daniel. — Hermiona obiecała mi ujawnienie całej prawdy.
— Daniel sądzi, że jesteśmy brytyjskimi szpiegami — wyjaśniła Hermiona. — Przez przypadek poznał Sully.
— Och — podsumował Draco, wyglądając na bardzo poważnego. — Wieszak na płaszcze?
— Kominkowa miotełka.
Dean posłał Draco zagadkowe spojrzenie.
— A poza tym, twoje bariery ochronne działają aż nadto prawidłowo.
Szczęka Draco opadła.
— O cholera. Nigdy o tym nie pomyślałem. A więc Daniel?
— Tak.
— Strasznie przepraszam.
Zapadła nienaturalna cisza. Hermiona usadowiła się na jednym z końców kanapy, Harry i Draco skulili się razem na drugim. Daniel nie ruszył się z miejsca, a Dean spoczął na sąsiednim fotelu nieopodal kominka. Severus wciąż wyglądał na wyraźnie chłodnego, siedząc sztywno na krawędzi szezlongu. Daniel pamiętał, że Draco wspominał, iż on i Harry nie darzą się sympatią. To mogło wyjaśniać część wymienianych między nimi nienawistnych spojrzeń.
— Cóż, które z was ma ochotę zacząć? — odezwał się w końcu Dean. — Coś mi mówi, że Daniel i ja jesteśmy jedynymi, którzy nie mają pojęcia, co się dzisiaj stało. — Można było przewidzieć, że zerknie na Daniela, ale najwyraźniej zdecydował się przejść do sedna sprawy. — Kto zaatakował zaułek?
To, co nastąpiło po pytaniu, okazało się tak niecodzienną bajką o szantażu i złapaniu w pułapkę, że Daniel musiał uważnie słuchać, by wszystko zrozumieć. Brzmiało to niczym jedna z historii opisywanych przez le Carré’a3. Daniel słuchał opowieści, ale nie wyłapał większości szczegółów, napakowanych akronimami i jakimś żargonem. Chodziło mniej więcej o to, że Draco został porwany i niemal zabity, a Harry go uratował. Jedno spojrzenie na tę dwójkę, tulącą się do siebie mocno, poświadczyło, iż historia była prawdziwa.
Daniel pomyślał, że wszystko jest już dostatecznie zagmatwane, ale Hermiona dodała od siebie kilka nowych informacji. Jasno i wyraźnie zrozumiał, że Draco nie był zadowolony ani z Hermiony, ani z Severusa, a Sev czuł to samo w stosunku do tego, co zrobił Draco. Harry słuchał w spokojnym milczeniu, jakby żaden ze szczegółów ani trochę go nie zaskakiwał.
— Mimo wszystko byłeś wspaniały, Harry — powiedział Dean. — Nie widziałem tak szybkiej reakcji od... — przerwał, spojrzawszy na Daniela.
Draco podążył za jego spojrzeniem i wzruszył ramionami.
— Ale Dean, masz ze mną na pieńku. Accio Draco? Muszę przyznać, że to nie jest pierwsza rzecz, której bym spróbował.
— Tak, ale ciężarówka za bardzo się do ciebie zbliżyła. Spanikowałem, dobra. Ważne że zadziałało.
— Och, oczywiście, że zadziałało. Na dowód mam zdartą skórę i kilka siniaków.
— Wybacz — wymamrotał Dean, wyglądając na zmieszanego. — A więc, Hermiono, wyjaśnisz nam, jak profesor Snape zdołał cię wyprzedzić? Mówił, że wyszliście razem.
Nagle jej twarz przybrała zawstydzony wyraz.
— Ja... nieco zboczyłam z trasy. — Widząc oszołomione spojrzenia pozostałych, dodała: — Cóż, nie można mnie winić, prawda? Byłam w wielkim stresie.
— I? — pospieszył ją Harry.
— I chwilowo pomyliłam cel podróży.
— Pomyliłaś... to znaczy, że się zgubiłaś! — krzyknął z zachwytem.
Hermiona rzuciła Harry’emu urażone spojrzenie.
Nigdy się nie zgubiłam. Po prostu dotarliśmy na miejsce okrężną trasą. — Nastała chwila ciszy. — I, technicznie rzecz biorąc, umówiliśmy się, że spotkamy się u Draco.
Harry czekał cierpliwie, ale wyraz jego oczu mówił, że niezwykle podobały mu się jej zawiłe wyjaśnienia.
Draco zaczął się śmiać.
— Och, do diabła, Hermiono, nie mów, że trafiłaś...
— Gdzie? — zapytał Harry.
— Do dworu Malfoyów — przyznała.
Le Carré przeobraził się właśnie w Ionesco4. Daniel wiedział, że dwór ten znajdował się w Wiltshire, więcej niż pięć minut jazdy nawet Lamborghini. Nikt jednak nie uznał słów Hermiony za coś dziwacznego.
Po salwie śmiechu opowiadanie historii przejął Draco:
— Wiesz, teraz jest w posiadaniu mugoli. Ekskluzywny pensjonat typu B&B.5
Hermiona kiwnęła głową i uśmiechnęła się z rezygnacją.
— Oczywiście wylądowałam w czyjejś sypialni. Dokładnie starszej pary. Sami możecie sobie wyobrazić, że dość gwałtownie ich obudziłam.
Harry prychnął.
— Twój widok, kiedy pojawiasz się nagle pośrodku pokoju, musiał być niezłym szokiem. A krew na twoim policzku dodaje posmaku horroru.
Hermiona uniosła dłoń i dotknęła delikatnie tego, co zdawało się być powierzchownym draśnięciem, po czym zmarszczyła brwi, gdy na dłoni ujrzała czerwony ślad.
— Agent nieruchomości ostrzegł nowych właścicieli, zanim wydali pieniądze i podpisali papiery, że rezydencja jest nawiedzona — powiedział Draco ze złośliwym uśmiechem. — Przypuszczam, że... podkręciłaś atmosferę.
— Tak, jestem pewien, że goście to docenili — roześmiał się Harry. — Po tym, gdy już przestali krzyczeć. Mieli przynajmniej co opowiadać przy śniadaniu.
— Właściciele pewnie dodadzą kilka szylingów do kosztu pokoju i zareklamują go w Fortean Times6 — zasugerował Dean. — Powiedziałbym, że nieźle ich ustawiłaś.
— Cóż, chyba nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło — podsumował Draco.
— I odnosi się to do całego wieczoru — dodała Hermiona, znacząco i z rozmysłem patrząc na Draco. — Naprawdę obwiniam aurorów, że nie kontrolują lepiej własnych pracowników.
Harry kiwnął głową.
— Zgodziliby się z tobą. Dzisiaj pojawili się wyjątkowo tłumnie, a po usłyszeniu zeznań Carra wyglądali, jakby byli żądni czyjejś krwi. Moody patrzył na niego jak na coś, co zwykle zdrapuje się z buta.
— To dobrze. Przynajmniej proces przed sądem powinien pójść bez problemów — odpowiedziała Hermiona.
Draco zaśmiał się smutno.
— Och, nie będzie żadnego procesu.
Hermiona wyglądała na zszokowaną, mimo to kontynuował:
— AZL nie jest tak chętne na pozwalanie, by ministerstwo dowiedziało się o ich sprawach. Mogę zagwarantować, że zostanie to rozwiązane... wewnętrznie.
— Ale Carr musi zostać powstrzymany!
— Już został skutecznie powstrzymany — odpowiedział Harry. — Kiedy aurorzy się z nim rozprawią, będzie miał szczęście, pamiętając własne imię.
— Albo moje — rzucił Draco. — Poza tym, nie za bardzo mam ochotę przesiadywać na kolejnej rozprawie. Mam powyżej uszu tego, co ministerstwo nazywa sprawiedliwością. Chleb i igrzyska. W ten sposób wszyscy możemy sobie podać ręce i zadeklarować zwycięstwo. Minusem jest oczywiście to, że nikt nigdy się nie dowie, jakim Harry jest bohaterem. — Spojrzał na Harry’ego, prowokująco wyginając usta.
— Jakoś to zniosę — zapewnił Harry, uśmiechając się. — Głupek.
Hermiona jednak wciąż wyglądała na niezadowoloną.
— Nie możesz mówić poważnie, Draco.
— Mówię poważnie. Tak dla waszej informacji, podane nam veritaserum nadal działa.
Daniel odwrócił się do Hermiony, która, jak się wydawało, przejęła rolę jego przewodnika po nieznanych wodach.
— Serum prawdy — wyjaśniła.
— Serio? — zapytał Daniel. — Jak ono działa? Powiedz, Draco, czy ty naprawdę jesteś tak po uszy zakochany w...
— Danielu, nie! — krzyknęła Hermiona, a Daniel spojrzał na nią pytająco. — Posłuchaj, zadawanie osobistych pytań komuś, kto pozostaje pod działaniem veritaserum, jest bardzo niegrzeczne.
— Och. Przepraszam.
Jego słowa zdawały się przypomnieć wszystkim, że nadal przebywa w pokoju. Każdy odwrócił głowę w jego kierunku.
— Daniel wciąż ma pewien problem — odezwał się Snape, patrząc na Draco. Na to chłodne stwierdzenie Daniel poczuł zażenowanie.
— Cóż, zawsze jest Obliviate — zauważyła cicho Hermiona.
— Nie! — Dean widział, jak Hermiona podskakuje na jego nagły wybuch. — Nie — powtórzył spokojniej.
Czymkolwiek to Obliviate było, Daniel nie sądził, by chciał to wiedzieć, skoro wywoływało taką reakcję w zazwyczaj opanowanym człowieku.
Draco przyglądał się przez chwilę Deanowi, po czym kiwnął głową. Obrócił się, by siedzieć twarzą w twarz z Danielem, i wydawał się zbierać w sobie.
— Posłuchaj, Danielu, pamiętasz, że zawsze nagabywałeś mnie, żebym opowiedział ci swoje najgłębsze, najmroczniejsze sekrety? Cóż, wygląda na to, że dostaniesz to, o co prosiłeś.
Daniel usiadł, nagle czujny.
— Po pierwsze, pozwól, że cię zapytam: wierzysz w magię? Bo jeśli tak, rozmowa przebiegnie o wiele łatwiej.
Nie miał pojęcia, co myśleć po tak dziwnym wprowadzeniu.
— Jeśli zapytałbyś mnie godzinę temu, powiedziałbym że nie. Ale jestem elastyczny. Czy to wystarczy, byśmy kontynuowali?
Draco uśmiechnął się.
— Tak. Więc my nie tylko wierzymy w magię, ale także potrafimy się nią posługiwać. Ach, na przykład tak. — Wyciągnął cienki, wypolerowany patyk i machnąwszy nim, przelewitował karafkę z whisky do stolika obok siebie. Za alkoholem przyleciało sześć szklanek. — Masz ochotę na drinka?
Daniel pokiwał powoli głową, nie odrywając oczu od szklanek.
— Akurat w tym momencie dobrze byłoby się napić. — Jego głos nie brzmiał ani trochę znajomo.
Po kilku kolejnych machnięciach różdżką szklanki zostały napełnione. Hermiona potrząsnęła głową, kiedy Draco zaoferował jej drinka, ale Dean upił łyk bursztynowego płynu z czymś, co wyglądało jak ulga.
— Jesteśmy czarodziejami. Cóż, technicznie rzecz biorąc, Hermiona jest czarownicą — wyjaśnił Draco. Nastała długa cisza. — Danielu, przyswoiłeś już tę informację? Bo jest ich więcej.
— Ech, tak. Przyswoiłem. — Kręciło mu się w głowie, ale uczucie spokoju, które przyszło wcześniej, zdawało się pomagać w ukojeniu nerwów.
— Chodziliśmy razem do szkoły, tak jak ci mówiliśmy — dodała Hermiona. — Szkoły dla czarodziejów. Tam się poznaliśmy.
— Mówiłem ci prawdę, kiedy tylko mogłem — zapewnił go Draco. — Ale z oczywistych powodów przez większość czasu tak nie było.
W tej chwili Sully aportowała się do pokoju z większą ilością herbaty, a Daniel tym razem nie pozwolił sobie na krzyk.
— Czy ona... Sully, kim ona jest?
— Moją gosposią — odpowiedział Draco z przebiegłym uśmieszkiem.
— Jest skrzatem domowym — dopowiedziała Hermiona, jakby Draco w jakiś sposób znieważył godność Sully.
— Sully służy Malfoyom od sześćdziesięciu ośmiu lat, panie Danielu. Sully służyła dziadkowi sir Draco i jego ojcu, a teraz służy jemu.
— Sześćdziesiąt osiem lat! — powtórzył Daniel. Zaskoczyło go nieoczekiwane uczucie fascynacji skrzatką, która teraz czekała, aż coś powie. Przekonał się, że jeśli ma wątpliwości, moda zawsze pozostaje bezpiecznym tematem dla kobiet albo... stworzeń płci żeńskiej. — I widzę, że wciąż nosisz ubranie z tamtej epoki. Cóż, może mógłbym porozmawiać z twoim panem i przynieść ci nową sukienkę ze studia. Co ty na to?
Sully natychmiast zaniosła się płaczem, na który, jak zauważył Daniel, wszyscy byli przygotowani.
— Ubrania?! Pan Draco nigdy nie powinien oferować Sully ubrań! Sully prosi go, żeby nigdy, nigdy, nigdy nie robił tak okropnej rzeczy!
— Och, oczywiście, że tego nie zrobi — wymamrotała Hermiona. — Pan Draco nigdy nie zaproponowałby Sully wolności, to byłoby takie niewygodne.
W międzyczasie Draco zapewniał skrzatkę, że jej posada jest całkowicie bezpieczna.
Daniel był zszokowany reakcją wywołaną przez jego wypowiedź.
— Przepraszam. Powiedziałem coś nie tak?
Harry potrząsnął głową.
— Nie mogłeś wiedzieć. Proponowanie ubrań skrzatowi domowemu to ogromna obraza. — Złapał wzrok Hermiony i dodał: — Dla większości.
— Boże, przepraszam. Sully, nie wiedziałem.
Skrzatka spojrzała na niego, a jej żale powoli cichły.
— Sir Daniel jest więc nowym czarodziejem? — zapytała uprzejmie.
— Nie, nie jestem czarodziejem.
— Czyli charłakiem?
Daniel rozejrzał się wokół w poszukiwaniu pomocy.
— Nie, Sully, pracuje w studio — wyjaśnił Draco. — Jest fryzjerem.
Nagła zmiana skrzatki była tak zaskakująca jak poprzednia. Daniel ledwo nadążał za skokami jej nastroju.
— Pan... pan sprawia, że sir Draco jest taki piękny? Tutaj?
Pstryknęła palcami i chwilę potem trzymała coś, co wyglądało na wysoko ceniony przez nią przedmiot.
Draco schował głowę w dłoniach.
— Och, Boże, tylko nie ten album.
Sully pokazywała podenerwowanemu Danielowi ręcznie zrobioną książeczkę, wypełnioną zdjęciami Draco.
— Pan wygląda tutaj tak pięknie — rozpływała się z zachwytu. — Sir Daniel to robi? Sully zastanawiała się, dlaczego on nigdy nie porusza się na zdjęciach?
— Sully, uwierz mi, Daniel już je widział. Naprawdę. Daj mu chwilę spokoju — skarcił ją Draco.
— Cóż, biorę pełną odpowiedzialność za jego włosy — zapewnił Daniel. Sully uśmiechała się do niego z bezwstydnym zadowoleniem. — Jeśli chcesz, mogę... — Przerwał, mając w zamierzeniu zaoferować swoje usługi. Bał się, że ponownie ją obrazi, a potem zauważył, że Sully nie ma włosów.
— Daniel jest mugolem, do dzisiaj nie miał pojęcia o naszym istnieniu — wtrącił się Draco, żeby zamaskować nagłą ciszę.
Sully jeszcze bardziej wybałuszyła oczy, chociaż Daniel nie sądził, by było to możliwe.
— My nigdy nie mieliśmy tu mugoli. Nie podawaliśmy im herbaty. Nie byli gośćmi pana. Mugole przychodzą tutaj tylko jako więźniowie sir Lucjusza i Czarnego Pana!
Rozmowa ponownie przybrała dziwaczny obrót, a po wyrazach twarzy pozostałych można było wywnioskować, że nikt nie wie, co powiedzieć.
— Dobrze, ja zacznę — odezwał się Daniel. — Co to jest mugol? Kim był Lucjusz i Czarny Pan?
Draco przez długą chwilę dolewał alkoholu do szklanek.
— To skomplikowane. Mugole to ludzie, którzy nie są czarodziejami. Jak ty. Lucjusz był... moim ojcem. A Czarny Pan... On też jest martwy.
Sully praktycznie trzęsła się z ekscytacji i chęci opowiedzenia wszystkiego Danielowi.
— Harry Potter zabił Czarnego Pana! Harry Potter jest największym bohaterem czarodziejów. Czarny Pan cały czas starał się zabić Harry’ego Pottera. Był złym, złym czarodziejem.
— Sully... — upomniał ją Draco z groźbą w głosie, ale ona nie poddawała się tak łatwo.
— A sir Draco podczas wojny był szpiegiem i pomagał Harry’emu Potterowi i innym dobrym czarodziejom. Sir Draco wykazał się wielką odwagą, żyjąc pośród śmierciożerców. A kiedy dobrzy czarodzieje wygrali wojnę, sir Draco upewnił się, że jego ojciec zostanie ukarany. Dementorzy wyssali z niego duszę.
Zanim mogła kontynuować, Draco przerwał jej bardziej zdecydowanie niż poprzednim razem:
— Sully, wydaje mi się, że w spiżarni trochę się zakurzyło. Idź posprzątać, dobrze?
Skrzatka wreszcie zauważyła niezadowolenie swojego pana, zwiesiła głowę, przytaknęła ze smutkiem i zniknęła. Nikt nie kwapił się, żeby w jej zastępstwie przerwać milczenie.
— Cóż, to wszystko tłumaczy — odezwał się w końcu Daniel. — Super, że sytuacja się wyjaśniła.
Przez długą chwilę trwała cisza.
— Wiesz, Draco, te prochy, które wsypałeś mi do drinka, są świetne — dodał Daniel.
Draco parsknął śmiechem, a sekundę później dołączyli do niego pozostali. Każdy zdawał się odrobinę oszołomiony, kiedy już adrenalina opadła, a wizja niechybnej śmierci oddaliła się. No i whisky z pewnością pomogła.
— Czyli Draco jest szpiegiem, a Harry bohaterem wojennym — powiedział Daniel. — A ja cały czas myślałem, że z was para bogatych bachorów żyjących z pieniędzy rodziców. Draco zajmował się modelingiem w ramach opóźnionego nastoletniego buntu, a Harry to jego bezrobotny kochanek.
— W zasadzie teraz to prawda — zażartował Draco.
— Zamknij się, palancie. — Harry szturchnął go lekko. — Danielu, przyjąłeś to całkiem nieźle.
— Zaklęcie rozweselające panny Granger — wyjaśnił ponuro Snape.
Hermiona pospiesznie dodała, że magia Danielowi nie zaszkodzi.
— Nie bardziej niż whisky.
— To pewnie stąd ten nagły zawrót głowy. Potem Sev mi pomógł.
Daniel zamilkł, gdy wszyscy nagle gwałtownie wciągnęli powietrze, niemal wysysając cały tlen z pokoju. Przyjaciele spojrzeli na niego tak, jakby właśnie nasikał do misy z ponczem.
— On ma na imię Severus — powiedział Draco cicho.
— Severus, Sev, chyba pasuje. Nie masz nic przeciwko? — zapytał, ale miażdżące spojrzenie jakie otrzymał w odpowiedzi, jasno dało mu do zrozumienia, że poczciwy profesor miał sporo przeciwko. Cóż, cholera. Dobrze że nie nazwał go jednym z pieszczotliwych określeń, jakie krążyły mu po głowie. Severusek mógłby być ostatnim słowem, jakie wypowiedział w życiu.
— Wybacz, ale nie wyobrażam sobie, żebym mógł zwracać się do ciebie profesorze — wyjaśnił. — To brzmi, jakbyś był jednym z rozbitków z Wyspy Gilligana.7 Przepraszam, po prostu lubię używać przezwisk.
— Och, wiemy, wiemy — powiedział Draco. — Na przykład Smoczuś. Jednak nie masz przezwiska dla Harry’ego.
— Nie, jeszcze nie. Ale założę się, że coś wymyślę.
— A mnie się wydawało, że on już ma pseudonim — mruknął Snape.
— Cóż, trudno. A jaki? — zapytał Daniel.
— Chłopiec, Który Przeżył — odparł Harry niechętnie.
— Och, mój Boże. Nieco makabryczny, nie sądzicie? I nietrafiony. To znaczy, skoro tu jesteś, to chyba oczywiste, prawda?
Hermiona próbowała nie wybuchnąć śmiechem.
— Zostało jeszcze sporo do opowiedzenia. Sully z pewnością podzieliłaby się z tobą całą historią.
— Może innym razem — odezwał się Harry stanowczo.
Daniel uśmiechnął się, ale nie był pewien, ile z tej wesołości jest prawdziwe, a ile zawdzięcza zaklęciu.
— Draco, wiedziałem, że wy dwaj jesteście wyjątkowi. Nie mówiłem? O rany, nasz mały Harry największym bohaterem wśród czarodziejów. Jasna cholera.
Draco wyglądał na lekko zaniepokojonego entuzjazmem Daniela.
— Tego raczej nie powinieneś wiedzieć. To wielka tajemnica. I ważne żeby nią pozostała.
— W takim razie dziękuję, że mi powiedziałeś. I naprawdę mam nadzieję, że nie usłyszę teraz, że musicie mnie zabić.
— Nie, nic ci nie grozi — zaśmiał się Harry.
Draco skinął głową w zamyśleniu.
— Ale istnieje zaklęcie, które pomoże ci zachować tę wiedzę dla siebie — powiedział i spojrzał na Deana.
— Ja nie mam z tym problemu — odparł Dean.
Daniel momentalnie się zaniepokoił.
— Kolejne zaklęcie? Żeby kontrolować mój umysł?
— Och, nie — zapewnił Harry. — Nic z tych rzeczy. Dzięki niemu nie będziesz miał ochoty rozmawiać o nas z nikim nieodpowiednim. Pomoże utrzymać nasz sekret.
— Używamy go na mugolskich... niemagicznych rodzinach, gdy ich dziecko idzie do Hogwartu. To szkoła dla czarodziejów — dodała Hermiona. — I tylko jeśli rodzice tego chcą. Moi chcieli. A twoi, Dean?
— Też. Moja mama... Z jej powodu cała rodzina wręcz na to nalegała. Seamus nazywa ją Sitkiem, bo wszystko ucieka jej z ust. Nie dałaby rady utrzymać tajemnicy przed sąsiadami, choćby od tego zależało jej życie.
— No dobrze — zgodził się Daniel po chwili zastanowienia. — Hermiono... ty chyba jesteś najlepsza w te klocki. Mogłabyś?
— Oczywiście.
Daniel zamknął oczy i czekał.
— Jestem gotowy — odezwał się w końcu, ze zdenerwowaniem kuląc się na krześle. — Nic nie czuję.
— Bo nie powinieneś — zaśmiała się Hermiona. — Zorientujesz się dopiero wtedy, gdy spróbujesz powiedzieć o naszej magii komuś, kto o niej nie wie. Będziesz rozproszony przez inne tematy i nikt nie zorientuje się, że coś jest nie w porządku.
— Świetnie — skwitował Daniel.
Niespodziewanie pojawiła się Sully i ukłoniła lekko przed Draco.
— Spiżarnia wysprzątana, sir — oświadczyła, a potem zaskoczyła wszystkich, padając Draco do stóp i patrząc na niego ze szczerą miłością w oczach.
— Wygląda na to, że masz swoją własną wielbicielkę — zażartował Harry.
— To cudowna dziewczyna, o ile trzyma się z daleka od kominkowej miotełki — oświadczył Daniel z przesadną grzecznością. — I do tego singielka.
Draco zmarszczył brwi.
— Danielu, nawet nie próbuj. Jeśli chodzi o dobre gospodynie, nasz świat nie różni się od twojego. Spróbuj mi ją podkraść, a skończy się to pojedynkiem o poranku.
Snape wstał i pożegnał się raczej formalnie, więc Hermiona i Dean również postanowili już wyjść. Sully podsyciła ogień w kominku, który zupełnie nie zwracał uwagi, dopóki dziwaczny profesor do niego nie podszedł, nie nabrał w garść czegoś, co wyglądało jak popiół, i rzucił tym czymś w palenisko. Płomienie wcale nie zostały stłumione, jak spodziewał się Daniel, wręcz przeciwnie, zrobiły się ogromne, zielone i straszne. I wtedy Snape donośnym głosem wypowiedział słowo Hogsmeade, po czym wszedł do ognia i zniknął.
— Ja pierdolę! — wrzasnął Daniel, zrywając się ze swojego miejsca. — On właśnie spłonął!
— Spokojnie, Danielu — powiedziała Hermiona. — To tylko jeden ze sposobów podróżowania, wcale nie boli.
— Mów za siebie — zaprotestował Harry. — Ja zawsze obijam sobie tyłek, kiedy wychodzę po drugiej stronie.
Daniel uspokoił się na tyle, na ile był w stanie.
— Jak dla mnie trochę tego za wiele. Następnym razem moglibyście mnie ostrzec przez czymś tak niewiarygodnym?
— Jasne. Teraz ja i Dean zrobimy to samo co profesor Snape — odparła Hermiona z uśmiechem.
Zafascynowany Daniel z mniejszym strachem niż wcześniej przyglądał się, jak najpierw Dean, a potem Hermiona znikają w kominku. Przerażało go, że będą chcieli, aby poszedł ich śladem, a wtedy niechybnie skończy usmażony jak frytka, albo poda zły adres i trafi do Hadesu.
Ku jego uldze Draco nalegał, żeby spędził noc w jednym z pokoi gościnnych. Niezmiernie wdzięczny wspiął się za Sully po szerokich i krętych schodach, a potem poszedł korytarzem, gdzie jeden z portretów próbował nawiązać z nim rozmowę.
— Słuchaj, tak naprawdę nie jestem czarodziejem — powiedział do kobiety w halkach i z fujarką, która eleganckim ruchem uniosła się z trawy. U jej stóp podskakiwały owieczki, pobekując od czasu do czasu. Na szczęście artysta nie próbował uchwycić zapachów. Wielowiekowe odchody z pewnością stanowiłyby źródło zakażenia biologicznego.
— Nie szkodzi, chłopcze. Ja nie jestem prawdziwą pasterką.
Sully odprowadziła go do ogromnego pokoju. Daniel próbował nie okazać podniecenia na myśl, żeby choć przez krótką chwilę pobawić się w zarozumialca z wyższych sfer. Sypialnia skojarzyła mu się jakoś z Powrotem do Brideshead — w takim miejscu mógłby udawać Charlesa Rydera, ile tylko dusza zapragnie.
— Nasz pokój znajduje się trochę dalej po lewej stronie — poinformował go Draco z korytarza. — Jeśli będziesz czegoś potrzebował, zawołaj Sully, a ona wszystkim się zajmie.
Szczęśliwym trafem ściany w mieszkaniu wykonano z cienkiego materiału, więc Daniel wiedział, że Harry i Draco zatrzymali się za jego drzwiami. Słyszał też, kiedy przerwali pocałunek. Poszukał w sobie jakichkolwiek śladów zazdrości z powodu szczęścia Harry’ego i ulżyło mu, że niczego takiego nie znalazł. Podniecenie — owszem. Niemożliwym było, by również nie poczuł głodu, skoro tuż obok dwóch facetów ucztowało w najlepsze. Wyobraził sobie, że leci do Botswany w poszukiwaniu jedynej prawdziwej miłości. Potem przypomniał mu się ostatni wieczór w Płomieniu i zazdrosne spojrzenie Tommy’ego i nie mógł powstrzymać uśmiechu.
— Jedno pytanie, Draco — odezwał się Harry za ścianą. — Naprawdę jesteś we mnie głęboko i do szaleństwa zakochany?
— Przykro mi, ale veritaserum przestało już działać — odparł Draco.
Daniel czatował przy drzwiach i po chwili jego cierpliwość została wynagrodzona.
— Ale tak. Wiesz, że tak.
Uśmiechnął się ponownie i opadł na łóżko, tonąc w otchłaniach luksusowej pościeli. W ostatecznym rozrachunku dzień należał do najdziwniejszych w jego życiu. Oraz do najbardziej satysfakcjonujących.
— No cóż, Jack — powiedział w kierunku sufitu. — Jakoś, mimo wszelkich przeciwności, udało ci się czegoś dokonać. Niezła robota.

*

Więc...
Rozpal mnie jak słońce
Ostudź swoim deszczem
Już nie chcę zamykać oczu.

(„A Thousand Beautiful Things”, Annie Lennox)8

Draco poczuł, że ktoś mocno nim potrząsa, i ocknął się gwałtownie. Przez jego oszołomienie przebił się głos Harry’ego:
— No, Draco, obudź się!
Wspomnienia ostatecznej bitwy, przed chwilą jeszcze tak żywe w jego umyśle, bladły powoli. Czuł, jak mocno bije mu serce — do niczego nieprzydatna odpowiedź na obrazy i dźwięki tych chwil, gdy walczył o życie.
— Wszystko w porządku? — spytał Harry, wpatrując się w niego z wyraźnym zmartwieniem. — Miałeś koszmar.
— Tak. Dzięki. — Zaczynał być powoli świadom krążących po jego klatce piersiowej dłoni Harry’ego.
— Przestało mnie już zaskakiwać, że masz koszmary praktycznie każdej nocy.
Wydarzenia ostatnich dwudziestu czterech godzin powróciły do niego z całą mocą i wydał z siebie spazmatyczne westchnienie.
— Boże. Co za porażka. Gdyby któreś z was ucierpiało, osobiście bym się postarał, żeby szczątków Carra trzeba było szukać na wszystkich siedmiu kontynentach.
— Musiałbyś ustawić się w kolejce. — Harry się uśmiechnął. — Tak czy inaczej, to koniec, Draco. Możemy przestać się nim martwić. Już więcej ci nie zagrozi.
— Dzięki ci, Boże, za te drobne dary. — Draco dostrzegł, że oblewające Harry’ego światło wschodzącego słońca sprawia, że wyglądał w jego blasku niemal jak święty na obrazach religijnych.
— Jak się czujesz? Już lepiej? — spytał Harry.
— W porządku. Z każdą minutą robi się coraz fajniej, więc nawet nie waż się przerywać.
Dłoń Harry’ego zataczała coraz szersze kręgi. Draco obrócił się w jego ramionach i zaczął odwzajemniać przysługę.
— Jak miło. Cudownie znowu budzić się u twojego boku — wymamrotał Harry w jego włosy.
— Mmm. Czy to jest ten moment, w którym mogę liczyć na nieziemski seks?
— Zależy. Która godzina?
Draco odsunął się i wbił w niego surowe spojrzenie.
— Spieszysz się gdzieś, Potter?
Harry zachichotał.
— Nie, głupolu. Po prostu myślałem o Danielu.
— Jest jeszcze wcześnie — powiedział Draco, relaksując się w uścisku Harry’ego. — Poza tym powiedziałem Sully, żeby się nim dzisiaj zaopiekowała. Jestem prawie pewien, że nocowała pod drzwiami, gotowa spełnić każde, choćby najmniejsze życzenie.
— Jesteś geniuszem. — Harry odsunął się. Wyraz jego twarzy był pełen powagi. — Ale nici z nieziemskiego seksu, dopóki czegoś nie powiem.
Draco z trudem powstrzymał się, żeby nie wywrócić oczami.
— Zbyt wcześnie na jakiekolwiek przemowy. — Poważny wyraz na twarzy Harry’ego nie zniknął. Draco pochylił się po delikatny pocałunek i poczuł ulgę, kiedy Harry go odwzajemnił. Podziałało to jednak tylko przez chwilę.
— Musimy to sobie wyjaśnić raz na zawsze, Draco. Bo jeśli nie przestaniesz uważać, że cały czas jestem jedną nogą tuż za drzwiami, my…
— Harry…
— Nie, posłuchaj. Nie mogę pozwolić, żebyś wciąż myślał, że jedynym powodem dla którego z tobą zostałem, jest potrzeba odwdzięczenia się za przełamanie działania tej hiszpańskiej klątwy…
— Potter. — Przypominało to próbę powstrzymania spłoszonego konia. Usta Harry’ego pozostały otwarte, ale nie wydobywał się już z nich żaden dźwięk. Draco sięgnął delikatnie do jego podbródka i zamknął je. — Harry, zrozumiałem.
Harry nie wyglądał na przekonanego.
— Co zrozumiałeś?
Draco wodził palcem wokół jego ust, a potem wsunął go pomiędzy zaciśnięte wargi, gdzie został nagrodzony przelotnym ruchem języka.
— Wiem, że nie zamierzasz nigdzie teraz odchodzić.
Harry wymamrotał coś, co zabrzmiało podobnie do „to dobrze”, aczkolwiek trudno było jednoznacznie określić, skoro palec Draco wciąż tkwił w jego ustach.
— I wiem też, że nie jesteś tu dlatego, bo czujesz, że tak trzeba.
— Mmmhmm. — Pomruk go połaskotał.
— No więc? Doczekam się wreszcie tego nieziemskiego seksu?
Harry odsunął głowę i palec Draco stracił swoją nagrodę.
— Najpierw powiedz mi, dlaczego zależy ci na tym, żeby wciąż znosić moje towarzystwo.
Co mógł na to odrzec?
— Jesteśmy dla siebie stworzeni.
Harry dał mu przyjacielskiego kuksańca.
— Nie zaczynaj mówić szyfrem i zagadkami. Pytam poważnie.
— Mówię poważnie. — Draco uśmiechnął się. Wpadające przez okno światło nabierało coraz większego blasku i jego dobre samopoczucie również rosło. Część niego odczuwała ulgę, bo Carr nie mógł mu więcej zagrozić, a poza tym Harry wiedział o jego przeszłości i na dodatek nigdy nie stanowiła ona dla niego tajemnicy. Cieszył się, że Harry się tu znajduje, przyciśnięty do jego boku i uśmiechając się tak, jak gdyby było to najlepszą rzeczą, jaka go od dawna spotkała. Draco czuł się wręcz odurzony tą przyjemnością i miał nieodpartą ochotę powiedzieć Harry’emu… — No dobrze, może nie dokładnie wszystko, co odczuwał. Jednak coś z tego chciałby wyjawić.
— W takim razie pozwól, że ujmę to w ten sposób. Być może powodem jest… — Przyciągnął Harry’ego bliżej i dotknął wargami jego czoła. — I jeszcze to… — Jego usta obdarzały lekkimi pocałunkami powieki Harry’ego. — Och, nie mogę zapomnieć jeszcze o tym… — Musnął ustami nos. — …albo o tym… — Podbródek. — …a najwięcej o tym, co czuję, może powiedzieć to... — Przesunął się ostrożnie i jego wargi spoczęły na słynnej bliźnie Harry’ego.
Przy każdym pocałunku Harry wydawał z siebie lekkie westchnienie i Draco odkrył, że robi to na nim znacznie większe wrażenie, niż myślał.
— Jeszcze gdzieś? — spytał powoli Harry.
— Och, oczywiście. Tutaj i tutaj, i… och, tutaj. — Posuwał się coraz niżej wzdłuż ciepłej skóry Harry’ego. — Zdecydowanie na pewno tutaj…
Harry słuchał jak w transie, pochłonięty bardziej dźwiękami niż samymi słowami. Usiłował ściągnąć ograniczającą ruchy pościel palcami stóp, niewiele osiągając w tym zakresie. Draco parsknął śmiechem i zerwał ją jednym szarpnięciem.
— Gorąco — odezwał się Harry i zaśmiał się. — To znaczy… no tak.
Draco mógł nie mieć odwagi — jeszcze — przyznać się, jak bardzo potrzebował Harry’ego i jak cieszyło go, że ma go wreszcie u swego boku, ale nie był całkowicie pozbawiony innych możliwości. Przez te parę miesięcy długiego milczenia odkrył w sobie talent do wyrażania emocji w bardziej bezpośredni sposób. Zatem pozwolił swoim dłoniom, ustom i ciału przekazać Harry’emu to, czego nie potrafił wyrazić słowami. Schodził coraz bardziej w dół, lekko przygryzając i sunąc językiem po miejscach, które uwielbiał smakować i wiedział, że Harry uwielbia być tam dotykany. W niemy sposób pokazywał mu, gdzie się kieruje.
— Tęskniłem za tobą — wymamrotał Harry i wygiął się, ułatwiając Draco szybkie ściągnięcie jego spodni od piżamy i bokserek.
— Ja też za tobą tęskniłem — powiedział Draco i rzeczywiście tak myślał. Wodził kciukami po kościach biodrowych Harry’ego i nagle zdał sobie sprawę, że właściwie po raz pierwszy nie przekazuje dotykiem niemego pożegnania. Poczuł się jak Szaweł w drodze do Damaszku i zaczął pieścić Harry’ego z zapałem godnym neofity.
— O, Boże, Draco, wiesz, że kocham, jak tak robisz. Jeszcze raz.
Niespodziewanie poczuł się niezręcznie i jak prawiczek, a nie jak pewna siebie dziwka, w którą wcielał się zdecydowanie zbyt długo. To dziwne wrażenie zdawało się przesiąkać w niego przez skórę Harry’ego.
— Przepraszam — wymamrotał przy jego lewym udzie, mając na myśli: „Wybacz, byłem takim idiotą. — Przepraszam — wyszeptał w załamanie między biodrem i udem, a jego słowa znaczyły: „Nigdy nie pojąłem tego, co chciałeś mi ofiarować”. — Przepraszam — powiedział wrażliwej skórze po wewnętrznej stronie uda, chcąc tak naprawdę wyrazić: „Nie zasłużyłem na ciebie”. Jego usta objęły członek Harry’ego i nie mógł już nic więcej powiedzieć.
— Draco, przestań, nie mogę…— zaczął Harry i zacisnął palce na jego ramionach, żeby go odciągnąć. — W jaki sposób chcesz…
Jakikolwiek. W każdy. Cały czas. Ale jedynym, co powiedział, było:
— W taki.
Wyciągnął się powoli, skóra przy skórze, aż objął Harry’ego niczym zaklęcie ochronne. Pragnął teraz po prostu ujrzeć w oczach Harry’ego świadomość, że wie, iż istnieje tylko dla niego i chce być przez niego kochany.
Harry owinął nogę wokół jego uda, przybliżając się jeszcze bardziej i obaj kołysali się, budząc w sobie pożądanie w niezwykłym, niespiesznym ruchu.
— Harry, popatrz na mnie — odezwał się chrapliwie Draco i Harry posłuchał. To właśnie głębia tego spojrzenia, wyzierająca z szeroko rozwartych oczu, i szczerość zmieszana z pasją sprawiła, że orgazm Draco zdawał się odbierać zmysły i trwać bez końca. Wyczuł, że Harry podążył w jego ślady.
Kiedy jego oddech już się uspokoił, próbował ześlizgnąć się z Harry’ego, ale on zacisnął wokół niego ramiona, nie chcąc dać mu tak szybko odejść. Nieme pytanie doczekało się takiej samej odpowiedzi w chwili, gdy Harry pochylił się i złożył pocałunek na jego ustach.
— Mój Boże, Draco, skoro za wczesne wstawanie można dostać taką nagrodę, to z całą pewnością jestem za. To było…
— Niesamowite?
— Tak.
I rzeczywiście. To cud, że udało im się przetrwać wojnę. Niesamowite, że tak się dopasowali. Niezwykłe, iż Draco znalazł się w sytuacji, gdzie wciąż odmawiał sobie nadziei na zmianę, pozostając w samym środku zamkniętego kręgu tu i teraz. Zbyt długo uciekał od swojej przeszłości, pozbywając się również widoków na przyszłość. Teraz jednak miał wrażenie, że otwiera się wreszcie przed nim cały świat, z przyszłością tak świetlaną jak ten skąpany w poświacie porannego słońca pokój i łóżko.
Żadnych więcej pożegnań.
— Dzień dobry — powiedział z zagadkowym uśmiechem. I nie przeszkadzało mu nawet, że musiał uciszyć pocałunkami śmiech Harry’ego.


KONIEC



1 Dogs of war and men of hate, with no cause, we don't discriminate,
Discovery is to be disowned, our currency is flesh and bone
— tłumaczenie Lasair.
2 The more I know, the less I understand
All the things I thought I knew, I'm learning again
— tłumaczenie Kaczalka.
3 John le Carré — brytyjski pisarz powieści szpiegowskich, słynący głównie z cyklu książek o George’u Smiley oraz służbach specjalnych.
4 Eugéne Ionesco — francuski dramaturg, dla którego charakterystyczny jest klimat absurdu i grozy, sytuacji komicznych pomieszanych z okrucieństwem.
5 B&B — czyli „bed and breakfast”, popularny typ pensjonatu lub innego małego obiektu hotelowego oferujący swoim klientom nocleg oraz śniadanie za przystępną cenę
6 Brytyjski magazyn poświęcony zjawiskom paranormalnym.
7 Nawiązanie do serialu Wyspa Gilligana, gdzie jedną z postaci był Profesor.
8 So ...
Light me up like the sun
To cool down with your rain
I never want to close my eyes again
— tłumaczenie Kaczalka.
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Japor » 13 maja 2013, o 11:06

Dziękuję, dziękuję, dziękuję za to tłumaczenie. Nie umie powiedzieć jak bardzo jestem wdzięczna, że dzięki Wam poznałam tę historie. Czas spędzony podczas czytania tego opowiadania był po prosu świetną zabawą, a także chwilami pełnymi wzruszeń. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to może nazbyt patetycznie, ale od początku to opowiadanie robiło na mnie "piorunujące" wrażenie.
Co do ostatniego rozdziału, to nie spodziewałam się że jednak postanowią powiedzieć wszystko Danielowi, myślała że raczej skorzystają Obliviate (ale chyba już nie powinnam się dziwić, że autorka tego tekstu lubi zaskakiwać - w każdym bądź razie mnie zaskakiwała niejednokrotnie). O dziwo Daniel przyjął to nad wyraz spokojnie (z niewielką pomocą Herrmiony ;) ). Zakończenie jak najbardziej w moim guście.....I żyli długo i szczęśliwie!!!..... To lubię :seksi:

Z niecierpliwością czekam na kolejne Wasze tłumaczenie! :lol2:

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Lupa » 12 cze 2013, o 20:23

Nic nie mogło mi zepsuć przyjemności - ani (pretensjonalne moim zdaniem) cytaty, którymi usiany jest tekst, ani zabawne chwilami uchybienia w przekładzie (nie gniewaj się, Teamie. Doceniam pracę i to dzięki Wam przeczytałam całość, bo oryginał jakoś zawsze zostawiałam sobie na potem). Niesłychanie przemówił mi do wyobraźni po pierwsze milczący Draco, po drugie - Harry pod działaniem klątwy. Bardzo plastyczne, przekonujące opisy. Bardzo lubię fiki, które nawet jeśli są lekkim (czy zupełnym) AU, mają w centrum prawdziwą, nie ornamentalną, lecz decydującą o losach magię - i pod tym względem to jest bardzo ładnie napisana bajka w klasycznym stylu.
Piszę to późno, ale piszę, bo jakoś nie klei mi się fakt, że opowiadanie jest w pierwszej piątce "fików roku", z tym, że pod ostatnim rozdziałem widnieje 1 (słownie: jeden) komentarz. Mam nadzieję, że Team się nie zniechęcił i jeszcze coś równie dobrego nam tu spreparuje.
Lupa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 26
Dołączył(a): 6 lut 2013, o 18:16

Postprzez zosiula » 19 lut 2016, o 19:58

Jestem wręcz zakochana w tym cudownym tłumaczeniu i cudownym opowiadaniu. Fabuła nie jest ciężka, język jest wręcz idealny, a sam tekst uzależnia. :seksi: Całkiem inaczej czyta się to właściwie w całości niż by się czytało rozdział po rozdziale z dużą przerwą czasową, ale jestem na prawdę zachwycona efektem całości. OGROMNE GRATULACJE dla całej ekipy pracującej nad tym tłumaczeniem. Świetna robota! :)
:lece:
zosiula Offline


 
Posty: 4
Dołączył(a): 19 lut 2016, o 19:51

Poprzednia strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość